Ewa Drozdek - Korablowa
Dzieciństwo, dom, rodzina, Polska mniejszość poza granicami II RP
[Stara Krasnoszora, lata 30.]Na Boże Narodzenie, jak Pan Jezus się narodził, stajenka taka była, ja byłam aniołem, a chłopcy byli czortami, na czarno przebrani, różki, język czerwony. A moja siostra była mała, to ona była za Pana Jezusa. Była Maryja i Józef. Po rumuńsku też uczyliśmy się. Jak po polsku było "Jeszcze Polska nie zginęła", to było też po rumuńsku. Rano, jak do szkoły przyszliśmy, pomodliliśmy się "Ojcze nasz" i "Jeszcze Polska nie zginęła" jedną zwrotkę, i po rumuńsku też jedną zwrotkę. To każdy dzień. Ksiądz na religię przychodził w sobotę i w poniedziałek. Religia w sobotę była od 9.00 do 10.00, a w poniedziałek była od 11.00 do 12.00. Tak każdy tydzień.
Dzieciństwo, dom, rodzina
[Stara Krasnoszora, lata 30.]Były poduszki, łóżka. Podłoga była, nie tak, że na słomie spaliśmy. Zaścielone łóżka. Ubranie było samo tkane, domowe. Len tkali, przędli. Moja matka robiła płótno z lnu. Nosiliśmy takie. Spodnie białe nosił dziadek, białe koszule nosił, domowe. I ja go pytam: - To gryzie, takie twarde? - Ale ja przywykłem. Matka szyła mnie, ale ja nie mogłam nosić, kąsało mnie to. Nie było pieniędzy, rubli. Jeden sklep u nas był. Mąka, cukier, cukierki też były, pończochy. Ja też nosiłam pończochy, wiązałam je na takich drucikach. Trzewików nie było. Hodowali też owce. Ta wełna, co była, farbowali ją i z tego nosiliśmy sandałki. Ja do szkoły tak chodziłam.
Dzieciństwo, dom, rodzina, Polska mniejszość poza granicami II RP, Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem
[Stara Krasnoszora, lata 30., 40. i współcześnie]Niemców było więcej, Polaków mało. Do Polski, jak teraz odjechali, to nie jechało pięć familii: Drozdki, Lechockie, Zielińskie, Zielonki i Derczyki. Do kościoła chodzili. I Niemcy chodzili, i Polaki. Modlili się. Pół mszy było po polsku, pół po niemiecku. Potem, jak śpiewali na wejście do kościoła, to my zaśpiewali jedną zwrotkę, i Niemcy po niemiecku śpiewali. A bywało, że jak śpiewali, to my po niemiecku z nimi, a oni po polsku z nami się godzili. Księża byli dwaj, jeden po niemiecku mówił, a jeden po polsku. To był nasz ksiądz Jan, ksiądz Mościcki. On zmarł, a ja go zapamiętałam. Obok miejsca, gdzie nasz kościół, była plebania. Ale ona spaliła się, i wszystko spaliło się. Cała wioska leciała i bronili, i straż pożarna była, i wszystko zgorzało, rozbiło się. A teraz mówią, że coś mają robić, budować. Dom Polski mają budować, tak ksiądz nam mówił, ale to z Polski ma być.
Dzieciństwo, dom, rodzina, Polska mniejszość poza granicami II RP
[Stara Krasnoszora, lata 30.]To była rumuńska szkoła, to tam chodzili Niemcy i Rumunii. A polska szkoła była z drugiego boku, oni ją rozbili. Nie była duża. Jedna klasa była. Ławki były, dwie strony. Tu była tablica z przodku i stół, tam nauczycielka siedziała. Z dużych klas tutaj siedzieli, czwarta, piąta i szósta. A z drugiego boku trzecia. Cztery klasy razem się uczyły. Z tego boku dwie klasy i z tej strony dwie klasy. Deska na dwie podzielona. Ciężko było. Waleria Tuszyńska była nauczycielką i Olga Łopatyńska, Siejdak Józef był. A pierwsza klasa, jak my chodziliśmy, to nie było zeszytu i ołówka nie było. Tabliczka była i gwóźdź, taki ołówek. Jak chcieli go natoczyć, to na kamieniu. Pierwszy raz pisaliśmy linijki, kreski, krzyżyk, a potem "u", "a", i to na tabliczce. Z tej strony były linijki, a z drugiej kratki dla matematyki. To pierwsze klasy tak chodziliśmy, trzy, cztery miesiące. A potem dali zeszyt i ołówki. Czytaliśmy po polsku i historia była, o Adamie Mickiewiczu tam było. Dyktando było polskie. Jeszcze historia była, geografia była. Co było po rumuńsku, to i po polsku było. Po połowie.
Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia), Represje sowieckie po 1944 roku
[Donbas, 1943-45]Mnie brali na robotę na Donbas. Mieli iść inni, mężczyźni. A mnie wzięli, bo był plan. Z rodziny mojej tylko mnie wzięli. Nas pięć stąd, z wioski zabrali. Jedna jeszcze żyje, ma 87 lat. Mnie wzięli w 1943 roku, a przyszłam w 1945 roku w jesieni. Mała byłam. Przyszłam tam, naczelnik mówi: - Co ja z tym dzieckiem będę tutaj robił? Dali mnie na kuchni robić, wodę nosiłam, ziemniaki, pomagałam. Dwa lata byłam. A wzięli tak, że z bronią przyszli. W wiosce była kancelaria i jemu, naczelnikowi, podsunęli, żeby dał im ludzi. I on tego nie, tego nie, a posłał nas. Pięć dziewczyn posłał. Same Polki. Mężczyzn brali, z Panki na przykład brali. Zawieźli mnie do Starożyńca, potem do Czerniowiec. W Czerniowcach wsadzili nas na pociąg i zawieźli za Kijów. Tam było rozbite, kolej nie szła. Przechodziliśmy na drugą stronę. Wszystko rozbite bombami i przewieźli nas na drugi pociąg samochodami. Potem już jechaliśmy towarowym. Jak nas przewieźli, przebrali, dali nam ubranie jak więźniom. I każdego do roboty. Mnie na początku, bo ja byłam mała, to mnie dali uczyć. Szkoła to była szkoła zawodowa. Dali odzież. Szyć uczyli i szkoła była. Uczyli też w fabryce, chodziliśmy na fabrykę. Mówili, że to idzie na wojnę. Mnie się tam nie podobało i uciekłam. Z drugiego piętra, wiązałam dwa białe prześcieradła, przywiązałam do łóżka i po prześcieradle spuściłam się. Dwa razy uciekłam, ale dwa razy mnie złapali. Uciekłam do swoich, gdzie były nasze dziewczyny na robocie, na szachcie [kopalni]. Mi było skuczno. Ja jeszcze nie umiałam mówić po ukraińsku. I dwa razy uciekłam.
Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia), Represje sowieckie po 1944 roku
[Donbas, 1943-45]Potem wzięli mnie na szachtę, do roboty. Puszczali taki cztery deski, taka skrzynia zbita, po cztery ludzie. Jedna do góry szła, jedna na dół. I szła do góry zmiana. Na dole były wagoniki, tam, gdzie wydobywali węgiel, była skóra, żeby nie zamoczyła się, krótka łopatka. I chodziło to. W wagoniki sypało się, kładliśmy to do wagoników. Pracowaliśmy od ósmej do piątej. Pojedliśmy w południe i z powrotem do szachty. Wysokie to było na 70 centymetrów, tylko można było siedzieć, stać człowiek nie mógł. Łopatką brać i zrzucać do dołu. Wyciągali, to człowiek czarny cały był. Czarny człowiek, tylko zęby białe. I kurz i woda, mokro było. Płacić, to nic nam nie płacili, tyle co jeść dali. Rano, na obiad i na wieczór, bezpłatnie w stołówce. Były kartki na cały miesiąc, chleba na nie dawali. A chleb taki był, że jak się go zdusiło, to woda z niego kapała. Na cały dzień, jak dali chleb, to tylko było 500 gram, taki kawałeczek, że naraz można było wszystko zjeść. Nie było co dzielić. Ale oni wyliczali, nie na raz dali, tylko dawali na rano, na obiad i wieczór, żeby trzy raz jeść. Głodno było. Wstawaliśmy rano, chodziliśmy kopać grządki na ziemniaki łopatami. Wtedy dawali nam trochę jeść - krupa perłowa. Jęczmienna ugotowana, trochę cukrem posypana i mlekiem. Za te wykopki dawali nam jeść. Wstawaliśmy o 4, i tak do wpół do ósmej. I jak z powrotem wyszliśmy, to znów tam wracaliśmy. Młody, to chce jeść. A ziemniaki takie sine, suszone, marne. Kładliśmy gotować, do gorącej wody. Jakaś kapusta, jakąś łyżkę smalcu. Dobrze, że po ludziach chodziliśmy kopać, żeby zarobić. Z pracy przyszliśmy na piątą i jeszcze do dziesiątej człowiek pracował.
Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia), Represje sowieckie po 1944 roku
[Donbas, Czerniowce, 1945]Wojna się skończyła, nikogo nie puszczali, ale wszyscy uciekali stamtąd. Jak się wojna skończyła, to ja też uciekłam. Szliśmy na początku dwie, z Mariką, ale ona do Polski pojechała, zmarła już. Zgubiłyśmy się w Żytomierzu. Byłam tam chora na tyfus, ostrzygli mnie, wyglądałam jak chłopiec. Zresztą tam wszystkim włosy ścinali, nawet nie ścinali, same włosy wypadały. Nic nie pamiętałam przez dwa tygodnie. Przychodziły koleżanki, pomagały, potem mówiły mi, że ja byłam jak durna. W szpitalu byliśmy. Też rozbity szpital, ale jeść dawali, łóżka były, tylko wody tam mało było. Czaj dawali, ale jak chciało się pić, to nie dawali, nie wiem, dlaczego. Pić się strasznie chciało. Przyszłam do Czerniowiec. A od nas do Czerniowiec jeździli sprzedawać masło, mleko. Ja poszłam tam na bazar i zobaczyłam naszą sąsiadkę. Podeszłam, a ona patrzy się na mnie: - Czy to ty? - Tak, ja. Nie miałam włosów, a wcześniej miałam włosy długie, długi warkocz. A teraz jak chłopiec, przebrana w spodniach i koszuli. Patrzy, jakbym to nie ja byłam. Ona była z furą, z końmi. Wsiedliśmy i przyjechaliśmy do domu. W domu ucieszyli się. Ale brat był mały, nie poznał mnie: - To nie ona!
Przyczyny pozostania w ZSRR
[Stara Krasnoszora, 1945]My nie pojechaliśmy, bo ojciec nie chciał. Czemu on nie chciał? Siostry ojca były w Czudyni, czekali na kolejkę miesiąc. Nie mieli co jeść. Wagony były, spakowali się do nich, ale nie było lokomotywy. Matka w domu gotowała jeść, zupy, pierogi, ziemniaki, co mogła gotowała. I chleba napiekła. I na konia, na furę, i ja woziłam tam do Czudyni. Co drugi dzień wieźliśmy. Jedni szli, inni nie. Matka mówiła: - Kto chce, niech jedzie. Myślałam sobie: - Ja byłam raz na Donbasie sama, tak smutno samemu. Pojadę, a wy zostaniecie tutaj. I siostra też nie chciała. Siedźmy koło ojca. I tak zostaliśmy.