Partyzanci sowieccy
[Brasławszczyzna, lata 1941-1943]Partyzanci przychodzili. Co znajdą, biorą. My byli akowcy, my ludzi nie ruchali nic. Na odwrót, gospodarz podpowie, że kiedy tam chleba przyjść, wziąć. A nie że tam... A białoruscy partyzanci brali. I bydło brali, i zboże brali i kartofle brali. A jak przychodzili? Uzbrojone. Ta zbroja wtedy słaba była, a potem oni się związali z Moskwą, i wtedy broń zaczęli dostawać. I w 1943 roku oni już uzbroili się, i broń mieli, i namioty, i przeciw tanków mieli, no zbrojenia takie... Jakąś rakietę mieli.
Antoni Aleksandrowicz
[Żytomierz, 1941] U nas zamiar taki był – grupa nas już była, grupa bojowa taka, dzieciaki po 17 lat najwyżej. Już nawet plecaki sobie z worków poszyli – a worki brali z mąki, u mnie z piekarni, worków nabrali trochę i pofarbowali cebulą, worki to były na plecaki, na broń. Oberżniemy te karabiny niektóre, żeby nie byli takie długie, zrobimy te obrezy, naboje, granaty, i pójdziemy nie na wschód, a na zachód, do Polski pójdziemy – to takie nasze marzenie było. Szykowali się do tego, że pójdziemy tam – tam naród walczył. To takie dziecinne marzenia były. Przecież to nie była droga krótka i bardzo niebezpieczna, i dobrze, że nam taki wypadek trafił się. Zrzucono tutaj dwóch desantowców jesienią 1941 roku, i jeszcze takiego starszego, Kostia się nazywał. Ich było trzech: Czech Doleczek, Jurij Doleczek, starszy lejtnant, i Kostia. Tak się zdarzyło, że my z nimi się zwąchali, jak to mówią. Oni zauważyli, że my jakoś coś… My złączyli się, ale nie wszyscy. Ktoś z nas złączył się z nimi, a oni dla wywrotowej pracy zrzuceni byli. Ich głównym był Szełuszkow. A ja już związany byłem, bo u nas było bardzo dużo broni. Dla nas starczyło i dla takich czterech grup jak my by starczyło. Ci jak uciekali, to oni rzucali swoją broń, a my ją brali, smarowali, zawijali w szmatę. Była u nas kryjówka, i my w tej kryjówce porobili takie tajemne ukrycia i tam chowali broń, granaty, naboje. No dość było, my byli ubezpieczeni – oprócz jedzenia to wszystko my mieli.
Franciszek Brzeziecki
dotyczy także: Wojna sowiecko - niemiecka,
[Żytomierz, 1942] Jesienią 1942 ja był zaaresztowany. Zachorowałem na plamisty tyfus. Jeszcze ukrywałem się, a już w strasznej gorączce mnie przywieźli koledzy moi, ci, co mnie pomagali ukrywać się, z partyzantki, z podziemia. Przywieźli do domu, do matki. Tam była u mnie w domu kryjówka taka, i ta kryjówka przydała mi się już w czasie bolszewików. Nikt nie wiedział o tym, że ja kryję się, że ja choruję, leżę w domu. Sprowadzili mnie lekarza tego, któremu ja kiedyś z obozu niemieckiego pomagałem przeprawiać się do partyzantki. Tego lekarza sprowadzili mnie nocą i ten lekarz powiedział, że to plamisty tyfus, trzeba czekać, a żadnych leków nie było: – Pić dawać jemu. I matka ze mną w tej kryjówce siedziała. I był taki kryzys: albo, albo. I ja przeżyłem! Mama mówiła mnie, że jak ja był w gorączce, to do niej chodzili tajemnie koledzy z podziemia, przynieśli grochu, oleju trochę, chleba – przynosili jedzenie dla mnie. Potem musiałem wyjść rano, żeby nikt nie zauważył, z rana ciemno. Wyszedłem i mój pies mnie tak objął prawie za szyję, i ja zauważyłem, że u niego łzy na oczach, płacze mój pies. Ja tak jeszcze wziąłem jego łapy: – Co ty? I on tak liże mnie wszędzie, w ręce i coś chciał mnie niby powiedzieć. Wyszedłem, żeby nawiązać kontakty, że muszę teraz ukrywać się, bo nie będę siedział w domu, bo nie mogę. A wracałem do domu – i już mnie Gestapo… Ktoś zauważył, że ja wyszedłem z domu rano, zawiadomił, i szukało mnie po mieście Gestapo. Szedłem z powrotem do domu i czuję, że mój pies wyje: Uuuuu! On czuł, dawał mnie sygnał. Tylko doszedłem i zza rogu na mnie latarki: – Hände hoch! To Ukraińcy byli, dwóch cywilnych i dwóch w mundurach SD z bronią automatyczną. Wpadłem jak głupi. Jak mnie prowadzili, zrozumiałem, że to jest straszny koniec. Żywym zdać się w ręce Gestapo to bardzo niebezpieczne. Szedłem i modliłem się do Matki Boskiej: – Pomóż mi, Matko Najświętsza, pomóż mi, co mam im mówić, pomóż mi wytrwać. Ja znałem prawie całe podziemie, bardzo dużo ludzi: gdzie mieszkają, żyją, nachodzą się, gdzie ich kryjówki. Wszystko wiedziałem!
Franciszek Brzeziecki
dotyczy także: Wojna sowiecko - niemiecka, Okupacja niemiecka,
[Józefowo, lata 40.]U nas było spokojnie, partyzany nie przychodzili. Do nas przyjeżdżała rodzina, która mieszkała tam, gdzie partyzany. Jeden brat mówił, że tam nie można było żyć, partyzany ubiwali, bili, wszystko zabierali. U mojego męża sześć braci było. Wszystko im partyzani zabrali. I konie zabrali i wsio ubrania. Z niczym zostali. Zabierali wsio. Protiw nich nikt nie mógł nic powiedzieć. To byli partyzani z tych okolic. Nie sąsiedzi, nieznajomi z drugich wiosek. Nikogo nie zabili.
Jadwiga Buko
Linia kolejowa Grodno-Białystok i drogi dojazdowe, szosy, to było pod naszą opieką. Pod czujnym okiem "Czarnego". Droga Grodno-Druskienniki. Przewałka pod Druskiennikami. Racicze, Jeziorki, Adamowicze, Naumowicze, aż w stronę litewskiej granicy lewobrzeżnej. W każdym razie te tereny bardzo dobrze mi znane. Tu przede wszystkim musiał być dokładny wywiad. Bez wywiadu nic nie mogło być. Trzeba było wiedzieć, co wysadzać.   Jeżeli był transport samochodowy, trzeba było unieszkodliwić, jak najmniejsze ofiary. Przede wszystkim skuteczne były liny, tylko mało było lin stalowych. Na skos przez drogę przeciągnąć linę – to wieczorem się robiło. Jechał samochód i liny nie widać, a jego lina od razu ściągała do rowu. Broń zdobyta, troszkę postrzelało się.   Więcej było akcji na ligenschafty, czyli na majątki, którymi zarządzali Niemcy. U jednego Niemca wisiał pejcz na drzewie przed domem, przed pałacem. I on zawsze z pejczem chodził, bił ludzi. Wiedzieliśmy rozkład mieszkania, gdzie on śpi, no i w nocy, o określonej godzinie, wyciągnęliśmy tego Niemca. A Niemcy spali w nocnych koszulach, w piżamach. Te nogi takie owłosione, koszula tak niżej, prawie do kolan. Wyprowadzili przed dom. Wzięli ten pejcz i jemu wsypali. Ale najpierw trzeba było telefony poucinać. Ale on był uzbrojony, była dubeltówka, jak zawsze, była parabelka. Wspaniała broń parabellum, dziewiątka. I parę granatów. Wchodziło się przez okno. Chłopak stawał przed oknem, drugi właził na plecy i od razu do domu wskakiwał. I latarka, i spluwa w ręku. Pamiętam, był taki Węcel, Niemiec w Bojarach. On taki był jeszcze na pół. Postraszyło się go, powiedziało, żeby on zachowywał się jak człowiek, to jego ruszać nie będziemy. Była rozmowa z nim.   Sowieckich ubrań, mundurów, furażerek z gwiazdami i bluz sowieckich pełno było. I zawsze trzeba było coś zgubić ruskiego, żeby ludność polska nie odpowiadała za te represje.   Pamiętam, był taki Niemiec, Breitenbach, bardzo porządny gość, który powiedział: – Mnie nic nie obchodzi. Róbcie, co chcecie. Czy tam świniaka zabić, czy do młyna zawieźć. Mnie nic nie obchodzi, mnie przysłali, ja tu jestem. Nie chcę iść na front.   Różni byli, ale to było pod koniec wojny. Na początku wojny Niemcy szli butni, rękawy podwinięte, perfumy, wody kolońskie, czekolady, koniaki. Francuskie koniaki mieli w 1941 roku. Kantyny mieli. O, jak oni szli!    
Eugeniusz Cydzik
W partyzantce około nas to byli same Bielarusy. Przychodzili w nocy. Pamiętam, że mamusia przebrała nasze ubrania. Gorsze położyła do szafy, lepsze schowała. A jak oni przyszli, to zabrali wszystko. Czy tam gorsze nie patrzyli, czy lepsze. Nic nie zostało. Wszystko zabrali...
Leonarda Duliniec
Chodzili dobre partyzanty i chodzili złe. I okradali. Jedne przyszli, to już ruskie pewnie. Pytają się, czy Niemców tutaj nie ma. A drugie to przychodzili i okradali. Zabierali kożuchy, czy dywany, u tych co tkali. Od nas pozabierali wszystkie dywany. Bandyty to byli, ze swoich wsi, tak. Przyjdą odziane w maskę, to i poznasz? Nie poznasz. Nakładali takie czarne, oczy powyriezane. Żeby nikt nie poznał.
Irena Haponik
[Kijowszczyzna, 1941-1944] Ja jeszcze była dziewczyną młodą, gdy partyzany u nas w lesie byli. Mama chleb piekła dla nich, i ludzie co jest w domu, to nosili. Kurkę zarąbią dla partyzantów, zaniosą. W lesie stoją partyzany, to jeść chcą, a boją się iść u wioski, bo tu Niemcy. To nosiła jeszcze jeść partyzanom. Przychodzili nocą do nas, to dawali jeść. A chleba było z czego napiec, bo jak Niemcy odstupali, to byli ludzie ponabierali tego żyta, chleb piekli, w żarnach mielili.
Jolanta Jakubowska
Kaczanowicze, 1941-45]A jakie to było życie ciężkie. A to w nocy czy z wieczora boi się człowiek, w nocy jak zastukają do okna. A brali, wszystko brali: i krowy, i świnie, i w mieszkaniu co było - wszystko brali. I chleba brali, i słoninę brali - co zobaczyły oczy, to wszystko brali. Może im to było co potrzebne, ale oni rodziny mieli i oni wywozili swoim rodzinom. Kładli się spać i o tak drżysz, że w nocy zastukają zaraz. Takich dużo było. Ale potem robili tak, że przychodzili w nocy: - O, u ciebie jest chłopiec. Wiedzą, że tu syn jest w tym domu - zabierają, wypędzają wszystko. A jeden raz młodzież bawiła się, tańcowali. Pamiętam, latem, aż zboże było już takie duże. Wyskakuje jeden partyzant, zabiera tych chłopców. I popędzili ich, już oni do domu nie wrócili. Oni dołączyli się wtenczas do polskiego wojska, wojowali. Potem, jak skończyła się wojna, oni tam zostali.
Irena Jankowska
[Jeżewo, lata 40.] Partyzanty przychodzili każdy dzień. A ja ich woziła. U nas konie byli i my ich wozili, partyzanów wozili po ichnich toczkach. A ja, jak starsza, ja była zawsze odziata w chłopczyka. Mnie nazywali nie Marysia, a Marian. No jak chłopczyk była i wszystko. U mnie grzywka była taka. Nociu ja ich woziła, partyzanów, dniom przychodzili Niemcy. Partyzany u nas byli każdyj wieczer. Za to, szto tam chutor i las koło nas. Pieriechod był, krasnyj ruczaj, oni tam wsio wriemia pieriechodili. Ot takije dieła. Partyzany zawsze prosili, żeby my im kartofele ugotowali, podjewszy cokolwiek dali… No partyzany były nasze, sowieckie. Tut Niemcy, tut partyzany. Sowieckie, sowieckie, tylko sowieckie. Polskich ja nie widziała, ni razu. Tylko sowieckie. Ot takije, takije dieła. Dobrze odnosili się, bardzo dobrze odnosili się partyzany. Ja ich zawsze woziła, gdzie trzeba. Konia zaprzęgajem, konie byli u nas, i my zaprzęgajem koni i wieziem ich tam, gdzie trzeba. Ja zawsze nosiła eto same bruczki i włosy podstrzyżone pod malczyka. Wsio wriemia malczykiem ja była. Marian, Marian, mnie i tiepier nazywają Marian. Marianczyk. Ja w siemie była sama starsza, ot i wszystkie byli młodsze u nas. Tylko bruczki i wsio, i pod malczyka ja chodziła cztery lata, cztery lata chodziłam malczykiem, póki wojna nie kończyła się. Mnie wszystkie nazywali Marian. Za to ja sama siebie znała, szto ja Marian, ja nie dziewczynka, do mnie nikt nie przylepnie, ja chłopczyk. A tak mało bywało, i 8–10 lat, co chcieli, to robili. A tak, ja chłopczyk była i wszystko.
Maria Kasata
[Gliniszcze, 1944] Dowódcą partyzantów był Marenka, który powiedział mamie pod koniec wojny: — Ja wam dam zapiskę, wy od władzy będziecie mieć pomoc, bo pomagacie partyzanom. Mama powiedziała: — Aj, może nie trzeba... Lękam się, że jaka komisja będzie przechodzić, znajdzie te papierki, to potem nas może gdzie powywożą... Mama dokumentu nie wzięła, a potem żałowała.
Jadwiga Kojerowicz
[Postawy, lata 1941-1943]Byli partyzany, w nocy przychodzili. To musi być przed wigilią, zdaje się - we wigilię, znaczy się, spalili naszą szkołę. A ona - z okna ja widziała - jak paliła się. Wstała i mówię: - Mama, tatuś! A dziaduńka jeszcze wtedy żył. Ja mówię: - Patrzajcie, tam szkoła pali się! A w naszej szkole uczyła nas taka Sieniowa, ona gdzieś była ze Lwowa, z Zachodniej Ukrainy była. Mąż był dyrektorem w szkole, a ona była nauczycielką. I ona nas tam tańczyć uczyła, mniej tam tych przedmiotów, ale tańczyć i występować. My tam, u Niemców, gdzieś w jakimś klubie występowali. I okazuje się później, że ona i ten dyrektor, mąż, oni pracowali na partyzantce. I jak partyzany napadali, a oni zrobili koncert i my tam byli, i ja sama była tam, jak ten taniec malutkich łabędzi. I, ot, my ten taniec tańcowali, nam Niemcy rzucali takie dropsy, cukierki, marki rzucali nam na scenę. I zostawili nas tam jeszcze na drugie wieczorem, że rodzice tak przestraszeni byli. A w ten czas, tamte zachwycili ten sztab niemiecki, partyzany. Tak było. I wtedy już Niemcy poznali się, i spalili tę szkołę.
Janina Krywicka
[Miejszty, 1939–44]A jak przyjdzie noc, przyjeżdżają partyzani. Wszystko, co mieliśmy lepsze, nawet talerzyki czy widelce — zabierali. Tutej nie było u nas prawdziwych partyzantów, tylko ci, którzy co noc przyjeżdżali i wszystko zabierali.
Weronika Kwacz
Ja byłam jeszcze młoda. Tatuś poszyje polskim partyzanom buty, położy mi do takiego kosza - o, taki kosz pleciony, z taką rączką - ja tak wezmę, a tatuś buty położy do tego kosza. Mama zawiąże mi fartuch na plecy, a ja idę do lasu po jagody. Tatuś mówi: - Idź tą drogą, idź tą drogą, tam, tam.... A ja idę. - Tam ciebie człowiek spotka. A ja idę, myślę: - Ech, a jak spotkają te partyzany, co my ich nie lubimy? Bo jak przyjdą, to wszystko grabią, wszystko, co jest, i nie patrzą, czy kądziel, czy nici do tkania, płótno - wszystko, wszystko zabierają sowieckie partyzany. A te przyjdą, poproszą: - Może wy popierzecie nam? Po polsku mówili. My popierzemy, potem ja to wezmę do koszyka i wyniosę na drogę.
Janina Łojko-Korolewicz
dotyczy także: Polskie podziemie zbrojne,
[Dziarkowszczyzna, lata 40.]Ci partyzanci to nie byli prawdziwi partyzanci, ale bandity. Wszystko kradli, wszystko zabierali. Chodzili i kradli po ludziach. Takie jamy byli wykopane głębokie, gdzie kartofle chowali ludzie na zimę, i tam kradli. Mama prosiaczka hodowała. I jeden ranien partyzant zauważył, że mama nosiła jeść temu prosiakowi. Przeszło może jaki tydzień, mama usłyszała wystrzał. Zabrali jej tego prosiaka. Nie wiem, jak my wyżyli. Wszystkim było ciężko. We dniu szli Niemcy i krzyczeli: — Wy partyzanci! W nocy szli partyzanci i krzyczeli: — Wy Niemcy! I tak bez końca...
Leokadia Łoś
[Dziarkowszczyzna, lata 40.]My bardzo nie lubili partyzantów. Lepiej Niemców lubili. U Niemca było trochę sumienia. A u partyzantów nie było nic. Kradli wszystko. Oni wszystko zabierali. Jeżeli im coś nie udało się, to też czasem zabijali. U nas taki ładny mężczyzna był i coś przekazał Niemcom. A ktoś na niego doniósł. Przyszli partyzanci i zabili go. Przyprowadzili do kościoła i za kościołem zabili.
Leokadia Łoś
Potem przyszła niemiecka właść. Niemcy dniom u nas, a partyzany nocą. Partyzany nocą, a Niemcy dniom. Zaszli partyzany - od Niemca ci już kara. Zaszli Niemcy - nocą od partyzan ci już kara. I zabierali wszystko partyzany: owcę, świniaka, prosiaka, no, wszystko! A jak nie dasz - ścięcie! Ot, tak, tak było. I było u nas dwadzieścia uli pszczół. I kiedyś to przed Nowym Rokiem partyzany wszystko zgrabili. Przed Nowym Rokiem wszystko zgrabili. Do jednego ulu, i zabrali.
Józefa Martos
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
Żyliśmy w lesie. Ziemianki porobione. A Brasławszczyzna, te lasy wszystkie, to było wszystko partyzany. Tu Niemcy mało dochodzili. Byłem rok u partyzanów. A potem przyszedł front. My miesiąc tu jeszcze zostali i pojechali na front. A jakże walczylimy? Napadalimy na garnizony niemieckie. W Opsie był garnizon niemiecki, tam my napadali nocą. Na most my też napadali. W Brasławiu, to nie, chodzilimy aż do Nowopilca (?). Tam byli wojennoplenni (jeńcy wojenni) ruscy. Był u nas taki, co znał język niemiecki i odzienie niemieckie miał, jak żołnierz niemiecki. I przeprowadzili 50 wojennoplennych. A wojennoplenni tam pracowali, na fabrykach i u gospodarzy. No i oni poszli też do partyzanów. 
Julian Masłowski
Strasznie było. Przychodzą te sowieckie partyzanty. — Jeść dajcie. No, to zrozumiałe, że jeść trzeba. A tamci: — A gdzie zołoto?! Wasz muż był uczitielem, znaczy zołota nazbierał. A u nas zołota niet. Bandyci zabrali świnię, cielaka. U matki były takie kofty, bluzki. Też zabrali. To im trzeba dla wojny bluzki było?
Zdzisław Masłowski
Partyzany? Jakie tam partyzany?! Więcej żuliki chodziły, a nie partyzany. Ubrania żeśmy schowali, futra, zakopali w stodole. Skrzynka taka - zakopali i słomą założyli, i co gorszego powieszali w szafie. Ania moja maleńka była, trzy roczki. Sukieneczka jej tam była i płaszczyk taki jeden, wstążeczki powieszali, aby więcej w szafie. No i przychodzą w nocy, stukają partyzany. Z obrusów białych porobione odzienie, żeby nie widać było przy śniegu. I zaraz, dawaj, wszędzie... No i co? Szafę odkryli i wszystko ze szafy, i wstążki, i sukieneczki. Bo to im było potrzeba?
Janina Mickiewicz
Takie u nas były partyzany - nie partyzany, ale bandyci. Przychodzili, zabierali, zabijali wieprze albo co było z domu. Nie można było nawet ubrania żadnego mieć, nawet żadnego ubrania nie było u nas, my byli takie prawie gołe.
Bronisława Morawska
[Borek, ok. 1944]Były u nas takie sadzawki z wody na naszym polu. I były my z siostrą w tej sadzawce. Ja przestraszyłam się, jak zobaczyłam, że leci samolot. Pobiegłam do domu, a siostra została. Potem mi mówi: „Ty pobiegłaś, a ja widziałam gwiazdy na samolocie”. Tak on nisko leciał.
Weronika Naumczyk
Tam, gdzie w lasach byli partyzany, wszystkie bliskie wioski byli spalone. Gdzie rodzina u kogo była, dalej, to wszyscy byli powyjechawszy. Aż prawie do Belmont, do Chramowców wioski byli spalone. Ludzie z tych wiosek żyli w ziemlankach. Późno, już przy Sowietach, gdy my wyjeżdżali na jagody, do lasów, to ludzie żyli tam. Ziemlanki mieli porobione w ziemi.
Jadwiga Sadowska
Partyzany przyjeżdżali. Na jeden raz, jedną noc, trzy razy. Jedne przyjadą, zabiorą - zabrali krowę, zabrali owcę, pojechali. Drugi przyjeżdżają - zabrali całe miska masła, tam była u nas. I krowa była zakrojona dla mięsa, i schowana pod słomę. Znaleźli i to zabrali. I owce zabrali, i gęsi zabrali (my, kiedy żyli, tak mieli gospodarkę dobrą). Trzecie przyjechali - brat mój jeszcze był młody, nie zabrali na wojnę - powiedzieli: - Zaprzęgać konia! I wywiedli krowę z abora, i jedna się została tylko u nas krowa, i przewiązali, i powiedzieli bratu: - Wieźć do lasa! A my płakaliśmy przez całą noc, dopóki wrócił. Bo niektórzy tak robili: powiozą, to ich zastrzelą i nie puszczą do domu, żeby nie znali, gdzie oni się chowają. A jego puścili. On nie dowiózł (może kilometr), dlatego że krowę można było wziąć i prowadzić. A żeby tam coś na wóz jeszcze nałożone, to by może zostawili wieść, aż do ich chowanków - tam ziemlanki, tam w lesie u nich porobione byli.
Genowefa Samsonowicz
Ja nie była w domu, ja była u przyjaciółki, kądziele przędli. I ja była u przyjaciółki, a przyszli do nas i skazali: - Daj arużia. Papku każe: - Paniacie, ja nie maju arużia. - Nie majesz? - Nie maju. Poszli. I zaprowadzili ojca pod krzyż i powiedzieli: - Kopaj, kapaj. Kapaj, eto twaja mahiła. Kapaj, kapaj, paki nie oddasi arużia. Papku każe: - Tak, strelajcie uże mnie. Ja już nie maju niczego, ja niczocho nie maju. Jak wykopali jamu eto, tadyj wypuścili jeho. To byli ruskije partyzany.
Józefa Sienkiewicz
Ja nie umiem dobrze po polsku rozmawiać, bo ja tylko trzy klasy skończyła przy Polsze, a potem już wojna, a u Rusków uczyć się nie chciała. Ale pamiętam jak przyjeżdżali partyzany. Napadali na ludzi, oj strasznie. A jak krowa, świnia była, wszystko bierali. A my tacy głodni byli... Sam możesz być głodny, ale im dawaj, bo on mówi - zabiję!W dzień Niemcy przyjdą, a w nocy partyzany. Niemiec przyjdzie, porozmawia z tobą i pójdzie. A partyzan wszystko odbierze. Dawaj wszystko jemu! Dawaj, co masz.. I Niemcy też nie lubili, że partyzany przychodzą, no ale cóż my zrobimy. Partyzanów my nie mogli wypędzić. Nie wypędzisz, bo weźmie i zabije. Już tym partyzanom trzeba było lepiej jak Niemcom usłużyć, bo one, można powiedzieć, bandyty. A Niemcy byli do nas mili, dobrzy byli. Tylko oni Żydów nie lubili...
Olimpia Sobolewska
Oni przyjdą, zobaczą, że ja z kulą chodzę pod rękę i nic nie mówią. Dochowałem się. Ojciec zrobił taki schron, około piesy wykopał norę - jak Niemcy czy partyzany jadą po drodze, to zaraz mnie kazał się chować tam. Ja załaził do tej nory. Mama założy tam czymś, żeby nie widać było tej nory. Ojciec bał się, żeby mnie nie zabrali. Zabierali krowy, konie i świnie zabierali. Jadą za Jachniewicze, tam dalej i jak im się tam nie uda, to zaraz po drodze u nas zabierają. U nich była stacja koło Niemna, Plisa, Zieniewicze... Tam, w lasach. Konia, to z wozem zabrali, krowę zabrali i świnię zabrali. Ziarno zabierali, kury... Potem my w Sielubiu chowaliśmy, u Niemców chowaliśmy krowę i konia jednego. Nie u Niemców, ale tam była polskiego policjanta żona, Gągolowa. Ona tam mieszkała i nam pozwoliła w swoim zabudowaniu postawić. I dowoziliśmy produkty dla tej żywioły. Był koń, ale potem, w ostatku, zabrali i tego.Przyjechali do nas na podwórze Niemcy, konni Niemcy. Mówili, że to Litowcy byli, w niemieckiej armii byli (Niemcy zabrali Litwę, to Litwini byli w niemieckim wojsku). Strzelali. Partyzanty jadą z jednej strony, Niemcy z drugiej. Bitwa, strach, uciekamy, za piecyk chowamy się. Jeden raz partyzany jeździli pod Juchniewicze (Niechniewicze?), nazabierali tam świń od ludzi i jechali. Na wsi rozpołożyli się. Obiad sobie gotowali. A spod Sielubia przyjechali Niemcy i okrążyli, zza naszego mieszkania na partyzantów, a partyzanci na nich.
Czesław Sobolewski
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
Wieś u nas wielka była. Na jednym końcu wsi partyzany byli, a na drugim końcu Niemcy. Jak noc, to strzelali. To my wszyscy, gdy spali, nigdy nie rozdziewali się... Pamiętam, oni w nocy przychodzili. Byli tacy niekulturni: - No, ubrania oddawaj, kurtkę, kożuch. Bali się my ich więcej czym Niemców. Jak Niemcy przyszli, to dasz masło, kurę i wszystko. A ci, to i chleb zabierali. Jak mówię, w noc my nie spali, w ubraniu siedzieli. I słyszysz, stukają już w okna, i trzeba odkrywać drzwi i myśleć, co oni będą robić. Zaraz szli do szafy i brali wszystko, co podchodzi. Wszystko trzeba było chować.
Łucja Sorokina
[Pińsk, pierwsza połowa lat 40.] A partyzanty... A partyzanty jakie byli! Ja jeszcze byłam podrostkiem. Tak śpię w nocy, stukają w okno. - Babciu Aniela! A mama mówi:- O, przyszli Czileje. A to takie nazwisko było, Czilej, on poszedł do partyzantki. Zachodzi i mówi: - Gdzie tu syna twego jest kożuch? Daj mi ten kożuch. Mama mówi: - A dlaczego ja muszę tobie oddać? - Bo ja marznę tam. - To ty nie chodzisz Niemców bić, wojować, a chodzisz, żeby kożuch tobie dać?! Ale, co? No, zwrócił na to uwagę? - Babciu Anielu, dawaj kożuch! I zabrał kożuch. A mnie tak strasznie było, leżę sobie w łóżku. - A u ciebie co jest, babciu? Co u ciebie jest? I czy to partyzanty? Toż to bandyci byli, toż to byli bandyci.
Maria Szachnowicz
[Krzywcza, 1939-41]Granica taka była. Jak przyjechali Rosjanie jednego dnia, mówiono: – O, rosyjskie wojsko przyjechało tutaj. Będą granicę stawiać. Widocznie tak powinno być, że Niemcy stawiali słupy graniczne na rosyjskiej stronie, a Rosjanie na niemieckiej. I przyjechał samochód ciężarowy, ale z ławkami. Przyjechała zaraz limuzyna osobowa i wyszedł Niemiec. I zajechała limuzyna rosyjska, wyszedł rosyjski oficer. I niemiecki oficer i rosyjski podali sobie ręce, przywitali się, po niemiecku sobie mówili, a żołnierze rosyjscy od razu pojechali nad San. A niemieccy pojechali na tamtą stronę, przez Przemyśl, bo u nas kiedyś był tam prom. Była wieś Chyżyna, ale jak tylko Ruscy granicę postawili, po rosyjskiej stronie od razu wywozili ludzi ze wsi nad samym Sanem. A Niemcy nas nie wywozili, choć my byli blisko Sanu. Tylko nie było wolno psów, gęsi i kogutów trzymać, bo cisza powinna być przygraniczna. Zarządzenie takie było. Widocznie Niemcy już mieli zamiar pójść dalej, dlatego nas nie wywozili. A Rosjanie wywieźli wsie – tam było pusto. Była w tej wsi tylko taka ogromna wyżka, i tam siedział taki naglądacz, na harmonii ślicznie Katiuszu śpiewał. Było słychać u nas: „Rozkwitali jabłonie i gruszy...”. A jak już granica była postawiona... U nas na niemieckiej stronie: czarne, białe, czarne, białe – słupy były i kolczaste druty. A na rosyjskiej stronie było: czerwony, czarny, czerwony, czarny – wzdłuż Sanu. Po drugiej stronie były straszne trawy, bo tam już domy były puste. Widocznie tam mieszkali ci pograniczni. A na koniach przyjeżdżały patrole i „Zdrastwuj, Marusia!” krzyczeli na tę stronę. Tak my nad rzekę na plażę zachodzili. Postawili białe famy, na tyczkach w piasek zapchali i tylko do połowy Sanu można się było kąpać. A jak było święto Wianki, to Rosjanie także wianki pletli i rzucali. Wyspa z piasku była na Sanie i te wianki nasze starsze dziewczęta rzucały i ci, co krowy paśli. A nasze dziewczęta krzyczały: „Zdrastwuj, Mironia!”.
Emilia Teperowicz
[Prykordonna Ułaszanka, pow. Sławucki, 1943- 1946] Przychodzi dzień to już Niemcy hadziajują. Wieczór, jeszcze słonko nie zaszło, jadą bandery. Tak przez wioskę taka pełna fura jedzie, chyba z dziesięć takich, wszystkich w czarnym. Pojechali przez wioskę w dzień. Przeszło pewnie dwa czy trzy dni. A u nas, tam gdzie popalili wszystkich, byli dwaj Skaleccy. Oni byli leśnikami. Ich tam popalili i nie ma u nich jak żyć. A oni z bratem moim przyjaźnili się. My Polacy, to oni nie pójdą do Ukraińców, tylko do nas. A u nas duże mieszkanie było i oni do nas, do brata mego Kazika przyszli. Był jeden Janek, drugi Stasiek. Ich rodziców bandery pobili i popalili. Oni zachodzą do nas, ale że już z partyzanami znali się, to strach mieli, i chcieli już ujeżdżać. To ja już pamiętam ładnie, bo to w moich oczach było wszystko. Wywieźli ich, bandery, na taką drogę, i taki tern z kolcami, takie drzewa tam były. Zawieźli ich tam i słyszymy: bach, bach, bach! Strzelają ich. Czy oni ich postrzelali żywymi? Wszystkie odzienie zabrali z nich i na ten tern tak położyli, i ciągali ich po ternie żywych pewnie, bo jak już pobite, to po co ich będą ciągać. To już taka pomsta była. Taka krew po tych ternach! Pobili ich tam, popalili. Rano sąsiedzi mówią: - Oni u was byli. Chowajcie, toż wam trzeba pogrzeb robić. Nikt nie pójdzie, ani rodzice, ani nikt. Kto tam pójdzie co zbierać? Ale w końcu my wszystkie dzieci i mama poszli, i jaki garnek gdzieś ostał się, to my te wszystkie kości zbierali. Jak teraz pamiętam, był taki Józek. U niego taki pasek szeroki był żółty. I to mięso nie spaliło się pod paskiem tym. On gruby był. Tak to mięso takie spieczone było. Tymi rękami my wszystko zbierali w te garnki, i zrobili taki jeden grób duży, i wszystko tam złożyli. Teraz tam zrobili taki pomnik duży. Przyjeżdżają z Polski i dbają o to wszystko.
Czesława Tyska
dotyczy także: Stosunki polsko-ukraińskie,
Przewieźli mnie, rannego. Piekielna droga była. Znajome - jedna z tej strony, druga z tej strony siedziała. Ja leżałem w tym sianie. Ciężko. Nie odjechali my może pół kilometra nawet, mówią, że idzie oddział żołnierzy. A ja już miałem dwa granaty obok siebie, to wszystko. Ja mówię, a one sobie, jak to wiejskie babki, jadą: - Między sobą sobie rozmawiajcie. Nie zwracajcie żadnej uwagi, oni jadą, niech jadą. Jak konie będą zatrzymywać, to tylko wyskakujcie wy z wozu, natychmiast. Mnie to wszystko jedno, i tak umierać, i tak umierać. To ja puszczę dwa granaty, to wszystko jedno, razem ze mną pójdą. Szczęśliwie przejechali.
Witold Wróblewski
Kiedy weszliśmy już na te nasze tereny, do swoich, to broń zamelinowaliśmy, a przeszliśmy do cywila (po cywilnemu mieliśmy ubranie). Młodzi ludzie byliśmy wszyscy w tym czasie, to nikt nie chciał iść na front. Nie tylko Polacy. Białorusini też wtedy siebie nie nazywali Białorusinami. Oni nie byli de facto Białorusinami, mówili, że oni są Polacy, tylko są wyznania prawosławnego, albo nazywali siebie "tutejsi". Stosunek był bardzo dobry, oni byli ustosunkowani jak najlepiej i my, młodzi ludzie - więc każdy, nie tylko Polacy, ale także ci miejscowi tak zwani. Ja wróciłem w młodym wieku do nich. Przychodziliśmy do swojej wioski, a z wywiadu wiemy, że tu nikogo nie ma. A ten ma mamę, ten ma mamę, pięciu czy sześciu, przyszli, mama dała bochenek chleba, osełkę masła, sera. No i tak się ukrywaliśmy.
Witold Wróblewski
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
My mieliśmy naprawdę podtrzymanie u ludzi i bardzo porządnych ludzi. Mieliśmy taką panią, często żeśmy do niej zachodzili, prawda, jej syn zginął w oddziałach. Sowieci dawali nagrodę - sto tysięcy rubli. Dawali truciznę, żeby ona, jak my pijemy, na przykład herbatę, wsypała to. Blankiet na sto tysięcy podpisany naczelnikiem KGB, że ona to otrzyma. Kiedyś tak przychodzimy do tej pani, pani Izabeli, i ona mówi: - O, cudownie, jak się cieszę... A to jest konspiracja, to nie tak, że my przyszli i wleźli człowiekowi. Tam przyszedł wywiad, czy można zajść, czy co. Kiedyś przychodzimy do niej, mówi: - O, cudownie, jak się cieszę, że was widzę, ale ja mam prezent dla was. I pokazuje ten czek, pokazuje truciznę i wszystko: - Jeżeli ja was zatruję, to mam sto tysięcy rubli i jeżeli coś, to mogą mnie przerzucić do Polski. Wszędzie mieliśmy powodzenie i swoich ludzi, którym ufaliśmy, i którzy nam ufali.
Witold Wróblewski
U nas był pies, Reks się nazywał. Jego nauczyli, jak to młodzi ludzie wszyscy, że jak ktoś przychodzi i mówi "dzień dobry", to ten pies nie rusza. Jak powie "zdrastwujtie", to ten pies od razu bierze. To było na wesoło, śmiali się z tego wszystkiego. Ale to naprawdę był wierny pies. Wtedy, w Stankiewiczach, ja zostałem ciężko ranny. I jeszcze przyjaciel, Wacek, "Doktor" pseudonim, został ranny gdzieś tam po nogach. I już w ostatniej chwili widział, że wyjścia żadnego nie ma, zastrzelił się. I ten pies przy nim został. Oni tego Wacka wzięli, zabrali zabitego i zabrali tego psa. I ten pies - przywieźli jego do Grodna do KGB, tam trzymali - i ten pies tydzień czy ileś wytrzymał, i zginął. Jak byłem aresztowany 12 maja w 1949 roku, to śledczy pytał, czym my go karmili, że ten pies nic nie przyjmował. Nie jadł nic i zginął.
Witold Wróblewski
Staliśmy w lesie. Oni sprowadzili garnizon KGB - nie wierzyli tym swoim, z Mińska sprowadzili garnizon. Okrążyli nas czterokrotnym pierścieniem. Ja miałem nadzieję, że my by z tego wyszli pierścienia. Dlaczego? Było słychać ruch, ujadanie psów, wszystko. Akurat przyszła łączniczka "Stokrotka", moja siostra, Wróblewska Genowefa. Ja chciałem, żeby ona odeszła. Ona przyniosła meldunki, to wszystko przyniosła. Chciałem, żeby odeszła. Ona mówi: - To teraz jest wieczorem, późno, to ja raniutko odejdę. I nad ranem, tylko świt, okrążyli nas. I zaczęła się walka. My, żeby jeszcze wiedzieli o tym... Bo u nas pomysł był dobry, my mieli w lesie dobre połączenie. Po pierwsze - las. A po drugie była rzeka, więc my byli pewni, że do wody i wybrniemy stąd. Jeszcze czułem ranę, ale od dwudziestego trzeciego do dwunastego, to prawie dwadzieścia jeden dni. Ja już byłem w lesie, ja już nie byłem nigdzie na melinie. No i zaczęła się walka. Pierwszy, drugi pierścień my jeszcze przeszli i Zygmunt Olechnowicz, kolega i ja, ciężko ranni zostaliśmy. Siostra - oni ją zatrzymywali, potem ona uciekała, to ją po nogach ranili. Jej potem amputowali nogę w szpitalu w Grodnie, w KGB. Jej obcięli nogę i została kaleką.
Witold Wróblewski
[Stołowicze]Czasem mama zniknęła na jakiś tydzień, ona nam nic nie mówiła. Wiedziałyśmy, że gdzieś szła do Puszczy Nalibockiej, gdzieś szła. Rosjanom się bardzo nie podobało. Rosyjskim partyzantom się bardzo nie podobało aktywne działanie Armii Krajowej. No więc trzeba tą Armię Krajową niszczyć. A jak najłatwiej? Więc pewnej nocy sześć łączniczek, łącznie z mamą, oj, taka była Marysia, piękna dziewczyna ze wsi obok, i jeszcze jedną Zosię znałam, więcej nie pamiętam. Te dwie znałam, no i mamę. I zabrali ją, do obozu poszły. Bo to najłatwiej, po co z partyzantami, lepiej z kobietami walczyć. Mama była łączniczką, i to łączniczką między AK a partyzantami sowieckimi. To było właśnie to najważniejsze. I ci partyzanci sowieccy wiedzieli o nich i dlatego ich tak łatwo wyłapali.
Elżbieta Wrzosek
Który partyzant prawdziwy, ten tylko przyjdzie i poprosi: może pokuszać, może tam rukawice, może buty, bo jego porwali się. A mamy naszej noga była wielka. Mamine buty wszystkie im podchodzili. Siedem par zabrali. No, tylko brat zaniesie, poszyje mamie buty, tut przyjdą wieczorem i zabiorą. A które nieprawdziwe partyzanty, to i krowę zabrali, i konia zabrali, i wóz zabrali, i słoninę jaka była - wszystko. Ja prosiła, że dzieci małe... Zostawcie, czym my będziem karmić dzieci? Brata położyli na ziemi, ten bał się, że zastrzelą. Wszystko trzeba było oddać.
Władysława Zasztoft
[Kupieczów, początek lat 40.]Było jakoś święto, czy rosyjskie, czy jakie to — jaż mała, tylko wiem, troszeczkę pamiętam. Te Ruskie, te partyzanty, wyszli, zaczęli strzelać, a gdzieś leciał niemiecki samolot. I on zobaczył, że tam jest partyzany. On tak przeleciał nad tym Kupieczowem, poleciał do Kowla gdzieś tam i przylatuje już sześć czy siedem, i zaczęli bombardować. Zbombardowali cały Kupieczow z ziemią. Ja tylko pamiętam, że my poszli w gości do jakiejś tam sąsiadki i wali się wszystko szkło, okna się… Mama wzięła tak mnie pod siebie i tak wyłaziła z tego mieszkania. Wyleźli z tego mieszkania i tam od razu stojali te rosyjskie czy sowieckie partyzanty. Tam był schron i nas w schron wszystkich chowali. Bo oni latali, wiedzieli, że tam jest partyzany.
Halina Zubowicz
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Kopyl, 1941–44]Przyjechali z rana Niemcy i zaczęli brać młodzież, dziewczyny i chłopców, którzy w Kopylu przebierali kopce kartofli, bo to była wiosna. Przyjechały dwie maszyny i zabrali nas z pola do miasta. Wyszliśmy, patrzymy, a tam słupy przygotowane do wieszania ludzi. Wyciągają tych ledwie żywych chłopców i kobiety z maszyn, spod nóg im wydobywają taboretki i wieszajut. — Patrz! Patrz! — krzyczą. — Ot, partyzany! Niemiec potem podszedł do nas i powiedział po niemiecku: — Patrzcie, co będzie z wami, ot. Potem nas jednak odpuścili. Nie wiem, co to im zrobiło się, ale odpuścili i my przyszli do domu, a mama i ciocia tam płakali, modlili się, że ja już przepadła. Dziesięć czy dwanaście osób powiesili w centrum miasta.
Helena Żyszkiewicz
dotyczy także: Okupacja niemiecka,