Codzienność powojenna
Po wojnie uczyłam się, ale mnie wyrzucili z gimnazjum. To już byli Ruskie, 1947 rok, trzecia klasa gimnazjum. Powiedziałam na całą klasę: – Śmierć Stalina spasjot Rassiju, czyli „śmierć Stalina wyratuje Rosję”. Nauczycielka przy dzieciach kazała mnie przyjść z ojcem, a potem mnie powiedziała: – Lepiej będzie, jak ty zupełnie nie przyjdziesz. Ja tobie wydam taką karteczkę, że ty skończyła trzecią klasę gimnazjum, ale zachorowałaś i nie douczyłaś się. Ja żebym ciebie więcej w szkole nie widziała, bo będą dzieci wspominać. A to był maj, miesiąc został do końca roku szkolnego. Nauczycielka bała się, że powiedzą, że to ona nauczyła – i że ją wywiozą.
Longina Anpowska
[Warunki mieszkaniowe w Równem – Równe, lata 40-60]W Równem my mieszkali po ulicy Kopernika 15. To był taki budynek jednopiętrowy. Tam było dużo rodzin. My mieli jeden pokój, kuchnię i więcej nic nie mieli. Paliliśmy drwami, opalaliśmy, jak to mówią, dieriewom, drzewem, opalali się drzewem. Wodę też nie mieli, nosili. Wszystko to nosili. Wszystko było, kąpali się my też, kto jak. I tak my żyli do 1962 roku, tak ja mieszkałam w tym domu. Potem ja otrzymałam mieszkanie.
Tamara Antonowicz
[Znaczne rozbudowanie się miasta Równe po drugiej wojnie – Równe, okres powojenny] Równe jak była wojna, to było puste. Tut nie było takie duże, jak zaraz trzysta tysiąców ludzi. No a kiedyś było – jak było dwadzieścia, to wszystko. Uliczki maleńkie były, jeden był tylko taki, gdzie piwo gotują – browarnia. I już. Więcej nijakiej nie było przemysłości, nijakiej, nic nie było. Rozbudowało się po wojnie Równe, i te wszystkie budynki duże, to wszystko już budowali ludzie, jakie mieszkają tut. Bo my żyli, ja mówię, że u nas wody w domie nie było, ni czym palili – drzewami. I po tym, jak już przyprowadzili gaz, to już gazem palili, płyty, żeby było ciepło. Ja tylko w sześćdziesiątym drugim roku odeszła z Kopernika, o, tut Kopernika ulica idzie, ja tam mieszkałam na tej ulicy. Ten dom jest, jeszcze żywy i zdrowy. I tam stoi taki duże, duże drzewo, jak my nazywali jego, że nie można było objąć.
Tamara Antonowicz
[Pietrowka, lata 40.–50. XX wieku]Ojczyma zabrali gdzieś tak w 1944 roku. Wielu ludzi nie wróciło z więzienia i nawet nikt rodzin nie powiadomił, co się z nimi stało, dlatego że był taki artykuł — 58. Teraz można nagadać, co się chce: i na tego, i na tamtego — i nic się nie dzieje. Wtedy zbierali się ludzie w domach, mielili ziarno na mąkę, kobiety i mężczyźni, i siłą rzeczy o czymś tam rozmawiali, przecież nie są niemowami. Działo się to w mieszkaniu, a przecież pod oknami stali i podsłuchiwali. Mój ojczym opowiadał, że w mieszkaniu rozmawiali, nie było wśród nich żadnych zdrajców, a drugiego czy trzeciego dnia aresztowali go i zabrali do więzienia. Jeszcze jedną z kobiet, która też brała udział w tym spotkaniu, i jego. Zabrali i nic, żadnego sądu, absolutnie nic, tylko wiele lat potem, kiedy już ojczym wrócił z więzienia, zostaliśmy rehabilitowani i dostaliśmy rekompensatę w postaci pieniędzy.
Marcin Baszyński
[Pietrowka, lata 40-50 XX wieku]Ojczym przesiedział 10 lat w więzieniu, wielu ludzi wtedy aresztowali, ojców moich kolegów. Większość z nich nie wróciła, nawet nikt nie powiadomił, co się z nimi stało, przepadli bez wieści, nie wiadomo nawet, gdzie są pochowani. Taka władza była, że nie można było niczego powiedzieć, to były właśnie stalinowskie represje. Na Stalina albo kogoś innego z rządzących nie można było nic powiedzieć, bo zaraz zabierali do więzienia. W więzieniach bardzo ciężko się pracowało, w kopalniach. Nic tam nie było, tylko woda i jakieś resztki jedzenia. A praca była ciężka, tory kolejowe kładli, ręcznie pracowali, łopatami, techniki przecież żadnej wtedy nie było, wszystko ręcznie. Ojczymowi się udało i tylko dlatego przetrwał. Kochał konie, a trzeba było jakiegoś naczelnika wozić, ojczym to robił i dzięki temu było mu lżej. Opiekował się też końmi. Nie pracował ciężko fizycznie i dlatego udało mu się te 10 lat przetrwać.
Marcin Baszyński
Ciężko, bardzo ciężko było w sowchozie. Jak pójdziesz z rana, pojedziesz na siew... Ludzie wszystko same zasypują, same sieją. A te worki takie ciężkie, trzeba na maszynę zawinąć. I dwadzieścia hektarów obsiejesz przez cały dzień. A tam taki pył na polu! Oj, ciężko, ciężka praca była! Chodzili, pracowali, a co nam płacili? Nic. Ot, musieli kraść - i tych kartofli jakichś koszyk zawsze weźmiesz, wyniesiesz, i zboża trochę.
Wanda Bielanowicz
Za Niemców, właśnie tutaj, do Urszulanek, chyba przez rok uczęszczałam do szkoły. Potem przeniesiono nas, kiedy już wojska radzieckie zajęły czy wstąpiły. Uczyłyśmy się koło kościoła parafialnego, teraz to się nazywa Majdan Szeptyckocho. Tam były kiedyś koszary. Chyba w 1948 roku już dostaliśmy naszą polską szkołę na Placu Mickiewicza. Należę do tych pierwszych, którzy ukończyli dziesiątą klasę tej szkoły. Skończyło nas szesnaścioro osób i właśnie te lata były na pewno najkorzystniejsze dla nas, bo byliśmy zgromadzeni w swojej szkole. Były braki w jedzeniu, w ubiorze, byliśmy głodni i chłodni, i były takie zimy, że trzeba było przynieść jakieś polano z domu, żeby napalić w piecu. Profesor Zdanowicz, nasz polonista, szanowany, lubiany - nie zawsze mogłyśmy go zrozumieć. Ale on nam wtedy odpowiadał, że "bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy" i żadnych wymówek nie było. To, że chcieliśmy, żądaliśmy tej wiedzy, dało nam siłę by wytrwać. Były takie lata, że nie było co jeść, głód był. W czasach niemieckiej okupacji chodziliśmy po zupę na niemiecką kolonię i tam nam wydawali. W czasach radzieckich chodziliśmy do parku naszego, tam staliśmy w długiej kolejce za kawałkiem czarnego chleba. To był przydział i to trzeba było donieść do domu, żeby podzielić się z matką i z bratem. Mój syn już chodził do ukraińskiej szkoły. Polska szkoła była zamknięta w 1957 roku. A mój syn się urodził w 1956. Bardzo dużo osób wyjechało, a ci, którzy zostali... Chyba brakło im siły powiedzieć, że jednak my musimy mieć polską szkołę. Nasz dyrektor tak pilnował, żebyśmy ukończyły tę dziesiątą klasę i nikogo z nas nie chciał puścić gdzieś do technikum, czy co, bo mówił: - Was jest szesnaścioro. A jak będzie mniej - nie będzie dziesiątej klasy.
Maria Bilczuk
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
[Barysz, po 1945]Jak ja z mamą jeszcze żyła, to na polu, na tej grządce pracowałam. A potem już zabrali w kolektyw, w kołchoz. Pieniędzy tam nie dawali. Czarno ludzie żyli, strasznie. Nie było co ni jeść, ni za co się ubrać. Teraz można którędyś wyjechać, coś zarobić, a tam ni kto nie jechał. Tak żyli z tej grządki, bardzo ciężko było. Jedna chata słomą nakryta i już, i wsio. A tam pracowało się od nocy do nocy. Już to pole zebrali, taka mołotarka była, to na tę mołotarkę zawsze chodziłam, bo to młóciliśmy. Boże! Takie to wszystko z prochami, ze snopami. Ty rzucasz, na ciebie wszystko nachodzi, i ta słoma, i te prochy. Joj, jak się trzeba było narobić. Mąż pojechał na roboty, na zarobek gdzieś, a ja jedną krowę już miała – jak kołchozy już poodbierali, tak 25 arów zostało, ni pola nijakiego, wszystko zabrali w kołchoz. To z tego trzeba było wyżywać. To ja krowę za sznurek, jedno dziecko na rękę, drugie za rękę, a trzecie biegło za krową. I tak ja szła na tę pracę. To strasznie było, strasznie te Moskale mordowali naszych.
Eugenia Błaha
[Barysz, po 1945]Do partii bardzo ciągnęli. Tych prostych nie. Jak troszku ktoś był, jak mówią, elita, tacy co może mają w głowie coś uczonego, to wszystkie byli, wszystkie byli! Tylko za tę pracę obiecaną tam szli, bo trzeba było wyżyć. Może i niejeden nie chciał, a musiał. Musiał, bo pracy nie będzie. Musieli tak sprzątać, aż wyżywali. Kto się zapisał – to i domy mieli, i żyli, i rodziny żyły. Tak i dożywają do dzisiaj. Nawet widno na takich wioskach. A potem już jak tę cukrową fabrykę pobudowali, już na pracę taką za pieniądze, to już troszkę wszystkie się mieli lepiej. Mnie nie ciągnęli, ja na polu – tych nie chcieli. Tylko mojego męża to trochę ciągnęli. On cztery roki służył w armii, trochę niemiecku mowu przewodził, trochę takiej pokancelarskiej pracy też pracował w Baryszu. Ale że nie zapisał się, tak i umarł. Wykręcał się, wykręcał i jakoś obeszło jego.
Eugenia Błaha
[Ukraina, lata 60.]Pojechałam do Lwowa egzaminy zdawać i miałam ten pieniądz. A ja w kufajce, takiej czarnej, buty takie. I myślę: „Mama zawsze mówiła, że tak ładnie chodzili, babcia w kapeluszach, a ty w kufajce chodzisz”. Zaszłam do sklepu i myślę: „Ja kupię sobie palto takie”, i kupiła to palto, bo już rodzicom pomogłam. I kupiłam takie ceglaste, takie ładne, i przyjechała i widzę — nasza ciężarówka z kołchozu im. Dzierżyńskiego. Kierowca wziął żonę swoją, to ona tam siedzi z dzieckiem, a ja już muszę z tyłu. A tam beczka z naftą, bo to jeszcze wtedy lampy byli, i słoma. A ja to palto czegoś wzięła na siebie, bo tak nie było u mnie nijakiej torby porządnej, żeby tak jakoś schować, i tak stała koło beczki. A taki deszcz wcześniej był, taki brud, drogi nie ma porządnej, i tak on jechał i jechał, i ta ciężarówka idzie na jeden bok, ja tak trzymam się, i tak do tej bajury z tym nowym paltem. Boże! I tak mnie było szkoda, przyjechała ja — no to już tutaj ni czyścić, ni myć i ja tak powiesiła na drzewo, bo nie było takich wieszaków. I akurat było słońce. I potem tak odwaliło się ono kawałkami — takie grube jak ręka te płaty brudu. To ja myślę: „Dobrze, że odwalają się, to ja poczyszczę i będzie palto.”, ale z jednej strony przerwano, troszku zacerowała. O takie życie marne.
Jadwiga Bobrowa
Naciskali, żeby wstępować do organizacji pionierskich. Część ludzi, którzy nie wstępowali do kołchozów, nie chciała tam posyłać dzieci. Kierownictwo nas zmuszało, żeby wpajać im, że trzeba. Porównywali, że w innych szkołach jest tyle komsomolców, a u nas tyle. Mówili, że źle pracujemy. Faktem jest, że część dzieci nie wstąpiła. Były zebrania, prowadzono konferencje w duchu partyjnym. Pamiętam, że kiedyś przyjechała do szkoły komisja i zarzucali nam brak pracy ateistycznej. Zapytali dzieci, jakie teraz będzie święto, a dzieci na to, że Wielkanoc. I to już się nie podobało.
Ryszard Borejka
Kartki były wydawane na rodzinę i tam było: 200 g mięsa, 100 g tłuszczu, 50 g tego, tego... Chodziło się z tym do sklepu, sprzedawczyni wycinała kawałek kartki nożyczkami i wklejała do takiego... Tam było napisane: rodzina Borejków, rodzina Sawickich... i inne rodziny. I otrzymywaliśmy te produkty. A swoją drogą byli gospodarze ze wsi. Oni hodowali bydło, świnie, przywozili to do miasta. Na przykład przyjeżdżali na podwórko, w domu było osiem mieszkań i każda rodzina brała kawałek mięsa. Przywozili też kartofle, śmietanę, mleko. Wymieniali to na różne rzeczy, na przykład na pierścionek. Pamiętam przypadek, gdy przyjechał jeden chłop i mówi: - Chcę stół z białymi zębami! Czyli fortepian. Za parę worków kartofli! Ludzie wszystko oddawali za jedzenie. Dzieci rosły, trzeba było je karmić.
Ryszard Borejka
Była wielka rusyfikacja. Mieliśmy sześć godzin tygodniowo języka rosyjskiego, a trzy godziny polskiego. Komitet rodzicielski zaczął protestować. Była taka pani Pieniążkowa w naszej szkole na Antokolu, staruszka, i ona pojechała do Moskwy. Do Stalina nie doszła, naturalnie, ale rozpowiadała tam, że w 1912 roku tańczyła w Polsce z Leninem kadryla! Za miesiąc przyjechały do nas jakieś trzy samochody i sprawdzali wszystko przez tydzień czasu. Polacy cały czas walczyli o utrzymanie polskości na tych terenach. W latach 50. przyjechała komisja z Moskwy, jeździli po okolicach Wilna i pytali rodziców, jakie chcą szkoły, czy polskie, czy rosyjskie. Chcieli polskie, ale powstało pytanie o kadrę pedagogiczną. Skąd wziąć? Ministerstwo Oświaty Litwy poszło na rękę i zorganizowało kursy. Ja na przykład skończyłem średnią szkołę w 1951 roku i poszedłem na te kursy organizowane w Wilnie.
Ryszard Borejka
[Szarkowszczyzna, 1946]My mogli do szkoły już po wojnie wszyscy iść. Ale pieniędzy nie było w domu tyle, żeby troje dzieci w szkołę odprawić, ubrania nie było. Tak chodziliśmy po jednym. I wtedy z mieńszym bratem chodziliśmy do mrozów, do śniega. I jeden dzień ja szedłem w szkołu, drugi dzień brat. Krowy nam trzeba było paść. I tak chodziliśmy do szkoły.
Jadwiga Buko
W kołchozie przewodniczącego wybierano na głosowaniu, które nie było tajne. Zbierali się wszyscy i mówili, kogo chcą. Pytali, kto jest za tym kandydatem, a kto nie. Trzy głosy przeciw, to przechodził.Z kościoła zrobili skład zboża. A potem klub. Najpierw ludzie bali się tam bawić, tańczyć, bo to grzech. Rodzice na nas krzyczeli, żebyśmy tam nie tańczyli, bo to się nie godzi. Potem zrobili też tam kino. Z czasem przywykliśmy do tego, że w kościele jest klub.Wtedy to w Boga nikt nie wierzył. Takie czasy, tak żyliśmy w naszej Rosji.
Walentyna Chaniewicz
Wieczorem przyszedł mój kolega i powiedział: - Słuchaj, Antoś, daj butelkę nafty do lampy. Ale żeby nabrać nafty, trzeba było zgasić silnik traktora, potem odkręcić rurkę od gaźnika i dopiero z niej nalewać. Zgasiłem, nalewam, a tu podjeżdża szef brygady traktorowej i zaczyna krzyczeć: - Co ty robisz?! Paliwo lejesz. Nie wolno! Mówię, że chciałem tylko butelkę nafty... Pokrzyczał i pojechał. Rano całe "naczalstwo" zebrało się na odprawie i przyjechał prokurator. Szef brygady od razu powiedział do niego: - Wiecie, wczoraj przyjeżdżam, a Chaniewicz Michniemu w butelkę naftę nalewa. Postraszcie go, zawołajcie i postraszcie. Musiałem z tego napisać sprawozdanie. Napisałem, podpisałem, a za siedem dni dali mi wyrok siedmiu lat za marnotrawienie majątku państwowego.
Antoni Chaniewicz
[Andriejewka, Kazachstan lata 30.-40.]Potem - sama nie wiem, jak to powiedzieć - ziemię skądś dali, daleko od tej wsi. Nasza wieś to była toczka numer 19, a nazwa - Andriejewka. I oraliśmy krowami, końmi oraliśmy i bronowaliśmy, i sialiśmy. Jak szliśmy siać, to całą wsią, każdy jeden. A potem dzieliliśmy się wszystkim. Na drugi rok, jakoś to było, że państwo chyba dało traktory i wszystko inne - zaczęliśmy już traktorami i orać, i siać - urodzaj był. Sialiśmy marchew, kartofle, buraka - nie bardzo rosło, bo deszczu było mało, ale już coś przecież było. A potem zrobili kołchoz, i zebrali to ziarno, i wszystkim rozdzielili. Wtedy już zaczęliśmy dobrze żyć, i już było coraz to lepiej i lepiej. Potem pracowałam w tym kołchozie jako brygadzistka. A było głodno i chłodno - nie było się w co ubrać, nie było co jeść. Sialiśmy pszenicę, to weźmiemy jej trochę, a ona zatruta była, żeby jej nie kraść i nie jeść, truli ją, a potem siali. To my weźmiemy tej pszenicy, był taki kocioł w baraku, w kotle tę pszenice odgotujemy, potem na deskę tą pszenice i kto czym mógł - kto jakąś butelką, kto czymś żelaznym, kto kamieniem tą pszenicę tłukł. Rozbijemy tą pszenicę, i całą noc gotujemy. Dzieci śpią i robotnicy, a my pszenicę gotujemy. Dokąd ją ugotujemy - już dzień wstaje, i wszystkim po trochę dajemy. I tak przeżyliśmy jakoś.
Jekaterina Chlubnaja
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
Skończyła się wojna - to był rok 1945 - i wtedy otwarli szkołę w innym budynku. I dyrektorem był pan Sosnowski. Nie pamiętam już imienia. Pan Sosnowski, który w prędkim czasie był wywieziony na Sybir. Szkoła polska miała juz wtedy kilka budynków po wojnie. I przetrwała do 1948 roku. W 1948 roku szkoła polska była zamknięta. I wszystkie dzieci, wszystkie klasy stały się rosyjskie. Ja zostałam w tej rosyjskiej szkole, a niektórzy wyszli do szkoły łotewskiej. Rodzice chyba rozumieli, że ja niedobrze wiedziałam język łotewski, a to już do 7 klasy trzeba był przejść. Tak rozmawiać mogłam, ale nie dla nauki w 7 klasie, bo tam rozmaite przedmioty. I tak skończyłam rosyjską szkołę i wyjechałam na studia do Rygi. To był wtedy Instytut Pedagogiczny i tam studiowałam język niemiecki. Po studiach otrzymałam miejsce pracy w Krasławiu. Miałam inne propozycje, do Mińska, ale nie chciałam do Mińska wyjeżdżać i zostałam na Łotwie w Krasławiu. W szkole rosyjskiej pracowałam, która mieściła się w budynku byłej biblioteki Platerów. W zamku mieściła się szkoła łotewska. Przez jakiś czas miałam też tam lekcje języka niemieckiego, ale główna praca była w szkole rosyjskiej. To były trzy lata, po tym jak skończyłam studia. Skończyłam studia w 1957 roku i 3 lata odpracowałam, a więc w 1960 roku już rozpoczęłam pracę w szkole rosyjskiej w Dyneburgu, w szkole numer 3. I wykładałam język niemiecki, również przez 3 lata. A wtedy zaproponowano mi miejsce w Instytucie Pedagogicznym, teraz to jest Uniwersytet Daugavpilski. I pracowałam do roku 2000. A w 2000 skończyłam pracę.
Gertruda Chrzanowicz
Pracowałam społecznie w "Promieniu", od samego początku, od roku 1988/89, kiedy powstał. Właśnie wtedy takie główne zadanie "Promienia", to było odrodzenie polskiej szkoły. Od 1948 roku nie było szkoły polskiej w Dyneburgu, a więc powstał taki plan, żeby ją odrodzić i szkoła ruszyła w 1991. I wtedy powstało pytanie, kto będzie uczył nasze dzieci. Na początku była to pani z Polski. I wciąż jeszcze przyjeżdżają panie z Polski i wykładają język niemiecki, historię, język polski. Ale musieliśmy troszczyć się, żeby nasze pokolenie też się kształciło i dlatego podjęliśmy decyzję, żeby kształcić swoje kadry, swoich nauczycieli. I przy Uniwersytecie została utworzona grupa języka polskiego i przyjęliśmy studentów, którzy uczyli się języka polskiego. Byli to różni studenci: kto uczył się polskiego, kto czytał tylko, a kto i bardzo słabą wiedzę miał. Ale kształcili studentów. Kilka było wykładowców z Polski: pan Lisowski, pamiętam, pan Bomanowski. Byli jeszcze tu i są teraz nauczyciele, którzy jeszcze pracowali w szkołach, ale wykładali inne przedmioty. No, ale mając wiedzę z języka polskiego wykładali w szkołach niedzielnych. Były takie szkółki niedzielne przy szkołach i tam zbierały się grupy, nie tylko dzieci, ale i dorosłych, i uczyły się języka polskiego. A wtedy w grupie studentów na Uniwersytecie oprócz wykładowców z Polski jeszcze pracowała nasza pani Maria Radewicz, która bardzo dużo zrobiła dla podtrzymania polskości. Na przykład uczyła dzieci, przygotowywała ich na konkursy, olimpiady i przygotowywała na studia do Polski. Bo ci, którzy kończyli szkoły rosyjskie albo łotewskie, wiedzę mieli z języka polskiego nie bardzo dobrą i dlatego przygotowywała ich na studia. I bardzo dużo studentów na początku wyjeżdżało na studia do Polski. No, i teraz wyjeżdżają, ale mniej.
Gertruda Chrzanowicz
Krasław, to takie ciche miasteczko było. Wierzących ludzi tam dużo, dużo było Polaków. Do kościoła nie miałam prawa tam chodzić, przyjeżdżałam do miasta, do Dyneburga. A tam, w kościele, tyle było ludzi! Ja zostawałam w niedzielę, to widziałam - tam ludzie szli, szli i szli.Nie mogłam chodzić do kościoła, bo nie pozwolono - taki ateizm straszny był. I w szkole było dużo takich ateistek nauczycielek. A to miasto nieduże. Co krok zrobisz, to wszyscy wiedzą. Mnie się zdaje, że tam dzieci stały przy kościele i nauczyciele rejestrowali, kto idzie, kto z uczniów idzie do kościoła. O tak! To były takie same straszna lata. Nauczycieli, to chyba z pracy zwalniali nawet. Nie pamiętam takiego wypadku, ale mówiono, że tak się robi. I tu też to samo było. Kiedy w szkole pracowałam, my z rodzinami, z rodzicami, z dziećmi wyjeżdżaliśmy. Tam, gdzieś na wieś. Później do Ławkies, a na początku, to na Litwę, do Zarasai, potem dalej (tam Utena, takie miasto). I jeszcze tam, na tej drodze, Swienczonis. Samochód mieliśmy i z dziećmi jeździli. Może nie każda niedziela, ale tak.
Gertruda Chrzanowicz
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
Szkoła.Było zebranie w szkole, zebranie rodziców. To jeszcze była polska szkoła. Potem dyrektora, Polaka, Sosnowskiego, aresztowano i on na Sybir był wywieziony. Przysłali Filipeckiego. Przysłany był w tym celu, żeby zamknąć polską szkołę. To był 47. rok, 48. Mama była na zebraniu rodziców i ten dyrektor Filipecki mówił, że szkołę trzeba zamknąć, dlatego że ona nie daje wiedzy, wiedzy języka polskiego. I zapamiętałam - mama tak powiedziała, kiedy przyszła z zebrania - że on powiedział, jak Polacy w Dyneburgu rozmawiają: "Zamknij furteczkę, bo Ci spinka naduje". To taki przykład był dany, że Polacy źle rozmawiają, że nauczanie języka polskiego na niskim poziomie. I to miała być jedna z przyczyn, że polską szkołę trzeba zamknąć. O tak było. I wtedy, w 48. roku, we wrześniu, zamknięta była polska szkoła i była szkoła rosyjska. Kto był w VIII klasie, kto w IX, kto jak... Moja siostra jeszcze zdążyła skończyć 11 klas, czy 12 - ile wtedy było, nie pamiętam. Zdążyła skończyć polską szkołę. A ja byłam w VII klasie w rosyjskiej szkole. A teraz nauczycielki są te, co w polskiej szkole skończyły 8-9 klas. Kto ile zdążył. Smutno było bardzo wtedy. Okropnie. Taki smutek, żal taki panował. Bardzo, bardzo było smutno, sytuacja taka nieprzyjemna. Dla Polaków oczywiście, dla Polaków. Przyzwyczailiśmy się. Co było robić? Żadnej rady nie było.
Gertruda Chrzanowicz
Pamiętam, jak kobiety gotowały mydło. Robiły ług. A ług z czego? Z popiołu. I prali odzież, i sami myli się tym ługiem. Mydła nie było. Pamiętam, jak gotowali i wrzucali taki szary kamień. Potem dzieci zbierały koniczynę. Suszyli kwiaty i piekli kluski. A z czymże? Ziemniaków nie było. Jeśli u kogoś były, to sadzono je. I tak zaczynaliśmy żyć.We wsi był jeden koń. Trzej bracia. I jeden drugiemu pomagali. Rąbali belki z lasu, wozili na tym jednym koniu. I budowali. A póki budowali, mieszkaliśmy w bani (łaźni). Obuwia nie było – drewniaki robili z osiny. Potem zaczęli siać: len, konopie. Dzisiaj nie wolno siać konopi. Tata ryby łowił. Mama je sprzedawała i zamieniała na chleb – jeśli u kogoś był chleb. Tak wyżyliśmy i do tej pory żyjemy.  
Irena Dargiel
[Praca w kołchozie]Potem już skończyła się wojna, ja napisałam list do mamy i do jakiej podrużki, co była z dziectwa, do tej dziewczyny, której ona sąsiadka była: — Czy ty wiesz, gdzie moja mama? I do trzeciej dziewczyny napisałam. Mama nie umiała pisać, no ktoś jej napisał. A ja wtedy mleko robiłam na fermie, przepędzałam mleko, bo było tam krów dużo. I wróbel przyleciał. Tak ja siedziałam, a tak okno. I ja tam kręcę, a wróbel przyleciał i „tiryń-tiryń” — tak zrobił. Ja myślę: co to takie, jakie wieści, co to będzie takie? I zaraz przynieśli list do mnie, od mamy, tego dnia. Ja wzięłam ten list i jak ja zaczęłam czytać, to wszystkie dojarki płakali!
Filomena Domańska
[Panfiłowszczyzna, lata 40.–50.]Mama mnie sama wychowywała. Pracowała w kołchozie, chodziła na pole. Tam z pola to nie można było przeżyć. Tylko tym wygrywaliśmy, że u nas był ogród duży i nam go nie odjęli. I mamusia hodowała też dwie krowy, świń dużo hodowała, i owce. I tego nam nie pozabierali, zabrali tylko konie i furmanki.
Leonarda Duliniec
[Głębokie, lata 70.]W szkole patrzyli nieprzychylnie na chodzenie do kościoła, ale nie karali bardzo. Mówili, żeby nie chodzić, ale nie wyganiali ze szkoły. To już rzecz wielka, że nie wyganiali. A jeżeli naczelnika zobaczyli w kościele, od razu z roboty won i już.
Leonarda Duliniec
[Sachalin, 1950–53 rok]W wojsku służył aż na Sachalinie. W 1950 roku do wojska zabrali mnie. Jechaliśmy miesiąc, więcej. Pociągiem. Na Japonię patrzył, z gór. Widać było Japonię. Wot tam odsłużył do 1953 roku. W 1953 roku wrócił się do domu, do Leonek. A potem postąpił na pracę w Postawach, tu kowalem był, potem wyuczył się na tokarza. Służyło się nieźle. Służył dobrze. Dosłużył się i przyjechał. Wziewszy książkę do nabożeństwa, no i medaliki wszystkie. Tam chcieli odebrać. Nie oddał, przywiózł z powrotem. Ja mówię, mamusia mnie dała, ja muszę przywieźć z powrotem. I przywiózł.
Antoni Dziśko
[okolice Głębokiego, lata powojenne]A było tak: jak święto katolickie, ja już nie szedłem do pracy. A wtedy taka była dyscyplina: trzy dni w miesiącu nie przyszedł, od razu musieli uwalniać z pracy. A ja tak robiłem, że dwa i trzy dni nie przyjdę – i święta, i wszystko. – „Ajajaj, ciebie nie było, ale coś trzeba koniecznie zrobić, nikt nie pomoże. To teraz rób.” Tak nie uwalniali za to, że nikt nie mógł wykonać pracy, a ja wykonywałem.
Piotr Furs
[Krasław, lata 50.]Potem tutaj wróciłem. Gdzie na pracę? A że u mnie ten 58. punkt, na pracę nie chcieli przyjmować, że wrog naroda. A cóż ja tam takiego? Poszedłem na fabrykę lnu tutaj, bo mnie znajomy powiedział, że chciał się zwolnić, a mnie na swoje miejsce. Ja zaszłem i mówię, że na robotę. - A tak, paszport tylko dajcie. Dałem jemu paszport do ręki i wszystko. On: - Poczekajcie tutaj. I tam z kimś porozumiał się czy potrzebny, czy nie. Posiedział tam chwilę czasu, ale ja nie widziałem, żeby ktoś tam wchodził i nikt tam nie rozmawiał w tym gabinecie. On wyszedł i mnie paszport z powrotem zwrócił: - U was 58. grafa. Spasiba i paszoł won! I ja zawsze tak, jakby czarna wrona jakaś. Potem to już nic, ale w brygadzie tam mówili, że z łagra, z łagra. A cóż ja, zwierz jaki? Ot, taki czas.
Henryk Gałązka
dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
Miałam 15 lat i wzięli mnie do pracy, na pocztę. Oddział przywózki poczty, segregacja listów. Z tego punktu wszystka poczta przychodzi i z tego punktu odchodzi. Z różnych stron. Z krajów kapitalistycznych, z Zachodu bardzo dużo było. A Sowieci w ogóle nie znali polskiego języka. To cała nasza szkoła pracowała, kto nie wyjechał, bo myśmy wiedzieli chociaż ten język i jak po angielsku napisane, to mogliśmy wyczytać. Myśmy na zmianie pracowali, bo było dwie zmiany; przez dzień pracowaliśmy, po 12-14 godzin, takim rozbitym dniem. Święta obchodziliśmy. U nas, chwalić Boga, wiodło się, że tylko jeden Sowiet był, naczelnik, dyrektor, ale on nas rozumiał, nawet przyjdzie do nas, nalejemy mu trochę. Nie mieliśmy żadnych nieprzyjemności. Ale u nas wnieśli oddział –jeszcze w tym samym budynku, na lewo, zrobili taki pokój, taki oddział KGB. Pracowali ludzie, którzy znali angielski, niemiecki, francuski, te języki. Oni pracowali po parę godzin. I co ich interesowało? Ja nie wiem. To było przedtem, jak im trzeba było wywozić ludzi. Kto miał związki z kapitalistycznym krajem, z Zachodem, to im trzeba było to wszystko wiedzieć. Wyjmowali pocztę ze skrzynek, z ulicy; był jeden pokój, gdzie wszystko wrzucali i tam, w tym pokoju, pracowali tylko Sowieci, tylko partyjni. Już my byliśmy tam niedopuszczeni. Jeżeli z kapstrany (kapitalistycznego kraju), to oni odkładają, żeby tamci sprawdzili, co tam się piszę, a inne nam dają. A potem, jak oni sprawdzą, to też nam dają. Te biedne ludzie, które popadały na czarne spiski (czarne listy)... Komu można było, to podpowiadaliśmy. Jeżeli nie chcą jechać na "białe niedźwiedzie", to muszą być bez kontaktów.
Krystyna Gaponik
[Letowoczne, obwód kokczetawski, Kazachstan, lata 40.-50.]Sąsiadka moja była jedna, ale oni bogaciej trochę żyli niż my. Był u nich ojciec, lepiej żyli niż my. W lecie, kiedy już nauczania nie było w szkole, to u nas były takie działki i tam pracował, kto chciał. Płacili tam. To my w lecie szli na te działki i tam pracowali. Dzieciom to płacili. Trzeba było jakieś zioła powycinać, podruszyć tę ziemię, i tak pracowali na tych działkach. Między nami była Niemka, dziewczyna. My usiedli na obiad odpoczywać, co tam kto miał zaczęli jeść. I ta moja sąsiadka nazwała tę dziewczynę faszystką. Ja tak byłam tym… Tak mnie przykro było, że ona tak powiedziała. Bo dla mnie to było jednakowo, czy ona Niemka, czy ona kto…Człowiek, to człowiek, czego ona faszystka? Ja stanęłam i krzyczę, że nie wolno tak mówić! I ona zaczęła na mnie krzyczeć. Wtedy ja zdjęłam z nogi pantofla i uderzyłam ją. Poszła do domu, powiedziała rodzicom, że ja ją uderzyłam, przyszli rodzice, a ja mówię: – Będę bić, jak ona będzie nazywać faszystką, to będę bić. Po co ją tak nauczyli?
Julia Gawriłowa
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
Sąsiadem moim był dyrektor tego zakładu i ja mówię do niego: – Ja bym chciała pójść i uczyć się na tokarza. On na to: – Oj, to dobrze, trzeba, to bardzo ciekawie, dziewcząt nie ma, kobiet nie ma, same chłopaki, to będzie bardzo ciekawie, że choć jedna dziewczyna będzie pracować. Ale ja powiedziałam mamie. Mama: – Nie, nie! Jak pójdziesz, to idź z domu! Później ja zachorowałam, problemy z kręgosłupem były, i mama do mnie: – Chodź do lekarza, chodź do lekarza! – Nie pójdę do lekarza, jak ty nie chcesz puścić mnie uczyć się. Nie pójdę, nie trzeba mnie tego lekarza. Dobrze, wyleczysz się, to idź gdzie chcesz. Podlekowałam się i poszłam uczyłam się. Ale nawet niedługo nauczałam się. Tam trzeba było długo uczyć się, a ja miesiąc uczyłam się i ten mechanik widzi, że tylko ktoś odszedł od startera tokarnego, to ja staję i pracuję za niego. Po wszystkich tak chodziłam, wszędzie pracowałam. On zobaczy i mówi: – Po co pracujesz na kogoś? Idź, zdawaj egzamin i pracuj na siebie! – Ja jeszcze nic nie umiem. – Nauczysz się. I tak musiałam, zostawił mnie, musiałam już zdać egzamin i poszłam sama pracować. To takie było dziwne dla wszystkich, kiedy ja tutaj przyjechałam i poszła tokarzem, że ja dziewczyna, ja już kobietą byłam, ale jeszcze młoda… „Jak to tokarza? Co ona umie zrobić?!” To dał mnie, a ja zrobiłam. Wtedy wziął, to co zrobiłam i podchodził do tokarzy i pokazuje: – Widzisz jak trzeba robić!?
Julia Gawriłowa
(opowiada córka pani Giedejko)  Skrywali się [pani Giedejko i jej mąż] przez rok, w Kownie. Skończyły się pieniądze, nie było dokąd iść. Trzeba było się zarejestrować. Bez rejestracji nie można było iść do pracy. I tak było tacie trudno, bo pieniądze się skończyły, z wywózką nie wiadomo co będzie, bo wciąż trwa... I był taki moment, mówi tata: – Siedzę na moście i zastanawiam się, czy skoczyć z tego mostu... Ale żonę jeszcze mam, młodą żonę mam... I idą tacy dwaj, jeden inwalida wojenny, bez nogi, drugi też pokiereszowany, i idą takie biedoty, i śmieją się, rozmawiają! I myślę: - Licho wie, czy ja nie mogę? Idę i zaczynam pracować! Czy wywiozą, czy nie, ale trzeba coś zacząć! I zarejestrował się w Kownie, poszedł do pracy.
Ludwika Giedejko
dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[Nieśwież, lata 50.]Mnie, kiedy tu przyjechała pracować, to prosili, żeby ja przyszła do tych naczelników, żeby mnie wciągnąć w partię. I im powiedziała, że nie pójdę. I nie poszła. Jeden raz, drugi raz, trzeci. Kilka razy mnie prosili, żebym ja przyszła. I kiedyś w pracy takie specjalne zebranie robili, i kto chodził do kościoła, do cerkwi, tych wyciągali: - Dlaczego ty chodzisz? Tam jedna chodziła do cerkwi śpiewać, tam coś ona odpowiadała. Potem mnie podjęli: - No co, ty chodzisz? - No chodzę, ale ja przecież nic złego nie robię, lepiej byście popatrzyli na tych, kto dyscyplinę narusza. Religia odłączona od państwa, czego wy chcecie ode mnie, ja chodziła, chodzę i chodzić będę! Jak powiedziała tak i oni tak patrzą, że ja zamiast przepraszać to "chodziła, chodzi i chodzić będzie", to myślała, że oni mnie za te słowa zjedzą. I ja tak stajała, stajała i myślę: "No zrzucą mnie z pracy". Tak doczekała, aż zebranie skończy się, i potem poszła do naczelnika z partii tej: - Czego wy chcecie ode mnie? Chcecie moją pracę, proszę, ja oddam! Co wy chcecie ode mnie? Tak oni od tego czasu spokój mnie dali.
Józefa Goroszewicz
[Narocz, koniec lat 40.]Zaczęli u nas kołchozy organizować. Ludzie nie bardzo chcieli do nich iść, niektórzy długo nie poddawali się temu, bardzo nie chcieli iść do kołchozu, ale w końcu poszli. Chodzili do kołchozu, pracowali. Zapłaty prawie nie dostawali, pieniędzy nijakich nie dawali, tylko ziarno i trochę kartofli. Do kołchozów trzeba było zdać wszystkie swoje. Koła i sanie, i konie, i u kogo co było, to trzeba było zdać do kołchozu.
Alina Jacyna
[Narocz, po wojnie]W kołchozie swoi ludzie, wszystko jedno presidatiel, czy brygadzista — swoje ludzie byli. Presidatiel też chodził do kościoła. Jak na przykład pracowałam na wszystkich robotach i w sanatorium, to byli tacy, co donosili kierownikowi: „Ona chodzi do kościoła, nosi ikonu” — ja ołtarzyk nosiłam. Ale pracy nie straciłam.
Alina Jacyna
[Konstantinowka, Kazachstan, lata 40.]Jak zostałam sama bez rodziców, to przestałam chodzić do szkoły. Skończyłam tylko trzy klasy, nauczyłam się tylko pisać i czytać, a potem pomagałam już w pracy innym, żeby mieć co jeść. A to kartofle jakieś znalazłam na stepie, a to owoce. Zbierałam pszenicę, coś w ziemiance przygotowałam i tak żyłam. Nic innego nie mogłam robić. Modliłam się jeszcze po polsku, tak jak wszyscy. Wtedy w domu rozmawialiśmy po ukraińsku, ale modlitwy znaliśmy po polsku. Poznałam też rosyjski język.
Józefa Jakuszewska
[Konstantinowka, Kazachstan, lata 40.–50.]W naszej ziemiance była jedna komnata, był piec. Okno tylko jedno w suficie było. Jak mieszkałyśmy z mamą w Konstantinowce, to z nami byli potem i Niemcy, i Ingusze, i inne narody. Kazachowie tam nie mieszkali. Oni, tak jak my, nie lubili Rosjan, bo oni im dużo zabraniali. Jak była komendantura, to strasznie pilnowali. Nie można było przejść swobodnie ze wsi do wsi, nie można było sprzedać nic. Jedliśmy ziemniaki, placki z pszenicy, co się dało znaleźć. Wszystko robiłyśmy, żeby przeżyć, tak jak inni. Ale mama była po więzieniu słaba, ja młoda, nie miałyśmy tak siły pracować — głodowałyśmy.
Józefa Jakuszewska
A ludzie to też byli u nas sprzedajni. Ot, rozmawiamy sobie tak, na władzę narzekamy, że niedobra, i ten ktoś idzie i zgłasza do prokuratury, i nocą już cię wywożą, na lesopował, na Syberię, i tam już z tobą koniec. Takie było to życie: milcz, cokolwiek robisz, milcz, bo zabiorą, i wszystko. Takie było życie, nie daj Bóg takie życie, jak wspomnę, to... Nas przywieźli tu w 1936 roku, a w 1938 już życie było lżejsze. Było już co jeść, było już swoje ziarno, mieliliśmy je, ktoś do młyna jeździł, było już na to pozwolenie komendantury. Choć pod komendanturą, pod komendantem byliśmy do końca życia.
Tadeusz Jakuszewski
Rodzice zostali we wsi. Ziemia poszła do kołchozu, dali po 60 arów. I na tym przeżywali. Początek był ciężki, nawet i o chleb trudno. Potem jakoś po trochu radzili: i krówków trzymali, to... Z głodu nie umierali.
Tadeusz Janczewski
[Karaganda, Kazachstan, lata 40.–50.]Od 1946 roku chodziłem do szkoły. W szkole uczono po rosyjsku, ale uczyli nas też niemieckiego od piątej klasy. Potem zaczęli uczyć też kazachskiego. Szkoła trwała chyba dwanaście lat. Skończyłem siedem klas. Nauczycielami byli Rosjanie. W 1953 roku umarł Stalin i już jego portret usunięto ze szkoły, zaczęło się zmieniać. Ludzie już inaczej do wszystkiego podchodzili. Wtedy ja już przerwałem już naukę. Zaczęli też zwalniać wtedy ludzi z łagrów w Karagandzie. To było olbrzymie terytorium, ale ja się trzymałem stamtąd z daleka. Zbyt łatwo można było tam trafić.
Anatolij Jankowski
[Lwów, lata 50.]Studia ciężkie byli, ale mieszkaliśmy my w akademiku studentek. Blisko cmentarza Orląt i na tym cmentarzu my tam zapalali się, leżeli. Studenty tam mieszkali tylko żeńskie. Ale tu był akademik, ten to jeszcze Austriacy budowali. Tam u nas było wszystko, było można myć się – i bania była, i kuchnia była, gaz prirodny był. I tak my mieli bardzo dobre warunki. Dostawali te stypendium. Mąż opowiadał mnie, a on kończył miński [uniwersytet], że on nie był komsomolcem, to jego już prawie mieli skreślić, a tam [we Lwowie] nikt na to nie zwracał uwagi. Tam było tak. Tylko że tam była banderowszczina. Nawet w pięćdziesiątym dziewiątym roku aresztowali, zabierali z akademiku, kto był związany z Banderą.
Teresa Jarmołowicz
Później wyszłam za mąż za Ałfimowa – z tym też nie miałam szczęścia. Miałam wtedy 21 lat.Nie trafił mi się rodak, trafił się Rosjanin, i nie dali mi spokojnie żyć. Na początku moi teściowie drwili ze mnie, że mąż wziął sobie stwora nierosyjskiego za żonę. Nierosjanka, znaczyło dla nich nie człowiek. Kiedy pojawiły się dzieci, mąż odszedł ode mnie, a dokładniej, to ja od niego uciekłam – nie dali mi żyć. Później wyszłam za mąż za drugiego, on nie był Rosjaninem. Nie byliśmy razem długo, mój drugi mąż chorował i umarł.
Nadieżda Junickaja-Amfiłowna
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
Dobrze się stało, że straciłam wzrok, mam jedno sztuczne oko. Mam z tego tytułu rentę inwalidzką, mogę się nią podzielić z dziećmi.Kiedy dzieci były jeszcze małe, najstarszy miał chyba 14 lat, nie mieliśmy gdzie mieszkać. Nie mogłam w żaden sposób dostać mieszkania. Latem mieszkaliśmy w namiocie, zimą w lepiance. Nie chcieli mi dać mieszkania, a dzieci zabrano do domu dziecka. Wtedy bardzo mi pomogła Walentyna Tiereszkowa, kobieta kosmonauta. Napisałam do niej list z prośbą o pomoc w trudnej sytuacji. Dostałam natychmiastową odpowiedź. Tiereszkowa zwróciła się do naczelnika milicji z pretensją, że znęca się nad ludźmi. Naczelnik milicji został usunięty ze stanowiska. Do mnie wróciły dzieci. Ale moje prośby o mieszkanie pozostały bez odzewu, w końcu sama je sobie kupiłam. Odkładałam po kopiejce, w końcu kupiłam domek. Kupiłam też domek dla syna. Dzieci żyją bez pracy, a już wnuki się pojawiają.
Nadieżda Junickaja-Amfiłowna
Matka całą dobę pracowała w kopalni. Pracowników wypuszczano tylko na stołówkę, żeby ich nakarmić. Była wojna, brakowało mężczyzn. Matka była i strzałowym, i w ogóle wykonywała wszystkie prace, które dzisiaj wykonują mężczyźni. Po wybuchu wyrwało jej kawałek mięsa, była ranna w rękę, ale nie przyznano jej nawet żadnego stopnia inwalidztwa.A my, dzieci bez ojców, zbieraliśmy się kupą, gdziekolwiek, gdzie chociaż piecyk żelazny stał. Chodziliśmy do stołówki "na zlewkę" i wybieraliśmy obierki od buraków, od kartofli, od kapusty – co tylko tam wyrzucali "na zlewkę". Myśmy z tej "zlewki" zbierali te wszystkie obierki, gotowali w garnuszku i jedli.
Iraida Kałasznikowa
Podrosłam, posłali mnie do przedszkola. W przedszkolu było jedzenie. Przywozili zmrożone kartofle, wszystkie brudne, a my żeśmy nalatywali na nie jak szpaki, chwytali i żarli. To dlatego, że one były słodkie – bo zmrożone kartofle są słodkie. Oczywiście, nas nie dokarmiali.Bywały dni wolne od pracy. Na kopalniach były takie taśmy zrobione z brezentu i nitek. Co bardziej zdolni ludzie rozwarstwiali je i szyli z nich kapcie. W zimę biegałam w tych kapciach. O pończochach nie miałam nawet pojęcia, zakładałam tylko takie rajstopki. Odzież w ogóle była licha, a mrozy w wojnę były po 50 stopni. Biegałam tak do baraku, bo żyliśmy w barakach, i pukałam do pokoiku, w którym mieszkała matka. Jak jej jeszcze nie było, to biegłam z powrotem. Potem, jak już przychodziła, to zabierała mnie, sadzała na piecyk, a całe ubranie przewracała na drugą stronę, bo kłębiło się od wszy. Wszy były na każdej niteczce.
Iraida Kałasznikowa
Potem ja przyjechał w dom, odkarmił się. Jak odkarmił się, to idź do wojska. A tam, w wojsku, oj, Boże kochany! Ganiali, prędko... Ty kto? Polak? Jak Polak, to będziesz u nas służyć w Armii Sowieckiej! Kapitan Żuralwow, dowódca. Ja mówiłem, że rodzony w Warszawie - znaczy, że ja Polak. A może ty w Berlinie rodziłeś się? Może Niemiec? Może faszysta? Nie... To napisali, że ja urodziłem się w Grodnie, na ulicy Bilińskiego i nie było problemu. Zrobili ze mnie pół Polaka, pół Białorusa. I dokumenty: demobilizował się. Wojenny bilet dali, że ja urodziłem się w Grodnie. Mama odbierała dokumenty: gdzie ty urodziłeś się? Potem poszedłem do archiwum, gdzie zebrali wszystkie dokumenty z kościoła. Znaleźli moje nazwisko: Kieszkowski Jerzy Marian. Polak, rodził się tam i tam, chrzcił się w Grodnie. I teraz napisali: Polak. I koniec!
Jerzy Marian Kieszkowski
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
Byłem w wieczorowej szkole, potem nie chciałem uczyć się i poszedłem w FZO - Fabczyno-Zawadzkoje-Obuczenije, szkoła zawodowa. Wszystkich dobrowolnych brali. Rzuciłem szkołę wieczorową, bo nie nadawałem się, nie chciałem uczyć się, bo znów to samo - dwójki. Mama zapytała: pojedziesz? Pojadę. Zgodziłem się. Od razu na komisję i poszedłem z tej nauki. Powieźli nas w Rasiju i ja tam w FZO pracowałem, w wojennym zawodzie - zawod 75., tajny. Tak, jak w filmie "Siedemnaście mgnień wiosny". Ochrona z kobiet była. Młode kobiety, lat 25-30, uzbrojone w pistolety. Ochrona była bardzo krepka. To było na Uralu. Całą szkołą nas zawieźli. Pracowali Białorusy i Polaki, wszyscy razem. Byłem tam od 1944 do 1948 roku. Potem uciekłem, chciałem jechać do domu. W fabryce młody chłopiec chciał dużo jeść, a tam karteczki: karteczki na chleb, kartki na mięso, na to, na wszystko. My dostawaliśmy kilogram chleba. Jedzenia mało. I uciekłem.
Jerzy Marian Kieszkowski
[Drohobycz, 1953]Pamiętam, jak ten Stalin zdechł. Ja przychodzę do pracy i powiedzieli. Jedna siedzi zapłakana, druga, trzecia. Zapytałam, co się stało, czemu one płaczą. One zdziwione: — To ty nie wiesz, co się stało? Odparłam, że nie wiem, ja dopiero wstałam. — Stalin umarł, rubla dawaj na wino. Ja sobie pomyślałam, że bym codziennie po rublu dawała, żeby oni wszyscy poumierali. Powiedziałam, że zaraz dam. I pomyślałam: „Chwała Bogu!”. Jedna zapytała, czy nie jest mi żal, a ja odpowiedziałam, że jest mi żal tak samo jak jej. Byłam gotowa skakać do sufitu.
Wiktoria Kisiel
[Drohobycz, lata 40.]Pracowałam w rafinerii naftowej. Na początku w biurze przepustek, a później w laboratorium, bo już była rozminowana droga do tego laboratorium — wcześniej nie dało się dojść. Na początku nie było dużo pracy. Zarządzał nami majster, Ukrainiec, i on to prędko uruchomił. Były tam jakieś maszyny, termometry, jedna waga została… Pracowaliśmy po 12 godzin. Szłam rano na 8.00 i pracowałam do 8.00 wieczór. Nocowałam w domu — i znowu do pracy. Płacili nam, ile chcieli. W 1948 roku pracowałam cały miesiąc za pół wiadra kartofli. Chleb kosztował 100 rubli, a cienka kromka 5 rubli. Za chlebem stało się wtedy całą noc. Ja powiedziałam sobie, że muszę przeżyć za te pieniądze. Dzieliłam sobie pięć kartofli na cały dzień: rano dwa, obiad — dwa, i kolacja. Jeszcze nie było kartek. Było bardzo ciężko, cukru nie było wcale. Mnie ratował rybi tran. On był w aptekach i był tani. Jadłam to tak, jak przed wojną ciasto. Kiedyś sprzedałam jakiś płaszcz i kupiłam sobie kapustę. Nakisiłam kapusty i jadłam ją z tym rybim tranem i kartoflem. Zawsze trzeba było na czas przyjść do pracy, bo jak się nie przyszło, to trzeba było iść na trzy miesiące na Brygidki, do więzienia, czyścić ustępy. Już można było prędzej przeżyć za zapłatę, już nie było tak strasznie, jak się zachorowało. U nas jedna taka pracowała i ja ją zapytałam, czemu do pracy nie przyszła. Ona odpowiedziała, że zaspała, ale napiła się benzyny, żeby mieć gorączkę i nie przyjść do pracy. Powiedziałam jej, że nafta jest lepsza do tego, nie tak szkodliwa jak benzyna, ale ona stwierdziła, że miała w domu tylko benzynę, zatkała sobie nos, zamknęła oczy i jakoś wypiła. — A co było na Brygidkach kible czyścić? — zapytała. Przyjechała pani doktor, stwierdziła gorączkę, zbadała i dała jej chorobowe. Dopiero, jak Stalin zdechł, to się zaczęło wszystko poprawiać.
Wiktoria Kisiel
[Organizacja kołchozów — Dzierkowszczyzna, l. 40] Kołchoz organizowali chyba w 1948 albo w 1949, pamiętam, bo już pracowałam. Moi rodzice też wstąpili do kołchozu. No i zabrali konia. Mnóstwo pozabierali — i trzodę, i konia, i owce były, i owce zabrali, jak kołchozy te organizowali. Wszystko pozabierali. Nawet kury, no było gospodarstwo, rodzice starali się i mieli gospodarstwo.
Helena Kisielowa
[Pogrzeb Stalina — Wołkowszczyzna, 1953]Jak Stalin umarł — oj, toż to historia! Ja już wtedy pracowałam. I nas wszystkich pracowników z poczty i z sielsowieta zabrali, i zaprowadzili do przewodniczącego, co występował na pogrzebie Stalina. Zaprowadzili nas tam do tej wsi Wołkowszczyzna i coś im zwidziało się tym komunistom, że ja uśmiechnęłam się… Powiedzieli, że trzeba płakać, kazali nam płakać, ale ja nie płakałam. Jak oni zobaczyli, że ja uśmiechnięta… Oni chcieli aresztować, to ci sami, u których był przewodniczący, to ci ludzie zasłonili, obronili. Zasłonili. Im się zwidziało, że ja się uśmiechnęłam, kiedy poszliśmy na pogrzeb. Ale ochronili mnie.
Helena Kisielowa
[druga połowa lat 40.]A kiedy już było po wojnie, to był 1946 lub 1947 rok, to był masowy wyjazd do Polski Polaków z naszej miejscowości. Z Polski Białorusy tutaj przyjeżdżali, a Polaki wyjeżdżali do Polski. I mój brat, który teraz jest we Francji, był w krewnych, oni wyjeżdżali też, to on z nimi wyjechał do Polski. A potem z Polski pojechał do Francji, do rodziców. Ja nie wyjechał i drugi brat nie wyjechał. Ja byłem najstarszy, babcia została sama, babci nie mogli zostawić jednej. Pracowałem i brat pracował.
Piotr Kojrowicz
[Pińsk, lata 50.]A to trzeba było w Komsomoł wstąpić obowiązkowo. A jakżeż! W tym Komsomole nic nie robiliśmy. Zebrania tam robili i jeszcze chodziliśmy pomagać słomę ogarnąć jak młócili albo plewić. Nas wozili na takie roboty. Ze szkół zbierali, nie było komu pracować, to na wieś nas wozili jesienią. Wtenczas to było bardzo nieciężko i wesoło i wszyscy pracowali zadowoleni.
Regina Kołb
[wsie pod Pińskiem, lata 50.]Kiedy pracowałam na wsi jako felczerka, to mieszkałam u bratowej mojego przyszłego męża — Heleny. Starszy brat męża został zabity na wojnie w 1939 roku i bratowa mieszkała tylko z córką w ładnym domu. Miały trzy pokoje. Helena była ze szlachty polskiej. W tej wsi jedna ulica była szlachty, a druga mużyki — jak nazywali. Zapytałam swoją teściową: — Jaka między wami jest różnica? I tam w kuchni podłogi nie ma i tu. I język u was prawie ten sam i w domu tak samo jak u wszystkich. Jak ona na mnie obraziła się! — No tak — ona mówi — a zobacz, jak u nich zawsze brudno, a u nas czysto. I u nas tylko w kuchni nie ma podłogi, a wszędzie jest.
Regina Kołb
[Pińsk, Stalino, 1947]Mój ojciec to był fachowiec. Zrobił maszynkę, która młóciła zboże ludziom — nielegalnie. A władza zobaczyła, że ojciec sobie dorabia i chciała mu zabrać dom dziadka, gdzie mieszkaliśmy. Sąsiad, który żył za płotem, tak powiedział do ojca: — Uciekaj do Donbasu. A tam wtenczas wszystko się budowało... I ojciec pojechał. Pracował w Doniecku jako główny inżynier budowli domów. Później do niego dojechaliśmy. Wtenczas miasto nazywało się Stalino. Było tam bardzo dobrze. W Pińsku po chleb trzeba było iść z rana, zająć kolejkę, a chleb taki był mokry, ale trzeba było go jeść. I cukru tutaj nie było... A jak my pojechali tam, tam wszystko było — i biała mąka, i krupy, i cukier różny. Nigdy w życiu nie widziałam takich kawałków cukru. Aż niebieskie! Wszystko dostępne tam było, rzucone wszystko, żeby zbudować to miasto, które było zupełnie rozbite. Mamusia stamtąd posyłki dla babci wysyłała z produktami.
Regina Kołb
W 1952 roku stali nas pędzić, żeby my wstępowali do kołchozu. Zabrali ziemię, sprzęt gospodarczy, pługi, brony, konia, wszystko. Rozebrali stodołę, rozebrali spichrz - dla palenia w kołchozie, żeby suszyć len.
Alojzy Komiaga
Pierwszy maja? O... To był taki dzień, że pili bardzo. Ale był też bardzo ozdobny! Ile tych szarf, ile chorągwi rozmaitych, tych plakatów! A na zawodzie, to przychodził taki i zapisywał, czy pójdziesz. Jak pójdziesz, to premię da, a jak nie pójdziesz, to nie da. I ten idzie, i ten, to i ty idziesz. Było bardzo uroczyście.
Janina Komiaga
Służyłem na Syberii. Bo to trzeba było, żeby wszystkie chłopaki z zachodniej Białorusi służyli na Syberii. Kolski połostraw, murmańska obłaść, Białe Morie. Powiem szczerze, może nawet gdzie po swoich rodakach, po ich kościach chodziłem. My budowali elektrownię, wspólnie z zakluczonymi pracowali. W 1958 r. zostałem powołany a w 1962 r. zwolniony. Trzy lata i cztery miesiące. No, dzięki Bogu, wróciłem żywy i zdrowy. Mnie może razy dwadzieścia ogłaszano wyjazd do domu na dziesięć dni, ale mnie ani razu nie popadało pojechać. Pochwał miałem dużo, no, ale żeby pojechać, to nie.Na Syberii ja kościoła nie widział. W tamten czas, sześćdziesiąte lata, w wojsku o kościół, o religię, to nawet nie można było spytać.Fatalna jest tam przyroda, ziemi takiej, jak u nas, na Białorusi, prawie nie ma, tylko góry, skały, rzek tam też mało. Wszystko obmywa Białe Morie. Jesień i zima to noc i noc, latem dzień i dzień. Zimą, jak zorza gra, przelewa się, to jest ładnie. Gdy stoisz na warcie i tak patrzysz, jak ta zorza przelewa się, gra, to jest wspaniale tak zobaczyć.
Alojzy Komiaga
[lata 50.]Prawosławnych to nie było we wsi naszej. A potem już wszystkim napisali — Białorusy, i wsio tam. To nie można. W Jasielle było też pół wsi starowierzy. Tak było na wsiach, czasem było tak, że na połowę prawosławni, połowę starowierzy. A potem zrobili tak, że wszyscy jesteśmy Białorusy. U mnie jest ojca paszport, dowód osobisty, i tam było — Kozłowski. Kozłowski toże nasze krewne. Tak to Kozłowski Edek to nie poszedł do wojska. A mnie zabrali! Wsio Białorusy… Było kazannie, szto Polaków nie można brać.
Jan Korsak
Do dzisiejszego dnia pamiętam, jaki miałam krawat, gdy wstępowałam do organizacji pionierów. Był czerwony, niestety nie z najlepszego materiału, ale zawsze. I cieszyłam się, że jestem już pionierką. Jakoś mnie to wszystko zdyscyplinowało i nawet lepiej się uczyć zaczęłam. A potem był komsomoł, ale tam już odpowiedzialność była większa. To, co dawały nam te organizacje, to poczucie przynależności do wspólnoty, świadomość, że ma kto pomóc. I oddziały Timurowców... Nawet do dzisiejszego dnia, jak siedzę w autobusie, to bez przerwy mam ochotę wstać, bo byliśmy tak wychowani, żeby ustępować miejsca. Panowała zasada: widzisz, że idzie kobieta i jest jej ciężko, to idź i pomóż; widzisz, że komuś potrzebna jest twoja pomoc, to idź i pomagaj. Dlatego te czasy wspominam z dużą serdecznością. Zbieraliśmy makulaturę, złom, organizowaliśmy pionierskie ogniska, a w komsomole okolicznościowe pochody. Ale były też sprawy poważniejsze. Począwszy od 7 klasy jeździliśmy pracować do kołchozu.
Ludmiła Kostyniewa
Pamiętam, jak w 1953 roku, kiedy zachorował Stalin, w szkole obowiązkowo odbywały się apele. Były króciutkie, po 5-10 minut. Wysłuchiwaliśmy na nich komunikatów o stanie zdrowia Stalina. Kiedy umarł, to dla nas była prawdziwa tragedia. Wychowywali nas przecież z jego imieniem na ustach. Wydawało się, że nie ma go kim zastąpić, że słońce zgaśnie, przestanie świecić. Oczywiście, to było takie dziecięce spojrzenie na świat, ale potrzebne były całe lata, żeby dowiedzieć się czegoś o nim samym, o jego osobowości i o tym, co zrobił. Pamiętam ten szok, kiedy przeczytałam pierwszy raz o Sołowkach, o Gułagu, o zesłanych na Kamczatkę. Wszystko w tym momencie się zawaliło. No cóż, trudno jest się rozstawać z bajkami, w które wierzyło się od maleńkości.
Ludmiła Kostyniewa
[Nieśwież, lata 50.]Mama piekła chleb. W dużą balię nalewali wody i jak wymieszony był już chleb, robiło się bochenki i wkładało się do wody. I on od razu topił się, a jak już wypłynął na wierzch, to już wtedy był gotów. Wtedy na łopatę drewnianą i wsadzało się go do pieca. I ludzie zawsze od nas chleb brali. A piekła mama bułeczki, takie jak kajzerki. I ja w koszyku chodziła je sprzedawać. Czasem pozabierali u mnie chłopcy, różnie było. W rynku, na targu je sprzedawałem, tam w samym centrum, naprzeciwko ratusza. A czasem dzieci mówią: - Chodź trochę pobawić się! Ja odejdę trochę od domu, pójdę pobawić się. A tam prawie wszystkie bułki pozabierali i potem bałam się iść do domu.
Anna Kraszewska
[Nieśwież, lata 50.]I pamiętam, że kiedyś na Wszystkich Świętych nie poszłam do szkoły. To były jeszcze pierwsze lata po wojnie. No może już nie pierwsze lata, może już pięć lat po wojnie było. Jeszcze była procesja, która szła z kościoła na cmentarz. No i ja nie poszłam do szkoły, a poszłam tam, na procesję. I ja jeszcze nie wróciłam, a już przyszedł taki nauczyciel pytać, czemu ja nie była w szkole? A ja jeszcze z cmentarza nie przyszłam, bo robiono wtedy takie latarki z papieru i smarowało się tłuszczem i kolorową kredką, i świeciło się ładnie. Wtedy po wojnie takie robiliśmy, potem świecę tam do środka. I ja jeszcze nie wróciłam, i przyszedł ten nauczyciel. I mówi: - Co to, w szkole nie była? A moja mama mówi: - Nie była i na te święta nie będzie chodzić nigdy. Grobu ojca nie ma, to ona chodzić tam zawsze będzie.
Anna Kraszewska
[Praca w kołchozie, Kazachstan, Krasnokijewka, Czkałowo]Przez całe życie pracowałam jako dojarka w kołchozie. W 1954 roku byłam w Moskwie na wystawie rolniczej - nadoiłam najwięcej mleka. Byłam przodownicą przez cały czas, i tu w Czkałowie wyszłam za mąż. W Czkałowie pracowałam koło zwierząt aż do emerytury. I też przez cały czas byłam przodownicą, nagrody dostawałam, flagi nosiłam, chwalili mnie wszędzie. I tego się dorobiłam, że już na emeryturze przychodzili, bo trzeba było po stachanowsku pracować, bo masowo krowy się cieliły, i beze mnie poradzić nie mogli.
Maria Krynicka
[Praca w kołchozie, Kazachstan, Krasnokijewka, Czkałowo]Po wojnie ludzie zaczęli dobrze żyć, zaczęli zarabiać, potem poszły już te kombajny, ta mechanizacja, traktory, maszyny, o, a wcześniej to niczego nie było, to wszystko po wojnie. A wcześniej ludzie wszystko ręcznie robili, nawet krowami bronowali. Potem już zaczęli dawać coś wielodzietnym, zaczęli dawać coś z kołchozu, tyle, że krowa już była dla dzieci. Jak była duża rodzina, to dawali.
Maria Krynicka
[Smierć Stalina, 1953, Krasnokijewka, Czkałowo]Jak umarł Stalin, to oczywiście, że się cieszyliśmy, A kto nas wysłał? Stalin i Beria. Kto nas uważał za zdrajców-Polaków, za zdrajców ojczyzny? Beria i Stalin. Lenin to stał za ludem. A ja, jak w 1954 roku byłam w Moskwie, to poszłam do mauzoleum, i oni leżeli obok siebie: Stalin i Lenin.
Maria Krynicka
[Podolsk, ZSRR/Kazachstan, 1953]Byłam w szkole wtedy, jak umarł Stalin. Ależ był płacz, nauczyciel też płakał. Ale nie każdy szczerze. Mówili nam, że to prawie koniec świata. Ja młoda byłam, ale już wiedziałam, co to za jeden, i go nie żałowałam.
Nina Kutasiewicz
[Plusy, lata 50.]Poszłam do szkoły, do pierwszej klasy w Plusach, w witebsko-brasławskim rejonie. Była tam taka nauczycielka, która kazała mi klęczeć na grochu, żebym wiedziała, że jestem wrogów narodu, czyli mamusi i tatusia dziecko, i żeby klasa patrzyła. Potem już tego więcej nie robili, bo mamusia płakała, poszła do sekretariatu sielsowieta i mówi: – Co dzieci winne? Brat Alojzy też chodził do szkoły, dwie klasy skończył, ale już więcej nie poszedł. Mówił, że nie będzie cierpieć. Mamusia mówiła do mnie: – Córeczka, ty dziewczynka jesteś, ty taka słaba, tobie trzeba uczyć się.
Olga Liplanska
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Represje sowieckie po 1944 roku,
[Salino, lata 60.]Mama poszła w kołchozie do pracy w Salino. Tam już lepiej płacili, już lepiej żyć było. Ludzie jednak różni byli. Pisali donosy na mamusię, że ktoś dopomaga, że ona żywi troje dzieci, że u niej jest co zjeść. Donosili też, że do kościoła chodzi, na chórach śpiewa, że poszła do kościoła, kiedy trzeba było iść do kołchozu. Kiedy były święta, mama mówiła, że niech ją do więzienia wezmą, ale na Boże Narodzenie i na Wielkanoc do kościoła musi iść.
Olga Liplanska
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem, Represje sowieckie po 1944 roku,
[Salino, lata 60.]Kiedy już przyjechali do Łotwy, strasznie my płakali. Sąsiedzi przychodzili do naszego domu i krzyczeli na mamusię. A mamusia pracowała, wstawała rano, wszystko robiła. Ona była jedna, żyła bez męża i źli byli bardzo ludzie, że ona tak żyje. Przychodzili, rzucali kamieniami w okna i krzyczeli, że wrag naroda przyjechał. Kiedy przyjechali z Białorusi, już przychodzili KGB i NKWD, pytali po wszystkich sąsiadach, co mama robi, kto do niej przychodzi, jak ona żyje. Jednego razu na mamusię nakrzyczała sąsiadka, nazwała ją wrogiem narodu. Powiedziała, że mamy dzieci nie mają prawa ni uczyć się, ni nic, że one też są wrogi. A ja następnego dnia szła do szkoły i nie przywitała się z tą sąsiadką. Kiedy przyszłam ze szkoły, mamusia mnie spotkała z rózgą i mówi: – Ty jesteś młoda dziewczynka, a ona stary człowiek. Co ona mnie mówi, to nieważne. Ty masz przywitać się z nią. I ja pamiętam z tego czasu, że starszego człowieka trzeba uważać.
Olga Liplanska
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Represje sowieckie po 1944 roku,
U nas wojska było dużo, ruskich ludzi. Nie wszystkie tutaj byli Bielarusy, połowa była ruskich. Byli tutaj inostrańcy też. Wojsko mieszkało na zamkniętym osiedlu, trzeba było mieć przepustkę, żeby przejechać do nich. Oni do nas przyjeżdżali bez niczego, a nas tam nie wpuszczali. My wchodziliśmy tam, bo tam były taniej wszystkie produkty i większy wybór był. Mąż pracował dla tych wojennych, to u niego było pozwolenie i my mogli wejść tam i kupić co tańszego.
Berta Litwinowicz
Można było przejechać do Litwy jak nie było granicy. U nas ceny niższe na wódkę były. Ale było ograniczenie: nie można było wieźć dużo. Wziąć niedużo i zajechać tam, sprzedać u nich. Wziąć u nich litewskie pieniądze i przyjechać do nas. Chleb można było kupić smaczny, mięso, ale wszystko było w ograniczeniu. My mało jeździli, mało i wozili. Kupowaliśmy tam coś z odzienia, co tam zachce się. U nas wchodziły w modę dżinsy dla młodzieży, tam można było je kupić. I tutaj później też były, ale było drożej.
Berta Litwinowicz
[Wajszkuny, lata 50.]Pracowałam w szkole i mamusia mnie mówiła: „Nie wstępować w Komsomoł, bo będą ubiwać, strzelać. Będzie wojna, będzie wszystko po drugiemu”. Ja robiłam wszystko po swojemu i wstąpiłam w Komsomoł. W końcu dopuściłam się uchybienia i mnie z Komsomołu przegnali za to, że w szkole, gdzie pracowałam, młodzieży pozwoliłam spotkać Nowy Rok. Dzieci nie było w szkole akurat, a młodzież poprosiła. Szkoła była swobodna, postawili stoły i zrobili bal. I jak zebrała się młodzież, zaśpiewali świętą pieśń. Byli takie ludzie, co donieśli o tym. Mnie w Komsomole pytali: „Jaka ty komsomołka, że ty śpiewasz?” — chociaż ja nie śpiewałam tej pieśni. Powiedzieli mnie, gdzie mam przyjechać — w kołchozie była partyjna organizacja. Miałam tam pojechać i zdać komsomolski bilet. Bałam się, że mnie za to wyrzucą z pracy. Ja powiedziała, że nie oddam tam, to mnie wezwali do Witebska, w obłast. Ja jak tam pojechała, wszystko opowiedziała, zapłakała. Powiedzieli mi, żebym starała się pracować, położyła ten bilet i pojechała do domu. I do widzenia, Komsomołu.A w pracy kazania nijakiego nie miałam. W szkole u mnie było wszystko dobrze, miałam pochwałę, że wszystko dobrze. Później przyjechałam w Postawy, zaczęłam pracować od razu w przedszkolu. I tak zostałam w Postawach. W Komsomoł mnie więcej nie przyjęli, bo już lata były nie te.
Berta Litwinowicz
[Głębokie, lata 50.–60.]Pamiętam, jak robili spisy i trzeba było się określić, kto jest Polakiem. Chodzili wtedy po domach. Nasze powyjeżdżali dużo do Polski. A z ruskiej Bielarusi, która za Połockiem, poprzyjeżdżali tu żyć. Mówili: — Tu zachodnie, to lepiej żyją. Wszystkie naczalstwo byli stamtąd. Przychodził jeden do nas, pytał o familię, imię, nacjonalność. — Poljak — odpowiadaliśmy. — Kakoj Poliak? Zdies żywiocie. Nie można było im tego wytłumaczyć.
Leokadia Łoś
[Przypadkowe spotkanie siostry z jej mężem po wojnie]Siostra wyszła za mąż za Ryszarda Łukaszewicza, a on był w armii Berlinga. Po wojnie w Łodzi na ulicy się spotkali mąż z żoną po trzech latach! Wcześniej nie było komunikatów, nie mieli kontaktu. Ona nie wiedziała nawet, gdzie on jest, on też nie wiedział, gdzie ona. Siostra wyjechała do Polski i zamieszkała tam. Opowiadała: – Idę ulicą w Łodzi i raptem patrzę – coś podobnego idzie, bardzo przystojnego. Myślałam, że już trzeba z Ryśkiem brać rozwód, no bo nie ma go. Sama jedna będę całe życie dawać radę? Przeszłam, ale myślę – wrócę! Idę z powrotem, patrzę, a on ogląda się. Później patrzę, faktycznie on! Objęliśmy się, zaczęliśmy całować. I zaczęliśmy żyć razem. On wtedy nie mieszkał w Łodzi, tylko w jakimś innym mieście, ale przyjechał do Łodzi i tak oni się przypadkowo spotkali.
Maria Magalińska
Było takie od państwa zarządzenie, że kołchoz musi zdać tyle a tyle zboża, tyle cieląt, tyle kartofli... Wszystko zdawało się do państwa. A jeszcze były takie trudadni. Idziesz do kołchozu i tobie naznaczają: "ty wyrobił jeden trudadzień" albo "ty dzisiaj nie poszedł". Byli w kołchozie tacy ludzie, którzy to liczyli. Potem wydawali cukier, kartofle, siano...Wydaje mi się, że pieniędzy nie dawali. A jak nie wyrobiłeś trudadni, to nie dadzą tobie siana, słomy...Kierownik nazywał się "praciedaciel kołchoza". I wiele od niego zależało... Zawsze się wybierało tego praciedaciela kołchoza. Brali jak był jakiś człowiek zaradny, co mógł pokierować. Skąd by wzięli z wyższym wykształceniem? Czasem, to wybierali ludzie ze swoich. Ale, tak zazwyczaj, to kogoś przywozili. Oni już tam w powiatach, w gminie wiedzieli, że tego człowieka trzeba zrobić kierownikiem. Ale zbierali wszystkich na zebranie, i tak: - Kto przeciw?  Kto za? Najpierw do kołchozu wchodziła jedna wieś, a potem to już i po trzy. Na każdą wieś był wtedy jeszcze brygadier, który podlegał temu praciedacielowi. I jeszcze był agronom, ten to już z wyższym wykształceniem. I jeszcze weterynarz, zastępca praciedaciela, też z wyższym wykształceniem. To taka była wspólna praca na ziemi. Jak jakie święto sowieckie, na przykład Nowy Rok, to my, dzieci, robili występ i jeździli do drugiej wsi. Pieśni śpiewalimy, uprawiali gimnastykę. Wtedy akrobatyka była w modzie. Już my tam te mościki, nie mościki, robili... I śpiewali. I takie scenki aktorskie. W każdym kołchozie, a nawet w każdej wsi, był klub. I w te kluby przyjeżdżali z Rosji "zawiaduszcze klubu". One już te dzieci uczyły... A jeszcze we wsiach były biblioteki. I też prawie wszystkie bibliotekarki z Rosji. Bardzo dużo Rosjanek przyjeżdżało - pracowały w klubach, w bibliotekach i nauczycielki. Później już powstały u nas te wyższe szkoły pedagogiczne, to tam uczyli. A tak, to Rosjanki przyjeżdżały. One zwykle za naszych chłopców wychodziły. I tu zostawały. I ja zawsze o tym mówię tak: oto  klomb kwiatów, ja posadzę róże a w środku oset. I przez parę lat co będzie? Będzie oset! A jak w klombie ostu ja posadzę różę. Ona wyrośnie? Nie. Jeden oset pobiedzi wszystkie róże. U nas ludzie modlące takie byli, na pielgrzymki chodzili... A będzie jedna Rosjanka i koniec, i kościołowi i wszystkiemu. To taki straszny charakter tych Rosjan.
Małgorzata Maksymowicz
[Chorzów, druga połowa lat 40.]A potem jak zaczęli kołchozy organizować, to krowa nie miała prawa położyć się, bo nie wstanie, a jeżeli wydechną wszystkie krowy, to presidatiela do więzienia posadzą. To ten wydał rozkaz, derki pod krowy podwiązywali i biedna krowa nie mogła położyć się. Na nogach wisiała głodna. Za drugim razem zwrócili się do bogatszych, zaczęły się wywozy straszne. Wywozili, aresztowywali, ja do ojca powiedziałam: – Już lepiej zostać, choć gorzej, ale w swoim domu. Żeby nie wywozili tam na Syberię czy gdzieś. I ja ojcu napisałam podanie na wszelki wypadek, że on chce wstępować do kołchozu. Poszedł na to zebranie, trząsł się, bo nie chciał tego kołchozu. Ale co robić? Trzeba wybrać: albo wywiozą, albo w domu zostać. Do niego pierwszego się zwrócili, on to podanie na stół położył. A jak położył, to do mnie kolejki ludzi się ustawiały. Jednego pytam, czy chce do kołchozu, a on na to: – Chcę, żeby oni pozdychali! Ale i tak stworzyli ten kołchoz...
Helena Małachowska
Robić na samochodzie to też jest ciężka robota i nerwowa. Jedziesz 80 kilometrów od wsi do wsi. Ktoś ci nagle wyleci, jakieś dziecko… Jeździłem ziłami, kamień najpierw wysypywałem. A najdłużej to smołę woziłem, taką specjalną ciężarówką, było tam 200 atmosfer temperatury. Jedziesz, a za tobą dym idzie. Czasem na oczy, na skórze plamy dostawałem. Ale smarowałem kremem, jakoś przechodziło. Jeździłem, bo dawali dużo pieniędzy. Ani naczelnik, ani dyrektor nie dostał tyle pieniędzy, co ja dostałem. 12 lat tak jeździłem. Gdyby dali mi taką rentę za tę pracę, ale… Mówili mi, że przecież pracujesz tylko sezonowo, jest lato, to wozisz smołę, a zimą co? Śnieg przecież rozgarniam, to też ciężka praca. Jeszcze miałem pomocnika, on rozrzucał, a ja woziłem. Brałem samochód w nocy i pojechałem. Przywoziłem, a on na mnie czekał, tam gdzie miałem rozlewać. Nalewali, ważyli i jechałem rozlewać smołę. Czasem w nocy musiałem w samochodzie ze smołą czekać. Przyjechałem, a tutaj deszcz pada, już nie wylewasz, bo mokre, to smoła się nie wczepi. Ale nawet jak stałem dzień, dwa, to jeszcze smoła była gorąca. A pomocnik specjalnie czekał i grzał smołę do 200 atmosfer.
Włodzimierz Maniowski
A raz taka była słota, dwie niedziele deszcz padał i mnie naczelnik mówi: – Weź smołę na Okólnicy, tam jest dobra droga, 12 kilometrów asfaltu. Jedź i rozlej po drodze! Daj jakąś szybkość i rozlej! Ja rozlał, tak powiedział naczelnik, ja słucham. Jadę z powrotem, a akurat Polacy do mnie przyjechali, mieli przyczepę kempingową, spali tam. Widzę, że tam wszystko czarne od smoły. Tu już dzwonili do Tarnopola do województwa, na milicję, krzyki. Kto to zrobił?! Kto ci kazał?! Mówię, że naczelnik, a on wskazuje na inżyniera, chciał na kogoś zepchnąć… Jakoś to przeszło. Dobrze, że nikt nie rozbił się, nie zabił.
Włodzimierz Maniowski
Jak front szedł w 1944 roku, to siedzieliśmy w domu. Mama nie żyła, my sami w domu byli. Tata musiał się zgłosić, podali taki i taki rocznik, i zabierali. Tato trochę był chory na żołądek, ale zawsze leczyli, bo chcieli na front zabrać, dawali jakieś lekarstwa. Ale tata za bardzo nie chciał iść, wyrzucał te lekarstwa… Ja byłem za mały, żeby iść na wojnę, ale byłem w takim wieku, że zabierali takich chłopców do Donbasu do pracy. A ja nie chciałem iść. Przychodził taki, już było tam trochę chłopców, kolegów Polaków i były takie strypki, że dawali karabiny, żeby pilnować wsi. Ja tam poszedł. Na początku widzieli, że my pomagamy, nawet szukaliśmy banderowców. Dostałem karabin, musiałem pilnować kołchozu. Wzięli do kołchozu Ruskiego na najstarszego, ale go zastrzelili banderowcy. Wzięli tatę. On pisać nie umiał, czytać nie umiał, ale musiał być naczelnikiem i już. A ja byłem w tych strypkach. Munduru nie miałem, po cywilnemu. Ale spotykałem się z Ukraińcami, banderowcami. Baliśmy się, bo przecież tutaj jest las, przyjdą wieczór, przez okno, zastrzelą. Raz szedłem w nocy na kołchoz, a trzeba było iść przez las. Szedłem z karabinem. A jakiś stał w lesie. –Kto tam stoi? – Chodź tutaj! Zobaczysz! Myślę: – Pójdę, to mnie zastrzeli, nawet nikt nie będzie szukał. Poszedłem dalej. Ale nic nie zrobili, mogli przecież przyjść, spalić i nas powybijać. Ale jakoś nas się nie czepiali, Czortkowa nie czepiali się. Przyszedł tutaj duży garnizon, dużo wojska ruskiego, to bali się. Parę lat byłem strażnikiem, pilnowałem kołchozu, czasem do lasu chodziliśmy szukać banderowców. W domu mieszkaliśmy, a wieczorem do pracy z bronią. A w niedzielę to razem zbieraliśmy się po czterech, po pięciu, i szliśmy aż do Majdanu. Tam duże świnie dzikie były. Polowaliśmy, na cztery dzieliliśmy i każdy ćwiartkę dostawał. Było co jeść w domu. Nikt nie mówił, czasem zastrzeliliśmy cztery, pięć, co chcieliśmy, to robiliśmy. Broń przecież mieliśmy.
Włodzimierz Maniowski
Ukraińcy zapisywali się do kołchozu. Dawali im taką pracę, żeby każdy był naczelnikiem. Jak przed wojną jechałeś na Czarny Las, to na każdym polu były krzyże. Każdy ma swoje pole i położył tam każdy krzyż. Kazali wszystko zniszczyć, wywieźć krzyże na śmieci. Do kołchozu zapisali się, musieli robić. Komuniści w kołchozie byli, partyjni, ale później Pan Bóg pokarał każdego, każdego… Nikt swoją śmiercią nie poszedł spać. Tato poszedł do kołchozu pracować, był brygadierem. Fermę prowadził, dużo krów było, świnie, konie. Najpierw nie było traktorów… Nie był duży kołchoz, ale pracowali, robili, mięso było. Jak Rosja rozpadła się, to kołchozy się rozlecieli. Bydło, wszystko rozkradli, nasi, sami Ukraińcy. Domy, które Moskale pobudowali, to rozebrali do cegły. Teraz tam nic nie ma.
Włodzimierz Maniowski
[Łuck]Pracowałem przewodniczącym Komitetu Radziecko-Polskiej Przyjaźni. My dostaliśmy list z Lublina, z fabryki samochodów ciężarowych im. Bolesława Bieruta, że chcą zawiązać z nami stosunki. A ten list przyszedł, to wtedy: — Kto polski język zna? Zgłosiłem się, ja znam polski język, nie wiedziałem, dlaczego pytają. Powiedzieli, że trzeba zrobić towarzystwo radziecko-polskie, żeby byli stosunki i różne imprezy byli między zakładem samochodowym i naszym zakładem — też samochodowym. A potem ze Świdnika przyszedł list, delegacja przyjechała do nas na zakład i rozmawialiśmy, i zapisaliśmy, że będziemy mieli stosunki z nimi. To bardzo dobry był presidatiel polsko-radziecki w Świdniku. My posyłaliśmy dziesięć pytań: — Co wy wiecie o Związku Radzieckim? Oni nam przysyłali pytania: — Co wy wiecie o Polsce? My swoje też posyłaliśmy. Przewodniczący Świdnika i ja z Łucka. Ja dawałem jemu odpowiedź na wszystkie pytania, on mi przysyłał też odpowiedź na wszystkie polskie pytania i komu ja chciałem, to mu zrobiłem wycieczkę do Polski.
Jerzy Maracz
Mama w kołchozie pracowała w suszarni zboża. Wzięła dwa kilogramy pszenicy, bo nie mieliśmy co jeść. Złapali ją. Dostała dwa lata. Zostaliśmy w czwórkę. Zabrała nas do siebie babcia, głodowaliśmy. Mama odsiedziała swój wyrok. Nasz dom oddali Mołdawianom. Zniszczyli go, cały był okopcony, drewno z podłóg zerwane. Mama prosiła brygadiera, żeby pozwolił zająć z powrotem nasz dom. Nie pozwolił. Od razu chciał mamę zapędzić do pracy. Mama prosiła, żeby choć jeden dzień pozwolił jej zostać z nami. Mówiła, że przecież musi nas nakarmić, zająć się nami. On się zezłościł. Zrzucił z pieca garnek z naszym jedzeniem, a głód był wtedy. Mama nam pokrzywę gotowała. Wtedy zaczęła płakać i my razem z nią.
Maria Markisz
Potem uże Niemców pognali, już wojna kończyła się i została się tutaj sowiecka właść. Ja bym powiedziała, że jak kto pracował, to produkty nie byli już takie drogie. A pracować wszystkie z wioski poszli w kołchoz. Płacili prawie nic, tylko pałeczki stawiali. Ot, nic nie płacili prawie. Chodzilimy, pracowali, utrzymywali. W nocy chodzili kraść na polu kartofli, co było, to kradli. Ogród swój był - kto chciał pracować, to pracował na swoim. Sadzili kartofle i ogórki, i wszystko. I krowa była, i prosiaki byli. Ale wszystkie młodzież, i kto mógł - uciekał. Kto gdzie mógł! Kto do Mińska, na jakieś roboty. Ja to w Nieświeżu w szwejni pojechała robić... A paszportów nie dawali! I już takie było nasze życie.
Józefa Martos
Nikt z naszych ludzi nie chciał iść dobrowolnie do kołchozu. No to postanowili postraszyć ludzi: — Ach, nikt nie idzie do kołchozu, to pójdziecie do Syberii. Kiedy wywieziono część ludzi w 1949 roku, to wtedy drudzy poszli, zapisali się do kołchozu. Co mieli robić? Czekać, żeby do Syberii wywieźli? I ojciec też poszedł, zapisał się. Powiedział: — A co mam robić? Zabrali konie, dwie krowy, budynki w polu. Ziemię zabrali. No i ojciec pracował w kołchozie. Ja nie pracowałem, ja już w Dyneburgu byłem. Z początku było źle, bo kołchoz był biedny. Na ten trudadzień, jak oni nazywają, płacili mało, przeważnie ziarnem albo czymkolwiek jeszcze. Pieniędzy nie płacili.
Jan Masalski
Popracowałem w szkole, siedmioklasówce, tylko jeden rok. Potem mnie postawiono na dyrektora średniej szkoły — awansowałem. Zrobiłem tak, żeby w szkole było dobre auto, ciężarówka. Nauczycieli było u nas piętnastu. I jak tylko sobota przyszła, my jedziem do Wilna. A u mnie jeszcze z wojska obowiązkowe było prawo jazdy. I my prijeżdżamy do Wilna, a tam syr. A u nas tu na Białorusi nic nie było. A tam u nich w Wilnie — wszystko. My tam nabieraliśmy tych produktów, wszystkiego, potem wieczorem schodim operu posmotrieć. I późno już jedziemy do domu. Bardzo się nam podobało. Tam prawie każdy po polsku rozmawiał.
Zdzisław Masłowski
Wilno się mnie zawsze podobało. Często przyjeżdżałem do Wilna, stawiałem swoją maszynę, a potem chodziłem pieszo. I przede wszystkim do Ostrej Bramy. Wtedy nie była zamknięta. Wchodziłem tam na górę, siadałem i długo siedziałem. I myślałem. I tak mnie blisko ten obraz był.
Zdzisław Masłowski
W 1946 roku urodziłam syna. Mój mąż pracował na kolei, 36 kilometrów od Tomska. Nie było tam ani szpitala, ani lekarzy. Jeżeli była taka potrzeba, lekarz przyjeżdżał z Tomska. Mój chłopczyk zachorował. Miał wtedy pięć miesięcy. Przyjechała do niego lekarka, ale nie zdołała go uratować. Umarł. Za rok znowu urodził nam się syn. Pewnego dnia mąż przyszedł z pracy do domu na obiad. Przyprowadził ze sobą mężczyznę, który też pracował razem z nim. Mój synek miał już półtora roku. Był taki zdrowy, okrąglutki, śliczny chłopiec. Posadziłam go na łóżku, a sama zaczęłam nakrywać do stołu. Ten mężczyzna tak stoi, zdejmuje okrycie i patrzy się na mojego synka. Po chwili mówi do mojego męża: - No, Wołodia, masz takiego syna, że chyba z niego jakiś bohater wyrośnie. Zjedli obiad i wrócili do pracy. A mój syn dostał ataków drgawek i gorączki. Wieczorem przyszedł lekarz. Jednak w nocy nie było poprawy. Rano powiedziałam mężowi, żeby poszedł po "babkę". "Babka" przyszła i powiedziała: - Jeżeli na życie, to będzie żył, jeżeli na śmierć, to umrze. I mój synek znowu dostał drgawek, a ona zaczęła pod nosem różne zaklęcia i modlitwy mówić. Ale on przestał oddychać i umarł. To wszystko od wzroku tego mężczyzny...
Zosina Miechowicz
[Czkałowo, Kazachstan, lata 40.–50.]1 maja, a szczególnie 9 maja świętowaliśmy. Wszystkie święta, co i teraz są. A jak świętowaliśmy: herbatę piliśmy, wódki wtedy nie było, nikt we wiosce nie miał. Najwyżej jak ktoś gdzieś spod ziemi wydobędzie. Jak były wybory, głosowanie, wtedy to było święto. Wtedy prezenty dawali, włóczkę na przykład; bufet otwierali. Jeśli ktoś miał pieniądze, mógł wtedy cukierki kupić, sukienki sprzedawali.
Leontyna Migol
Do Partii mam wstąpić. Ja mówię: „nie”. Mam być partyjna i wszystko. Ja mówię: „nie”. I tak pracowałam, pracowałam w tym szpitalu i wyszłam na emeryturę. Sekretarka, chociaż Litwinka, ale była taka, że jakoś potakiwała moim zasadom. Opowiadała, że jak już wychodziłam na emeryturę, to dyrektor żałował: – Zostawiacie nas... Ja powiedziałam: – Wystarczy, doczekałam się emerytalnego wieku i mam dość. Chcieli zrobić przyjęcie, ale niepartyjna – to i nie. Ot, wielka rzecz. Potrzebne to dla mnie? Niepotrzebne, obeszło się bez tego.
Helena Mołczanowicz
[Wilno, Niemenczyn, lata 50.]No i po ukończeniu studiów otrzymałem skierowanie do szkoły pracować. Obowiązkowo było trzy lata, nikt nie pytał się, chcesz czy nie chcesz. Musisz pracować. Nie pytał się – gdzie. No trochę wybór był, ale wiadomo, że tylko szkoły. No i zostałem nauczycielem matematyki w szkole średniej w Niemenczynie – to w rejonie wileńskim. Na lekcje jeździłem autobusem, parę razy piechotą wracałem, ale niedaleko to było, to dojeżdżałem.
Tadeusz Mołczanowicz
Komsomoł, studia (lata 50.). Mnie chcieli wyłączyć z akademii [studia melioracyjne]. No, tak się złożyło, że ja nie wstąpiłem do Komsomołu i byłem w akademii, ale byłem jedynym uczniem nie komsomolcem. Tak, jak biała wrona wśród wszystkich - wszyscy byli komsomolcy, a ja nie.Ja śpiewałem i miałem takie zapędy organizacyjne. Byłem organizatorem tych wszystkich przedsięwzięć, naszych koncertów i innych rzeczy. I były takie konkursy między fakultetami. Nasz fakultet miał najmniej ludzi, ale zajęliśmy pierwsze miejsce. I potem ogólny koncert, i naszych tylko trzy numery wzięli. Ja się nie zgodziłem z tym, a ze mną pozostali. Ja i wszyscy nasi odmówili udziału w koncercie galowym. - Nie pójdziemy. Do mnie przyszedł nasz profesor: - Mostek, pójdź choć jeden, wystąp, żeby to nie było jak zabastowka. A nikt z nas nie pomyślał, że koncert był w dzień urodzin Stalina, i nam to przypisali jako działanie polityczne. I wszystko. Postanowili wyłączyć z akademii i już, nas trzech - mnie, bo byłem odpowiedzialny po sojuznej linii, drugi po komsomolskiej, a trzeci najwięcej krzyczał przeciw, chociaż on nie uczestniczył nawet w naszym koncercie. Nas trzech. I tylko dzięki kierownikowi naszego fakultetu do tego nie doszło.
Wiktor Mostek
[Smierć Stalina][Kazachstan, Sofijewka, 1953]Pamiętam śmierć Stalina. Nauczyciele nam o tym powiedzieli. To było w 1955 czy w 1957 roku, nie, w 1953. Nauczyciele to ogłosili, a myśmy oczywiście płakali, byliśmy przecież dziećmi. Powiedzieli nam, że to był wódz, że umarł, i myśmy oczywiście wszyscy płakali. Myśmy o nim dobrze myśleli, nie wiedzieliśmy, co on tam robił. To teraz go oskarżają o różne polityki, a wtedy byliśmy dziećmi i on był dla nas jak ojciec. Tak nas to bolało, i wszyscy płakali, to i my płakaliśmy.
Rosa Niestierenko
[Kazachstan, Sofijewka, lata 40.-50.]Mama mówiła, że za Stalina płaciliśmy większe podatki. Trzymaliśmy 9 kur - trzeba było zdać 90 jajeczek. Jak się trzymało prosiaczka, trzeba było zdać skórę. Ale to wiem z maminych opowieści, a sama niczego tak dokładnie nie pamiętam.
Rosa Niestierenko
[Kazachstan, Sofijewka, lata 40.]Dziadkowie wszyscy nasi byli tam na Ukrainie, tam poumierali. Nie mieliśmy nawet za co pojechać i ich pochować, nie było pieniędzy, tylko trudodni. Na koniec roku wydawali nam 11-12 rubli, ale co za to można było kupić? Nic. Ojciec mój był pastuchem, chodził koło owiec, nawóz woził z fermy, a mama była dojarką. Potem dostała pracę w piekarni, piekła chleb dla kołchozu. Oczywiście, jak poszła piec ten chleb, to i myśmy go zaczęli jeść, jakąś lepioszkę można było zawsze upiec. Pracowaliśmy w kołchozie za trudodni, przecież wtedy pieniędzy nie płacili, tylko trudodni, stawiali trudnodni, a potem za to liczyli. A pod koniec roku dawali nam po 2 kilogramy ziarna, mieliliśmy je, mieliśmy swoje żarna, piekliśmy chleb, zacierki robiliśmy, hałuszki. Do końca roku wybraliśmy to, cośmy zarobili, a nas było czworo. Najmłodszy, on miał 2,5 roku, a ja miałam 3,5 roku. Zanim nam zrobili dokumenty, żeby nas zawieźć do miasta. Żeby pojechać, musieliśmy mieć przecież dokumenty, i to były 3 kilometry, na bykach musieli jechać ojciec i matka. Zamarzaliśmy, oko mi popękało, a młodszemu bratu zrobiło się coś z sercem i umarł, zawieźli go do szpitala, i tam umarł.
Rosa Niestierenko
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[obwód żytomierski, Ukraińska SRR, 1953]Byłam wtedy w kołchozie. Bardzo się cieszyliśmy, bo wtedy odwołali pracę i nie trzeba było pracować w ten dzień. Na zebraniu mówili, że umarł nasz ojciec, ale niektórzy się śmieli. Brygadier krzyczał: – Komu do śmiechu, komu tak wesoło?! Nie można było tej radości okazać. A po jego śmierci nareszcie trochę się na lepsze zmieniło.
Bronisława Nowakowska
[Chotycz, Ukraińska SRR; Kazachstan, lata 30.–60.]Żyliśmy na Ukrainie skromnie, bardzo skromnie. Ojciec był bezrobotny przez jakiś czas i został zabrany do więzienia za to. Jak wrócił, to poszedł do kołchozu. Cała rodzina w żytomierskiej obłasti pracowała w kołchozie. Było ciężko, była kolektywizacja. Nie mogliśmy dostać dokumentów — ani paszportów, ani jakichś zaświadczeń, żeby gdziekolwiek szukać lepszego życia. Dopiero później, długo po wojnie, udało się nam wyjechać. Najpierw wyjechały moje siostry i trafiły do Kazachstanu, jeszcze w latach 50. Potem i reszta rodziny się zdecydowała i w 1963 roku dobrowolnie przyjechaliśmy tutaj, przyjechaliśmy na poprawę losu. Tutaj było dużo ziemi, na Ukrainie było biednie, i wydawało się, że tutaj będzie lepiej. Na Ukrainie 200 gram chleba było za dzień pracy. Nie mogliśmy tego wytrzymać.
Bronisława Nowakowska
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
Przeszedłem do rezerwy i chciałem dostać pracę. W Bijsku ciężko było z zakwaterowaniem, a ja miałem już wtedy żonę. Pojechałem więc do miasta Frunze w Kirgizji. Tam poszedłem do pracy w fabryce i przydzielono mi mieszkanie. Chciano mnie skierować do pracy w dziale gospodarczym, ale nie zgodziłem się - nie chciałem pełnić roli kozła ofiarnego.Po niedługim czasie odwiedzili nas krewni mojej żony. Powiedzieli mi, że w Bijsku właśnie otwarto fabrykę zbrojeniową. Wróciliśmy więc do Bijska i poszedłem do pracy w swoim zawodzie. Kierownictwo wydelegowało mnie na dodatkowe szkolenie do Nowosibirska. Uzyskałem średnie techniczne wykształcenie. Pracowałem cały czas jako frezer. Później urząd miasta skierował mnie na stanowisko majstra w fabryce. Pracowałem jakiś czas na tym stanowisku, a następnie zaproszono mnie do zarządu fabryki. Zostałem kierownikiem działu produkcji. Na tym stanowisku pracowałem od 1954 aż do emerytury w 2003 roku. Kiedy odszedłem na emeryturę, miałem osiemdziesiąt jeden lat. Zostałem przewodniczącym związku weteranów przy fabryce.
Kazimierz Orestowicz - Rzestowicz
Za Stalina nie dotknęły mnie żadne represje. Gdy byłem w wojsku, pracowałem przez pewien czas jako sekretarz w tajnej jednostce. Odwiedził nas kiedyś pułkownik z Ukrainy, Ponomarczuk. Zapytał, jak to możliwe, że Polak pracuje w tajnej jednostce. Moi przełożeni odpowiedzieli, że mają do mnie zaufanie. Ale po tym incydencie odszedłem z tajnej jednostki na własne życzenie. Skoro zaczęto mówić o braku zaufania, nie miałem ochoty wykonywać nadal tej pracy, chciałem też uniknąć ewentualnych konsekwencji.W wojsku byli też inni Polacy, nie prześladowano nas. Ja byłem sierżantem, byli też szeregowi. Przewodniczący Komsomołu w batalionie był także Polakiem. Nie mam powodów do niechęci wobec ówczesnej władzy. Jestem Polakiem, zawsze się podawałem za Polaka, pracowałem całe życie w przemyśle zbrojeniowym, gdzie piastowałem kierownicze stanowisko.
Kazimierz Orestowicz - Rzestowicz
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30., Represje sowieckie po 1944 roku, Tożsamość narodowa,
Gdy tu przyjechałem, przewodniczący organizacji partyjnej zapytał, dlaczego nie należę do partii. Odpowiedziałem, że nie jestem godzien.Kiedyś, gdy byłem w wojsku, zostałem zdegradowany i wysłany do oddziału karnego. Przybył do naszej jednostki głównodowodzący okręgu wojskowego, żeby przyjąć egzaminy. Wtedy też przyjechali nowi żołnierze z Zachodniej Ukrainy. Jeden z nich powiedział mi, że nie będzie walczył z Niemcami, bo oni mu nic złego nie zrobili. Ja się odwróciłem i tak strzeliłem go w pysk, że kilka zębów poleciało. Wtedy zjawił się głównodowodzący. Ja zostałem zdegradowany, zerwano moje pagony i wysłano mnie do oddziału karnego za użycie siły fizycznej do wychowania radzieckiego żołnierza, ale zamiast karniaka musiałem palić w piecu. Moja sprawa została wyjaśniona, zajął się nią oddział specjalny SMERSZ. Wróciłem do swojej pracy w jednostce. Chłopak, który ode mnie dostał, trafił pod opiekę KGB, nie wiem nic o jego dalszych losach. On był jednym z tych Ukraińców, którzy lubili Niemców - dobrze im się żyło pod niemiecką okupacją.
Kazimierz Orestowicz - Rzestowicz
dotyczy także: Wojna sowiecko - niemiecka,
Po wojnie rodzice jakoś odremontowali jeden pokoik i mieszkaliśmy tam wszyscy: mama, tata, nas troje - dzieci. Brat starszy Jarosław, potem siostra Stefania i ja. Chodziliśmy do szkoły. Brat jako pierwszy skończył dziesięciolatkę i wyjechał do Dniepropietrowska studiować w Instytucie Górniczym, a my przeprowadziliśmy się na południe Ukrainy. Niedługo potem wróciliśmy, bo brakowało pracy, a mama nie mogła się nigdzie zatrudnić. Tylko ojciec cały czas pracował - jako księgowy. Podatki wtedy były strasznie wysokie i co tylko zarobił, to od razu musiał oddawać, a dla rodziny nie zostawało praktycznie nic. Mama pracowała dorywczo - to komuś tam pomogła w ogrodzie, to płot pobieliła, a ludzie dawali za to trochę mleka, albo kawałek słoniny. Ogólnie w kraju była straszna bieda. W środku nocy ludzie ustawiali się w kolejkę, żeby kupić choć bochenek czarnego chleba. A chleb był taki, że jak go mocno ścisnąć to się woda z niego lała.
Sofija Paliwoda
[Duszanbe, 1952] Siedem lat byłem żołnierzem. Gdy miałem 25 lat, zostałem zwolniony z wojska. Miałem 25 lat i nic nie miałem. Co robić? Jechać do domu, do kołchozu? Domu nie ma, bo spalony. Zostałem w środkowej Azji. Ja z czterema towarzyszami tam się pożeniliśmy, i tam żyłem do 1964 roku, w Duszanbe.
Stanisław Piątkowski
[Wilno, od 1962]Najgorsze dla mnie były lata 60. Wszystkie stare zabytkowe cmentarze tylko polskie były, nie było litewskich. Chodziły bandy, komsomolce. Szła cała granda po 15 osób przez cmentarz i po drodze przewracali różne krzyże, pomniki, otwierali grobowce, a ja biegłam za nimi, żeby nie dopuścić do tego. Oni mnie grozili nożem nieraz, że mnie tam pochowają, że będę tam razem leżeć, jeżeli nie przestanę ich prześladować. Wzywałam milicję, ale co tu milicja może, jak chyba celowo to były takie szkoły rosyjskie, które miały za cel zniszczyć krzyże.
Jadwiga Pietkiewicz
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem, Tożsamość narodowa, Stosunki polsko-litewskie,
[Wilno, po wojnie]Miałam przygodę, kiedy pierwszy raz pojechałam do Częstochowy. Ksiądz przekazał mi tyle obrazków z pieczęciami, że mnie zatrzymali na granicy. Zabrali z pociągu, przetrzymali kilka godzin za to, że obrazki święte przewoziłam, a to przecież najgorsze! Religijne przedmioty to było to samo, co pornografia. Nie wolno było wwozić nic, ani książki religijnej, ani obrazka. Wysadzili mnie z pociągu i musiałam taksówką jechać do domu. Zabrali ode mnie wszystkie te obrazki i przez pięć lat nie miałam prawa wyjeżdżać do Polski.
Jadwiga Pietkiewicz
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem, Tożsamość narodowa, Stosunki polsko-litewskie,
[Słonim, 1970]Za Sowietów było inaczej. Właścicielem być kuźni nie można było. Nie można było w ogóle dużo. Pan Nadziejewski, mąż pani Lodzi, pracował w służbie drogowej. Nie mógł rozstać się z koniem. I został pracować z koniem w tej drogowej służbie. Konia karmił, za konia płacił podatki, a później jak osiągnął wiek emerytalny i podał do urzędu, żeby emeryturę dostawać, jemu powiedzieli: — U ciebie nie ma stażu. — Jak nie ma stażu? Przecież o, proszę bardzo, tyle lat pracuję, koło dwudziestu lat na drodze pracuję. — A to koń na ciebie pracował. Ja sama pisałam do Moskwy w wierchowny sowiet skargi i pytania: „Dlaczego nie ma on prawa na emeryturę?”. I przyszła taka odpowiedź: „pracujący z koniem (wielbłądem, osłem) nie ma prawa do stażu”.
Helena Pietrakowa
Wsio zabrali w kołchoz. Wozek był krasiwyj, żołcieńkij takij, do kościoła nim jeździli - woz zabrali, i sanki zabrali. I konia zabrali, i uzdeczki. I bronę, został tylko pług. W kołchoz, wsio zdawajcie w kałchoz!
Oktawia Pietuchowska
[Kalinowka, 1953–55]Kiedy Stalin chorował, to u nas, w Kalinowce, był już zamontowany radiowęzeł. W środku wioski znajdowała się biblioteka i tam było pomieszczenie, niewielki pokój, w którym właśnie znajdował się radiowęzeł. I nas, szczególnie młodzież, zmuszali do tego, byśmy chodzili tam, do tej biblioteki. Tam wynosili nam ten odbiornik, który włączali bardzo głośno, tak aby wszyscy słyszeli. Włączał zarządca tego radiowęzła i musieliśmy słuchać wszystkich wiadomości, co w danej chwili dzieje się ze Stalinem. O ile dobrze pamiętam, on tylko cztery dni tam mocno chorował i wszyscy już czekali, że lada chwila umrze. Zmuszali nas, abyśmy wszystkiego tego słuchali i płakali. Trzeba było udawać, że strasznie przeżywamy jego chorobę i bardzo żałujemy, że nasz wielki wódz odchodzi… No a co było w naszych sercach? Dokładnie już nie pamiętam, radość na pewno, nadzieja na lepsze… I, dzięki Bogu, zmiany nadeszły — kiedy umarł Stalin, wszystko potoczyło się inaczej. Znieśli komendanturę, w 1954 roku zaczęła się „celina”. Na południe od naszej miejscowości było mnóstwo stepu, jeszcze zupełnie niezagospodarowanego… I w 1954 roku rząd postanowił, że trzeba się tym stepem zająć. W 1954 roku zaczęły przyjeżdżać transporty z celinnikami — młodzieżą z całego kraju, ze wszystkich republik ZSRR. Przyjeżdżali do Tajynszy, tam znajdował się ich punkt zbiorczy i stamtąd właśnie samochodami, traktorami (wtedy już była jakakolwiek technika, nie tak, jak my, wszystko ręcznie) przewozili ich przez naszą wioskę, na północ, w niezagospodarowany step… To właśnie była „celina”. Kiedy ci celinnicy przejeżdżali przez wioski, co mieli, to sprzedawali na lewo i prawo. My na przykład kupiliśmy drzewo na budowę domu, w którym właśnie się znajdujemy. Teraz się twierdzi, że my, deportowani, też na „celinę” przyjechaliśmy, ale to było przecież zupełnie co innego, jechaliśmy pod konwojem, byliśmy do tego zmuszeni… A oni z flagami, z muzyką jechali. Tutaj ich witali i karmili, grała nawet orkiestra dęta… Na początku spali w wagonikach, nie w namiotach, jak my. Mieli traktory, technikę, od razu brali się do pracy, zagospodarowania stepu. Wiele zdjęć zostało z tego czasu.
Maria Pisawodskaja
Od 1929 roku tu jest Dom Polski. Tam były zabawy, tańce, bale... W czasie wojny Dom był zamknięty i wojaki tam miały swoje... Jak Polaki powrócili nazad to i Dom Polski ozdobili, bo był porwany od kul, i wystawili jeszcze szkołę. Ja tam się uczyła języka polskiego i pokończyła cztery klasy. Rozmawiam tylko po polsku, po rumuńsku nie wiem. Teraz dzieci polskie też mają lekcje po polsku. No i kościół też był pobity od kul, bo Rusy były tutaj. Mieli my swoich trzech księży. Jeden mawiał czasem kazanie po rumuńsku, ale to Polak. Wszystko mamy swoje, bo nas dużo. Plesza jest mała, ale jeździ tam nasz ksiądz, bo tam też są Polaki. Teraz jest u nas nowy Dom Polski i mamy tu jedność z Polską.
Maria Polaczek
Pracowałam w szkole. Taka była historia ciężka, że czasem dawało się do domu uczyć, nawet nie pytałam z tego. Na początku jak pracowałam, to uczyłam języka rosyjskiego przez 10 lat. A potem z mężem wyjechaliśmy do Syberii. Sami jechali ludzie, żeby tam zarobić, bo tam płacili więcej. Tam gaz idzie z tego Urengoju. Więcej się trochę zarabiało, to tam pojechaliśmy. Ja tam przeszłam już na historię. 15 lat byłam tam, bo jak już człowiek pracuje, pracuje... Tam bardzo ciężki klimat, ale jak się troszku zarobi, to już latem można pojechać z dzieckiem gdzieś na Krym czy odpocząć. A nie mieliśmy tutaj mieszkania, aż potem jakoś to mieszkanie kupiliśmy. Jak pojechałam, miasto się nazywało Nadym, to my tam byliśmy 4 lata. Potem Nowy Urengoj. To jest tiumeński obwód, bardzo wielki. To jest 1200 kilometrów na północ od tego Tiumienia. Ponad 100 kilometrów do bieguna jeszcze. Widziałam na żywo zorzę polarną. Piękna! Wrażenie niesamowite, takie kolory. Na początku mieszkaliśmy w bałkinus, z takich kloców, z drzewa zrobione domki. A potem to budowali domy albo przywozili beczki. Taka forma była beczki, ale to było tak duże, że tam było wszystko, kuchenka jakaś i prysznic, pokój, sypialnia. A potem już z Leningradu przyjeżdżali budowniczy, to budowali takie bloki – dziewięć pięter. Z tych bloków składali te domki. Tam gazu było dużo, bo nie żałowali, palili, żeby było ciepło. W szkole tam pracowałam tak samo. Prędko się to rozbudowywało. Tak człowiek czekał do urlopu zawsze, do wiosny... Wtedy na Krym. Rodzice byli w Brzeżanach, siostra moja w Stanisławowie mieszka. Przyjeżdżaliśmy najprzód do Brzeżan, trochę z rodziną, a potem już na urlop długi, dwa miesiące było urlopu. Podróż tylko samolotem, bo tam pociągu nie było. Jak teraz sobie przypomnę te samoloty, to myślę, jak ja się nie bałam. To takie skrzypiące.
Aleksandra Popławska
[USRR i Syberia, po 1945] Do Komsomołu cała klasa szła i już. Nikt nikogo się nie pytał. Jak do pionierów, tak do Komsomołu. A do partii to już nie wszyscy, to już trzeba było tam wstępować. Naczelnikiem nikt nie mógł być żadnym, nawet maleńkim, ani dyrektorem szkoły – jak nie był w partii. Były takie posady, że koniecznie musiał być w partii. A w szkole nauczyciele – to nie zawsze. Jako że uczyłam historii, to też musiałam iść do partii, a nasza partia to się w tym zakluczała, że prosiliśmy na miesiąc jakieś kwoty pieniężne i już. Na to nikt nie patrzył jak na syriozne. To tylko takie było udawanie. To niszczy człowieka, dwulicowość taka, że trzeba tak udawać... Bo co ja robiłam? Ja nic nie robiłam, absolutnie. Jakbym była bez tego, tak i było z tym. A tu jakbyś nie poszedł, to byś nie miał pracy. To wszystko jakieś koło zamknięte. Jest bardzo źle. Ja podziwiam takich ludzi, jak jedna na przykład nauczycielka, która mówiła: – Ja wierzę w Boga i nie przestanę wierzyć w Boga. I już, zwolnili ją, nie mogła być nauczycielką. Ale ona została sobą! Ja podziwiam takich ludzi, no ale takich było niedużo, niestety. Jakby tak każdy powiedział, to może by oni nic nie zrobili, ale to jest w ideale.
Aleksandra Popławska
Jakie były święta? 1 maja, potem 7 listopada – rocznica rewolucji, 23 luty to był dzień armii i 8 marca. Dzień kobiet póki nie był wolny to zebranie zrobili i już. A potem jak Breżniew dał wolny dzień to wszyscy wiedzieli, że to wolny dzień. Nie było żadnych paradów, tylko sobie popili i po wszystkiemu. Takie było święto. Bo to na 1 maja i na 7 listopada trzeba było jeszcze iść na demonstrację. Najgorzej było w Syberii, bo to było bardzo zimno, ale my też musieliśmy iść. A ze szkoły to Boże mój, żeby ktoś nie przyszedł – to prześladowano. Studentów prześladowano. Jeden raz na pierwszym roku uciekłam, pojechałam do domu, nie poszłam na demonstrację. Myślałam sobie: – A co tam. Oj Boże, jakie to było głupie, ile to zabrało człowiekowi nerwów i życia. Potem mi tak nakiwali palcem, ale nikt nie powiedział z moich, tylko ta, która odpowiadała za to z naszej grupy, mówiła: – Dobrze, że reszta wszyscy byli, to ja nikomu nie powiedziałam, ale ty uważaj na przyszłość. To ja się już bałam potem. Była trybuna, na trybunie stali ci dostojnicy wszyscy. Jakaś tam dojarka przodownica, co dobrze doiła krowy, to też stała. Tak żeby był robotnik i kołchoźnica. A reszta szli, dostojnicy coś tak mówili, a w pochodzie krzyczeli „Ura!” – i już. No śmiech. A potem już rozeszli się do domu i jak tam każdy umiał, tak świętował. A jak była Wielkanoc, a dzieci chcieli iść z koszyczkami, to babcia szła, bo babci już nic nie zrobili, ale dziecko to potem mogło mieć nieprzyjemności. Bo jak zaraz zaczyna nauczycielka i dyrektor krzyczeć, to i dziecko już też się zastanawia: – A siedź lepiej w domu – powiedzą mu i już. A jak się religijnie nie wychowa od dziecka, to potem już jest bardzo trudno.
Aleksandra Popławska
A jak przyszłam do domku, to mnie mamusia nie poznała. Nie poznała, bo przecież nie oglądała mnie trzy lata. I zaszłam, a tam stajali żołnierze, u nas w mieszkaniu. Żołnierz mówi: - O, jakaś siostra idzie do was, czas będzie prosić, żeby się mogła umyć. Ja otworzyła drzwi. - Pozdrowiony, można? A ona mówi: - Nie, ja zajęta. Nie poznała mnie. We mnie tak wszystko ścisnęło się...Przez dwa lata ja nie mogła słyszeć o żadnym małżeństwie. Bo te tanki mi brzęczały w uszach. Ale na trzeci rok ja wyszła za mąż. Ślub brała w Brydziczowie, na Ukrainie. A jak to brała? Tatuś, on i ja. Pojechali cicho, bo to nie wolno było tego robić. Żeby nikt nie wiedział. Poprosili księdza i we mszy świętej on błogosławił. I ot, taki ślub...
Aniela Puchalska
Życie było ciężkie po wojnie. Pracowaliśmy u gospodarzy, zarabialiśmy na kawałek chleba. Potem wysłali nas do Rosji, do Czelabińska. Dużo nas powieźli. Pracowaliśmy w wojskowej fabryce. Tam ciężko, głód był. Płakaliśmy. Jeść nie było co. Nagotują tam jakiejś trawy i parę kartofli rzucą, i to cała zupa. A kiedy jaki talon dadzą nam na jedzenie, to 700g chleba otrzymywaliśmy albo kilogram. Zbieraliśmy się w jednym mieszkaniu, w dziesięć dziewczynek i płakaliśmy, lekarza wyzywaliśmy, że już źle. Po roku postawili mnie naczelnikiem, chociaż młoda byłam. Ludzi dali mi piętnastu. Kierowałam całą zmianą. Po powrocie na Białoruś jeszcze gorzej było. Ale modliłam się, siedem i pół kilometra do kościoła chodziłam. Bardzienicze parafia, tam na wsi żyliśmy. Świątki świątkowali: Wielkanoc, Boże Narodzenie, czy inne święta, rocznice. Nigdy my wtedy nie pracowaliśmy, żyliśmy jak trzeba było. Ja chcę przeprosić, że tak mówię, ale język już zmieszany - ruski, polski, biełaruski. A tu polski mało gdzie usłyszysz. Jak przyjechali z Polski księża, to więcej słyszymy polskiego głosu. I polskie książki są, i wszystko. A przecież nam nie dawali czytać i pisać po polsku. Tylko Bielaruś i Rasija -  takie życie. Teraz to bardzo dziękujemy i radosne jesteśmy, że księży nam takich przysyłają. Aż szkoda ich, jak oni pracują.
Czesława Pujsza
[Kazachstan, 1952]W kołchozie, gdzie my byli, był blisko posiołek Karakyr. W tym posiołku Karakyr, 5 kilometrów od nas była spieckomendantura. Przyjechał komendant Jeromin. Ogłosił wszystkim, że my przesiedlone tam na zawsze. Pieresieleny siuda na wieczno i za pabieg dwadcat piat liet katorżnych rabot. Ogłosił to wszystkim. Tym co mieli już spełnione szesnaście lat i starszym dali podpisać papier, że: „Dowiedzieno do mojego swiedzenia, szto ja pieresielon ili pieriesielona sjuda na wieczna, szto ja, takaja i takaja familia, imię, otczestwo, rok urodzenia i za pabieg dwadcat piat katorżnych rabot”. Każdy to musiał podpisać komu było szesnaście lat i wyżej. A brigadir poprowadził już do pracy na pole. Przyprowadził mnie i moją siostrę. I dali nam taki kietmień. Takiej formy jak łopata, ale nie prosta, tylko tak zagięta. Ziemia tam sama glina i po sztucznym nawozie tylko rosło, tam w piasku pokarmu dla rośliny nie było. I trzeba było spulchniać tę ziemię, żeby powietrze do korzeni dochodziło. A taka twarda była skorupa, że trzeba było ten iketmień podnosić dosyć wysoko i uderzyć mocno. A jeżeli słaby jesteś, jak u nas na Białorusi mówią „chadźki”, to tej skorupy nie rozbijesz, dlatego te kietmienie byli ciężkie. No, słońce tam straszne. I gdzieś może minęło półtorej godziny, dwie. Ja więcej nie wytrzymałam i upadłam. Zaraz mnie tam z kanału irygacyjnego przynieśli wody, ocucili. No i zrozumiałam, że na słońcu pracować nie mogę. Biała skóra. Skóra bardziej ciemna to mocniejsza. Posadzili mnie w step na osła i powieźli pod taki dach, gdzie leżały worki z saletrą. Tam słonko już na mnie nie świeciło, bo było pod dachem. A ponieważ ta saletra długo leżała, to robiła się na kamień. Trzeba była papier rozrywać, skamieniałą saletrę kłaść i młotem dużym to rozbijać. A potem trzeba było na takie sito ręczne przesiewać. Co przesiało się, to szło potem na pole. A to co nie przesiało się, szło na bok i znów trzeba było tłuc. O, to nazywało się lekka praca. Dla mnie — dwanaście lat! Pracowali tam mężczyźni i ja musiałam też.
Leonarda Rewkowska
Mieszkałyśmy w drewnianym baraku. My i wszyscy, których dowozili na zesłanie. Było bardzo zimno. Ten barak rozdzielony był na dwie części i nawet miał jakiś piecyk, ale nie dało się w nim napalić. Jak chodziliśmy pracować do lasu, to jeszcze było ciemno. Rosjanie krzyczeli po wariacku ˶Pracować, pracować!Ë®, a myśmy nic nie widzieli. Trzeba było rozpalać ognisko dla światła i wtedy chociaż można się było trochę ogrzać. Cierpieliśmy głód. Już nie wierzyłam, że kiedykolwiek jeszcze najem się chleba. Zupa, którą nam wtedy dawali... Teraz to bym tego nie zjadła. W tej zupie była tylko jakaś kasza - bardzo mało - i woda. Z pracy wracaliśmy w nocy, byliśmy wtedy bardzo zmęczeni. Było mnóstwo pogrzebów, bo ludzie nie mogli wytrzymać. Dopiero w 1953 roku byliśmy już prawie wolni i mieliśmy tylko wyznaczone miejsce, gdzie mogliśmy chodzić. Umarł Stalin, a niektórzy głupi ludzie po nim płakali. Powtarzałam wtedy, że mógł umrzeć wcześniej. W 1954 roku dołączyła do nas - do mnie i do siostry - mamusia, z którą nas rozdzielili już na Syberii. Potem już było coraz lepiej i zostaliśmy wolnymi pracownikami. Ja zostałam agronomem, później pracowałam w sklepie... Życie jakoś się zaczęło układać, miałam rodzinę i w wieku 54 lat sprowadziłam się do Tomska.
Anna Riepko
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
Co miałam naskładane do szycia, to wszystko pod pierzynę chowałam i pierzyną zasłoniłam. A przyszła do mnie taka biedna i prosiła mnie, żebym jej skroiła fartuszek do szkoły, bo ona nie miała pieniędzy. Powiedziałam: – Dobrze. Uszyję. I szyłam jej, a ona siedziała. A tu przyszła z dwornik i mówi: – Co pani robi? Zajmuje się fałszywym, nie płaci pani podatku za szycie? A ja mówię: – Ja mam małych dwoje dzieci, nie mam jak szyć dla finadjełu. No i ona pozbierała parę kawałków materiału, ale nie to, co miałam naskładane do szycia, tylko szmatki tej, co jej fartuszek krajałam. Takie ja miała szczęście. A wszystko było pod pierzyną i mnie ocalało.
Maria Riznik
[Mińsk, lata 50.]I wtedy nas wypędzili z kołchozu, ja pojechałam do Mińska. Pracowałam rok, werbowali mnie tam. Jakiż tam Mińsk był wtedy! Wszystko rozbite było. Nabierali tam na prace. Przyjeżdżał agent do nas do rajonu i wtedy brał. Oj, ciężko tam było pracować. Na budowach trzeba było siać piasek, roztwor robić. Było nas osiem kobiet. Potem pojechałam do domu. Mnie chcieli zostawić w Mińsku: — Zostawiaj się, damy mieszkanie, będziesz brygadierem, będziesz pracować. Nie chciałam, nie lubiłam w mieście żyć. Ja swój zaścianek lubiłam.
Bernardyna Rodziewiczówna
W czasie wojny był głód. Ludzie gotowali pokrzywę, albo robili z niej coś w rodzaju pierożków, które suszyli na piecu. Ludzie umierali z głodu. Mama zdołała nas jakoś wykarmić. Potem, już po wojnie, w 1950 roku zrobiło się trochę lepiej. Z kołchozu zaczęli dawać nam chleb, bo wcześniej nic nie dawali. W 1953 roku wyszłam za mąż. Nic nie mieliśmy, materace sami robiliśmy. Mama umarła. Musiałam wychowywać młodszego brata. Jedna z moich sióstr - miała wtedy 18 lat - pracowała jako traktorzystka. To nie był jej wybór, zagonili ją do pracy.Pracowaliśmy od świtu do nocy. W dzień chodziliśmy wiązać zboże w snopki, a w nocy szliśmy młócić. Za naszą ciężką pracę nie dostawaliśmy żadnych pieniędzy, chleba też nie dawali. Tak było przez długi czas. Pracowałam w tajdze przy wyrębie lasu, trzydzieści kilometrów od mojej wsi. Bardzo dużo ludzi tam pracowało. Tam były baraki, w których mieszkaliśmy. Moja siostra stamtąd uciekła, piechotą do domu wracała. A na drugi dzień znowu ją tam wysłali. Ciężka praca. Nikt z nas dobrowolnie jej nie wykonywał. Za Stalina musieliśmy prawie wszystko zdawać. To były wielkie obciążenia dla rodzin, które były przeważnie liczne. Trzeba było oddawać skóry, kartofle, mleko, masło. Wiele kobiet zostało uwięzionych za to, że nie oddawały wymaganej ilość produktów. Matka mojego męża była w więzieniu, bo nie dostarczyła swojego przydziału. I nikt nie patrzył, że malutkie dzieci same zostawały.
Nina Romanowska
Partia.Partia odgrywała przewodnią rolę. Sowchoz był zarządzany przez państwo, a kołchozem kierowała partia. Jeśli człowiek kandydował na dyrektora jakiegoś przedsiębiorstwa, to wybierał go komitet partii. Jeśli był bezpartyjny, to słyszał: "Wybacz, ale nie możemy za ciebie poręczyć". Dlatego ludzie wstępowali do partii. Ktoś naprawdę w to wierzył, a inni wstępowali dla korzyści.
Nikołaj Romańczuk
Dostałem wezwanie do wojska w listopadzie 1944 roku, gdy wojna zmierzała już ku końcowi. Ci z oddziału specjalnego pytali mnie, skąd ja, Polak, wziąłem się w Armii Sowieckiej. Skąd jestem? Z Ałtaju? Kim byli moi przodkowie, moja rodzina? Później nasz generał powiedział: "Chłopaki, tacy z was Polacy, jak ze mnie Francuz". W 1946 roku zastosowałem się do rady generała i w rubryce "narodowość" zacząłem pisać "Rosjanin". Od razu dano mi spokój.Na front nie wysyłano od razu. Pół roku spędziłem w Bijsku w jednostce szkoleniowej, później wysłano mnie z pewnym medykiem do Omska po lekarstwa. Kiedy wróciłem, mój oddział odszedł już na front, a ja zostałem tu. Skończyła się wojna, a mnie wysłano na służbę do Estonii. Tam spędziłem prawie siedem lat, uzyskałem stopień sierżanta i zostałem radiotelegrafistą.Po mojej demobilizacji dostałem list od Stalina - przyznano mi stopień podporucznika. Trzeba było odmłodzić wojsko, starych zwalniali. Wezwano mnie znowu do Bijska. Nikt nie pytał oficerów o to, czy chcą być ponownie wcieleni do wojska. Znowu znalazłem się w Estonii, a później wysłano mnie na Północ, pod granicę fińską.Wróciłem jesienią 1958 roku. Przeprowadzono redukcję wojska o 1200 osób, załapałem się na nią. Wróciłem do Bijska i poszedłem do pracy w firmie budowlanej. Przepracowałem w niej prawie trzydzieści lat.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Tożsamość narodowa, Wojna sowiecko - niemiecka,
Śmierć Stalina. W marcu 1953 roku, kiedy umarł Stalin, służyłem na granicy. Właśnie jechaliśmy z jednej strażnicy do drugiej przez zamarznięte jezioro. Jechał z nami sekretarz organizacji partyjnej, felczer. Nagle kazał nam się zatrzymać i nie ruszać przez pięć minut - w tym właśnie czasie miał odbywać się pogrzeb Stalina. Byliśmy akurat na środku jeziora, woda zaczęła podchodzić pod płozy sań. O mało nas nie przymroził do jeziora, rozkazywać mu się zachciało.Tu mieszkała moja siostra z mężem i ojciec. Przybiegła do mojego ojca sąsiadka, zaczęła szlochać i lamentować: - Pawle Iwanowiczu, towarzysz Stalin nie żyje, jak my bez niego dalej żyć będziemy!?. A ojciec odpowiedział: - Pal go licho, Stalina, ja już myślałem, że krowa ci zdechła - tak płaczesz.Ja urodziłem się za władzy sowieckiej, niczego innego nie znałem i nie widziałem.
Nikołaj Romańczuk
Był u nas kołchoz, i ludzie pracowali. Kołchoz był tu blisko, ja jeszcze z dzieciństwa pamiętam, jeszcze mała byłam. Ale jak wtedy ludzie pracowali na polach, jak pracowali! Prawda, płacili bardzo mało. Dawali tylko trudodni, to kopiejki dawali na te trudodni. Jak była emerytura, tak jak teraz, to było jej 12 rubli ruskich. Co to jest 12 rubli?! A zbieraliśmy nawet kłoski, co spadły z pszenicy, każdy kłosek. Szliśmy ze szkoły, z pracy szliśmy, to zbieraliśmy te kłoski. To wszystko miało państwo, i bydło wtedy było, i wszystko było. A teraz poniszczyli, cały ten dobytek zniszczyli. Nigdzie już nic nie ma, to u nas został taki kołchoz, że jest bydło, a w Storożyńcu na przykład nic nie ma.
Weronika Sawczuk
[Organizacja kołchozów — Wiata nad Dźwiną, 1941/42]W 1941 roku zaczęli już organizować kołchozy. Pamiętam, wtedy już chodziliśmy, uharowali, a starzy ludzie nie chcieli. Jak to trzeba oddać swoje? I krowy odbierali, i konie, i wszystko, nijakiej tam zapłaty. Po prostu zajmowali, brali wszystko z gospodarstwa. Tak było. Wtedy ludzie ciemne, durne — cóż robić? Taki zakon. A naczelnik jak chodził, tak robił.
Marta Siwko
[Ukraińska SRR, rejon Malin, 1947]Żyło się nam bardzo ciężko, chodziliśmy bosi, głodni, goli, zmarznięci. Pamiętam, że na dworze był już śnieg, a my jeszcze chodziliśmy boso, śnieg jeszcze cały nie stopniał - a my jeszcze boso. W 1947 roku był taki głód! Było nas już sześcioro dzieci i ojciec - nie ojciec, a ojczym - poszedł wymienić rower na coś do jedzenia. I wrócił późno, sześcioro dzieci siedzi, spać nie idzie, bo wszyscy chcą jeść. Były takie drewniane dzieże, tam miesiło się ciasto na chleb. Co tam zostawało, to mama wyskrobywała nożem, rzucała na wrzątek, dawała tę zupę dzieciom, żeby mogły spać. A ojczym wtedy przyniósł za ten rower bochenek chleba.
Jadwiga Sołowej
[Ukraińska SRR, rejon Korosteń, ok. 1944]Teraz dzieci wszystko wiedzą, i liczyć umieją, i czytać, a ja przyszłam do pierwszej klasy i trzeba było stawiać kreseczki. Nigdy wcześniej nie widziałam, jak to się robi, nigdy nie trzymałam w ręku pióra. To stawiałam te kreseczki, o tak, i czemuś wszystkie moje kreseczki leżały, zamiast stać. W żaden sposób nie mogłam dojść do tego, jak to jest z tym pisaniem. Jak to innym dzieciom się udaje, a moje kreseczki wszystkie takie? Pisaliśmy na gazetach, atrament robiliśmy z buraka albo rozrabialiśmy wodą sadzę. Mieliśmy takie kałamarze, a pióra z patyczków, dawali nam po piórku, przywiązywaliśmy je nitką i tak maczaliśmy w tym atramencie, i pisaliśmy na gazetach, w pustych miejscach. Bo nie mieliśmy wtedy ani zeszytów, ani książek.
Jadwiga Sołowej
[Ukraińska SRR, Sambor, 1953]Byłam w komsomole, wszystkich nas do tego zmuszano. Czy byłam pionierem, czy nie, już nie pamiętam, ale komsomołką byłam. Wtedy wszystkich nas zmuszano, chcesz czy nie chcesz, a pójść musisz. Partyjna nie byłam. Wtedy jeszcze myślałam po dziecięcemu, uczyłam się w technikum, wszyscy byli tam komsomołcami. A już być członkiem partii - to inna sprawa. Tego mi już było za dużo. Byłam do jakiegoś wieku w komsomole, a potem koniec. Pamiętam śmierć Stalina, byłam w technikum, i nasza dyrektorka szkoły, Stawicka, Sofija Samojliwna, Żydówka, zebrała nas w sali gimnastycznej i powiedziała, że umarł Stalin. To była taka tragedia, wszyscy płakali, wszystko zawiesili na czarno. Ile mogłam mieć wtedy lat - 13, 14? Pomyślałam wtedy: - Jutro zacznie się wojna. Skoro nie ma Stalina, jutro znów zacznie się wojna. To pamiętam. Wszyscy płakali jak za rodzonym ojcem, choć on właśnie rozstrzelał mojego rodzonego ojca. Ale kto wtedy wiedział to wszystko, czy my to wiedzieliśmy? Ja nawet nie znałam tego mojego ojca i wtedy było mi wszystko jedno, czy był on, czy go nie było.
Jadwiga Sołowej
Szukałam pracy, chodziłam do horkomu, komsomołu, który nadawał pracę. Chodziłam dłuższy czas, ale ciągle dawali w jakichś fabrykach, gdzie były zmiany: pierwsza zmiana, druga zmiana, nawet była trzecia zmiana. No, a to mnie nie podchodziło, dlatego że ja musiałam przechodzić obok parku, a w parku to się różne rzeczy działy. Różne takie były napady na młode osoby, tak że nie pogodziła się z tym moja matka, żeby wychodzić. Nawet kiedy miałam przerwę po siódmej klasie, chciałam dalej do ósmej pójść, do wieczornej szkoły, "Siódemki", na placu Mickiewicza. I zaczęłam chodzić, a to późno, dwunasta godzina za naszym rosyjskim czasem, jaki wtedy był. Matka wychodziła, wychodziła, przyszła zima, matka powiedziała: - Nie, dziecino, ja wychodzić nie mogę. Z takim drągiem ogromnym i z psem wychodziła, żeby koło parku przejść. I ja zmuszona byłam zostawić ten rok, pracowałam u krawczyni prywatnie, aby sobie dopomóc wtedy.
Jadwiga Sołtowska
Komunisty, pioniery, to nas trzymali, pięć dziewczynek, w klasie do nocy, żeby my stały się pioniery. Oj, Boże...A my tak nie chcieli! Aż przyszli rodzice: - gdzie wy jesteście? No, i co? No, i my zapisali się. A co zrobić było?
Łucja Sorokina
Mówili, że Boga nie ma, żeby do kościoła nie chodzić. No, i nie chodzilimy, nie można było. My pracowali. Jeżeli ty pójdziesz do kościoła, znaczy, że ty wróg! Starsi, którzy już nie pracowali, ci więcej chodzili. Ja nie byłam komunistką i mąż też nie był. No, ale jeśli ty pójdziesz do kościoła, to z pracy mogą ciebie... Bardzo było srogo, żeby nie chodzili. Kiedy był Gorbaczow, już można było.U nas, w Belmontach, księdza nie było. Jak zmarł, to nie dali nowego już. Ludzie sami chodzili i modlili się. A we wsi i majowe sprawiali, nabożeństwa wszystkie. Tak było.
Łucja Sorokina
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
Wiedziałem, że trzeba emeryturę jakąś mieć. A za kościół emerytury nikt nie płacił, więc żeby tę emeryturę na starość dostać, to ja musiałem pójść jeszcze do prywatnej pracy w nocy, co trzecią noc miałem takie dyżury. To przepracowałem jeszcze, razem z kościołem, dwadzieścia lat i za to mam emeryturę teraz jeszcze państwową. Było tak, że nieraz wracałem ze Stryja, skądś, z pogrzebu, to tak w sutannie, jak dziś, przychodziłem do pracy. Tam ściągałem sutannę. Znali mnie, ale bardzo mnie lubili wszędzie, bo ja kilkoma językami nieraz mógł, to nikt mnie się nie pytał, co ja tu robię - pracę swoją odsłużyłem, to nikogo nic nie obchodziło. I przepracowałem.
Józef Stadnik
Pierwszy raz do Polski pojechałam w 1968 roku. Nie wiedzieliśmy, czy wujek żywy i oni nie wiedzieli, czy my tu żywi - wiedzieli, że banderowcy są, itd. Ale ojciec ileś razy przez Czerwony Krzyż pisał i jakoś tak wyszło, że nareszcie się znaleźli. To w lecie przyjechał wujek z synem do nas, a jesienią, czy w końcu lata, pojechałam ja. I od 1968 roku jeżdżę już regularnie. Z tym tylko, że jak pracowałam w Akademii Medycznej, to nie miałam prawa jeździć w jakiś inny miesiąc, tylko wtedy, kiedy miałam w lecie urlop - Partia nie puszczała. I to było ciężko... Musiałam napisać takie zawiadomienie, że chciałabym pojechać do Polski, do rodziny. Wtedy zasiadał Komitet Partyjny i pytali się... I albo mnie puszczą, albo nie... Jeden głos mógł przeważyć i nigdzie nie jechałam. Wszystko dlatego, że pracowałam na wyższej uczelni. Ciężkie to czasy były. Zdarzyło się, że parę razy mnie nie puścili.
Zofia Stecka
Doglądaliśmy cieląt w kołchozie, a potem przesypywaliśmy żyto podczas zbiorów. Szuflą przesypywaliśmy. Ale głównie doglądaliśmy cieląt. Kosiliśmy też latem. Karmiliśmy, poiliśmy zwierzęta. Czy pani wie, że w kołchozie praca była za darmo, za nic? Siano, żyto robisz, to dwa kilo żyta dostaniesz. A narobisz się w tym kołchozie! Potem już po trzy kilo dawali za dzień pracy. Już jak trzy kilo dostaniesz, to zarobisz trochę grosza.
Aleksandra Stiepanowicz
[Czkałowo, Kazachstan/ZSRR, lata 40. i 50.]Tu pracowały często kobiety, robiły mnóstwo męskich rzeczy, bo na wojnę zabrano nam mężczyzn do trudarmii. Bardzo było trudno, bo my nie miałyśmy tyle siły. Aż któregoś dnia patrzę w pracy — wszystkie płaczą. Co się dzieje? A to wojna się skończyła i wszystkie płakały, bo taka radość nastała. Ale po wojnie ciągle było ciężko. Nic nam nie dawali, nic się nie poprawiało. I ta pogoda, te zimno takie straszne. Dopiero potem po 100 gram chleba dostawałyśmy w kołchozie, a kto nie wyrobił trudodni, to zaraz zsyłali gdzieś na Syberię. Małe dzieci chodziły pracować, każdy z rodziny musiał coś robić, żeby przeżyć. Bóg jeden wie, co musieliśmy robić, żeby tu przeżyć. A jeszcze ta komendantura, te pilnowanie, nadzór nad nami, że nigdzie nie można było odejść. A czasem to i uderzyli.
Leontyna Striekowskaja
[Banoń, lata 50.]My od rodziny odeszli i pojechali w okolice Połocka i tam w Banoni żyli. Tu w kołchozie pracowaliśmy na trudadzień. Co jesienią otrzymasz? To, co wyrośnie, a nic nie otrzymasz, jak nie wyrośnie. A tam w Banoni my już pracowali na pieniądze. W Maciukowie był kołchoz, a w Banoni — sowchoz.
Teresa Struj
Kabosze, Brasławszczyzna, 1949 rok] Aj, jak tam organizowali kołchoz? Wszystko trzeba było zdać. Tam konie, krowy odbierali. Jeden koń był — konie zabierali. Jedną krowę tylko zostawiali. Co było tam, zabierali — sanie… wszystko zabierali. Tylko zostawili jedną krowę i 50 setek ziemi było. Dawali każdemu, a jeśli tam 10–20 hektarów ktoś miał, to wszystko odbierali do kołchozu. Ot, tak. Takiego nie było.
Franciszek Szakiel
Ja brała ślub w Pińsku, w katedrze. To my zajechali, maszynę jakąś mój mąż znalazł. Tylko my dwoje i jego matka była. Jego siostra też wtedy ślub brała. Dotąd żyła bez ślubu, bo u nas nie było księdza. Ksiądz Świątek nam ślubu udzielił. Była sukienka biała i welon. Pożyczyliśmy ją - sukienka ta chodziła po całym Łagiszynie. Tam się my odzieli i taki ślub był. Potem ona sukienkę nałożyła i ten welon, i ten ślub jeden po drugim był. Wtedy mało ślubów ludzie brali. Cywilny brali i nie jeździli do katedry. A potem, kiedy już u nas ksiądz stał, to i starsi ślub brali.
Katarzyna Szerniewicz
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
Zaganiali nas, a my uciekali, nie chcielimy w te kołchozy iść. Którzy trochę byli zamożni ludzie, to nie chcieli, a biedni od razu poszli: "¶To będzie dobrze, będzie komuna, będą karmić z jednego kotła" - mówili. I ja pracowała, chodziła. Praca, to praca, ale płaca była bardzo marna. Ile zarobisz, to na plecach przyniesiesz tego ziarna, bo ziarnem płacili. Nie było ni kombajnu, maszyn tych co żęli, więc my to wszystko rękami robili. Parę lat to było ciężko w kołchozach. A teraz w kołchozie młodzieży nie ma, chociaż teraz mało trzeba tych ludzi. Zostali ci, którzy do pensji jeszcze dopracują. Młodzież to jeszcze jako traktorysty pracują, ale tak jej mało, bo wszystka młodzież poszła po miastach.
Katarzyna Szerniewicz
Komunizm, on miał takie diabelskie żyłkę, że on tak mógł ludziom wmówić... Poszłam na zebranie - Ot, teraz będzie! Nie trzeba będzie zwierząt trzymać, będziecie swobodniejsze, nie trzeba będzie tych koni... Traktory przyjadą, zrobią. Stodoły nie potrzebne - spalić, spalić wszystkie! Ja stoję, myślę: ludzie, a jeśli deszcz? Gdzie ty złożysz?! Panie, wszystkie klaskali! Ja wyszłam, przyszłam do domu płacząc. Myślę, Boże dlaczego ludzie nie rozumieją?! Teraz złożysz do stodoły, żeby to było na potem, żeby słoma była zimową porą dla zwierząt... A oni na polu wszystko zostawią... Panie, wszystkie klaskali...
Janina Szumiłło
[Wilno, lata 50.]Potem my uczyli się w Wilnie obydwie z siostrą w technikum i zrazu dziesięć klas skończyłyśmy. Było może i ciężkowato. Trzeba było za kwaterę zapłacić i za żywienie. My dostawali stypendium, bo uczyli się nieźle, to jakoś też było. No, zakończyli technikum i nas skierowali tutaj do Kłajpedy pracować, jako takich wot jakby – specjalistów. To bardzo dobrze, że tam hotel z początku był, potem dali nam nie bardzo dobre warunki, ale to był krótki czas, a potem już nas tak przesiedlali do lepszych, do lepszych, do lepszych... Najpierw mieszkało się we czterech, potem we dwóch w akademiku, a ja po sześciu latach miałam już mieszkanie spółdzielcze i za mąż wyszłam. Jak syn urodził się u mnie, już ja jego przywiozłam do kwatery dwupokojowej.
Franciszka Szustrowa
W kołchoz zabierali wszystkie sprzęty, i konie, i wóz, i wszystko co było. I sieczkarnia, i młockarnia, i stodołę nawet zabrali, i została się tylko chata. I z chaty wszystko zabrali, i ludzie zostali się z niczym. My chodzili do kołchozu. Nas było sześć dziewczynek starszych i młodszych. Dwadzieścia pięć - trzydzieści lat. Chodzilim tak po polu i śpiewalim pieśni kościelne, religijne, majowe, aż pole drżeło! Aż kołchoźna ziemia drżeła jak śpiewaliśmy pieśni nabożne i polskie, i nie bajali się. Uże jak w kałchoz wziali, to nie bajali się absolutnie niczego, nie bali się. Do Mosarza chodzili do kościoła, to było siedem kilometrów. Pamiętam, z kałchozu pryjdziem tam wieczorem. O dziewiątej, o dziesiątej ksiądz odprawiał, żeby ludzie z kołchozu mogli w kościele być. I, pamiętam, tam my wtedy chadzili, a do domu przychodzili w nocy. Jakieś święta, to my parafialnie chadzili w nocy do kościoła i wtenczas. A we dnie powszednie nie można było odprawiać mszy świętej i kościół zamknięty. Czasem, gdzie kto prosił, to ksiądz cichuńko mszę świętą, bo nie można było. Zabraliby księdzu prawa. Tak po cichu, tylko w niedzielę msza święta. Wtenczas i Boże Ciało ja robiła ołtarzyki w kościele, tylko w niedziele, a tak, w powszedni dzień, nie można było. Z rana ksiądz też odprawiał, ale we dnie nie można było zbierać się do kościoła. Ja w kołchozie długo nie pracowała, jakich może rok czy dwa. Ja uciekła z kołchozu na fabrykę. A z fabryki uciekła do sióstr, już w drugi rejon, zupełnie nikt nie wiedział, absolutno. I teraz nie wiedzą, że ja była u sióstr, nikt nie wie tego, tylko ksiądz wiedział.
Teresa Szymko
[Zesłanie do Kazachstanu w latach 1937 - 47 i praca po powrocie do Żytomierza]Na Sybirze trzymaliśmy w gospodarstwie krowy, świnie, barany. Z tego żyliśmy i ja mamusi pomagałam. A jak tu wróciłam, nie mam żadnej szkoły, tylko cztery klasy, poszłam do lasu pracować. Dostałam piłę, siekierę, kosę, taczkę... Takie moje ciężkie życie. I ja już tutaj w Żytomierzu w lesie pracowałam.
Janina Szymkowicz
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Pietrowka, lata 40.-50.]Była jedna krowa, i tą krową trzeba było pracować. W kołchozie trzeba było orać tą krową, a w czasie wojny trzeba było zdać państwu mleko z tej krowy, a jakie to może być mleko, jak ona cały dzień orała? Jarzmo wzięliśmy, i tak oraliśmy tą krową. Mieliśmy kury, to trzeba było zdać jajka, z prosiaków trzeba było zdać skórę. Ta krowa, co była, to chodziła taka, że sama skóra i kości. Wszystkiego od nas chcieli. Nas tu przywieźli na śmierć, ja wiem, ale myśmy przeżyli.
Leokadia Taszewska - Jentunina
A do kołchozu jak było ciężko iść... Ojciec wstępuje, powinna i matka, i syn, i córka. Znaczy, wszyscy do kałchozu, i wsio. Nie było tak, że można rzucić i nie pójść, gdzieś pojechać. Tylko w kołchoz. O, tak.Z rejonu przyjechał jakiś pełnamocny i robił kałchoz. Znaczy zebranie i znaczy jachitirował. Wytłumaczył, że kałchoz to bardzo dobre, że trzeba tylko w kołchozie: - To wszystko wasze i tylko pracujcie. No i dopracowali się, że szklanka ziarna, takiego śmiecia i jakich pięć kopiejek na trudadzień.
Bolesław Turonek
[Baranowicze, ZSRR, II poł. XX w.]To jeszcze chcę opowiedzieć taką anegdotkę. Znaczy Sowieci byli z 1939 roku do 1941 u nas, potem okupacja niemiecka i znowuż Sowieci. Ot przyjeżdża kobieta na kurację do kurortu, tam gdzieś na Ukrainę - Zachodnią Ukrainę, pod Lwowem, do Hucułów. No i Rosjanka pyta się jej: - No jak ci się podobają Sowieci?A ona mówi: - No podobają się, nie podobają się, ale ci pierwsi byli lepsi. - Czemu? - Bo pobyły, pobyły i poszli! Bo pobyły i poszli, a ci nijak nie odchodzą, teraźniejsi. Tamci byli lepsi!
Łucja Turowicz
[Prykordonna Ułaszanka, pow. Sławucki, lata 30.; Fastów po 1950] Ja nie pamiętam kolektywizacji, ale po rozmowie coś wiem. Ja wiem, bo ja w kołchozie pracowała też. Pozabierali wszystko! Wszystko pozabierali. Zachodzili do mieszkania, ot, i kto tam schował jakiś garnek fasoli czy tam co, zabierali wszystko i odprawiali do Rosji. Przez to u nas taki głód był. Wszystko, wszystko zabrali. A jak było, gdy my pracowali już po wojnie - tak ciężko pracowali, ja nie wiem jak - wszystko zabierali, wywozili, a nam... Pracujesz cały dzień - stawiają tobie pałoczki, trudodzień nazywa się to, trudodzień. I na ten trudodzień dawali nam ziarna 200 gram. Całe lato pracujesz, i pójdziesz, i 50 kg na plecach przyniesiesz ziarna tego. To straszne było. A jak pracowali po wojnie - mołotarka taka, zboże mełło tak, całą dobę. A mój brat był bryhadierom w kołchozie. Kto idzie, kto nie idzie, a ja muszę iść do tej pracy. Nie było ni niedzieli, ni święta, nic nie było. Do pracy, do pracy i do pracy. Po samej wojnie zebrali przed żniwami zebranie, klub, w 1947 roku. Zebrali te zebranie i posadzili, kto nie wypracował trudodni - normy. O tyle, taka była norma, ja już nie pamiętam dokładnie, jaka. A byli tacy, że małe dzieci mieli, mąż na froncie - nie ma, z frontu nie przyszedł, dwoje dzieci. Nie mogę tego mówić, to strach! To takie było, że nie wiem. Posadzili dwie kobiety do aresztu. Zebranie zrobili i zakryli drzwi, spędzili nas wszystkich. Wszyscy ponajadali się cebuli z kwaśnym mlekiem. Okna zakryte, drzwi zakryte. A ona siedzi w areszcie, i u niej dwa syna, i nie wyrobiła normy. I druga też tak samo. A mąż z frontu nie przyszedł. Idzie wieczór, idzie krowa już do domu na obiad, a ona: - Oj, trzeba krowę zapędzić. - Szto? Siedź! Ty podsudima, ty wrag naroda! Ty nie wyrobiła trudodni!
Czesława Tyska
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
Były szalone kolejki za mlekiem, za masłem, za białym chlebem. To już za Moskali. Moja córka Ala urodziła się w 1964 roku. Kolejki o piątej rano zajmowaliśmy. Dziecko małe, więc na zmianę, to mama chodziła, to ja. Ni mleka, ni sera, ni śmietany. Musiałam przynosić do sklepu dokument, że ja mam małe dziecko, żeby dostać dwa czy trzy litry mleka. Kiedy Chruszczowa zdjęli z władzy, wtedy się dopiero wszystko pojawiło. To było widocznie tak specjalnie zrobione, ażeby jego zdjąć z władzy. Daleko po wojnie, sześćdziesiąty czwarty, piąty, szósty rok, a taka bieda była wtedy.
Elżbieta Wieremiej
[Kamień, lata 40.]Las trzeba było wozić do rzeki, do spławu. Dawali po 30, po 50 kilometrów do wywiezienia. A my liczyliśmy się jako kułacy, więc dawali nam więcej — 100 kilometrów lasu. Z ichniej strony to była jakby kara, a z naszej strony to i dobrze. Pomagali nam tym, bo drogo płacili za wywieziony las. Mój tato, który urodził się w 1895 roku, był już wtedy stary, więc to ja jeździłem do lasu. Konia miałem dobrego i dużo jeździłem. W 1947 roku byłem pierwszy w rejonie. Raz wywiozłem 117 kilometrów. Nawet w gazecie napisali: Wierzbicki Anton wywiózł pierwszy w rejonie 117 kilometrów lasu. I dużo pieniędzy otrzymaliśmy za tę robotę.
Jan Wierzbicki
A u ludzi jeszcze gorzej było tam w Białorusi, co przed wojną była sowiecka. Pamiętam, że maszynkę do szycia na plecach przyniosła kobieta aż z Witebska. I tutaj zamieniła ją na krowę, a tę krowę aż do Witebska prowadziła. Takie było jej życie. U nas to chociaż jeszcze mieli gospodarze jakieś krówki, po dwie i więcej mieli. Przed wojną nikt u nas nic nie wiedział, nic pojęcia nie mieli. Opowiadali ci, którzy żyli przy granicy, nad rzeką Dźwiną, jak to rodzina i krewni byli rozłączeni przez rzekę. To ci z Polski, po polskiej stronie, to mogli rozmawiać i prosili, przez rzekę krzyczeli, żeby cokolwiek tamci odpowiedzieli. Ale tamci, broń Boże, nawet słóweczka nie odpowiadali. Wszędzie pogranicznicy siedzieli po drugiej stronie rzeki.
Eugeniusz Wierzbicki
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP, Kresy przed 1939 rokiem,
[Kozłowszczyzna, lata 50.]Jak nie było kościołów już potem, jak je pozamykali, to w Wielki Post zbierali się w swoich domach, modlili się razem, majowe nabożeństwo u nas w mieszkaniu my odprawiali. W każdy dzień majowe nabożeństwo, nawet wszystkie prawosławne do nas przychodzili. Ja robiłam zawsze ołtarzyk. Przychodzili starsi i młodsze. Ojciec u mnie był muzykant, na skrzypcach bardzo ładnie grał. A brat Czesiek to grał na bajanie. Na wesela jeździli grać. Muzykalna taka rodzina była. Ja nawet z barabanami własnymi jeździłam kiedyś. Oj, ojciec mój tysiące ludzi ożenił...
Alina Wiszewska
[1946 - pomoc humanitarna z Zachodu w Kamieńcu]A potem przychodzi rok 1946, właśnie wtedy Ameryka, Anglia, nie wiem kto tam jeszcze, zaczęli nam pomagać. Przypływały więc okręty do Odessy. Produkty i odzież zbierali po Europie, kto tylko mógł, i przywozili dla tych regionów, dla tych krajów, które tak ciężko ucierpieli właśnie przez tą wojnę. No i zwyczajnie tam gdzieś w portach rozdzielali to, którędy to ma dalej iść: na Podole, na Ukrainę, może na Białoruś i jeszcze gdzieś. I trafiało to także już do Kamieńca, do urzędu i do zarządu listnego. To zarząd, ci wszyscy ludzie sobie te rzeczy zabierali, a co już im nie było potrzebne, to wreszcie dawali i nam, biednym - jakieś stare palta, sukienki, jakieś pantofle, nie pamiętam co, jakieś produkty. I my byli szczęśliwi, radzi, że nam to też podpadło. Bo my przed wojną nie mogliśmy sobie nic kupić, w czasie wojny tym bardziej, a po wojnie nie ma nic - goli, bosi i głodni.
Halina Wiśniewska
[Mińsk, Baranowicze, lata 50.]Jak przyszli drudzy Sowieci - ja to mówię drudzy w 1944 roku - to skończyłam szkołę. Bardzo trudno było mi ją ukończyć. Potem uczyłam się już na uczelni i w domu został mój drugi brat, Jurek, i ciocia Zosia, którzy raczej nie mieli środków do życia, którzy strasznie głodowali. I ja - ucząca się na uczelni - która również mocno głodowała, ale musiała im co dwa tygodnie jakieś jedzenie wieźć. I właśnie brałam z dziesięć bagietek, coś jeszcze, no i wiozłam. Z Mińska, tutaj, gdzie mieszkałam, jakieś 200 kilometrów. A że nie było biletów, to znaczy pieniędzy na bilety, to ja przeważnie z kolegami jechałam na dachu pociągu. Jak można było nie spaść, nie wiem, ale się jechało na dachu, w Baranowiczach schodziło - my mieszkali już w drugiej wsi. Jechałam - im jakieś pieniążki musiałam zawieźć - i kupowało się mleko, i oni, ciocia Zosia i Jurek, z takim smakiem to jedli wszystko, i: - No jedz z nami, Elu! A ja mówię: - Ja codziennie w Mińsku to jem, a wy choć teraz jedzcie. A mnie kiszki skręcają, ja tylko marzę, że jak skończę uczelnię, to ja codziennie będę sobie kupowała bagietkę i codziennie będę dwa litry mleka wypijała.
Elżbieta Wrzosek
W 1947 roku zaczął się głód. Chleb był, ale nam chleba nie dali. Rosjanie nam chleba nie dali. Niczego nie było. Było bardzo trudno. Ja wtedy robiłam tak: szłam na bazar, kupowałam bochenek chleba i dzieliłam ten chleb na dwanaście kawałków. Jeden chleb kosztował dziesięć rubli, a ja za niego brałam dwanaście. Tak, że ja dwa ruble sobie zarobiłam na tym chlebie. A z tych dwóch kawałków chleba, to jeden dawałam komuś, a drugi brałam dla siebie i to było wszystko.
Stanisława Zahorniak
My chodzili do kołchozu, nam nie płacili. Tam sto gram girsy jakiejś posypią za trudadzień. Trzeba było trudadni wypracowywać. Ot, i ludzie tak męczyli się. Jak młócą, to kradną, do kieszeni nasypują sobie. Bo jeść nie było co. Ciężka praca była w kołchozie i bezpłatna.
Władysława Zasztoft
Codziennie do szkoły chodziłam po osiemnaście kilometrów - w jedną stronę dziewięć i w drugą dziewięć. I tak przez trzy lata. W 1953 roku była tak mroźna zima, że mama postanowiła żebym przez dwa, trzy miesiące mieszkała na stancji. Wynajmowaliśmy mieszkanie. Ogólnie można powiedzieć, że we wsi było całkiem dobrze. Był klub dla młodzieży, była orkiestra, dużo harmonistów, często były potańcówki. Zbieraliśmy się w niedzielę w klubie. W jednym kręgu siadały dziewczyny, w drugim chłopaki i odbywały się swoiste zawody, kto lepiej zaśpiewa. Zawsze to z radością wspominam, dlatego że wydawało mi się, że te lata były dla mnie najlepsze w życiu.
Maria Zawackaja
Przywieźli nas do baraków, wokół był tylko las, nic więcej. Zesłani tam byli Ukraińcy, Mołdawianie i my - Polacy. Klimat był paskudny, ale musieliśmy tam żyć przez dwa i pół roku. Chleba dawali nam jeden bochenek na tydzień. Mama nas wysyłała do szkoły w innej wsi. To było aż 8 kilometrów w jedną stronę. Na drogę dawała nam kilogram owsianki, butelkę oleju i właśnie bochenek chleba. To musiało nam z siostrą wystarczyć na cały tydzień. Ale już tam, na miejscu, próbowałyśmy dorabiać w kołchozie. Pomagałyśmy w kołchozie w polu. Za dzień pracy pozwalali nam brać wiadro kartofli. I tak żeśmy przetrwały. W soboty wracałyśmy te osiem kilometrów do domu przez tajgę, choć zimą mrozy dochodziły do 50 stopni.
Wiktoria Żozdziewska
W 1947 roku na Białorusi był wielki głód i żeby ratować rodzinę, musiałam iść żebrać o kawałek chleba. Pracowałam też ciężko, często za kawałeczek chleba albo za talerzyk zupy, a gdy mama nie dawała już rady wykarmić mnie i siostry, to jedna z nas musiała iść do domu dziecka. W domu dziecka byłam od 1947 do 1949 roku. Pamiętam, że wychowawcą był Paweł Lampowicz, Żyd, bardzo dobry człowiek. Ale za to dzieci były złe. Niby się z nami przyjaźniły, ale żadne nie miało rodziców i z tego powodu było szczególnie trudno o prawdziwe koleżeństwo. Karmiono nas tak, jak to w tych latach bywało, czyli bardzo marnie, a jak się czasem dostało kawałek chleba czy cukierka, to się chowało, żeby później dać mamie. Była ogromna bieda. Ja chodziłam do szkoły w jednym zwykłym bucie i w jednym kaloszu, bo nie miałam do pary.
Wiktoria Żozdziewska