Pierwsza okupacja sowiecka
Bolszewicy przyszli z takim założeniem, że oni naszych Ukraińców wybronili od okupacji polskiej. Czasy, kiedy Rosjanie weszli, były bardzo ciężkie. Były aresztowania. Aresztowali wszystkich, którzy pracowali w biurze, w ratuszu, wszystkich profesorów, którzy tutaj w szkole wykładali. Tyle ludzi tutaj zginęło! Już w 1939 roku było tu NKWD, było więzienie. Nie można było nic przeciwko powiedzieć, nawet coś takiego niepolitycznego. Od razu można było popaść w więzienie. Mój wujek - on kiedyś na fabryce pracował - powiedział kiedyś do kolegi, że dawniej były zarobki lepsze, można było kupić i wypić piwo, a teraz nie ma za co wypić piwa.. Ktoś to usłyszał i za trzy dni wujka aresztowali. Trafił do NKWD, sądzili go i dali mu trzy lata więzienia.
Zdzisław Baran
[Rzeżyca, 1939]Ludzie stali po jednej i po drugiej stronie z kwiatami. Wyszliśmy z rodzicami, żeby popatrzeć – co się dzieje. Ojciec bardzo przeżywał, że jesteśmy bogaci. Wiedział, że skoro jesteśmy zamożni, to mogą zlikwidować nasz sklep. Tak i rzeczywiście wszystko zlikwidowali, Rosjanie zabrali sklep i nic za niego nie zapłacili nam. Jak wywozili na Sybir, to bardzo baliśmy się. Mama nawet zrobiła mi taki oddzielny węzełek i ojcu oddzielny węzełek – gdyby po nas przyszli. Dzięki Bogu, to wszystko przeszło.
Regina Bartuszewicz
[Słonim, 1939–41]Z Żydówkami to ja nawet się uczyłam. Bo jak przyszli Ruskie, jak zajęli u nas, to wtenczas i Żydzi uczyli się razem w naszych szkołach powszechnych. Jak Niemiec następował, to oni tutaj uciekali. I u Żydów się osiedlali. Tam gdzie jest ulica Krasnoarmiejska teraz, a była ulica 3 Maja, to żydowskie domy były wszystkie pobudowane. I oni tutaj osiedlali się. Uczyła się taka dziewczynka ze mną, Żydóweczka. Nawet uczyła mnie po żydowsku pisać. Żydzi byli, można powiedzieć otwarcie, z Polakami i z Białorusinami w kontaktach dobrych. Kiedy ojciec nie miał za co kupić ubranie czy coś tam do szkoły, to szedł do Żyda, a on dawał na weksel. A ojciec jeszcze rozmawiać umiał po niemiecku, to tak jak z nimi po żydowsku. Porozmawiał, porozmawiał, a Żyd mówił: — Panie, to ja wiem, że pan mnie odda. Bierz pan tylko i kupuj. Tylko bierz i kupuj.
Helena Bielska
[Miłejszyszki, Wilno, 1939/40]Wojna zaczęła się, kiedy byłam jeszcze w domu dziecka. 1 września zaczęła się wojna, a 15 września już byli u nas Sowieci. Byłyśmy na wakacjach w Miłejszyszkach. Tam taka była wioska, która nazywała się Góry, droga była i zza tych Gór czarny pas wysuwał się. A my nie wiedziałyśmy, że Rosjanie napadli na Polskę. Krzyczałyśmy: – Niemcy, Niemcy! Obok mieszkał ksiądz Zawadzki, to uciekałyśmy do niego, do stodoły. I modliłyśmy się. Sowieci na koniach jechali, czarne konie wszystkie, oni też zapyleni wszyscy, bo nie wiadomo, ile kilometrów jechali. Kucharka rozumiała po rosyjsku jeszcze od tamtej wojny. Oni pytali się: – Gdzie tu prosta droga do Wilna? A ona mówi: – Prostej nie ma. Trzeba jechać prosto, potem w prawo, potem w lewo. – Czemu u nas w Rosji tylko równe drogi? A u was takie? Tak zaczęła się wojna. Od 1 października poszłyśmy do szkoły, ale jak zaszli panowie Sowieci, Litwinom oddali miasto. Siostrom kazali zdjąć habity, wypędzili je. Siostry poszły obok do sióstr wizytek. Gdzie ich potem los porzucał – nie wiem. Pewnie do Polski powyjeżdżały, bo one były wszystkie z Polski centralnej. Tylko jedna przełożona była ze Święcian na Wileńszczyźnie.
Helena Borejko
dotyczy także: Wrzesień 1939, Stosunki polsko-litewskie,
[Słonim, 1939]Mnie było 15 lat. W czerwcu skończyłam siedem oddziałów. A pierwszego września wojna zaczęła się. Siedemnastego bolszewiki weszli. Jeszcze w tym czasie jak oni weszli, to był tylko co straszny wywóz narodu. Rzędy furmanek. I to siedzieli ludzie z małymi dziećmi na rękach. Co oni mogli schwycić? Kilo chleba i szmatę na głowę. Więcej oni nic nie mogli schwycić. Dzień i noc! A w tym czasie ja, ojciec i matka, bo siostra pracowała, wciąż staliśmy w kolejce. Tu wszedł Ruski i następnego dnia już tylko pół kilo cukru można było kupić. I my dzień i noc staliśmy po ten cukier. Póki przyjdzie kolejka. Weźmiesz te pół kilo, to trzeba zająć kolejkę znowuż, żeby znowuż stać. Żeby więcej tego cukru wziąć. To było przy pierwszych Sowietach. A mrozu wtedy 45–48 stopni było. Dobrze, że u nas wojłoki byli i kożuchy, to my nie marzli.
Wanda Brancewicz
Z 13 na 14 kwietnia, gdzieś tak koło 2 w nocy zadzwonili do nas i przyszli. Jeden był w cywilu, drugi w uniformie NKWD, a trzeci był nasz lwowski milicjant, jakiś Ukrainiec. Nic nie mówili, nie powiedzieli, czy nas wywożą, czy do więzienia, czy co... Zrobili rewizję, nic nie znaleźli, bo co oni mogli u nas znaleźć, jakąś broń? Chociaż szabla ojca była, gdzieś tam w szafie, w korytarzu. Wszystko przeglądnęli, wszystko przepatrzyli i powiedzieli, żeby się zbierać. I ten milicjant, ten miejscowy, nasz, na kuchni powiada do mnie: - Panienko, co wy siedzicie? A mama siedzi, płacze, ja siedzę i płaczę. On mówi: - Was nie do więzienia biorą, was biorą na wywózkę. Bierzcie, co się da. Co mama może wziąć? On mówi: - Was powiozą autem i pociągiem, bierzcie, co możecie, co tylko. Dzięki temu milicjantowi, o którego ja zawsze modliłam się, żeby Pan Bóg dał mu zdrowie, to myśmy wzięli i pościel ze sobą, jakieś naczynia, coś z ubrania. Tak było coś trzy walizki i pościel skręcona, i tak wszystko nam milicjanci wrzucili do auta. Odwieźli na dworzec, nie główny, a Podzamcze.
Bogusława Bryła-Czerna
[Rybczany, lata 30.]My byli zapisane od bolszewików i gdyby Niemiec nie poszedł wojną, my byliby w Sybir. Bo półtora dnia zostało, przyjechał uczastkowy, wszystko było, żeby nas zabrali na Sybir, wywieźli. Bo bogato żyli, 17 hektary ziemi, ale dwoje rodziców i dziesięć dzieci. A pracowali wszyscy jak mrówki.
Marian Bumblis
[Kurty, lata 30. –40.]Nauczyciel Józef Suchoń, wileńskie województwo. Bardzo dobry, ale jak przyszli bolszewicy — zabrali na Sybir, tam on zginął, z głodu zmarł. Bardzo był wielki patriota, bardzo dobry uczytiel. No, jak on nas uczył w 1939 roku, jemu było może 22. Jak przyszedł — młody, ładny, dobry chłopak.
Marian Bumblis
Rosjanie weszli w 1940. Wtedy, pamiętam, rodzice opowiadali, że były organizowane wybory i na wybory trzeba było iść stanowczo - grozili tym, co nie pójdą. I na kogo głosować, to było wszystko napisane. I tak oni trafili do władzy, można powiedzieć, przez wybory. Bo sami te wybory organizowali.
Gertruda Chrzanowicz
W 41. roku, 14 czerwca, wywieźli dużo osób, tysiące. I wywieźli w 1949, 25 marca. My mieszkaliśmy wtedy na ulicy Puszkina. To dom był prywatny, jednopiętrowy. I już wtedy mówiono, że tej nocy będą wywozić. No, nieoficjalnie mówiono, oczywiście, ktoś komu gdzieś powiedział. Ale ludzie już mniej więcej wiedzieli o tym. I pamiętam, że to było 25 marca, to taki śnieg i woda. To już wiosna. I przejeżdżały samochody po tej ulicy. Ulica ta nie była asfaltowana. I samochody te ciężarowe huczały po tym błocie, śniegu. Rodzice pilnowali: czy ten samochód zatrzyma się, czy dalej pojedzie. Rodzina, dzięki Bogu, została. Ale krewnych i znajomych dużo zostało wywiezionych. Znajoma rodzina (prawie obok mieszkaliśmy), zrobiła tak: mąż poszedł do jednych ludzi, żona do innych, dzieci jeszcze gdzieś. I tam, gdzie była ona, tam przyjechali i zaczęli bić w drzwi i okna - żołnierze. I ona tam ukazała się. Ale przyjechali nie po tę rodzinę, co tam mieszkała, ale przyjechali po jednego studenta, który u nich mieszkał (albo ucznia może). Bo aresztowano jego rodziców - jego rodzice mieszkali na wsi. I oni teraz szukali go. Ale jego nie było wtedy w domu. Wszystkich podnieśli. Tam małe dziecko było i tą naszą sąsiadkę, która nie była mieszkanką tego domu, zapytali, dlaczego ona tu. A ona mówi, że pomaga dziecko pilnować. To ich wszystkich zostawali na miejscu i szukali tego studenta.
Gertruda Chrzanowicz
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
Za Ruskich, jak przyszli pierwszy raz, była polska szkoła. W naszej klasie było dwóch Ukraińców. Dla nich dwóch zrobili już klasę ukraińską. Nazywali się Melnik i Małeszka. Poza tym byliśmy sami Polacy. Uczyli nas po polsku. Potem nas rozdzielili, część poszła na Mickiewicza, a część do Zofii. Mnie przydzielili do polskiej szkoły. Ojciec już wtedy stracił pracę na kolei i musieliśmy się przeprowadzić. Był taki enkawudzista, który miał żonę i dwoje dzieci. Jak nas wypędzili, a ja miałam zabawki, to on ich nie porozdawał, pozwolił mi z nich wybrać część. Nas by wywieźli, gdyby Rosjanie dłużej byli, ale przyszli Niemcy i wszystko się zmieniło. Inaczej by nas wszystkich powywozili jako bezpłatnych robotników...
Stanisława Ciwka
[Drohobycz]Mój ojciec pracował w poliklinice, w kasie chorych. Był tam szoferem, woził lekarstwa do Borysławia i w okolice. Jeździł takim ciężarowym samochodem. Kiedyś nie było oświetlenia na ulicach, dopiero potem je zrobili. Raz ojciec wracał w nocy, a w tym samym czasie jego szkolny kolega jechał kraść tran. Światła samochodu oślepiły konie tamtego człowieka, one się spłoszyły i jeden koń wpadł pod koła. Babcia mówiła do tego właściciela konia, żeby poszli razem na rynek, on sobie wybierze innego konia, a babcia zapłaci, ale on nie chciał. Chciała mu też oddać pieniądze, a on powiedział: — Nie, ja chcę Mazura posadzić (Polaków nazywali Mazurami). Jak się zbliżało Boże Narodzenie 1939 roku i siadaliśmy do kolacji, to akurat przyszli po ojca. Rosjanie zrobili sąd nad ojcem, skazali go na dwa lata i wywieźli do Archangielska. W 1941 roku, jak Niemcy napadli na Rosję, wzięli ojca stamtąd na front.
Kamila Czajkowska
[Pińsk, 1939–40]Przyszła do nas do domu jedna dziewczynka, Bogusława, i z nią jeszcze dwie siostrzyczki młodsze. Tej Bogusi chyba lat dwadzieścia było. Mówi do mojej mamusi: — Proszę pani, może pani nas przyjmie na mieszkanie? Mamusia u nas zmarła, tatusia aresztowali, a nas wygnali z domu. Wzięliśmy te dziewczęta i spędziliśmy z nimi Boże Narodzenie. Bogusia zrobiła dwanaście potraw. Nawet była zupa „nic” — z białek rozbitych i do gorącej wody wrzuconych.
Nina Czarna
[Pińsk, 1939]Gdy brat wrócił do nas do Pińska, to trzy dni tylko leżał i mówił: — Czy to prawda, że już Polski nie ma? Powiedzieli mu: — Wicia, szukają ciebie z NKWD. Pytają się, gdzie ty jesteś.I on sam poszedł do nich. Myślał, że może dadzą mu dokumenty, że on wojował z Niemcem, że był ranny, był w szpitalu i że uciekł od Niemców. A jego wzięli i zabrali. Nie wiedział, że go zabiorą, nie miał pojęcia tego. Poszedł i nie wrócił. Mama szukała: — Gdzie Witek? Nie ma Witka...Już w Nowy Rok przyleciała ciocia Gienia i powiedziała: — Maniu, stoi na stacji pociąg, tam aresztowani chłopcy w wagonach i Witek też! Mama zebrała pieniądze, wzięła bochenek chleba i prędko poszła na stację. Sowieccy wojskowi, z tymi bagnetami, tak blisko nie pozwalali podchodzić. Nic nie pozwolili mu dać.
Nina Czarna
I nam znikła pani Czernicka, hrabina. A panią Olszewską myśmy się zajmowały dłuższy czas. Ona została okradziona, ogolona ze wszystkich rzeczy. Zostawili jej tylko jedno łóżko, wzięli puchowe kołdry i zostawili jej koc i gołą siatkę. A mrozy się zaczęły. To jakiś pech, bo myśmy nie pamiętali mrozów do 40 stopni. Ściskające mrozy, gazu nie było, prądu nie było, niczego nie było. I pani Olszewska tutaj do nas przychodziła. Jeden pan zrobił nam maleńki piecyk i myśmy w tym piecyku palili takimi patyczkami, stare gazety, stare książki… Żeby zagrzać flaszkę wody, żeby przytulić do siebie, żeby się zagrzać. I razem kładliśmy się spać. A okazuje się, że po trzech tygodniach panią Olszewską napadły wszy. To mama już ją bała się do domu brać – baliśmy się wszy brać, bo to zaraza. Nakarmiłyśmy ją, dałyśmy półlitrową flaszkę ciepłej wody i odsyłałyśmy do mieszkania. To ona po pół godziny przychodziła: dajcie mi jeść, dajcie mi to… A my same już nic nie miałyśmy, ani kartek żywnościowych wtedy nie było, ani niczego.
Zofia Czupachina - Weber
Na piętrze nad panią Olszewską, obok wojskowego dentysty, mieszkał kompozytor – pan Krzyżanowski. Ja jako córka kucharki bardzo mało do czynienia miałam z nimi. A jak po nich przyjechali w nocy, mama tam poszła. Pan Krzyżanowski nastraszony, zdenerwowany, jego żona płacze. Żona parę dni wcześniej widziała, jak pana Olszewskiego zabierali i obkradali, to miała już coś niecoś przygotowanego, spakowanego. A to były mrozy, deszcze, śniegi poszły, chlapa. Nikt nie był przygotowany, nie miało się takich ciepłych rzeczy, bo nie było takich zim wcześniej we Lwowie. Myśmy żyli jak w Krymie, tu był klimat bardzo łagodny. Pan Krzyżanowski miał fortepian bardzo drogi, austriacki. Tamci krzyczeli: – Prędko, prędko, proszę się zbierać! Piętnaście minut na spakowanie rzeczy i natychmiast wychodzić z domu! I pan Krzyżanowski zaczął składać nuty… Mama powiedziała: – Panie Krzyżanowski, co pan robi?! Pana wywożą! Jakie nuty pan bierze ze sobą? Panu się trzeba ubrać i jedzenie wziąć! A oni mieli w spiżarni troszeczkę smalcu w banieczkach litrowych, troszeczkę jakiejś kaszy, ryżu, mąki, cukru. Mama wzięła prześcieradło, zawiązała tobołek i powiedziała: – To niech pan bierze, a nie nuty! Nikim pan dojedzie do Syberii – panu ręce, nogi poodmrażają, pan w życiu już pianina nie będzie widział! – Pani Mario, co pani robi? Co pani robi? Niech się pani opamięta, to mój chleb, to moje życie, to moja praca… I mama mu te nuty dała, tak na odczepnego. Ale wsadziła mu też produkty, żeby mogli chociaż przez 3–5 dni przeżyć, dojechać tam, gdzie ich wieźli.
Zofia Czupachina - Weber
Od razu cała rota wojskowa czy pułk wojskowy – tu dali im te mieszkania. Jak oni te mieszkania strasznie poniszczyli! Powybijali ściany z tych pokoi, gdzie salony, gdzie była parkietowa podłoga, przepiękna, dębowa ze wzorami… Kuchnie wybili, kominy ciągli, rury na wierzch! Tam, gdzie było sześć pokoi, gdzie mieszkali państwo Olszewscy, to jej zostawili najmniejszy pokoiczek, a resztę zabrali. Rodziny wsiedlili z dziećmi, kobiety w ciąży i te pułkownicy z takimi brzuchami… Porąbali drzwi, schody, wszystko porobili! Rujnacja. Myśmy się na to wszystko patrzyli – to się było strach popatrzeć. A tam, gdzie stały konie i karety, to oni ze wsi, gdzieś spod Lwowa, przywieźli krowy i tam, gdzie były stajnie przepiękne, gdzie siano było – krowy wsadzili, żeby mleko mieć. I te krowy kakały po tym pięknym podwórzu, gdzie rosły kwiaty. Pani Olszewska co roku z Holandii sprowadzała ogrodników, którzy podcinali róże, sadzili drzewa. Rosły wiśnie, jabłka rajskie, grusze, bery, klapsy, winogrona, porzeczki… Wszystko zniszczone. A zaraz po wojnie szedł film Tarzan. To dzieci brały sznury, wieszały się na owocowych drzewach i tak się huśtały – i tak to wszystko poniszczyły. Straszne. Cały dom, ogród, sad – wszystko zniszczone.
Zofia Czupachina - Weber
Ojciec Wandy Cwynar, koleżanki, tutaj mieszkał. Miał na ulicy Piekarskiej w centrum miasta swój warsztat – zakład kuśnierski. I mógł sobie pozwolić na sześciu czeladników. To jak przyszli i jego aresztowali Rosjanie. Niemcy nie aresztowali zamożnych ludzi, tylko politycznych. A Rosjanie i wierzących, i politycznych, i bogatych. Aresztowali go Rosjanie pięć dni przed wejściem Niemców do Lwowa, do kryminału go Rosjanie wtrącili… Pozamurowywali okna, drzwi i mordowali ludzi, i kładli tak, jedno na drugim, jak snop siana. Jak Niemcy przyszli, zwołali ludzi, rozbili te ściany, rozbili okna, a pan Karol Cwynar ześlizgnął się – bo on był na górze. A to po pięciu dniach bez powietrza, to to ciało śliźnie. To my z siostrą Wandy – Danusią (moją rówieśniczką, Wandzia starsza ode mnie trzy lata była) wzięliśmy taką kapę, pobiegłyśmy pod ten kryminał i chciałyśmy go wziąć. Zawinęli i ciągli może 2–3 metry. I milicja niemiecka się patrzy, i ukraińska milicja, i Polacy się patrzą: – Co wy robicie, dzieci!? Smarkacze! Gdzie wy, co wy!? Przecież to epidemia, to zaraza! Kto to jest? Danusia krzyczy: – To mój tato! Ja też krzyczę, że to mój tato. Nam zabrali. I gdzie on pochowany, po dziś dzień nie wiemy. Ale jest tam olbrzymia tablica, tam polskie nazwiska, ukraińskie, żydowskie, rosyjskie – wszyscy, którzy zginęli od Rosjanów podczas śledztwa.
Zofia Czupachina - Weber
Był u nas taki oficer, to straszyli go, że tu są cudze terytoria i mogą być podkładane miny. I on kiedyś kupił sobie w sklepie koło ratusza budzik. Sprzedawca mu go nakręcił i pokazał, jak działa, bo on zegarka nie widział. Wyżsi oficerowie rosyjscy mieli takie duże zegarki, takie "cebule". On wziął ten zegarek w pudełko, wyszedł ze sklepu i poszedł. I wtedy ten zegarek zadzwonił. On go rzucił i uciekł! Ludzie stali i patrzyli: pudełko leży, zegarek dzwoni, a ten ucieka. Jak budzik przestał dzwonić, to on wrócił, wziął pudełko pod pachę i poszedł dalej.
Władysław Finster
 Mój ojciec przed wojną zbierał do szklanki srebrne monety: 2, 5 i 10 złotych. Kiedy przyszli Rosjanie ja chodziłem do szkoły i zbierałem znaczki. Zlikwidowali polskie pieniądze i wprowadzili ruble. Ojciec zaczął dostawać wypłatę w rublach. Nie dawał mi pieniędzy i ja raz poszedłem, i wyciągnąłem sobie z tej szklanki dwa złote. A był jeszcze sklepy żydowskie i Żydzi przyjmowali te pieniądze, oni wiedzieli, że to jest srebro. Sprawdzali czy moneta jest prawdziwa rzucając nią o ladę i słuchając, jaki wydaje dźwięk. I za to kupiłem znaczki. Jak wybierałem te znaczki, to przyszli dwaj sowieccy oficerowie i zapytali, co Żyd sprzedaje. Powiedział, że ma "Globin" – to była pasta do butów w różnych kolorach. Kazali sobie pokazać, ale nie wiedzieli, co to jest. Otworzyli, powąchali i spróbowali językiem. Powiedzieli, że to jest niesmaczne i sobie poszli. Żyd zaczął się śmiać, że pasta im nie smakuje.
Władysław Finster
 Żona tego kapitana, która u nas mieszkała, nie miała naczyń do gotowania. A tu sklepy były porozbijane, rabowane, nie było dużego wyboru. Ludzie wykupywali towar – kto miał jeszcze trochę pieniędzy, to kupował, co mógł, bo bał się, że pieniądze przepadną. I ci Rosjanie poszli i kupili spluwaczki i nocniki. Wrócili i ona pochwaliła się do mojej mamy, że kupiła dobre emaliowane baniaki. Jak tu przyjechali, to ona miała spódnicę uszytą z wojskowych szyneli, z płaszcza. Do tego miała bluzeczki i pluszową kurteczkę, a dzieci były na pół gołe. Jemu, jako wojskowemu, dali mundur i czapkę, a tak, to byli biedni, jak nie wiem. I ona poszła kiedyś na bazar, kupiła koszulę nocną i jak wróciła, to chwaliła się mojej mamie, że ma balową sukienkę.
Władysław Finster
[okolice Głębokiego, lata 30.]Ludzie żyli zamożnie. Byli i niektórzy takie, że słuchali też radio, jak Sowiety śpiewali. „Oj, żeby tylko przyszli Sowieci, krówkę by oddał.” A jak przyszli Sowieci, jak nałóg dali, to mówi: „Dwie by oddał, żeby poszli”. W siedemnastym roku Sowiety, kiedy przychodzili, to oniż bogatych rozbierali, dali biednym rozbierać. Tak oni myśleli, że jak znowu przyjdą Sowiety, kto pracował, to powiedzą: „Rozbieraj”. A to nie tak. Jak przyszli, to nam wszystko trzeba zabrać dla państwa, a nie wam. A wy pracujcie. I wtedy rozczarowali się, że to nie to, że żyli tak swobodnie, a tutaj takie nałogi trzeba było dawać.
Piotr Furs
Rozpoczęła się wojna, parę miesięcy przeszło i nam kazali znowu do szkoły chodzić. Szkołę zrobili teraz w białoruskim języku. Dużo nie rozumiało w ogóle tego białoruskiego i nie podobał się im. Jedno zapamiętałam, jak nam kazali śpiewać piosenki w białoruskim języku. I nam nie wychodziło. Przyszłam do domu i mówię: - Mamo, ja więcej do tej szkoły nie pójdę. I nie poszłam. Co się nauczę w domu, to będzie w domu. I tak żyliśmy. Były takie u nas gromadki, starsze panie były nauczycielkami. Zbierały nas u siebie i nas uczyły.Chodziliśmy do nauczycieli, którzy mogli uczyć dzieci. Zbieraliśmy się takimi grupami. Była pani Roszko Helena, która miała swój dom, ona nawet szkołę zrobiła. U niej było od pierwszej do czwartej klasy. Kiedy Niemiec chodził – bo żandarmi chodzili; najgorsi byli żandarmi z blaszkami, odznaki takie mieli – to ona nas na strych wszystkich zapychała, jak wejdą do domu. Bo między swymi też byli volksdeutsche, ludzie, którzy donosili.
Krystyna Gaponik
dotyczy także: Wrzesień 1939, Okupacja niemiecka,
[Nieśwież, lata 30. -40.] W pałacu mieszkał książę z rodziną. Jak przyszli te Sowiety, dorwali się i do tego zamku wtargnęli. On powiedział: - Po coście wy przyszli? Kto was prosił? Won! Wziął pałkę, która była laską: - Won stąd! Ja was tutaj nie prosił. Po co wy przyszli? I oni wtedy wszystkich ich zgarnęli, całą rodziną, i zabrali, wywieźli. Cały zamek i wszystko, co było bogactwa, wszystko wywieźli. Gdzieś do Rosji zabrali wszystkie malunki, obrazy, całą galerię wywieźli i różne figury. U księciów wszystko było, co trzeba było. Tam można było wejść u nich i popatrzeć, a teraz nie.
Bronisława Gniećko
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
[Kaczanowicze, 1939-45] Bolszewicy to był naród biedny - biedne byli, żołnierze biedne byli. W czasie wojny to im Ameryka dała te konserwy jeść. To był zamęczony naród, tak trzeba powiedzieć. Oni byli dziki, zamęczony naród. Jeżeli porównywać z Niemcami, to Niemcy byli kulturniejsze. Niemcy byli syte, oni mieli z czego żyć. Oni byli kulturne, oni pościelą, u nich czekolada, do jedzenia takie, u nich wszystko tak leży ładnie. Moja babcia mówi: - Kąpają się. Tutaj bomby leciały i kąpali się w jeziorze w Nieświeżu. Powychodzili sobie i palą te cygarety choćby co i nie uciekają. A ruski sołdat hałodny, hałodny i weźmie, czego nagotują.
Irena Jankowska
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
 Moskale tu najgorzej mordowali. W Samborze były całe piwnice zabitych ludzi. Mojej mamy taty brat miał wielką gospodarkę. Moskale zamiast się cieszyć, że to dobry gospodarz, to posadzili go do tiurmy. Brali ich potem z tych piwnic na maszyny, a on położył się gdzieś pod parkanem, czy pod drzewem i udało mu się schować. Po cichutku się stamtąd wyczołgał i doszedł do cmentarza. Położył się między grobami i został, nie zabili go. A mój tato chodził dwa tygodnie po tych piwnicach w tiurmie, jak już Moskale uciekli, bo jego siostry syn tam siedział i tato go tak bardzo lubił, bo przychodził do nas kolędować na polskie i na ukraińskie święta. I tato dwa tygodnie chodził, i potem mówił: - Co ja się tych nieboszczyków naprzerzucałem, a jego nie mogłem znaleźć. Szukał go w tych piwnicach. Strasznie Moskale mordowali za Stalina.
Stanisława Jarema
[Kieleryszki, 1939–45]No ale czyściejsze powietrze było, jak Niemcy przejeżdżali… Motocyklami, ubrane te Niemcy, blondyni! A jak Ruskie w nocy znaleźli się — już zdaje się, że drugi świat. I słońce w ten dzień już nie świeciło, pochmurno tak było. Biedne takie. Ja sołdatowi takiemu ruskiemu myłam bieliznę i strasznie swatał się do mnie. A już byłam zamężna, męża miałam. Ale wymyję jemu, przyniosę mydła kawałek. Wymyję, wysuszę w zimie. Niemcy też tu przy studni obmywali się. A jak trzeba, my idziem po ta woda. To oni nam też zalecali się.
Zofia Kairowa
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
[Drohobycz, 1939]Jak Rosjanie weszli i przyszli do polikliniki, i zobaczyli spluwaczki na stojakach, to rzucili się na nie z zachwytem — jakie to śliczne garnki i jak w nich dobrze będzie gotować mleko. Tam była taka dziurka, żeby pluć, a oni myśleli, że to po to, żeby nie kipiało. Oni nie wiedzieli, co to jest nocna koszula! Poubierali się w nocne koszule i jak było u nich jakieś święto albo Nowy Rok, to wszyscy tańczyli i bawili się w tych koszulach. Jak oni tu szli, to powiedzieli wojskowym, że w Polsce ludzie buty noszą tylko na plecach, a nie na nogach, no a zapałek nie ma wcale — żeby coś zapalić, trzeba trzeć kamień o kamień. Muzykanci opowiadali, że jak tu przyszli, to zakwaterowali ich w mieszkaniach. Wtedy się zorientowali, że nie jest tak, jak im opowiadali. Ci muzykanci to byli dwaj koledzy, Rosjanie. Oni nie byli za komuną, bo ich rodzina dużo wycierpiała od NKWD. Opowiadali, że kładą się spać, patrzą, a tu biała pościel. Jak tu się na to położyć? Pyta jeden drugiego: — I ty się na to położysz, ty durny? I spali na podłodze.
Wiktoria Kisiel
[Drohobycz, 1939]Wywozili rodziny na Sybir. Przyszedł do nas mężczyzna, otworzył drzwi i mówi: — Pani Kisielowa, już pani nie ma z dziećmi. Ale już. Nic pani nie bierze, tylko płaszcze, bo już po panią jadą. Mama powiedziała do nas, żeby wziąć lakierki z szafy. Była w szoku. Futro taty trzeba było brać, nie lakierki. Włożyłyśmy płaszcze i idziemy. Mama mówi: — Idź do Tokarskiej, powiedz, że my jedziemy do Dublan. Idź do Gerlachowej, powiedz, że jedziemy do Dorożowa. My z siostrą wyszłyśmy, nikt do nikogo nic nie mówił. Siostra była młodsza ode mnie o trzy lata. Mama szła za mną, tą uliczką na dół do ostatniego domu. Tam mieszkała rodzina taka — kobieta była Ukrainką, a mężczyzna Polakiem. Ale ona była taka już Polka, nawet nie obchodziła ukraińskich świąt. Ja miałam koleżankę w tym domu. Przyszłyśmy tam i mama mówi: — Pani Sobolska, jak pani uważa, ja się gniewać na panią nie będę, ja wszystko rozumiem. Może ja się u pani schowam, bo do mnie mają przyjechać. A pan Sobolski pyta, gdzie się schowamy. Mama powiedziała, żebym ja z siostrą stanęła za piecem. Piec był murowany z cegły i tam było puste miejsce do ściany. Mama mnie tam wepchnęła, później siostrę. Pani Sobolska bała się, że nas tam wypatrzą i mama kazała jej zastawić wnękę szafą czy kredensem. Całą noc stałyśmy za tym piecem. Strach ma wielkie oczy, człowiek cicho siedział, chociaż był dzieckiem. Rano pani Sobolska poszła niby do sklepu. Na dole pod naszym domem stał jeden żołnierz, na balkonie drugi z karabinem i samochód koło drzwi. A mama była schowana na strychu u Sobolskich. Weszła tam po drabinie, a potem oni drabinę zabrali. Pani Sobolska wróciła, weszła na górę do mamy i powiedziała jej, że tamci stoją pod naszym domem i że dobrze, że uciekliśmy, bo by nas wywieźli.
Wiktoria Kisiel
[Gliniszcze, wrzesień 1939]Szli po drodze wojsko sowieckie. Jechali może z godzinę, po czterech, na chudych koniach, bez siodeł. Ja tak mocno płakałam, zginiemy — myślałam. A oni do nas nic nie mówili, nie ruszali nas — jechali dalej.
Jadwiga Kojerowicz
[Ludwinowo, 1939]Wszyscy musieli wywiesić czerwone flagi. Trzeba było czerwony materiał mieć. Mama coś takiego uszyła z papieru czerwonego. Lękała się, że widać, że on zszyty nitkami. Wysoko powiesili, taki był prikaz. Trzeba było iść do sielsowietu. Była tam trybuna zrobiona i występowali z Głębokiego urzędniki. A nas tam było zebranych dużo. Jeszcze ludzie trzymali się tej idei, jeszcze nie zrozumieli wszystkiego.
Maria Kościk
Przy Polsze chodziłam do pierwej klasy i do drugiej. Potem szkołę zakryli. Zakryli szkołę i przyszła ruska władza. I rozpędzali nas, jak tylko można było! Polaków wszędzie nie lubili. Zrazu wzięli właść w swoje ręce. Zrazu na Sybir powysyłali, za kraty jakieś. Kto był sołtys, kto był urzędnik. Mój ojciec pracował w banku. No, to go pociągali, pociągali - ale my się jeszcze zostali na miejscu, pracowalimy na tej ziemi. I przyszła ta właść, i zabrali oni to od nas... Zabrali, da, zabrali wszystko! Ziemię zabrali, konie zabrali - dwoje koni. W kołchoz zabrali! I ziemię zabrali w kołchoz! A nas zawieźli w Horodzieje. I mielimy uże odjechać do Sybiry.
Józefa Martos
Przychodzą i zapisują: dwie-trzy krowy i więcej niż 10 hektarów - to kułak i na Sybir. Na Sybir wszystko zabierają, księży na Sybir... Mego męża stryjecznego brata wywieźli. Bratu nie dali pożegnać się, jakby nie wiadomo jakiego zbójcę... Że on miał troszkę bogactwa, to już nie wiadomo co... Nie dali pożegnać się. Boże broń. Zabrali dzieci. Dwa chłopczyki byli, do szkoły już chodzili, a jeden 3 lata miał tylko. No i na Sybir wywieźli. Był strach i strach. Położy się spać, a zastuka kto w drzwi - może wywozić przyszli? O, takie życie było! A my biedni byli, trzy krowy mieli. Ale kiedy usłyszelimy, że wywożą ludzi, jedną krowę my oddali - dyrektor szkoły był, to my jemu oddali, aby tylko... Biedniejszych nie wywozili, bogatszych wywozili.
Janina Mickiewicz
Albertyn, wrzesień 1939 r. Wszyscy biegną i krzyczą: - Krasna Armia idziot! Krasna Armia idziot. I ja biegłem - tak jak inne dzieci - i widziałem, że jedna pani u nas (nawet się tego nie spodziewałem) trzymała taką flagę czerwoną rozpostartą w rękach i wiem, że było na niej napisane RSRR, czyli Rosyjska Socjalistyczna Republika Radziecka. Na pewno jakąś starą w domu chowali. Ludzie spotykali wojsko z kwiatami, tak. Polacy nie, ale Białorusini, to spotykali z kwiatami.
Wiktor Mostek
Niedaleko od naszej wsi, może jakie pięćset metrów, to znaczy pół kilometra, znajdował się majątek państwa Niezabitowskich. Tam żyła wdowa, pani Niezabitowska, jej kuzynka, pochodzenia, chyba, francuskiego i jeszcze jedna krewna, panna Irena. Panna Irena - bardzo dobrze ją pamiętam, bo ona leczyła wiejskich ludzi, jako lekarz taki. Miała bardzo dużo różnych traw i była bardzo... Miała bardzo głęboką wiedzę o tym, jak się leczą choroby, takie bardzo trudne do wyleczenia. No, przy pomocy takich różnych traw. No, gdy wkroczyła armia radziecka, od razu było powiedziane wszystkim na wsi, że to są "pany", "pamieszcziki", to znaczy ludzie bardzo bogaci, którzy kiedyś żyli za koszt naszej pracy i teraz można wszystko, co tam jest, zabrać dla siebie. No, na przykład krowy i świnie, które tam były, bo w tym majątku było gospodarstwo duże. No, i wszystkie meble, i co w mieszkaniu - wszystko można zabrać od tych ludzi bogatych, od tych pamieszczikaw. No, i ludzi od razu, tak chętnie wszyscy od razu pobiegli do tego majątku. I każdy coś stamtąd niósł. Kto prosiaka na plecach, kto prowadził krowę, a kto niósł jakieś meble. Nawet różne garnki nieśli. Jednym słowem, to było takie... No, jak to powiedzieć?... Takie rozchwytanie, jakby to wszystko leżało na jednej kupie. A byli nawet i tacy, którzy ośmielili się podejść do tych pań - a te panie były już w podeszłym wieku - i zdejmowali im pierścionki z palców, zabierali zegarki, rzeczy osobiste. No, i to trwało, chyba, od rana do samego wieczora. A ja, ponieważ mieszkaliśmy tam bardzo blisko, ja tam nie mogłam pójść, bo ojciec nasz, którego bardzo znali i szanowali w tym majątku, powiedział: - Żeby nikt nawet w tamtą stronę nie patrzał! I nikt z mojej rodziny, ni matka, ni ja, ni kto był jeszcze w rodzinie, my tam nie poszedliśmy, ale widzieliśmy to wszystko, jak stamtąd ludzie nieśli. Ale potem ja przez żyto, przez takie krzewy dobiegłam do tego majątki i wbiegłam tam do pałacu. Bo kiedyś, jeszcze przedtem, na święta, zawsze z ojcem chodziliśmy do pałacu i mnie tam bardzo lubili, bo ja znałam dużo polskich wierszy na pamięć. Ojciec mnie uczył. I różne życzenia składałam. I ta panna Irena, gdy mnie zobaczyła, ona mnie zawołała i powiedziała: - No chodź, kochana, chodź. I znalazła taką płachtę, i zaczęła mnie nakładać książki do tej płachty. I tych książek było tak dużo, i ja kilka razy biegała, i te książki stamtąd... Bo tych książek ze wsi ludzie nie brali, to ich nie ciekawiło. I wtedy te wszystkie książki poprzenosiłam, i schowałam tam, w krzewach, gdzie tylko można było. I był cały, cała wielka biblioteka prawie przyniesiona tutaj, do mnie, do mego domu, w pobliżu.No, potem, co było z tym majątkiem: pań tych potem odprawiono do jakiegoś tam małego mieszkania. Bo tam było takie mieszkanie, gdzie mieszkała służba, czeladź. I tam gdzieś oni żyli, a potem oni wyjechali do Grodna i już ja nie wiem, co się z nimi stało.
Genowefa Ostrowska
[Słonim, 1939]W1939 roku, jak przyszli tutaj pierwsi Sowieci, zaczął się okres bardzo niesprzyjalny — dla Polaków przede wszystkim. Dużo było wywiezionych od razu w 1939 roku. Opowiadali, jak przyszli ci bosi, oberwani Sowieci. Podwiązane mieli buty różnymi sznurkami. I poszli grabić. Tutaj Żydów było sześćdziesiąt procent. Oczywiście wszystkie sklepy żydowskie. Poszli grabić te sklepy. Powybierali wszystko, na przykład piękne nocne koszule i te sowieckie panie, oficerów żony, poubierały je na bal jako suknie. Bo to było dla nich nie do pojęcia, że można spać w takim czymś. Nam to zawsze przekazywali z pokolenia w pokolenie, co to jest bolszewik i co to jest sowiecka inteligencja. A później po Sowietach przyszli Niemcy.
Helena Pietrakowa
W lipcu 1944 przyszli Sowieci. Mama bardzo przeżywała w 1939 roku, że uciekli my od Sowietów z tej Syberii w 1920 roku, a oni nas tutaj znaleźli. Ludzie z kwiatami spotykali ich, z chlebem. A mama płakała. A my dziwili się, czego ona tak płacze. A mama powiedziała: — Pożyjecie, zobaczycie. Dzięki Bogu, nas nie wywieźli. Miałam bardzo dobrą koleżankę, jej ojca z początku aresztowali, a potem ich całą rodzinę wywieźli. Ojciec był oficerem Białej Gwardii, oni tutaj przy Polsce mieszkali. Dużo tutaj było oficerów Białej Gwardii. Polska ich przygarnęła i pensje nawet dawała inwalidom.Przy Sowietach ciężko było żyć, choć wojny już nie było — chleba nie starczało.
Zofia Poczebyt
No, co opowiadał kierowca ciężarówki, który wywoził polskich oficerów do Katynia? Rozdziewali ich do bielizny, nic nie zostawiali. A dlaczego to robiło się? Że w ich mundurach zaszyte były jeszcze monetki złote u niektórych oficerów. Po co robiło się? Mnie powiadał, gdzie ja pracował w łagrze, w tej majsterni, gdzie ten główny remont robi się odzienia tego… No spodnie, kurtki… To jeszcze i niektórzy znachodzili coś takiego, jeszcze coś z tego materiału przeszywali, coś robili z tych ubrań. Pędzili jak bydło. A potem tak co oni pisali? Pisali, że to Niemiec przyszedł, da?
Piotr Polagoszko
[Łohiszyn, 1940]Sowieci zabierali stąd ludzi. Wywozili wszystkich zamożniejszych. Blisko nas mieszkała pani z 7-miesięcznym dzieckiem. Jak ich zabierali, mróz był trzydzieści stopni. Mojego tatusia wypędzili prawie bosego, żeby swoim koniem ich wiózł. Nie wiem, gdzie ich musiał zawieźć, może do Pińska. A to dziecko zmarło...
Anna Pryputniewicz
Danuta Kozłowska miała chłopaka, Roman się nazywał, Ukrainiec. I oni się kochali bardzo. I wtenczas, jak było tak, że Ruski mieli odchodzić, a mieli Niemcy przyjść, wtenczas było tak, że tydzień czy ile rządu nie było, miasto było bez wojsk. Co kto chciał robić, to robił. I zaczęła się po ulicach strzelanina i wszystko. I ten pan Roman szedł właśnie do tej swojej pani Danuty, i jak raz na ulicy Wasylianki w domach tam siedzieli jakieś uzbrojone i strzelali do niego. I on raniony. A to niedaleko nas ten właśnie dom był i on cały zakrwawiony, cały z krwią, wszystko, przyszedł. I mówi: - Danusia, ja ciebie proszę, pomóż mi, zawołaj lekarza. No to każden się bał, bo to ciemno, strzelanina, wszystkie się boją. Mama moja pobiegła po lekarza na drugą ulicę. Przyprowadziła lekarza, ale on tak stał i mówi: - To nie sztuka być Polakiem, ale sztuka oddać swoją krew za to. A pan Roman był Ukrainiec i on przeszedł na Polskę, bo chciał się żenić z tą Danusią. No i tak, zaczął się pogrzeb pana Romana. Pogrzeb, jadą i chować jego nie mogą, bo strzelanina, bo nie ma rządu w mieście i kto chce, to sobie robi. I mogą przyjść i zabić, i wszystko. No i tak oni dwa czy trzy razy się wracali do tego domu z tym Romanem, że umarł, ale jakoś potem wyrwali się i pochowali jego.
Władysława Ridosz
Danuta Kozłowska siedziała w kryminale i potem jak ją wypuścili, to przyszła jej koleżanka do nas i mówi: - Dajcie coś Danusi, bo Danusia cała w pryszczach. Ją brali - mówi - składali do paki, i tak do piwnicy ją kładli. Bo to dopyt był. Oni tak dopytywali, pytali jej się. - A jak ją brali na ten dopyt, to - mówi - tak ją brali za głowę, za włosy, i z trzeciego piętra ją tak ciągnęli aż na dół. I ona to wszystko opowiadała. - Kupcie jakieś lekarstwo, żeby jej przedać i żeby ona czymś się smarowała. No i tak to przeszło jakiś czas, a potem my już zobaczyli, że to coś się źle robi i my wtenczas przeszli parę domów na tej samej ulicy do pana Pawłowicza mieszkać, bo my już się bali.
Władysława Ridosz
W czasie wojny przyszła do nas Rosja. Podczas okupacji bardzo dużo ludzi zabierano do więzienia i na zsyłki. Transporty odjeżdżały prawie co noc i nikt nie wiedział, dokąd. My posiadaliśmy sporo ziemi, mieliśmy pracowników. Poza rolą tata pracował przy remontach i budowie dróg, jako jeden z zarządców, obok inżyniera. To wszystko wystarczyło, żeby rodzina znalazła się na liście osób do wywózki. Ale wywieziono tylko część rodziny, bo nie każdego złapali, a części wywieźć nie zdążyli. W czasie tej okupacji było bardzo źle. Rosjanie nałożyli straszne normy, żeby oddawać plony i czasem jeszcze z pola nie zdążyło się zebrać, a już trzeba było wszystko oddawać. Później pojawiły się kołchozy i było coraz mniej jedzenia.
Anna Riepko
[Iszkołdź, rejon baranowicki, okupacja sowiecka, lata 1939-41]To Sowieci byli, wyglądali strasznie obdarte, jak na froncie, głodne, zakurzone takie, strasznie wyglądali. My dzieci uciekali. A Niemcy jak jechali, uciekali wszyscy ludzie. Tam jechało wojsko: czyste, wymyte, ogolone, ładnie uczesani, czysto. Jechali na samochodach, na czołgach też. Tam wojsko czyste, nie tak jak ci byli zmęczeni. Śpiewali a ja trochę słów już rozumiała, bo uczyłam się niemieckiego w szkole. Niemcy byli ładne, ale potem to strasznie to było.
Regina Rybałtowska
[Słonim, 1939]Miałam lat piętnaście, kiedy wojna zaczęła się. Wszystko pamiętam. Tak strasznie było, tak dziko było, jak przyszli tutaj Sowieci. Muzyka na ulicy była, tańce i klaskanie. Oj! Płakałam ja! Nie wychodziłam do miasta w ogóle. Mama nie wiedziała, co robić ze mną. Płakałam i płakałam. Potem trzeba było kupić pantofle, bo trzeba było do szkoły iść. Poszłam do sklepu, mama mnie dała pieniądze. Kupimy sobie pantofelki. A jeszcze wszystko było odemknięte, magazyny odkryte. Był magazyn żydowski. I mówił mnie Żyd, żebym jeszcze kupiła jedną parę takich pantofli. A ja powiedziałam, że mamie nie powiedziałam i nie mogę się tak rozporządzać pieniędzmi. Bo mama mnie dała dwadzieścia złotych. A potem po paru dniach wszystko zakryło się. On mnie dobrze radził, ale nie mógł powiedzieć.
Władysława Siemienik
I naszych wszystkich zabrali z Dąbrowicy. Oni i teraz wszystkie mówią na nas "Warszawa", "Warszawa", bo same tutaj byli nasze dziestwitelnyje. Naszych ludzi mnogo wywiezli na Sybir. W 1939 roku nas wywieźli. Paru czelawieków podpiszutsja i powiezli, i na Sybir, i na Sybir... Pamiętam jak dzisiaj, do szkoły my jednej chodzili i ich wszystkich zabrali. I dziecko malutkie w kądzieli, w kądzieli zakręcili i pawieźli, i zawieźli. Zawieźli na Sybir i dzieciatoje.
Józefa Sienkiewicz
Była takaja nauczycielka, Łarysa Dzwinkiel, biełaruska uczytelnica, patriotka, pamiętam, oj patriotka. I nas, żeby my w Boga nie wierzyli. Ot i my czytali historiu, i gawarili, szto eta Boh daje, może eto Boh daje, może szto. - Dzieci, a kto z was w eto Boha wierzyć? Ustancio. Wstancio, kto w Boha wierzyć. Ja ustaju, siadaju. – Józefa, ty wierzysz w Boha? Ja mówię: -  Da, wieru. - A kto ciebie nauczył? Ja każu: - Papko, mama, babunia. Usiej ja wieru, wieru. - Siadaj, dwa. Tobie dwa. A mnie zawsze były piątki. Ja dawaj płakać. - Nie płacz! Nie wieru w Boga, nie budziut! A tak... Znaczy, zakreślić. Ja przyszła do domu i dawaj płakać, mówię: - Mama ja pałuczyła null. Null, ja pałauczyła. A przyszedł ojciec ze stodoły i mówi: - Dziewczynka, nie płacz, od Boha niht ciebie nie adabie. Wszystko jedno twoje budu piaciorki. Tak jak ty uczyła się, tak uczy się.    
Józefa Sienkiewicz
Pierwsi tu wstąpili Sowieci. Do szkoły jeszcze nie chodziłam, byłam dzieckiem, w rodzinnym kole, tak że też nie mogę wiele opowiedzieć o tym, ale to blisko lotniska było. I zawsze tam wojsko zatrzymywało się. Wojsko, lotnicy wynajmowali mieszkania, bo to prywatne budynki były. Więc pierwszy usłyszałam rosyjski język i niewiele rozumiałam. A już kiedy Rosjanie odeszli, przyszli Niemcy, to wtedy posłano mnie do szkoły. Za Niemców ja zaczęłam pierwszą klasę.Jak Niemcy odstępowali, to kazali nam zwolnić budynki na tej ulicy, gdzie mieszkałam, Mołotkowskiej, bo powiedziano było, że podminowane tam jest. No i rodzice moi odstąpili to, mieszkaliśmy przed parkiem na ulicy Lipowej, u znajomych. A potem, już jak Ruscy przyszli tutaj, to my z powrotem wróciliśmy do swoich mieszkań, dlatego że nic się nie zabierało, tylko to, co było potrzebne dla człowieka.
Jadwiga Sołtowska
dotyczy także: Okupacja niemiecka, Represje sowieckie po 1944 roku,
1 września poszliśmy do szkoły i jeszcze przed początkiem lekcji - u dyrektora był odbiornik - usłyszeliśmy, że zaczęła się wojna. Bolszewicy nie przyszli 17 września, a może trzy dni później, ale myśmy bardzo ich nie lubili. A w 1941 roku, jak Niemcy przyszli, to większość łohiszyńców przyjmowała ich jak wybawicieli od bolszewizmu. Tak było, ale to tylko niektórzy ludzie - tacy biedniejsi albo hultaje. Wtedy pijaków jeszcze nie było, chociaż była piosenka: Pij, pij, bracie pij, bo na starość torba i kij... - pamiętam to jeszcze z dzieciństwa.
Kazimierz Stefanowicz
Gdy przyszli Sowieci, zaczęli zmuszać do wyrabiania paszportów. Czy jako Białorusin, czy jako Polak się zapisujesz? Więc jaką narodowość podać? Podaliśmy polską. Więc nam wyrobili takie dokumenty i już figurowało w nich, że jesteśmy Polakami. Wtedy kazali wszystkich Polaków wywieźć. Dużo Białorusinów wyrobiło paszporty z polską narodowością. - A wy nie zrobiliście paszportu z polską narodowością? Tak nas pytali. I kilka razy zmienialiśmy te paszporty.
Aleksandra Stiepanowicz
[Pińsk, wrzesień 1939 - czerwiec 1941.] Jak wchodzili Sowieci, to tu bramy budowali, na tych bramach kwiaty. Ja patrzę na to; ja byłam taki podrostek i mama mnie mówiła: - Milcz, nigdzie ni słowa. Taki Buraczewski był, on już zmarł: - Oj, tawariszcz, my postradali! A mama mu powiedziała: - A czy ty tylko jadł olej? A czy ty świni nie trzymał? Ty nie miał słoniny? Ty nie miał mięsa? Ty nie miał kur? Ty nie miał owieczek? Tyś przecież miał! Po co tak mówił, że tak biedował bardzo, jak tu Polska była? Przecież Polska, to ile, chyba siedemnaście czy osiemnaście dni tylko z Niemcami wojowała, prawda? A potem od razu Sowieci przyszli do nas. No, to wtedy tak było. No i tak spotykali z kwiatami. A potem, jak zaczęły już te kwiaty bokiem wyłazić, jak ja mówię, zabierali i świnie, i kury, to wszystko do kołchozu. U nas zabrali stodołę, bardzo duża była stodoła. I u nas była bryczka, zabrali bryczkę, i u nas była dla dwóch koni taka uprażka, to też zabrali. To mama tylko żegnała się zawsze i mówiła: - Co to za ludzie? Co to za dzikość taka?
Maria Szachnowicz
Strasznie to wyglądało. Żołnierze takie straszne, ciemne takie, brudne. Nie mieli ni butów, ni trzewiczków, nic nie mieli. Owijaczami owinięte nogi po kolana. Widać było, że zmęczone i głodne byli. Sowieci pokazywali nam na ścianie filmy. Na ścianie karta jakaś rozpięta, żeby ekran był. Wieczorem na powietrzu to się odbywało. Wszystko pokazywali: i kołchozy, i sowchozy, i pieśni, i tańce. I wojenne pokazywali. Co bogatszych powywozili i co zostało? Same biedniaki i głodne.
Monika Szłabun
Pierwsze aresztowania i wywózki - Pińsk, lata 1940-41.Ci pierwsi Sowieci robili aresztowania. Na taką rampę tatuś nas czasem posyłał: - Pójdźcie zobaczyć, czy podstawiają na rampie wagony, czy nie. Nieraz bywa, że nie podstawiają, a jak podstawiają, to znaczy, że w nocy aresztowania będą. To mamusia porobiła takie węzełki dla nas, dla siebie i dla tatusia, żeby ze sobą mieć co potrzebne. Spalimy, pamiętam, w pokoju, takim wąziutkim i czekali, że mogą po nas przyjść. Potem tatusiowi powiedzieli, że myśmy byli w kolejce, byliśmy w spisach, tylko "sze" było ostatnie w rosyjskim alfabecie, więc jeszcze nie zdążyli nas aresztować.
Barbara Szymańska
Powstanie w Czortkowie było za Sowietów. Czortkowscy chłopcy napadli na więzienie i wypuścili tych, co tam byli zamknięci. Niedużo – jakiś dwudziestu, trzydziestu ludzi. Wśród nich był też syn mojej siostry. Uciekł i nie poszedł do ruskiego wojska. Za to moją siostrę zabili banderowcy. Potem złapali też w końcu i jego, zabili i wrzucili do studni. To była studnia przy domu, w którym za Polski mieszkał jakiś Niemiec. Miała kilkadziesiąt metrów głębokości. Z dziesięć metrów zasypano i przykryto tych, którzy tam zostali powrzucani po tym, jak ich zabito. I mojej siostry syn tam leży. Stalin to był stuprocentowy ludobójca. To był bandyta. Ktoś coś powiedział, to zabrali. Była kontrola, zabrali, wywieźli albo zabili. I nie ma człowieka.
Leon Świrski
W 1940 roku, dziesiątego lutego, w nocy, przyjechali enkawudzisty. I powiedzieli: - Za pół godziny, żeby byli zabrany. A nas było dużo dzieci, wszystkie byli płakali, krzyczeli. No, i co? Co starsze już siostry pomagali nas małych ubierać. A jeszcze młodsza ode mnie siostra była i brat był. Najmniejszy jeszcze roczka nie miał. I nas wszystkich zabrali. Jak nas wieźli, było bardzo zimno wtedy, wielkie mrozy byli - do Skrzybowa wieźli. A mieszkali my wtedy w Zieniepiczach. To był powiat szczuciński, województwo Grodno. I nas końmi wywozili do Skrzybowa na pociąg. Wieźli nas bardzo długo w tych takich, jak to mówi się, w "cielatnikach". Wagony takie byli, cały jeden wagon i... Bardzo zimno było, włosy przymarzali do tych ścian. Bo był wielki mróz, wtedy, w 1940 roku, bardzo. Zawieźli nas na Sybir, tam była tomskaja obłast, województwo Tomsk, na Rym (?). Tam nie było tych kolei, pociągi nie chodzili. Zawieźli nas też daleko, końmi, od raza, a potem samochodem jeszcze wieźli, do lasu pracować. Mamusia, tatuś poszli do lasu i starsze siostry: Zosia, Jadwiga i Franciszka. Wszystkich też ich do lasu popędzili, a nas mniejszych czworo - ode mnie starsza siostra, ja i siostra młodsza, Stasia, i Kazik. Najmłodszy, który nie miał roczku nawet, bo w 1939 roku urodzony, w jesieni. I nas zabrali wszystkich do domu dziecka. Przyjechał samochód, nas posadzili. Prawda, my bardzo płakali, i mama, i wszystkie. Wsadzili w samochód i powieźli nas, porozrzucali, gdzie kogo. Mnie Mołczanowa (?) daleko, na północ tam. Siostra starsza ode mnie w Nowosybirsku, młodsza, Stasia, była w Barabińsku, a brat Kazimierz był w Tomsku. W domu malutki. No, wszystkich porozrzucali. Później, pamiętam, bardzo chorowała ja na płuca. Jakiś, mówili, "plewret" był. No, jakoś to bardzo ciężko było w tym domu dziecka. Głodowali, chodzili bose, jeść nie było czego... [płacz] Wszystka trawa jedli, jaka tylko była. Dużo dzieci potrawiło się, bo wszystko jedli, bo jeść chcieli. Taki głód był. Ale, co oni mówili, te nasze wychowawczyni: - Wsio na wajnu, wsio na wajnu, wsio na front. Że, znaczy, nie ma czego dać. No, jeszcze latem, na wiosnę, to nam było nie tak trudno, my mogli wszystko jeść. Trawy... [płacz] Ale najgorzej w zima [płacz]... My chodzili po śmietnikach... Bardzo było trudno nam w zimę. Mówię, że chodzili po śmietnikach... Zbierali, a my, co, jak psy gryzli te zmarznięte, co znaleźli. Później choroby, chorowała cały rok. Ale dużo dzieci poumierali. Było bardzo zimno i głodno, i taki głód, i chłód. Nie każde dziecko mogło wytrzymać takie życie. Ale jakoś, dziękujeć Panu Bogu, ja wyżyła, wyżyła.
Maria Taraszczyk
Potem mój mąż mówi: — Chodź i my zajrzymy do miasta. Poszliśmy do miasta kowieńskiego, popatrzeć. Już wtedy jakoś się uspokoiło, już widzieliśmy, że na kościele Wniebowstąpienia rosyjska chorągiew wystawiona. Patrzyliśmy, co tam dzieje się na głównej alei. I wjechał tank od kościoła Archanioła. I leżało pudło — wódki cały jaszczyk. To mój silny mąż chwycił ten jaszczyk i na tank postawił. A ludzi mieszanina, szkły pobite, nieśli, kradli, jak po wojnie. Taki był u nas w Kownie nieporządek.
Genowefa Wasilewska
O tym, że tych księży tu zamordowano, to ja nie po wojnie się dowiedziała. Ich… Jak powiedzieć? W więzieniu pomordowani więźniowie byli. A brata mojego ojca moskale byli wzięli. Ja nie wiem, za co. Myśmy myśleli, że on też jest tam zamordowany. Przez parę dni wydobywali ciała i każdy tam poznawał swego. I później powiedzieli, że w kościele zamordowani ojcowie są. I wtedy poszli tam, chodzili, patrzyli. Było czterech zamordowanych w kościele, w zakrystii. A czterech wyprowadzono aż tam nad Seret, daleko za Czortkowem. Nad brzegiem byli pochowani. Później, aż nam kościół oddali, ksiądz się tym zajął i wyrobił trumny, i zwłoki tam dostał, przyprowadził do kościoła. W kościele dwa dni były i później na cmentarz.
Maria Witwicka
Ojca aresztowali w styczniu 1940. Rodzina cała prysła, bo jeszcze miałem siostrę i brata. No i zaczęli się ukrywać, a ja tym bardziej, bo byłem najstarszy. Miałem niecałych szesnaście lat. A ponieważ ojciec miał znajomości, oficerowie byli, którzy stale do ojca przychodzili, no i ojciec tam z nimi stale coś prowadził, to ja ich znałem i oni mnie znali. Taki był Skorb Jan, "Puszczyk". No i potem, kiedy już nie było nic, szybko odnalazłem tego "Puszczyka", Jana Skorba. I oni mnie przyjęli jako młodego do dywersyjnego oddziału, bo to dywersyjny oddział był. Ponieważ ja byłem młody, to dowodzili tym doświadczeni starsi żołnierze, którzy tam byli. To Związek Walki Zbrojnej (AK) na Nowogródczyźnie. To zajmowało ogromny teren, to był powiat Lida, był powiat Szczuczyn, Wasiliszki, Nowogródek, Baranowicze.
Witold Wróblewski
[Johalin, Huta, pow. baranowicki, rok 1939]Ten majątek to Juhalin, niedaleko od Baranowicz, jakieś trzydzieści, czterdzieści kilometrów. Był dziedzic taki, Woroncow - ziemi dużo miał i żył dobrze. A jak przyszli bolszewiki, to jego aresztowali i wywieźli na Sybir, i tam przepadł on, chociaż był Rosjaninem. Wszystko jedno, aresztowali i wywieźli, tam w głąb Rosji, na Sybir. I nikt nie wiedział, gdzie on i co z nim się stało. Przepadł tam. A żona została tu i dwoje dzieci ichnich zostali. Oni nawet przyjechali, uciekli z tego Juhalina, a wiedzieli, gdzie my żyjemy - trzydzieści kilometrów od ich majątku - i uciekli do nas. Kilka tygodni pożyli u nas i poprosili, by my im najęli koni, żeby zawieść ich do Baranowicz. I wyjechali do Baranowicz. Tu żyła ich kuzynka.
Kazimierz Żabik