Represje sowieckie po 1944 roku
[Torczyn, lata 40.] Gdy byłam w szkole w piątej klasie, to dzieciom, których rodzice zginęli na wojnie, raz do roku, może kilka razy do roku, kilka rubli dawali w kopercie. Odbywało się to w ten sposób, że wszystkie dzieci ustawiono na podwórku szkolnym, i dyrektor ogłaszał nazwisko, dziecko wychodziło i dostawało tych kilka rubli. Moja sąsiadka, z którą siedziałam w jednej ławce, Mania - my we dwóch maleńkiego wzrostu byli, z tyłu stali - mówi do dyrektora: - U mnie jest mamusia, a u Wali nie ma ani mamusi, ani tatusia, a jej nic nie dali. A on mówi: - To dziecko wroga narodu! I tak palcem tknął. Tak, że dzieci odwracały się od nas. Nikt nie chciał z tobą rozmawiać. Nikt nie chciał się bawić. Dziecko przecież chce bawić się, a odwracają się wszyscy, bo to dziecko wrogów narodu.
Walentyna Bals
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
Za czasów radzieckich mamusia musiała sprzedać trzy mieszkania, dwa razy była konfiskacja, bo za dużo miała tego. I gdy już matka wyjechała, dwa mieszkania zostawiła mnie. Przyszedł urzędnik i mówi: - Gdzie ta baba? Miałam dwadzieścia dwa lata. Mówię mu: - Ta baba, to chyba ja. On mówi: - Na ulicy jest kot rozjechany samochodem, trzeba go zabrać. Ja mówię: - Ulica do mnie nie należy. Jemu to bardzo się nie spodobało. Urzędnicy też przychodzili z dokumentami, chcieli to nacjonalizować. No, niestety, nie mogli, bo matka już była w Polsce. Obecnie ja tam mieszkam, w tych dwóch mieszkaniach, razem z dziećmi. Tylko ziemi naszej nie chcą oddać, choć ja mam dokumenty dziadka, kiedy to kupione.
Maria Bilczuk
Oswobodzili nas w 1958 roku. Nie wiedzieliśmy o tym. Dopiero w 1962 roku zorientowaliśmy się. Nikt nas oficjalnie nie powiadomił. Komendantura, w której musieliśmy się meldować co jakiś czas, po uwolnieniu zesłanych w zasadzie została bez żadnego zajęcia. Jak się spotkało takiego pracownika na ulicy, to przypominał, że trzeba się zameldować. I tak chodziliśmy. A potem, jak chcieliśmy wrócić do Lwowa, to pisaliśmy nawet do KGB do Moskwy, ale odpowiedź była jedna - nie można. Mieliśmy pracę, ale nie dostawaliśmy, na przykład, pieniędzy - mieli swoje sposoby, żeby nam utrudniać powrót. W moim przypadku rodzina była liczna, więc powrót nie byłby prostą sprawą. Ojciec wrócił do Lwowa po przejściu na emeryturę w 1969 roku, oczywiście bez pozwolenia. Po powrocie napisał do Sądu Najwyższego Ukrainy, że niczym nie zawinił, że chce być oczyszczony i chce zostać we Lwowie. Dwa lata był ciągany przez milicję. Ukrywał się u swoich znajomych. Niejednokrotnie milicja doprowadzała go do pociągu, ale on wracał i wysiadał po drodze.
Emilian Bojkiw
Wszystkie kierownicze stanowiska były objęte przez Rosjan. Tak było od razu po wojnie. W szkolnictwie też, ponieważ dużo było w wojsku pedagogów. Skończyła się wojna, oni wrócili tutaj. Litwa była krajem rolniczym i podobało się im tutaj, więc pozostawali. W większości byli partyjni i otrzymywali kierownicze stanowiska. Było tak, jak w Polsce. Były organy bezpieczeństwa, które wszędzie podsłuchiwały. W większych szkołach była organizacja partyjna, która regulowała całe życie. Byli nastawieni na patriotyzm sowiecki, czyli od rana zamiast pacierza był Lenin, i na zakończenie dnia też był Lenin.
Ryszard Borejka
[Słonim, 1944]Już był 13 grudnia 1944. Do mnie ktoś stuka w drzwi o czwartej w nocy. Rodzice byli, siostra. Nigdzie u nas nikogo, żadnych krewnych, żadnych znajomych. Nigdy my z nikim nie podtrzymywali żadnej komiercji. Kto przychodzi? NKWD. Sześć sołdatów i jeden major. My wytrzeszczyli oczy, co to takiego, do kogo, po co? A oni przyszli po mnie, mnie aresztowali. Zaprowadzili do NKWD. Tam ja przebyłam miesiąc. Tam było dużo ludzi. Byłam raz czy dwa na śledztwie. I 23 grudnia pod wieczór zaprowadzili nas do więzienia. Tam też już było dużo ludzi. I moje znajome, i moje jednowiekowe. A 13 stycznia nas na rozświcie zaprowadzili do wagonów. W zimie — głodnych, półgołych, półrozdzianych. A nogi moje to byli prawie bose. Maleńkie buciki miałam. I tak nas wieźli pięć tygodni. Brali dużo ludzi stąd. Baranowicze, Połonka, z tych punktów wszędzie brali ludzi. A wagon cielęcy, z dziurami i z takimi żelaznymi bołtami w środku. Te bołty namarzali lodem, pić nie dawali. Dadzą kawałeczek chleba, kawałeczek ryby, choć to nie była ryba — tylko była bryła soli. Ale pić to nie. Tylko raz na dzień. Te bołty wieszało się na ściany i ja to wszystko lizałam, bo u mnie były rany na ustach wszędzie. Pytamy się u żołnierzy: — Dokąd? Powiedzieli nam, że na Peczorę. Przywieźli tam nas za pięć tygodni. Tam było tylko niebo i jedna kolej, która prowadziła może na Chiny. Żadnego życia, tylko łagry. Jedne łagry. Każdy łagier miał swoje nazwanie. I tam nas wysadzili. A tak chciało się pić! Jak ja nie umarła, ja nie wiem. Bo moje kolegi, które ze mną blisko byli, to mówili, że wszystko było w ranach. Popaliło się, tak chciało się pić. Były tam trzy beczki wody, która już porosła mchem. Dawno w tym starym zniszczonym budynku nie było życia. My rzucili się do tej wody, wszystko tę wodę wypili. I nie zachorowali. Dwa dni odpoczęli i zaczęli pracować.
Wanda Brancewicz
[Workuta, lata 40.]Pracowałam bardzo ciężko. Jak ja wyżyłam, do dzisiaj zadaję sobie to pytanie. Jak mnie Pan Bóg dał to... Brałam przez dwa lata dwajnoj pajok. W tiurmie dostać dwajnoj pajok to znaczy dwie porcje obiadu i śniadania. To bardzo wielkie już zaufanie do robotnika. I tak ja przebyłam tam dwa lata. Nie było ni bani, to znaczy jak kąpać się, ni mydła. Nikt nie czesał się. Tylko bili sobie wszy. Przez rok głowa niemyta, ciało niemyte. Nie ma czym. I tam my byli na różnych robotach. Kilometrów dziesięć piechotą. Dali nam czuni. To są jakby zszyte wojłoczki, ale nie z wojłoku. Kaloszy na to nie dali. Dziesięć kilometrów w jedną stronę i dziesięć nazad. Przy tym łomy, młoty. Nawet belki czasami. Tam i nazad, na lodzie robota calutki boży dzień.
Wanda Brancewicz
Do Kriwaszejna trzeba było iść na piechotę. Wziąłem ze sobą, tak z głupoty, połówkę samogonu do walizeczki. Pomyślałem, że po drodze siądziemy i napijemy się z kolegą. Przyszliśmy do rady wiejskiej wziąć dokumenty. Sekretarz już te dokumenty przygotowywał, ale nagle wbiega jakiś chłop i baba z tej samej wsi. Podnieśli wrzask, że im w nocy ukradli kawałek słoniny i kaszę. Milicja zaczęła przeszukiwać nas: - Pokażcie, co tam macie w walizce. Kolega otwiera i nic tam u niego nie ma. Ja otwieram, a u mnie połówka samogonu. Wtedy za samogon od razu aresztowali. I koledze pozwolili odjechać, a ja musiałem zostać. Dali mi rok za samogon. W Tomsku, przy Puszkina 48, było więzienie. Cały rok, od dzwonka do dzwonka, odbębniłem.
Antoni Chaniewicz
Ja zawsze modliłem się. "Pod Twoją obronę" zawsze mówiło się. W Grodnie na pierwszym korpusie, kiedy siedziałem pod śledztwem, bardzo dużą moralną podporą był ksiądz z Zabłocia, ksiądz Nurkowski, były kapelan wojskowy. Pytałem się o niego, nikt o nim nic nie wie, prawdopodobnie nie przeżył tego. Bardzo dobre paczki dostawał od parafian, dzielił się, nigdy nie zjadł sam. Zupa, którą nam dawali, przez gardło nam nie przechodziła, a on zjadał. Natomiast potem wyjmował swoje jedzenie, które mu przysyłali i między wszystkich dzielił. Nawet siedział z nami jeden Ruski, też dostawał to jedzenie. W nocy, pamiętam, kiedyś tak zwana kamuszka, ta dyżurna, powiedziała, że ksiądz dostał dzbanek miodu, poprosiła, że ona chce troszeczkę dziecku miodu do garnuszka. Ksiądz kazał dać pełen garnuszek miodu. I potem ona nam grypsy do innych cel nosiła.  Najpierw szła taka cielesna obróbka, a potem pytanie. Bicie, kopanie, żebra mam połamane i cały czas czuję je. Jak tylko zmiana pogody, ja już czuję żebra. Ani jednego zęba nie mam, jak nie wybili, to szkorbut zjadł na Workucie. Przecież witamin żadnych nie było, żadnych jarzyn, owoców. Dwadzieścia osób w pojedynce. Jak na śledzia, na komendę na lewo, na prawo. Stała beczka zardzewiała, tam pisialiśmy i kupki robiliśmy. Rano pobudka, tę beczkę wynosiło się do klozetu.  W areszcie rano pobudka, po kolei z celi wyprowadzali do klozetu, a potem śniadanie. Kipiatok (wrzątek), chleb i wszystko. Na obiad i na kolację lura taka. Główki z ryby, ostre takie strasznie. I pszenica. Dobrze było, jak człowiek złapał pszenicę. Albo kapuśniak, parę listków kapusty można było złapać. Wodnista zupa. Nic więcej. Ratowały przesyłki.  
Eugeniusz Cydzik
[Stosunek władzy sowieckiej do własności prywatnej]Ale z tego powodu, że mieliśmy mały domek: pokój i kuchnia (a nas było czworo) – a Sowieci wiedzieli o naszych warunkach, bo specjalnie przyszli zobaczyć – to stwierdzili, że pokój i kuchnia to nie jest wielki burżuj. Dlatego oni nie mogli nas tak bardzo prześladować. I ogródek był bardzo malutki, tak, że było bardzo skąpo. A kto miał wielki dom, wielkie ogrody, uznawany był za wielkiego burżuja. Na przykład jak tato kupił w 1963 roku ten domek, wtedy już nikogo nie wywozili na Sybir, to my mieliśmy 21 procent ogrodu. Połowę zabrali, bo to burżuj. Skąd on miał pieniądze, żeby kupić ten dom? Chociaż to nie były już te lata co za Stalina, to tak czy inaczej czepiali się.
Gertruda Cyganiuk
[Donbas, 1943-45]Mnie brali na robotę na Donbas. Mieli iść inni, mężczyźni. A mnie wzięli, bo był plan. Z rodziny mojej tylko mnie wzięli. Nas pięć stąd, z wioski zabrali. Jedna jeszcze żyje, ma 87 lat. Mnie wzięli w 1943 roku, a przyszłam w 1945 roku w jesieni. Mała byłam. Przyszłam tam, naczelnik mówi: - Co ja z tym dzieckiem będę tutaj robił? Dali mnie na kuchni robić, wodę nosiłam, ziemniaki, pomagałam. Dwa lata byłam. A wzięli tak, że z bronią przyszli. W wiosce była kancelaria i jemu, naczelnikowi, podsunęli, żeby dał im ludzi. I on tego nie, tego nie, a posłał nas. Pięć dziewczyn posłał. Same Polki. Mężczyzn brali, z Panki na przykład brali. Zawieźli mnie do Starożyńca, potem do Czerniowiec. W Czerniowcach wsadzili nas na pociąg i zawieźli za Kijów. Tam było rozbite, kolej nie szła. Przechodziliśmy na drugą stronę. Wszystko rozbite bombami i przewieźli nas na drugi pociąg samochodami. Potem już jechaliśmy towarowym. Jak nas przewieźli, przebrali, dali nam ubranie jak więźniom. I każdego do roboty. Mnie na początku, bo ja byłam mała, to mnie dali uczyć. Szkoła to była szkoła zawodowa. Dali odzież. Szyć uczyli i szkoła była. Uczyli też w fabryce, chodziliśmy na fabrykę. Mówili, że to idzie na wojnę. Mnie się tam nie podobało i uciekłam. Z drugiego piętra, wiązałam dwa białe prześcieradła, przywiązałam do łóżka i po prześcieradle spuściłam się. Dwa razy uciekłam, ale dwa razy mnie złapali. Uciekłam do swoich, gdzie były nasze dziewczyny na robocie, na szachcie [kopalni]. Mi było skuczno. Ja jeszcze nie umiałam mówić po ukraińsku. I dwa razy uciekłam.
Ewa Drozdek - Korablowa
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Donbas, Czerniowce, 1945]Wojna się skończyła, nikogo nie puszczali, ale wszyscy uciekali stamtąd. Jak się wojna skończyła, to ja też uciekłam. Szliśmy na początku dwie, z Mariką, ale ona do Polski pojechała, zmarła już. Zgubiłyśmy się w Żytomierzu. Byłam tam chora na tyfus, ostrzygli mnie, wyglądałam jak chłopiec. Zresztą tam wszystkim włosy ścinali, nawet nie ścinali, same włosy wypadały. Nic nie pamiętałam przez dwa tygodnie. Przychodziły koleżanki, pomagały, potem mówiły mi, że ja byłam jak durna. W szpitalu byliśmy. Też rozbity szpital, ale jeść dawali, łóżka były, tylko wody tam mało było. Czaj dawali, ale jak chciało się pić, to nie dawali, nie wiem, dlaczego. Pić się strasznie chciało. Przyszłam do Czerniowiec. A od nas do Czerniowiec jeździli sprzedawać masło, mleko. Ja poszłam tam na bazar i zobaczyłam naszą sąsiadkę. Podeszłam, a ona patrzy się na mnie: - Czy to ty? - Tak, ja. Nie miałam włosów, a wcześniej miałam włosy długie, długi warkocz. A teraz jak chłopiec, przebrana w spodniach i koszuli. Patrzy, jakbym to nie ja byłam. Ona była z furą, z końmi. Wsiedliśmy i przyjechaliśmy do domu. W domu ucieszyli się. Ale brat był mały, nie poznał mnie: - To nie ona!
Ewa Drozdek - Korablowa
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Donbas, 1943-45]Potem wzięli mnie na szachtę, do roboty. Puszczali taki cztery deski, taka skrzynia zbita, po cztery ludzie. Jedna do góry szła, jedna na dół. I szła do góry zmiana. Na dole były wagoniki, tam, gdzie wydobywali węgiel, była skóra, żeby nie zamoczyła się, krótka łopatka. I chodziło to. W wagoniki sypało się, kładliśmy to do wagoników. Pracowaliśmy od ósmej do piątej. Pojedliśmy w południe i z powrotem do szachty. Wysokie to było na 70 centymetrów, tylko można było siedzieć, stać człowiek nie mógł. Łopatką brać i zrzucać do dołu. Wyciągali, to człowiek czarny cały był. Czarny człowiek, tylko zęby białe. I kurz i woda, mokro było. Płacić, to nic nam nie płacili, tyle co jeść dali. Rano, na obiad i na wieczór, bezpłatnie w stołówce. Były kartki na cały miesiąc, chleba na nie dawali. A chleb taki był, że jak się go zdusiło, to woda z niego kapała. Na cały dzień, jak dali chleb, to tylko było 500 gram, taki kawałeczek, że naraz można było wszystko zjeść. Nie było co dzielić. Ale oni wyliczali, nie na raz dali, tylko dawali na rano, na obiad i wieczór, żeby trzy raz jeść. Głodno było. Wstawaliśmy rano, chodziliśmy kopać grządki na ziemniaki łopatami. Wtedy dawali nam trochę jeść - krupa perłowa. Jęczmienna ugotowana, trochę cukrem posypana i mlekiem. Za te wykopki dawali nam jeść. Wstawaliśmy o 4, i tak do wpół do ósmej. I jak z powrotem wyszliśmy, to znów tam wracaliśmy. Młody, to chce jeść. A ziemniaki takie sine, suszone, marne. Kładliśmy gotować, do gorącej wody. Jakaś kapusta, jakąś łyżkę smalcu. Dobrze, że po ludziach chodziliśmy kopać, żeby zarobić. Z pracy przyszliśmy na piątą i jeszcze do dziesiątej człowiek pracował.
Ewa Drozdek - Korablowa
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
 Jak wkroczyli Rosjanie, to Ukraińcy nie byli zadowoleni. Oni myśleli, że będzie Ukraina. Z Niemcami nie wyszło, a teraz przyszli Rosjanie i zaczęli prześladować Ukraińców, dlatego że oni wcześniej trzymali z Niemcami. Młodzi chłopcy, którzy byli w ukraińskiej policji, którzy byli w dywizji SS "Halyczyna", którzy nie chcieli oddać ziemi do kołchozu, oni wszyscy szli do Bandery. Aby bronić swojej ziemi i nie dać Rosjanom tworzyć kołchozu. Pamiętam taki wypadek: byłem u stryjka – miałem wtedy jakieś 16 lat – i stryj mnie pobił. Uciekłem do wioski, żeby poszukać jakiejś pracy, nająć się gdzieś na służbę. To była wioska ukraińska. Pośrodku była czytelnia, taki jakby klub i tam była przyklejona kartka. Chciałem przeczytać, co jest na niej napisane i ta kartka oderwała się, i została mi w ręku. Napis brzmiał: "Śmierć tym, którzy się zapiszą do kołchozu". Wystraszyłem się, rozejrzałem dookoła, ale nikogo nie było. Wziąłem garść błota, rozmazałem po ścianie i przykleiłem kartkę z powrotem. Potem szybko uciekłem do domu, bo jakby mnie złapali Rosjanie, to by powiedzieli, że ja tą kartkę przykleiłem, a jakby mnie złapali banderowcy, powiedzieliby, że ją zdarłem.
Władysław Finster
[Krasław, lata 50.]Potem tutaj wróciłem. Gdzie na pracę? A że u mnie ten 58. punkt, na pracę nie chcieli przyjmować, że wrog naroda. A cóż ja tam takiego? Poszedłem na fabrykę lnu tutaj, bo mnie znajomy powiedział, że chciał się zwolnić, a mnie na swoje miejsce. Ja zaszłem i mówię, że na robotę. - A tak, paszport tylko dajcie. Dałem jemu paszport do ręki i wszystko. On: - Poczekajcie tutaj. I tam z kimś porozumiał się czy potrzebny, czy nie. Posiedział tam chwilę czasu, ale ja nie widziałem, żeby ktoś tam wchodził i nikt tam nie rozmawiał w tym gabinecie. On wyszedł i mnie paszport z powrotem zwrócił: - U was 58. grafa. Spasiba i paszoł won! I ja zawsze tak, jakby czarna wrona jakaś. Potem to już nic, ale w brygadzie tam mówili, że z łagra, z łagra. A cóż ja, zwierz jaki? Ot, taki czas.
Henryk Gałązka
dotyczy także: Codzienność powojenna,
Jak Niemcy byli, to my tu jeszcze pracowaliśmy, ziemię mieliśmy. Niemcy pomagali czasami, jak pójdziesz i ich poprosisz. To nie Ruskie – Ruskie, to zadusiliby chyba, czym prędzej, a nie pomogli... Ruscy, to byli co innego. Tu takie byli gospodarze, że im było dużo ziemi – dla Ruskich to znaczyło, że on kułak i trzeba go zniszczyć, a nie mu pomagać. Taki to naród był, co zrobisz... Ale jakoś przeżyło się, dało się radę. Te przychodzące Ruskie, oni nie lubili pracować, ziemi nie chcieli. Ale nie liczyli się z tymi gospodarzami. Dla nich gospodarka, znaczyło zabrać wszystko. Gospodarka sama w sobie niepotrzebna. Potrzeba było krowę odebrać, świnię zakłuć... Trzeba było bronić się przed nimi. Dla nich: "co twoje, to i moje". Jak Ruskie przyszli, to było bardzo kiepsko. Wielki gospodarz zawsze uciekał, bo był zawsze niedobry i należało go zniszczyć, skasować... To już było wiadomo. Dużo ucierpieliśmy...
Ludwika Giedejko
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
Wujek Antoni, który mieszkał w Polsce, spisał, jak Polacy żyli na Syberii, jak rąbali lasy. Musieli rzeką spławiać drzewa. Pracowali 100 km od swojego domu. Babcia miała tam później krowę, zamrażała mleko i nieśli ten lód z mleka 100 km do lasu, bo nie mieli tam co jeść. Jeden człowiek wracał na tydzień do wioski i przynosił coś do jedzenia. Bo oni pracowali tam bardzo ciężko, a do jedzenia dawali im tylko chleb, że nie mieli siły pracować. Wujek opowiadał, że dostał dokumenty na przyjazd do Polski rodaków i musiał płynąć rzeką Jenisej. Płynął i zapaliła się łódka, motor. Ten, który kierował łodzią, kazał im skakać do wody, bo inaczej się spalą. Sam wskoczył pierwszy. Woda była bardzo zimna, od razu utonął. Ale wujek też wskoczył. Najważniejsza jego myśl była taka: jak ocalić te dokumenty. Płynął, a brzeg wciąż był daleko. Zebrał całe siły. Jak się obudził, zobaczył światła. I nie wiedział, czy w niebie jest, czy gdzie... Okazało się, że obudził się w szpitalu. To znaczy, dopłynął do brzegu, stracił przytomność i ktoś go znalazł. Pierwszą rzeczą, o jaką zapytał po przebudzeniu, było: – Papiery! Gdzie moje papiery?! Będziemy wyzwoleni! Okazało się, że dokumenty ocalały, bo włożył je do celofanowego woreczka i nie zamokły. Dzięki tym papierom wszyscy wrócili z Syberii do Polski.
Ludwika Giedejko
(opowiada córka pani Giedejko)Mama z tatą byli już małżeństwem. Babcię, mamy braci i siostrę, wywieźli w marcu 1947 roku. Kiedy była ta wywózka, mama była u sąsiadki, a tata w mieście. Mama widziała przez okno, jak ogrodzili cały dom. Sąsiadka przelękła się i schowała mamę do szafy. Mama dwie godziny przesiedziała w tej szafie, zaczęła się dusić, od tych specyfików na mole i inne robaki. A w tym czasie Ruscy wszystko składali na wozy, zabierali świnie, prosiaki, krowy, konie... Myśleli, że może w tym czasie wróci jeszcze ktoś do domu. I sąsiadka mówi, że boi się, że jak oni wszystko już poskładają, to zaczną szukać mamy po domach, po wsi chodzić. No, i przebrała mamę za taką babcię, dała jej laskę. A tam płynęła rzeczka, Borupia. Dzieliła okolicę na dwa rejony: kowieński i kiejdański. Mama mieszkała w kiejdańskim, a za rzeczką był już kowieński. I jak się przechodziło na drugą stronę, to była bardzo duża szansa, że nie mieli cię już na liście do wywózki. I sąsiadka przeprowadziła mamę, obok tych Ruskich, co rabowali – niby staruszkę, żebraczkę taką. I mama poszła do koleżanki za rzeczkę. A tatuś akurat wywiózł do Kowna dwa konie, do znajomego lekarza, żeby ten je przechował. Tatuś przeczuwał, że mogą chcieć ich wywieźć – wywózka już szła w Kiejdanach, a oni mieszkali pod Kiejdanami. I tata wracał już do domu – ktoś go trochę podwiózł, trochę szedł piechotą. I zawsze było tak, że jak się widziało, że jadą jakieś wozy, że kogoś wywożą, to lepiej zejść z drogi i się z nimi nie spotykać, bo nie wiadomo, kogo wiozą. Tata zaszedł do znajomego w pobliskiej wiosce, żeby zaczekać, póki te wozy nie przejadą. Posiedzieli, zjedli, wypili. Tatuś poprosił, żeby ten kolega zobaczył, kogo wiozą. Tamten wyszedł, wraca i mówi: – Wiesz, Piotr, ciebie wiozą... Tata zdrętwiał. Kolega lał mu wódkę, mówił, żeby nie denerwował się, że żony jego nie widział. Tata pomyślał, że do domu nie ma co już wracać, bo dom może być okrążony i mogą tam na niego czekać. Pomyślał, że może pójdzie do tej koleżanki mamy, bo jeżeli mama żywa została i uciekła, to tylko tam mogła się schować. Przeczekał do nocy, do szarówki. Poszedł do domu tej koleżanki, zapukał w szybę i pyta, czy jest Luda. – Jest Ludwika u nas... Przenocowali tę jedną noc i tak, jak stali, poszli do Kowna. Tyle tylko dobrego, że w ich domu został wujek, Stan Rzepnik. Niemcy wypędzili go z jego dworu i zamieszkał u rodziców. Był jak domownik, członek rodziny. Wiedział, gdzie rodzice trzymają pieniądze. I wziął je wtedy, i przyniósł im. Dzięki temu przez rok mogli wynajmować mieszkanie, zmieniając je co tydzień.
Ludwika Giedejko
(opowiada córka pani Giedejko)  Skrywali się [pani Giedejko i jej mąż] przez rok, w Kownie. Skończyły się pieniądze, nie było dokąd iść. Trzeba było się zarejestrować. Bez rejestracji nie można było iść do pracy. I tak było tacie trudno, bo pieniądze się skończyły, z wywózką nie wiadomo co będzie, bo wciąż trwa... I był taki moment, mówi tata: – Siedzę na moście i zastanawiam się, czy skoczyć z tego mostu... Ale żonę jeszcze mam, młodą żonę mam... I idą tacy dwaj, jeden inwalida wojenny, bez nogi, drugi też pokiereszowany, i idą takie biedoty, i śmieją się, rozmawiają! I myślę: - Licho wie, czy ja nie mogę? Idę i zaczynam pracować! Czy wywiozą, czy nie, ale trzeba coś zacząć! I zarejestrował się w Kownie, poszedł do pracy.
Ludwika Giedejko
dotyczy także: Codzienność powojenna,
[Szortandy, Kazachstan]Tak, żeby jawnie i głośno wypowiadać się na różne tematy, to nie można było. Był nawet u nas taki człowiek, który wchodził na dach i podsłuchiwał, co ludzie mówią, a potem donosił. A potem zabierali tych ludzi, na których doniósł, w tzw. trudarmię, w Karagandę. Wielu takich ludzi było, donosicieli. I takich, których zabrali. W związku z tym baliśmy się buzię otworzyć. Nie daj Boże powiesz to, co nie trzeba, i wpadniesz wtedy na dobre. Tato nam zawsze powtarzał, żebyśmy z nikim o niczym nie rozmawiali. Dlatego że mogą w takim wypadku ojca zabrać do trudarmii albo brata. Z nikim nie można było nam rozmawiać, tak byliśmy zastraszeni. I robiliśmy, jak tato mówił. Wszyscy się bali, takie były czasy. Tak „wesoło” nam było.
Jelena Gudyma
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Szortandy, Kazachstan]W 1956 roku wezwano nas do komendantury i powiedziano nam, że zostaje ona z nas zdjęta i od tej chwili jesteśmy wolni. Bardzo się ucieszyliśmy, krzyczeliśmy: — Hura, hura! Że w końcu jesteśmy wolnymi ludźmi, że nie uważa się nas za wrogów narodu. A do tej pory byliśmy przecież pod komendanturą. Dokądkolwiek by pójść, najpierw trzeba było iść do komendanta i pytać o pozwolenie: — Czy mogę pojechać tam a tam po takiej a takiej potrzebie? A komendant mógł odpowiedzieć: — Nie można, zabraniam. A wtedy poczuliśmy się w końcu wolnymi ludźmi, nie trzeba już było nikogo pytać o pozwolenie. Wzięliśmy, kupiliśmy bilet i pojechaliśmy dokądkolwiek, jeśli nam się zachciało. A do tej pory trzeba było codziennie chodzić do komendanta i się meldować: taka a taka jest, nigdzie nie uciekła. Nawet jeśli chcieliśmy iść do wioski oddalonej o 10 kilometrów, musieliśmy prosić o zezwolenie. W przeciwnym razie mogli nas posadzić do więzienia na 15 dni albo na 10 dni — jeśli bez pozwolenia chodziliśmy gdzieś. W ten sposób właśnie byliśmy traktowani.
Jelena Gudyma
Polacy, z którymi spotykałem się w łagrach, myśleli, że ja jestem katolikiem, bo mówiłem po polsku, więc to było dla nich oczywiste. Ale ja jestem prawosławny. Pewnego razu zaprosili mnie na święta, na Wielkanoc, i kiedy zaczęli się modlić, ja przeżegnałem się po prawosławnemu. Wtedy dopiero zobaczyli, że moja religia jest inna. Jednak między nami nic się nie zmieniło. Nadal bardzo mnie cenili, ja im pomagałem jak tylko mogłem, oni pomagali mnie. A w łagrze dla każdego wierzącego modlitwa była bardzo ważna.
Aleksy Gutkiewicz
Spotkałem w łagrze człowieka, który zapytał mnie, czy gram w szachy. Odpowiedziałem, że gram, a on, że zagramy. Szachistą był dobrym. Ja przez dwie godziny opierałem się jego atakom, ale w końcu zmęczony poddałem się. Okazało się, że on pracował jako pomocnik lekarza i miał niedługo wyjść z łagru. On zaprowadził mnie tam, gdzie pracowali fachowcy w łagrze i poznał mnie z lekarzem. Lekarz nakazał mi jakieś prace pomocnicze, które ja chętnie wykonałem. Gdy okazało się, że potrafię opiekować się chorymi i mam o tym pojęcie, to szybko lekarz wziął mnie do pomocy w sali operacyjnej. Nie musiał mi tam nic podpowiadać – ja sam podawałem mu we właściwym momencie odpowiednie narzędzia. I tak zostałem u niego na stałe, a był to dobry chirurg, dobry fachowiec, bo wcześniej skończył naukę lekarską w Tomsku. Przepracowałem z nim kilka lat. On pomógł mi znaleźć pracę medyczną, gdy już wyszedłem z łagru i zamieszkałem w Tomsku, bo najpierw pracowałem tam jako elektryk.   
Aleksy Gutkiewicz
Stalin objawił hołod i my tyle mieli wszystkiego. Wszystko zabrali nam, do jednego ziarenka, całe zboże. To tylko parę ziemniaków zostało się. A potem już wiosna przyszła to my chopt [lebioda] jedli. Nie było co jeść. Stalin zrobił taki hołod sztuczny, wszystko było, zboże było, wszystko było w tych zasiekach, a ludziom nie dał nic. Bardzo dużo wtedy wymarło, pół wioski wymarło, a nas było tylko dwoje, to mama cały czas nam ten chopt dawała... Jak to po waszemu? Ja zapomniała, jak to? Ja już zapomniała rozmawiać. Chwasty ja zbierała i tym my żyli. Bardzo było ciężko. Po wojnie, po wojnie Stalin zrobił sztucznie ten hołod. Tak, to było po wojnie. [Kopyczyńce, lata 40.]
Natalia Hykawa
Rosjanie tego, kto był  z banderowcami związany, wywozili na Syberię. Kto był bogaty, miał więcej ziemi, miał domy, wykształcenie – to wszystko wywozili w Syberię. Koleżanki moje powywozili, teraz w Polsce jedna mieszka. Kolegę wywieźli – teraz zmarł, to był jej mąż, w Syberii po drodze się poznajomili, pożenili... Za to, że oni bogaci, a tej Jadzi Orobczyk dziadek był merem miasta...   Były takie czasy, jeszcze za Stalina. Wystarczyło się pokłócić, pójść w KGB i powiedzieć: on jest przeciw sowieckiej właści. Coś nie tak i w nocy zabierali, wywozili albo rozstrzelali, albo... Już więcej nikt nie widział.   Był głód wtedy, nie było nic. Ja pamiętam, jak rozbili taki magazyn, zaczęli stamtąd wszystko brać, a mojej koleżanki ojciec wziął worek mąki na plecy i jego zastrzelili. To, że Ukraińcy z Polakami tak wojowali, to była robota Niemców i tych kahebistów. Oni jednego na drugiego, sami zabijali, mówili, że to banderowcy. Albo zabijali Ukraińców i mówili, że to Polacy. I dlatego powstała taka nienawiść Polaków z Ukraińcami.   Pamiętam, już byłam w siódmej klasie, w technikumie uczyłam się. I idzie jeden (potem my dobre koledzy, do jednej klasy chodzili): – A ta polaczka, szcze tut chodyt? Ty czoho ne w Polszczy? Ale potem dobrze się odnosił do mnie.   Był głód, jak Niemcy poszli, a Ruskie przyszli. Sklepy pozamykane, Żydów wywieźli (sklepy byli żydowskie). Potem 1946 rok – Polaków, inteligencję, to wszystko wywieźli. Był wtenczas głód, wtenczas jak raz niedobre stosunki się zaczęli między nacjonalnościami. Naszych wywozili, a na ich miejsce Rosjanie. Najlepsze mieszkania, najlepsze ulice, wysokie posady – to wszystko Rosjanie. Oni Ukraińców nie dopuskali, nie wierzyli, więcej Polakom wierzyli, jak Ukraińcom. Dużo koleżanek wstąpiło wówczas do Instytutu, na medycynę – gdyby to nie były Polki, to by nie przeszły, nie zdały matury.
Bronisława Iwanicka
[lata 40.–70.]Tata był dwa i pół roku w Syberii, w 1945 roku wyjechał. Pisał się Polakiem i go wycofali do Polski. Pracował tam, od razu był gospodarzem, opowiadał, że gospodarzom było nie tak dobrze, że płacą zbożem, a trzeba to było wieźć na rynek, sprzedawać. Poszedł na koleje pracować, do Rogoźnicy. Potem przysłali go bliżej do granicy. Przez pierwszych siedem lat tylko listy przysyłał do nas, nie mógł przyjechać. Pierwszy raz przyjechał w 1957 roku. Przyjeżdżał może razy trzy, cztery — na gościnę. My robili zaproszenie i jego puszczali na miesiąc. Moje siostry już wyszły za mąż i nazwiska drugie miały. Od jednej siostry dostawał zaproszenie, to od drugiej, od trzeciej i przyjeżdżał tato do domu. Potem sam tam zrobił dokumenty, puścili jego tutaj na stałe w 1967 roku. I tak, pięć lat przeszło i znowuż trzeba było robić paszport i tak został tutaj, i tutaj zmarł. Do Polski my już nie zachcieli jechać, bo u niego nie było tam nic takiego, ni gospodarstwa, ni nic. Siostry już za mąż wyszli, rozłączyć się też nie chciałyśmy.
Alina Jacyna
Sowieci stali kościoły niszczyć. U nas był ksiądz Franciszek Kuksewicz. Chodziłam do niego na katechizmy przed pierwszą komunią. I ten ksiądz w nocy znikł. Jego gospodyni mówiła, że przyjechało NKWD i jego zabrało. I do woza przywiązali, i pędzili. I tak on leciał, póki mógł, a potem go zamordowali. Nie wiadomo, gdzie. I teraz odszukują, gdzie kto zginął. Ja chodziłam i ze swoim proboszczem rozmawiałam. I nie wiadomo, gdzie ten ksiądz, czy jego do błota jakiego wrzucili, czy gdzie. Nie ma. Ksiądz Franciszek Kuksewicz. Miałam fotografię. Odniosłam do kościoła – ksiądz powiedział, że zrobi archiwum. Potem aresztowali księdza w Pohoście. Tam był Ksiądz Engielewicz. Piotr? W Pohoście kładli się ludzie pod samochód! Aż samochodem przyjechali zabrać, tego księdza. Leżeli na drodze, żeby tego księdza nie zabrali! Kiedy ludzie rozeszli się, zabrali tego księdza. Do więzienia zabrali.
Genowefa Janukowicz
Zabrali nas do wojska i wywieźli do Rosji. Iwanowski obwód, Tulima. Tam umundurowanie dali nam rosyjskie. Cztery miesiące w Rosji był. My nie chcieli w rosyjskim wojsku być, my wiedzieli, że już polskie wojsko było organizowane. Później polska delegacja przyjechała i zabrała nas do Polski, do Białegostoku. W Rosji tam ledwie z głodu nie umarli. Tam karmili tak, że... Ajajaj! A to nie obozy, ja do wojska należał.   
Władysław Karol
[Donbas, Ukraina, lata 40.]Przyszło do naczelnika zawiadomienie. Mówił: ja mam rozkaz wziąć do szkoły zawodowej 10-15 chłopców. Kogo złapali, to wzięli. Brali i Polaków, i Ukraińców, już nie Rumunów. Zabrali do pociągu w Storożyńcu. Najpierw na Iwano Frankowsk, Lwów, do stalińskiego obwodu, niżniański rejon. W 21. kopalni pracowałem sześć miesięcy. Pracowałem pod ziemią. Robiliśmy tunele pod ziemią, odkrywaliśmy pokłady węgla, drogę robiliśmy. Maszyna zrywała ściany, my uciekaliśmy. A potem musieliśmy pracować na kolanach, tunel 70-80 centymetrów, a czasem 60 centymetrów, to już wtedy nie można było na kolanach, to na boku leżeliśmy i pracowaliśmy. Ciężka praca. Ale przynajmniej jeść dawali dobrze, kilogram i 200 gram chleba dawali na dzień. I kasza, barszcz, herbata. W końcu zostawiłem wszystko, uciekłem. Pieniądze były, wziąłem chleb i poszedłem na pociąg. Pojechaliśmy na Odessę, na Mołdawię, i przyjechaliśmy. Tutaj była zona, strefa. I tam nas z pociągu zabrali. Przesłuchanie, zabrali dokumenty. Ale zwrócili dokumenty i pojechaliśmy dalej. I tak dojechaliśmy do Czerniowiec, a potem na piechotę do Panki. Taki głodny, bo w pociągu nie było nic jeść. I za pół dnia dotarłem do domu. Rodzice ucieszyli się. Ojca nie było, matka i siostra była w domu. Zapłakali, pocałowaliśmy się.
Kazimierz Krasowski
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Pużanki, 1945]Jak Halina Laszkiewicz była w partyzantce organizatorem, to uciekła. A Laszkiewicz w tym czasie wyjechał do Polski z synem Andrzejem. No i łapano, szukano. – Gdzie Galina?! A ona tak po domach się chowała. Dwa razy u nas była, raz na piecu spała. I tak chowali ją tam na Białorusi, ale potem na Białorusi ją znaleźli. U kogoś była, ją schwytali i wywieźli na Syberię. A potem przyszło takie pozwolenie, że kto odbył swoją karę, mógł wracać do Polski. I ona wróciła, właśnie do tego syna. A Laszkiewicz chyba jej nie przyjął. Bo on chciał, żeby ona rzuciła to wszystko i jechała z nimi do Polski. A ona taką wielką patriotką była, oddana polszczyźnie – i oni we dwóch pojechali, a ona została.
Romualda Kuleszo
[Berezowka, lata 40.]Jedną w Berezowkie kobietę tak zamęczyli. Ona portret Stalina zrzuciła, zaczęła deptać. I jej wymęczyli — nie daj Boże! Znimali z niej kożuch, znimali, zamęczyli!
Romualda Laskina
[Plusy, lata 50.]Poszłam do szkoły, do pierwszej klasy w Plusach, w witebsko-brasławskim rejonie. Była tam taka nauczycielka, która kazała mi klęczeć na grochu, żebym wiedziała, że jestem wrogów narodu, czyli mamusi i tatusia dziecko, i żeby klasa patrzyła. Potem już tego więcej nie robili, bo mamusia płakała, poszła do sekretariatu sielsowieta i mówi: – Co dzieci winne? Brat Alojzy też chodził do szkoły, dwie klasy skończył, ale już więcej nie poszedł. Mówił, że nie będzie cierpieć. Mamusia mówiła do mnie: – Córeczka, ty dziewczynka jesteś, ty taka słaba, tobie trzeba uczyć się.
Olga Liplanska
dotyczy także: Codzienność powojenna, Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Salino, lata 60.]Mama poszła w kołchozie do pracy w Salino. Tam już lepiej płacili, już lepiej żyć było. Ludzie jednak różni byli. Pisali donosy na mamusię, że ktoś dopomaga, że ona żywi troje dzieci, że u niej jest co zjeść. Donosili też, że do kościoła chodzi, na chórach śpiewa, że poszła do kościoła, kiedy trzeba było iść do kołchozu. Kiedy były święta, mama mówiła, że niech ją do więzienia wezmą, ale na Boże Narodzenie i na Wielkanoc do kościoła musi iść.
Olga Liplanska
dotyczy także: Codzienność powojenna, Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Łakino, lata 40.]Niemcy kiedy przyszli, kiedy zaczęła się wojna, to bardzo wielki majątek był u mojej rodziny. I w tym majątku wszystko wojsko stacjonowało. Kiedy rosyjskie wojska przyszli, też zostali się w tym majątku. Powiedzieli: – A czego wy wpuścili niemiecka wojska? A babcia mówi: – Jak my mieli nie wpuścić, kiedy wy tak samo przyszli, nic nie zapytali i u mnie zostali się. Zarzucili im, że oni bogaci i że ni jeden brat, ni drugi nie poszedł do wojska rosyjskiego. Polecieli do lasu, kiedy tylko usłyszeli, że idzie rosyjskie wojsko. W nocy przyszli jeść do domu, a tam przyszło NKWD i zabrali ich wszystkich, i jednego brata, i męża mamusi, i mamusię. Bardzo bili mamusię, chcieli ją zastrzelić, ale wtedy ona padła na kolana i modliła się „Pod Twoją obronę...”. To kula jedna poleciała mimo, druga poleciała i trzecia. Potem wojskowy położył automat i powiedział, że nie może strzelać, kiedy ona klęczy i modli się.
Olga Liplanska
[Rykiszki, 1947-59]Przychodzili do nas ludzie z NKWD z bagnetami i pytali mnie, kto dopomaga, kto przynosi chleb, jak żyjemy, czy przyjeżdża ktoś z zagranicy. Myśleli, że mamusia jakiś szpion jest. I ja bardzo bała się ich, bo mamusię postawili pod automatami do ściany, żeby na mnie nie patrzyła. Wtedy oni mnie brali na kolana, a ja płakała i tylko płakała, i nic im nie odpowiadała. A oni kopali po podłodze. A potem bagnetami wbijali i dziury robili w dachu, żeby deszcz na głowę padał, niszczyli. Robili dziurę i odchodzili. Tydzień przejdzie i przychodzili znowu, i jeszcze mnie pytali: kto przychodzi, kto jeść przynosi, jak wy żyjecie, a czy jakiś przyjeżdża, w jakim języku rozmawiacie. I tak mamusia mówiła wtedy: – Dziecko, żeby ni jednego słowa na polskim języku nie mówić, tylko na rosyjskim.
Olga Liplanska
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
[Salino, lata 60.]Kiedy już przyjechali do Łotwy, strasznie my płakali. Sąsiedzi przychodzili do naszego domu i krzyczeli na mamusię. A mamusia pracowała, wstawała rano, wszystko robiła. Ona była jedna, żyła bez męża i źli byli bardzo ludzie, że ona tak żyje. Przychodzili, rzucali kamieniami w okna i krzyczeli, że wrag naroda przyjechał. Kiedy przyjechali z Białorusi, już przychodzili KGB i NKWD, pytali po wszystkich sąsiadach, co mama robi, kto do niej przychodzi, jak ona żyje. Jednego razu na mamusię nakrzyczała sąsiadka, nazwała ją wrogiem narodu. Powiedziała, że mamy dzieci nie mają prawa ni uczyć się, ni nic, że one też są wrogi. A ja następnego dnia szła do szkoły i nie przywitała się z tą sąsiadką. Kiedy przyszłam ze szkoły, mamusia mnie spotkała z rózgą i mówi: – Ty jesteś młoda dziewczynka, a ona stary człowiek. Co ona mnie mówi, to nieważne. Ty masz przywitać się z nią. I ja pamiętam z tego czasu, że starszego człowieka trzeba uważać.
Olga Liplanska
dotyczy także: Codzienność powojenna, Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Rykiszki, lata 50.]Brat Alojzy ani jednego słowa nie umie po polsku. Nie rozmawia, bo nie miał na to czasu. Jak brata Romualda zabrali – on stał się jak tatuś i musiał ciągle pracować, pracować, pracować.Romuald skończył osiem klas i bardzo chciał uczyć się dalej, a jemu powiedzieli: – Ty nie będziesz uczyć się, bo ty jest syn wraga naroda. A on bardzo chciał się stać lotnikiem. Kiedyś jeden chłopak zobaczył, że on czyta książkę po niemiecku i po angielsku. Zaczęło się: – A skąd on te książki wziął? A on dużo zebrał książek kiedy wojna skończyła się. Jeden zbierał granaty, a on książki zbierał, słowniki. Nauczył się czytać i czytał całe noce, my wszystkie spali a on zapalił łuczynka w łaźni i czyta. A potem, kiedy mu powiedzieli, że nie może uczyć się, to w nocy odszedł i mamusia go szukała. Mówił wcześniej, że nie chce żyć w tym kraju, w którym go tak poniżają, pojedzie za granicę, że czytał w książkach, że tam dobrze można żyć. Mamusia mówiła, że on tylko tak sobie gada. Potem przyszło do nas do domu KGB: – Kogo ty masz za granicą? Romualda znaleźli na fińskiej granicy jak stracił przytomność, bo przez dwa miesiące żył bez jedzenia. Drwale znaleźli go wycieńczonego. Zabrali go i on długo nie mówił kim jest. A potem już przyjechali do mamusi NKWD i mówią, że wasz syn teraz otrzyma 10 lat, bo jeszcze nie było 18 lat jemu. I potem jego zostawili tam – Krasnojarski Kraj, Mordowia. Później, jak przyjechał do nas, to mówił: – To moje same szczęśliwe roki tam. Bo tam profesory, uczone wszystkie, wszystkie takie rozumne ludzie w tym więzieniu byli. W politycznym siedział, gdzie same rozumne ludzie byli w tych łagierach. Stalin samych rozumnych ludzi zgubił. Francuzy byli, Angliczanie i Polacy byli, no i Rosjanie. Pisał listy, pierwsze KGB czytało, a potem wszystko zarysowane, zakreślone i potem on po więzieniu przyjechał. Jemu można było przyjechać na pół roku i to wszystko nam powiedział. Powiedział wszystko i pojechał potem.
Olga Liplanska
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
A jeszcze w Pińsku stała u nas katedra. Kościół był taki, nazywany katedrą. O, tu, gdzie płoszczadź [plac] i Lenin stoi, tu katedra stała. Jaka była katedra! Oni [Sowieci] rzucali, rzucali bomby i ni jedna bomba nie rozerwała, nawet nigdzie nie zadrapała. A potem wmurowali do ścianki dynamit. Jednego zabiło, drugiego zabiło, trzeciego zabiło i dużo pobiło ludzi, ale nikt nie mógł jej rozwalić. A potem już z samolotu na to i bombami, pobili bombami tą katedrę. Oj, ludzie płakali - katedra była, katedra...
Janina Łojko-Korolewicz
[Zarasai (Jeziorosy), Wilno, wiosna 1945]Potem nas popędzili do Zarasów. No nas było jakieś więcej, sześćdziesięciu zabrano do Zarasów. I tam do piwnicy nas zagoniono. I tak, że mogliśmy tylko stać, a usiąść nie mogliśmy i jak śledzie w beczce, panie. To zaczęli wołać, że pić, żarko, męczyło nas pragnienie, to ochrannik przez okna, poprzez furteczkę, zaczął śnieg rzucać nam. A na ranku już przeprowadzali do turmy, a dwa ludzie już umarłszy byli, tacy w starszym wieku: Wyskowicz i Pietrusewicz, jak upadli… No, a w turmie to już było, nie było to swobodnie, ale już lżej było. Później, wiosną, powieźli nas pociągiem do Wilna. A wtenczas do sali dwuosobowej nas po dziesięć tam wmieścili. To spać łożyli się, głowa, nogi, a pościel nasza była, co na sobie mieli. No i tak nas jakieś miesiące trzy, nas tam w Wilnie trzymali. No a później nas powieźli do Rosji, na Workutę.
Longin Michajłowicz
[Workuta, 1946 rok]W Workucie jak byłem, też słabe jedzenie było. Chociaż ciężko pracowalimy, słabo karmili. I gdzieś jakiś pociąg szedł i jęczmień rozsypany, to my na szufladki jęczmień ten uzbieraliśmy, i na ogniu, i zjedli. A jednego razu znajomy mnie przyniósł konserwowego grochu manierkę taką wojskową, ja zjadł, a potem jeszcze gotowanego. I zapalenie żołądku. I do lekarza pójdę, on mnie proszki jakieś da i oswobodzenie od pracy. A mnie spać, ani nic i na trzeci dzień znowu poszłem, a tam Suszyńska, doktorka z naszych miejsc, starsza taka kobietka. I ona: — Dlaczegoś nie przychodził? Od razu do szpitala! I w szpitalu jeszcze tak do północy było, a potem odjęło… I ona mówi: — Toś jeszcze młody, serce masz zdrowe, to wytrzymałeś. A tak bym nie wytrzymał. Ot, co głód robi?! Akurat ta doktorka, ona mnie wyleczyła i mówi: — Ja ciebie sanitarem zostawię w bolnicy, tam coś oporządzić, ponosić… no i byłem. No i wtenczas już ja dobrze czułem się i byłem syty. I tylko jak komisja jakaś, to ona mówi: — Chowaj się, chowaj się!
Longin Michajłowicz
[powrót z łagru do domu, 1946 rok]A gdy odpuścili już, dali prowiant suchy na drogę. I poszedł na stację, ale pociąg będzie na ranko w następny dzień. Położyłem się na stacji na podłogę tak odpocząć, pospać. Węzełeczek pod głowę i zasnął spokojnie. Na ranku ocknął się, nie ma mego prowiantu, zabrany, panie! No i jadę, nie pamiętam do jakiego miasta, ale znowu trzeba czekać na pociąg długo. A idzie na Gorki wojenny eszałon, ja podeszłem do żołnierzy: — A gdzie macie marszrutę? Oni: — Gorki! A to mnie tak jak na Moskwę już. I ja do nich do wagonu. Ale już jakiś trzeci dzień jak głodny. A przed Gorkimi jeszcze ostanowka, żołnierze biegną mleka kupić i jeden kaszę gotowaną taką, hop z kociołka na trawę i tak ona i stoi. Ja podeszłem i zjadłem. Jak oni zauważyli, tak jeszcze mnie sucharów dali. No i ja do Gorkich przyjechałem z nimi. W Gorkich na Moskwę... I jak pociąg ruszył, ja na wierzch. Podchodzą dwa policejskie: — Złaź, dokumenty! Podałem, bilet podałem. A dlaczego nie zachodzisz w wagon, a ja mówię: — Gorąco w wagonach. I oni poszli, ale mnie w wagon nie puszczają. Alem przyjechał z Gorki do Moskwy, a u mnie ni pieniędzy, a trzeba trzy ruble zapłacić. A u mnie taka miseczka była i ja do jednej takiej kobiety podeszłem: — Kup! — mówię. Ona, jej tam trzeba nie trzeba była, wzięła miseczkę, mnie dała trzy ruble. Przyjechałem do Wilna, no trzeba było też poczekać, zanim pójdzie pociąg na Turmonty. Tam mnie kobietki i pieniędzy dali, i bułki nakupili, nakarmili. Jadę, o Turmonty! Wyłażę i na pieszo idę, tam kilometry szesnaście. I jadą podwody. Jeden mężczyzna: — Michajłowicz! Pół litra będzie, to tobie nowina powiem? — No jak dobra, to będzie. — Spotykaj syna! No i przyjechalimy do domku.
Longin Michajłowicz
[Borek, ok. 1944]Na Cztery Ewangelie byliśmy w kościele i przyjechali zabrać księdza. Był ksiądz w kościele, wyprowadzili go na plebanię. Samochód był ciężarowy, nałożyli siana i powiedzieli: „Położyć się!”. Ludzie położyli się na drodze i nie dali przejechać na tę ulicę. Zawrócili ten samochód, przez sad i rzekę wyjechali na drogę i księdza zabrali. Tak zamknęli kościół i kościoła już u nas nie było. Nie pamiętam, ile lat był w więzieniu nasz ksiądz, Ingielewicz Józef. Przez kilka lat, zanim wrócił ksiądz Ingielewicz, kościół zamknięty był. Potem wrócił. Żył w jednym domu. I z tatą żeśmy chodzili tam do spowiedzi.
Weronika Naumczyk
Za Stalina nie dotknęły mnie żadne represje. Gdy byłem w wojsku, pracowałem przez pewien czas jako sekretarz w tajnej jednostce. Odwiedził nas kiedyś pułkownik z Ukrainy, Ponomarczuk. Zapytał, jak to możliwe, że Polak pracuje w tajnej jednostce. Moi przełożeni odpowiedzieli, że mają do mnie zaufanie. Ale po tym incydencie odszedłem z tajnej jednostki na własne życzenie. Skoro zaczęto mówić o braku zaufania, nie miałem ochoty wykonywać nadal tej pracy, chciałem też uniknąć ewentualnych konsekwencji.W wojsku byli też inni Polacy, nie prześladowano nas. Ja byłem sierżantem, byli też szeregowi. Przewodniczący Komsomołu w batalionie był także Polakiem. Nie mam powodów do niechęci wobec ówczesnej władzy. Jestem Polakiem, zawsze się podawałem za Polaka, pracowałem całe życie w przemyśle zbrojeniowym, gdzie piastowałem kierownicze stanowisko.
Kazimierz Orestowicz - Rzestowicz
dotyczy także: Codzienność powojenna, Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30., Tożsamość narodowa,
Potem, jak już przyszła (znowu) ta radziecka Armia Czerwona, to było już te wyzwolenie, jak oni mówią, przyszło do nas - to było w lipcu 1944 roku. I od razu ta sowiecka włast zaczęła organizować kałchozy. Zabierali od ludzi krowy, konie, wozy, tam jakiś sprzęt gospodarczy i to wszystko zwozili w jedno miejsce. No, ludzie bardzo nie chcieli tych kołchozów, ale kto nie chciał do kołchozu, to jego zapisywali w kułaki. Znaczy, że on jest bogaty, nie chce oddać swego bogactwa. I potem zaczęli wywozić do Rosji. Gdzieś w Czeremchawawa, Kubas, na Sybir, Irkuck i do Kazachstanu. No, z początku wywozili leśników, no, na pewno wywozili urzędników polskich, osadników. Dlatego że u nas było dużo osadników, którzy walczyli po I wojnie światowej i byli jako polskie legiony. I oni mieli tu takie nadziały ziemi, i mieszkali tu, zamieszkiwali te tereny. Niektórych wywieźli już w 1939 roku, od razu, jak przyszli, a których nie zdążyli, to zaczęli od 1946 roku i tak dalej, aż do 1952 roku wywozili.W 1950 roku, jak wyszłam za mąż - a mój mąż był w tym "spisku", tych kułaków, bo jego ojciec był w więzieniu, a ich wszystkich, całą rodzinę... A ponieważ ja też już byłam w tej rodzinie... W nocy przyjechali, my nic o tym nie wiedzieli, nie mieli w domu nawet chleba, tylko tak na jeden dzień. No, wywieźli do Kazachstanu. Wieźli w takich towarowych wagonach. Ludzie tam płakali i umierali, i było bardzo gorąco, i nie można było... No, jak tam odjechali, już za Moskwę, i w tych stepach, gdzie nie było nigdzie drogi, ni nic, tylko jedna kolej, to można było wyjść na chwilę na świeże powietrze. No, i wieźli nas prawie dziesięć dni. Dlatego że ten pociąg musiał gdzieś zawsze stać na uboczu, jak przechodził taki pociąg, który po tym rozkładzie jazdy musiał jechać. A my musieliśmy ustępować. No, i nareszcie przyjechaliśmy, już na kazachstanskuju obłast - to obwód już na kazachstański iliczowski rajon, i już nas tam rzucili. A ludzi tam było różnych. Tam byli Korejcy, byli Niemcy, których powywozili z Kaukazu już kiedyś, byli Czeczeńcy, Polacy, Białorusini. Jednym słowem, wszyscy byli zapisani, tam, u tego Kazacha komendanta i musieli raz na tydzień iść, i podpisywać się. Wyjeżdżać z tej miejscowości nie można było. Tylko tam.  No, a tam dookoła byli pola zasiane tym chłopkiem, to znaczy watam, która rosła tam w naturalny sposób. I trzeba było pracować na tej ziemi od rana - a tam straszne słońce, i niektórzy wprost padali na tym polu, bo było... A tam ziemia robiła się taka twarda jak kamień i trzeba było takimi wielkimi, takimi haczkami - no, nie wiem jak to się nazywa - no, usypywać te krzewy, żeby rosły. A potem takie robili jamki dookoła i polewali. Bo tam wszędzie były takie aryki, takie kanały, które położone były wyżej. I potem na te pole puskano wodę.
Genowefa Ostrowska
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Przejazd z łagru w Salechardzie do łagru w Baszkirii] Wieźli nas po rzece Ob barką. Potem ta barka odczepiła się od holownika i jakiś czas dryfowaliśmy po rzece. Potem nas złapali, znowuż za tą barką zaciągnęli do stacji Łabytnangi. W Łabytnangach nas wsadzili do pociągu i powieźli w stronę Baszkirii. Baszkiria to już było południe. Było już ciepło, a jak wyjeżdżaliśmy, to był jeszcze mróz i śnieg leżał. Podjeżdżając już do Baszkirii na jakiejś stacji, nie wiem dlaczego, Rosjanie chcieli odpiąć wagony i odpuścić nas. Zaczęła się strzelanina i odprawili nasz pociąg dalej. Zawieźli nas do posiołka Solowat, od Ufy (stolica Baszkirii) jakieś 80 kilometrów. Tam budowaliśmy rafinerię naftową.
Wacław Pacyno
[Słonim, 1950]16 marca 1950 przyszłam jak zawsze do szkoły. Ni z tego, ni z owego na mnie zaczęła krzyczeć nauczycielka. Niby ja tam chciałam podpowiedzieć komuś coś. Postawiła mnie do kąta i powiedziała: — Patrzajcie, ona taka sama jak jej ojciec bandyta. Chyba jej tak było nakazane mówić. A ja nic nie wiedziałam. W trzeciej klasie byłam, miałam dziesięć lat. Co ja rozumiałam? Do końca lekcji siedziałam w szkole, potem przyszłam do domu i nic nie powiedziałam. Nic a nic. A następnego dnia wzięłam teczkę i poszłam do szkoły, ale do szkoły nie weszłam. Zaszywałam się gdzieś w krzaki za kanałem Ogińskiego. I jak dzieci wracały ze szkoły, ja też wracałam do domu. I tak było cały tydzień. Do szkoły więcej nie poszłam. Po tygodniu przyjechała moja mama i powiedziała, że właśnie w nocy z piętnastego na szesnastego marca był aresztowany nasz ojciec. Tak pracowała wtenczas NKWD. Nauczyciele w szkole wiedzieli. Mnie i mojej starszej siostry nikt nie zawiadomił. Przyszli w nocy i zabrali. I ślad po nim zginął.
Leonarda Rewkowska
[lata 50.]Taki był porządek w sowieckich więzieniach, dzieci do dwóch lat były razem z matkami. Matka dziecka nie pilnowała, chodziła do pracy, ale wieczorem mogła je zobaczyć. Dziecko pilnowały nianie-enkawudzistki. Alek w więzieniu był głodny od narodzenia. Jeden raz zjadł mydło. Dziecko głodne połyka wszystko. A drugi raz zgryzł kroplówkę szklaną. Ale przeżył, tak Pan Bóg chciał i jeden raz, i drugi raz. Siostra przyszła wieczorem z pracy, a dziecku krew ciekła z ust, po brodzie krew się lała. I siostra pyta się tej niani: — Co z moim dzieckiem? A ona mówi: — Nie znaju, wot na etażerkie leżała stieklana pipietka, nawierno sjeł. I nic nie robi. Zjadł to zjadł. Na jutro będzie mniej pracy, jedno dziecko pilnować mniej. A siostra pobiegła na kuchnię, ubłagała kucharza, żeby dał jej kaszy jak można najwięcej. Kucharz dał jej tej kaszy tyle, ile ona prosiła. A dziecko głodne... Jadło i jadło tę kaszę bez końca.
Leonarda Rewkowska
[wieś Nowinki, 1952]Łomot w drzwi. — Grażdanka Rewkowska! Otkrywajcie! Matka wszystko zrozumiała. Ale w nocy nie otworzyła. — A ja w nocy nikomu nie otkrywam, a skąd ja wiem, kto wy jesteście? Przychodźcie w dzień. Oczywiście oni zobaczyli, że trzeba łamać drzwi. A my już obudzili się, patrzymy w okna, co to będzie. Oni stoją na podwórku, poradzili się. Widzimy, że przyjechały takie kryte wojskowe samochodziki nieduże — gaziki. Ciężarówka stoi i żołnierze chodzą. Zaraz ten gazik odjechał. Za pół godziny wrócił. Reflektory ciężarówki ustawili na okna. Do szkła przystawili tego Szarika — deputowanego, dobrze pamiętam jego nos taki rozpłaszczony. — Grażdanka Rewkowska, wy nas nie znajetie, ale jego znajetie? Eta wasz dieputat! Iminiem sowieckiej właści! On przedstawiciel sielskowo sowieta — otkrywajcie! Abjazane otkryć! Wy prjaczycie banditow, my dołżny ich arestować! Matka otworzyła drzwi. Oni wlecieli i od razu w dużym pokoju posadzili matkę, posadzili mnie i Teresę. I powiedzieli: — Nie ruszać się. I przystawili z karabinem żołnierzy. A wszystkie rozbiegli się. To na strych, to do piwnicy, to po innych pokojach. Łazili, łazili... I ten starszy mówi: — No! Prawdę skazała grażdanka Rewkowska. Banditow my nie naszli! No, u nas jest swiedzeń szto wy prjaczycie orujże dla bandy w ljesu. No i szukali wtenczas tej broni. No i nie znaleźli. Nie ma. Zrozumiałam, że oni po prostu wyszukiwali co lepszego każdy dla siebie. Ponad dziesięciu ich było w sumie. — U was jest zapreszczjonnaja litieratura. I zaczęło się. Te książki, które jeszcze nie pozabierali, jak aresztowali ojca i sióstr. A do szkoły ja wychodziłam o siódmej. Już zaczęło świtać i ja wstałam. Podnoszę się, a on: — Kuda dzieweczka? Ja mówię: — Do szkoły. I wtenczas mnie powiedział: — Sadzis! Usiadłam. Zawołał starszego. I ten starszy dostaje papierek i orzeczenie sądu: „Kak nie błagonadiożnyj wy pieresielajecie w oddalonyje miesta sawieckowo sajuza!”. Wskazuje ręką na zegarek: — Wyjeżdżamy czierez poł czasa! Na zbor wieszczej tridcat minut.
Leonarda Rewkowska
Chciałam powiedzieć, że jak przyszli Ruski, to wtenczas organizowali polskie wojsko, żeby Polacy do polskiego wojska szli. I wtenczas organizowali dużo naszych chłopaków, wszystko, no i ich poprowadzili, i my ich prowadzili przez rzekę do Pasiecznej - aż tak daleko ich odprowadzaliśmy. A co z nimi się stało, to nie wiadomo. Czy oni doszli do Polski, czy gdzie oni się podzieli, to nie wiadomo. Nie było kontaktu już potem. I tam były koleżanki, których bracia poszli do tego wojska. I gdzie oni się podzieli - nikt do tego czasu nie wie.
Władysława Ridosz
Kiedy przechodził front, to Rosjanie kazali nam opuścić dom, bo akurat stał pomiędzy nimi a Niemcami. Niemcy się już wycofali i nadeszli Rosjanie, ale długo nie mogli odeprzeć Niemców. Nie mieli tyle sił. Dopiero jak doszły im katiusze, to Niemcy cofnęli się bardziej. Wiele bomb padało do jeziora i te jezioro stało się białe od martwych ryb, które powypływały na wierzch. Ludzie tam chodzili pod ostrzałem i zabierali te ryby. Było bardzo dużo trupów. Wszystko było zasłane tymi nieżywymi żołnierzami. Ocalał za to nasz dom zbudowany z drewna. W tym naszym domu Rosjanie zrobili szpital polowy. W pokojach byli najsłabsi żołnierze, ranni. A wszyscy tacy głodni. Tych, którzy umierali, to tylko trochę przysypywali ziemią. Dużo umierało. Ale w końcu front przeszedł dalej i my wróciliśmy do siebie. Tylko, że już wiedzieliśmy, że wojna się kończy, ale nie chcieliśmy, żeby u nas zostawała Rosja. Bo nam to było nawet lepiej za Niemca, niż za tych Rosjan - można było mówić, co się chciało, nikt się nie bał, że go wywiozą... Ojciec powtarzał, że Rosja to nasze przekleństwo.
Anna Riepko
[Hniezno, lata 40.] Wtedy zaczęli kołchozy te robić. I w miasteczku Hniezno wszystkich zagnali w jeden dom. To sielsowiet nazywał się. Moich ojca i matkę też. Podpisuj się do kołchozu i wypuścimy. Nie? Znaczy siedź. Tak ludzie siedzieli gdzieś więcej jak tydzień. Bez jedzenia, bez niczego. No cóż. Rodzice siedzą, my dzieci wiemy, że z głodu umrą. Robiliśmy ziemniaki, tam jeszcze coś w takich garnkach. A tam z drugiej strony było takie okienko. W nocy my tę szybkę wyjmowaliśmy i im podawaliśmy – karmiliśmy ich takim sposobem. A te nie wiedzieli.
Anna Sadowska
Ja jeździłem tam, gdzie mój wujek żył, mamy brat. Jeździłem w gości tam, a ona, moja przyszła żona, tam u cioci żyła swojej - w jednej wsi, na kolonii. Tak tam poznaliśmy się, pożeniliśmy się też cudnie. Potem, jak ozdrowiałem, zabierali przymusowo do szychty, do kopalni. I ojciec odprawiał mnie do wuja. Tylko przepisałem się do wuja, zaraz wezwali mnie i tam zabrali (uciekłem z Juchniewicz, to z Wozdun zabrali mnie). Potem zawieźli do Juraciszek, do rejonu. Sowieci wszystkie dokumenty zrobili i potem ten, co nas zabierał, powiózł do Juraciszek. Oddał pod stróża i my pouciekali. Ja przyszedłem lasem, aż tam, do wuja. Bo Sowieci chcieli nas wysłać do kopalni. Opisali, wszystko zrobili, dokumenty, i ten, który to robił, ten agent, powiózł nas na koniach do Juraciszek (dziesięć kilometrów było do Juraciszek, do rejonu). Zostawił nas w rejonie, a sam poszedł na obiad do stołowej. Jeden z nas poszedł, nie przyszedł, poprosił stróża. Stróż był. Drugi poszedł, nie przyszedł. I ja myślę coś podobnego. I dawaj, ja poprosił, żeby mnie puścił. Wyszedł ja na ganek w rejonie, nikogo nigdzie nie ma, więc ja cichutko, cichutko i poszedł. Potem musiałem mieć dokumenty wszystkie, a wszystkie tam zostały. Przychodzi się chować, a jak złapią - więzienie. A u niej, u przyszłej żony, ciocia była, bogato żyła, do nich przyjeżdżali i NKWD, i milicja, na gości. I my porozmawiali - u cioci znajomy był - żeby oni mnie dokumenty wydali, wojenny bilet. Długo ciągnęli wszystko, sejmikowali się, ale potem powiedzieli: damy. Ale żebym ja rozpisał się, ożenił się z jej bratanicą. Wtedy oddadzą mnie, zostawią mnie na gospodarza - bo tam u cioci nie było gospodarza. W taki sposób ożeniłem się.
Czesław Sobolewski
Pierwsi tu wstąpili Sowieci. Do szkoły jeszcze nie chodziłam, byłam dzieckiem, w rodzinnym kole, tak że też nie mogę wiele opowiedzieć o tym, ale to blisko lotniska było. I zawsze tam wojsko zatrzymywało się. Wojsko, lotnicy wynajmowali mieszkania, bo to prywatne budynki były. Więc pierwszy usłyszałam rosyjski język i niewiele rozumiałam. A już kiedy Rosjanie odeszli, przyszli Niemcy, to wtedy posłano mnie do szkoły. Za Niemców ja zaczęłam pierwszą klasę.Jak Niemcy odstępowali, to kazali nam zwolnić budynki na tej ulicy, gdzie mieszkałam, Mołotkowskiej, bo powiedziano było, że podminowane tam jest. No i rodzice moi odstąpili to, mieszkaliśmy przed parkiem na ulicy Lipowej, u znajomych. A potem, już jak Ruscy przyszli tutaj, to my z powrotem wróciliśmy do swoich mieszkań, dlatego że nic się nie zabierało, tylko to, co było potrzebne dla człowieka.
Jadwiga Sołtowska
dotyczy także: Okupacja niemiecka, Pierwsza okupacja sowiecka,
Pamiętam, że lataliśmy po tych koszarach. Niemcy uciekali, niektórzy zostali. Parkan naszego podwórka i koszarów był wspólny. Tam były konne oddziały i pełno tych koni, spichrze ze zbożem... Myśmy zawsze otwierali te szerokie wrota, wygrzebywaliśmy stamtąd słomę, właziliśmy na dach i skakaliśmy. Tak można było skakać i pół dnia. Wieczorem dostawaliśmy za to lanie. Strasznie piekły nogi, bo były pokaleczone. I za którymś razem otwiera się jeden z tych spichrzów i: - Kom! Kom! Tam Niemcy siedzieli w zbożu! I pytają o Ruskich. Ja mówię: - Są już, Ruskie, są!
Zofia Stecka
Tu, w Pińsku, był drugi kościół - został wysadzony. O, to u mnie już dziecko było, pierwsze dziecko było, a ja tam w centrum mieszkałam, niedaleko od kościoła. Przychodzi policjant i mówi tak: - Dzisiaj w nocy o drugiej proszę wyjść z mieszkania. Nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich tak mówi: - Bo będziemy wysadzać kościół. A my przecież takie wierzące. - Jak to, kościół? Jak to? Tam prawosławni mieszkali, ale ja i mama byłyśmy katoliczki. No i tak było. W nocy wyszliśmy. Wzięłam ja dziecko swoje na ręce, wyszliśmy. Ale żeby chociaż gdzieś jeden zryw był, no, strasznie, na przykład, żeby było - nie, nie. Cicho, tylko "uuuu", jakby coś zwaliło się. No i co? Niedaleko bazar od tego kościoła był. Ja zawsze chodziłam tam na ten rynek. Specjalnie na jutro poszłam na ten bazar kupić, nie pamiętam, co. Boże, Boże, jedne rozwaliny, jedne rozwaliny. Taki piękny kościół, tam przyjmowałam Komunię Pierwszą, chodziłam na katechizm. No, nie ma!
Maria Szachnowicz
[Przesiedlanie Rosjan na teren II RP; napływ ludzi ze wsi do Pińska - lata 1944-45.] Na naszej ulicy tacy mili ludzie byli, życzliwi i lubili nas. Kiedy ich aresztowali, to każdy tak nas schwyci i obejmie, przytuli. I tak jednej nocy, to w paru domach aresztowali wszystkich! Parę rodzin od razu zabrali. A potem myśmy chodzili - jeszcze jakiś czas ten szałon [eszelon] stał na rampie - mamusia jeszcze biegała i nosiła im jeść. Jakoś starała się, prosiła tamtych... Dużo było takich ludzi, którzy chcieli coś pomóc, jeszcze zanieść jeść czy coś innego.Stały potem puste domy żydowskie, więc ludzie zaczęli je grabić, bo przecież Żydzi mieli ubrania i wszystko. A potem zaczęli przywozić całe szałony [eszelony] ludzi - nazywali my ich mieszoczniki. To z Witebska, z Bobrujska, z Rosji. Zaczęli jeździć tutaj i starzy, i młodzi. Po prostu przesiedlano tych ludzi. Wieźli ich całe szałony [eszelony], takie biedne, takie umorusane, straszne jakieś i nimi te domy zasiedlano. I dlatego tutaj dużo Rosjan. A potem to był straszny napływ ludzi z wioski.
Barbara Szymańska
Jak Sowieci przyszli, to od razu kościoły zamknęli, od razu księży do więzienia poszli. Ksiądz w Hermanowiczach był. Na parafię przyjechali w nocy. - Wasze dokumenty zdawać. Ksiądz w jednej sutannie poszedł, a taki mróz, zimno. I mówili, żeby ksiądz powiedział, że Boga nie ma, że w Boga nie wierzy, to wypuszczą od razu. - Skaży nam jedno słowo i cię wypuścimy.  - Ja ksiądz i pajdu choć na śmierć. Ksiądz przyszedł, nogi odmarznięte. Duszyli w więzieniu. Jak wrócił, to przyszedł strasznie chudy, cały czas w nocy krzyczał, płakał.
Teresa Szymko
[Dzierkowszczyzna, lata 50.]W ziemi zakopywaliśmy odzież. Do skrzyni zabiliśmy i wykopaliśmy jamę, i zakopaliśmy odzież. A to zabierali, wszystko brali. Wszystko brali. Przyjadą, biorą wszystko! Po wojnie, jak Stalin nastał, i on nami tak… My tak nie wycierpieliśmy w czasie wojny, jak po wojnie wycierpieliśmy od Stalina. Od Stalina potraciliśmy! Męczył po wojnie!
Kaleta Tołkacz
[Grodno, lata 40.] Wtenczas posadzili mnie w karcer. Z odinoczki nie dali rady wypytać mnie nic, posadzili w celi szóstej. A tam siedziało sześć ludzi tylko. Był ksiądz Romanowski, sołtys Pawluczek. On w Zaleszanach był sołtysem, koło Biskupic.Mnie na śledztwie Robacewicz badał, po badaniach przyprowadzili mnie do tych sześciu. W tym czasie wrzucają do naszej celi górala z Ukrainy. U niego mieszkała córka na tej stronie granicy. A on chciał przywieźć do córki coś. Jedzenia nabrał całą torebkę, margaryny. Przeszedł granicę i go złapali. Powiedzieli: szpieg. Przyprowadzili do Grodna. Oni jego rzucili i poszli. A on nie wiedział, poszedł w kapeluszu, usiadł w kapeluszu i nam opowiadał. Zszedł Charłamow, zdrowa u niego ręka była, gruba. I ten Charłamow jak skoczył, jak dał po głowie, aż kapelusz zleciał temu. I zabrał się, poszedł. A ten pyta się: a za co, a po co on mnie? On po czesku mówił, ale ja troszkę rozumiałem te słowa, bo podobne do polskiego.
Władysław Uchnalewicz
[Workuta, lata 50.]Baraki budowali tak u nich: bukwa T. Tu trzysta ludzi, tu trzysta i tu trzysta. Czyli w sumie dziewięćset w baraku. I prycze trzypiętrowe. Zawsze spałem na wierzchu, bo byłem lekki. Mnie na dole nie dawali spać. Były deski, na deskach opiłki, trociny albo słoma. I tak spali ludzie. A ubrania, jak dobre u kogo walonki czy co, to przebudzisz się i nie ma już. To pod poduszkę chowali. A zaśniesz, to i spod poduszek dostawali. Bo jak pracowałeś 12 godzin, to przyjdziesz, zwalisz się i od razu śpisz, nic nie słyszysz. A mnie było fajnie, bo w tych niemieckich barakach nikt nie zachodził, oddzielnie. Oni tylko wyprowadzali na robotę. To mnie poszczęściło. A jak już Niemców zabrali, to nam pobudowali domek polski w Workucie i mnie chłopcy wzięli do siebie, do tego domku. Ogrzewanie? Był taki duży piec pośrodku i tam cały czas się żar palił. Węglem się paliło. Każdy z sobą niósł węgiel z kopalni pod pachą i drzewo na rozpał. I kto blisko tego kotła, to ciepło, a kto dalej, to nam cały czas zimno było i w ubraniu spali.
Władysław Uchnalewicz
Do pracy pan wychodził, rewizję osobistą robili każdemu. Z pracy pan wychodził - znowuż osobista rewizja. W tamtym czasie były straszne warunki, przyprowadzali czterdzieści, pięćdziesiąt, czy sto osób. Brygada jakaś tam była, robili rewizję, rozbierali pana do spodenek, wszystko sprawdzone. Przyprowadzali do obozu i zakrywali do baraku, a w baraku zakrywali pod klucz. Między tymi pryczami było przejście i stało piętnaście beczek, do których się załatwiali - pośrodku, tam, gdzieśmy mieszkali. To były okropne warunki do śmierci Stalina. Umyć się - raz się umyjesz, raz się nie umyjesz, bo nie wystarcza wody, gdy w takim baraku 250-300 osób. Na pryczach leżeli.
Witold Wróblewski
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
Podchodzi strażnik: - Czego siedzisz? Ten najspokojniej podniósł się i mówi, że idzie już: - Tylko zapalę i idę. A ten jego uderzył, uderzył tego chłopaka. Ja jak machnę, ach! A ja, pomimo że w obozie siedziałem, ja był jak młody człowiek. Jak go machnąłem!.. A zawsze pod ręką miałem taki metal ze specjalnym wygięciem, kładłem to pod koła, żeby zahamować wagoniki. Ja z tego wszystkiego chciałem go tym uderzyć. - Ty bestio. Mnie wszystko jedno, dwadzieścia pięć lat i tak i tak, ale ty tu więcej znęcać się nie będziesz! I chwyciłem, chciałem go ciepnąć. Z kąta wyrwał się jakiś człowiek, z tych wschodnich narodów. I ja go chciałem ciepnąć, a ten jakoś uderzył i ja tamtego nie uderzyłem po głowie, tylko po ramieniu. Co ma człowiek do stracenia? Taki jakiś łotr będzie się znęcać? Ja go uderzyłem. Zaraz mnie zabrali. Przywieźli do obozu, z kopalni zabrali pod konwojem. Przywieźli mnie i zaraz pod śledztwo. Oficer śledczy do mnie mówi tak: - Chciałeś go zabić? Ja mówię: - Niewykluczone, że ja bym go zabił. Ja nie wykluczam tego. On uderzył robotnika, ja go tak samo uderzyłem. A on mówi: - On uderzył, trzeba było przyjść i mnie powiedzieć, że on bije. To by on odpowiadał. A teraz ty będziesz odpowiadać.
Witold Wróblewski
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
W więzieniu: przychodzi bibliotekarka, przynosi katalog książek - książki, które poza więzienie nie wychodzą - ja sobie wybieram. Trzy, cztery książki wziąłem. Prosiłem Karola Marksa, "Kapitał..." i te wszystkie, żeby Sowietów ich materiałami bić. Teraz mógłbym całe strony cytować. Jak on mnie coś mówił, to ja mogłem mu zajechać zawsze. Odsiedziałem tam, potem mnie dali w drugie miejsce. Polityczne wychowanie zawsze w obozie. Jak jest wolne, niedziela albo coś, to przychodzi polityczny wychowawca (po rosyjsku mówi się "politruk") i tam zaczyna: to, to, to, różne swoje. On: - Czy są pytania? A jak są - to numer. Na plecach numer, tu numer i na czapce numer. On: - Pytania, czy są? - Są. Ja mu zadaję. On odpowiada. Ja mówię: - To pan kłamie. Pan przecież kłamie. Pan zna to i to? Na tej i tej stronie, co pisze Karol Marks? Ja mogłem mu cytować całą stronę, gdzie, na jakiej stronie, wszystko. Mówię: - Pan kłamie, nieprawdę pan mówi. Nazwisko zapisał, numer, wszystko. Zebranie się skończyło, on wywołuje mnie. Przychodzi oficer śledczy, on zaczyna, żeby ja napisał, że mówiłem nieprawdę, że nie mam racji, że to jest kłamstwo, co ja mówię. Ja mówię: - Nie napisałem nigdy i nie napiszę, bo pan nie zna, niech pan przeczyta. To pan nie zna. Nie, nie napiszę tego. - No, to nie. Zbierają się i znowu dają pół roku czy trzy miesiące - nie do wyroku, a do więzienia, znowu do więzienia. Niepodatny wychowaniu.
Witold Wróblewski
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
Nas sądzili, Zygmunta i mnie skazali na karę śmierci. Siedemnaście dni, na osiemnastą dobę nas wywołali i zamienili nam na dwadzieścia pięć lat. Na osiemnastą dobę, wieczorem, zabrali mnie. Niektórych ludzi już likwidowali. Tam tak: prokurator, naczelnik więzienia, lekarz, dwóch wykonawców. Pięć czy sześć osób pilnuje. Jak wyprowadzają, zabierają z celi śmierci, to są takie metalowe boksy. Metalowe, grube, tam przychodzisz i jak na krześle - jak usiądziesz, to wszędzie oparcie. Już jak oni zabierają tych, których rozstrzeliwują, to tak: idą w jedną stronę, sprawdzają dokumenty, imię, nazwisko, wszystko. W drugą stronę - sprawdzają dokumenty. Potem znowuż zaczyna się: wychodzisz, to mówią: - Wychodi bez wiestiej. Jak ktoś coś ma. To jeżeli powiedzieli, że "bez rzeczy wychodź", to już wiadomo, o co chodzi. W celi śmierci, tam są podwójne kraty, zamknięte podwójne drzwi. Siedzisz w łóżku, przykuty. Byłem doszczętnie wymęczony. Spać nie spałem. No i potem, jak doszli - ja już siedziałem tu - zabrali parę osób. Doszli do mnie. Przerwa. Przerwa, to myślę sobie, co takiego się stało. A potem otwierają drzwi i mówią: - Wychodi bez wiestiej... Wtenczas prowadzą do sali (tam u nich specjalna sala) i prokurator odczytuje, że "wyrok śmierci został zamieniony na karę dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności i ciężkiej przymusowej pracy, pięć lat pozbawienia praw obywatelskich". I to wszystko.
Witold Wróblewski
A potem znowóż Ruskie zaszli. I nałożyli normy wielkie. Tam nie można było pomyśleć, jak wypłacić się. Wełnę trzeba zdawać, masła trzeba zdawać, jajki trzeba zdawać, pieniędzy trzeba zdawać. To my rade byli, że do kołchozu poszli. Bo wszystko wyssali od nas, wszystko wywieźli. Wieź i wieź, i wieź, i sądzą, i wsadzą, i musisz wieźć! U brata mamy, Antoniego, chlew palił się. On gasząc ręce opalił i normę nie w porę powiózł. No, prosto nie sprawił się wymłócić, ale już wiózł, był w drodze. Wrócili, posądzili, posadzili i umarł w więzieniu. Ot. Wszystkie my prosili na sądzie: że wiózł, nałożywszy wóz. - Nie w porę, już przekroczył normę. I drugiego mego wujka, za las, za normę posadzili. I umarł w więzieniu. I mnie niedaleko od tego było.
Władysława Zasztoft
[Leśna, pow. baranowicki, l944]Mnie nie wzięli do armii żadnej za to, że ja pracował na kolei. Te bolszewiki jak przyszli, jak Niemców przepędzili, bo oni chcieli, żeby ludzie byli na kolei, żeby pracowali, żeby kolej pracowała. Im trzeba było wieźć na front amunicję, żołnierzy. I oni we wojnę dawali specjalny rawirok, jak mówili - nie brali do wojska, ale żeby pracował tu, na kolei, to liczył się jak żołnierz. Nie miał prawa wyjść z roboty i musiał pracować.
Kazimierz Żabik