Emilia Teperowicz
Partyzanci sowieccy
[Krzywcza, 1939-41]Granica taka była. Jak przyjechali Rosjanie jednego dnia, mówiono: – O, rosyjskie wojsko przyjechało tutaj. Będą granicę stawiać. Widocznie tak powinno być, że Niemcy stawiali słupy graniczne na rosyjskiej stronie, a Rosjanie na niemieckiej. I przyjechał samochód ciężarowy, ale z ławkami. Przyjechała zaraz limuzyna osobowa i wyszedł Niemiec. I zajechała limuzyna rosyjska, wyszedł rosyjski oficer. I niemiecki oficer i rosyjski podali sobie ręce, przywitali się, po niemiecku sobie mówili, a żołnierze rosyjscy od razu pojechali nad San. A niemieccy pojechali na tamtą stronę, przez Przemyśl, bo u nas kiedyś był tam prom. Była wieś Chyżyna, ale jak tylko Ruscy granicę postawili, po rosyjskiej stronie od razu wywozili ludzi ze wsi nad samym Sanem. A Niemcy nas nie wywozili, choć my byli blisko Sanu. Tylko nie było wolno psów, gęsi i kogutów trzymać, bo cisza powinna być przygraniczna. Zarządzenie takie było. Widocznie Niemcy już mieli zamiar pójść dalej, dlatego nas nie wywozili. A Rosjanie wywieźli wsie – tam było pusto. Była w tej wsi tylko taka ogromna wyżka, i tam siedział taki naglądacz, na harmonii ślicznie Katiuszu śpiewał. Było słychać u nas: „Rozkwitali jabłonie i gruszy...”. A jak już granica była postawiona... U nas na niemieckiej stronie: czarne, białe, czarne, białe – słupy były i kolczaste druty. A na rosyjskiej stronie było: czerwony, czarny, czerwony, czarny – wzdłuż Sanu. Po drugiej stronie były straszne trawy, bo tam już domy były puste. Widocznie tam mieszkali ci pograniczni. A na koniach przyjeżdżały patrole i „Zdrastwuj, Marusia!” krzyczeli na tę stronę. Tak my nad rzekę na plażę zachodzili. Postawili białe famy, na tyczkach w piasek zapchali i tylko do połowy Sanu można się było kąpać. A jak było święto Wianki, to Rosjanie także wianki pletli i rzucali. Wyspa z piasku była na Sanie i te wianki nasze starsze dziewczęta rzucały i ci, co krowy paśli. A nasze dziewczęta krzyczały: „Zdrastwuj, Mironia!”.
Varia
[Przesiedlenia Łemków z powiatu przemyskiego do rejonu brzeżańskiego]Jesienią 1944, kiedy Rosjanie już zwyciężali i gnali Niemca, było zebranie. Wszystkich Rusinów do domu kultury wezwali i powiedzieli, że trzeba się przesiedlać, że jest taka postanowa polsko-ukraińska. Tatuś przyszedł i opowiedział, że występowali przedstawiciele tej repatriacji: polski, ukraiński i rosyjski. I tam jeszcze byli wojskowi. Powiedzieli, że kto da zgodę, dadzą mu wszystką możliwość się przewieźć. Mama zapytała: – A ktoś dał zgodę? – Nikt! Nu, a tam między nimi siedział chyba komisarz jakiś i powiedział: – Nie chcą oni tak, to pójdą piszkom i z myszką. To było wszystko już splanowane. Wszystkie wioski: Śremie, Wola Krzywiecka, Roszylczyce, Bachów należały do tej gminy i po wszystkich wioskach była taka tragedia, zabijali Rusinów. Co to za banda tam była – nie wiem. Fakt, że w Krzywczy na plebani ukraińskiej raz ta komisja siedziała, co zapisywała dokumenty na wyjazd, ale nikt dobrowolnie nie jechał, tylko przymusowo. Chciał życie sobie ocalić... Na sam ostatek zostawili Krzywczę, a mój tatuś trochę się bał. Chodził na plebanię spać, a myśmy w domu byli. W niedzielę raniutko ojciec przyszedł z plebanii i za sobą drzwi nie zakrył na klamkę, a trzasnął nimi. Mama pyta się: – Co ty taki nastraszony? A już nawet tato nie zdążył powiedzieć mamie nic, a za tatą przyleciał taki z bronią i powiedział: – Pokaż kenkartę. Oni mieli widocznie jakieś wskazówki, gdzie ludzie mieszkali. Ja strasznie się bałam, uciekłam do korytarza, tam stała beczka, w której na zimę była zakwaszona kapusta. Schowałam się za nią, ale mnie było widać. Tato kenkarty nie pokazał, a tylko wojenny bilet, a na nim było: „obywatel Polski, wyznania greckokatolickiego”. Mama pokazała swój paszport, a Niemcy dawali Ukraińcom „U” na paszportach, a Polakom „P”. Mama pokazała, on rzucił ten paszport, a w tym momencie drugi przyleciał. – Bronek! To nie tu! Mama tatę w słomę, w snopy na strychu schowała. Przyszedł do nas sąsiad i powiedział, że tam trzynastu mężczyzn zabili.
Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem, Odrodzenie Kościoła i polskości po 1990 roku
[Brzeżany, po 1945] W Brzeżanach była sportowa szkoła. Były zakonnice, dojeżdżał staruszek ksiądz. W 1948 roku dawał mi ślub. Cerkiew pracowała, ale myśmy wzięli cichutki ślub w domu. Po kryjomu, raniutko. Dzieci chrzciłam w cerkwi. Już księdza nie było, wyjechał do Lwowa. Potem jak coś trzeba komuś było, to przyjeżdżał na zamówienie. Tak ludzie i chodzili, czego nie? Boga z serca nikt nie weźmie. Jak człowiek wierzy, to modlić się można zawsze i w domu. Potem już jakoś wywalczyli z trudem ten kościół, odbudowali. To wszystko bardzo dużo pracy kosztowało. Udział braliśmy we wszystkich pracach. Bardzo dużo już poumierało takich, co chodzili do kościoła.
Varia
[Kontakt z bratem z Ameryki, rozłąka od 1940 roku] Brata zabrali na roboty. W Austrii drogę kolejową budowali i on pracował w kamieniołomach. Popadł w karny jakiś obóz. Był najmłodszym chłopcem w tej brygadzie. Przyjechał kiedyś kolega naczelnika obozu i tak powiedział: – Chłopie, mnie tak trzeba chłopca. On u ciebie przepadnie. Ty z niego i tak pożytku nie masz. A ja jego nauczę, on będzie mi pocztę rozwoził. I brata zabrał. A jak był front, to był na angielskiej stronie. Pisał do mojej cioci do Babic: „Co z moimi? Ja do domu piszę i nikt mi nie odpowiada. Ja tutaj jestem w takim lagrze, ale nas nie wypuszczają”. A ciocia mu odpisała, że nas wywieźli w Rosję. Do 1952 roku był jeszcze w Niemczech, a potem pojechał w Amerykę. I my dopiero w 1965 roku jego znaleźli. Szukaliśmy go przez Czerwony Krzyż i odszukali. Bardzo długo nie pisał, bo nie wiedział, gdzie jesteśmy. Potem chciał nas zaprosić. Chcieliśmy do niego. Mówił: – Ja już jestem w podeszłym wieku – on był z 1923 roku – i jestem chory. Przyjedźcie. Wyrobiliśmy paszporty. Dzwonimy do niego, a nikt nie odpowiada. A on w szpitalu był i dostał paraliżu. I tak my już nie pojechali. I on do nas już nie przyjechał – już nie żyje. Od 1940 roku myśmy Stefana nie widzieli.