Okupacja niemiecka
[Ostrowiszki, pow. brasławski, rok 1941]Niemcy u nas centralną drogą jechali. Tam byli zatrzymali się w jednym niewielkim takim lasku. No, jak oni wyglądali? Zdrowe oni, mężczyźni wszystkie, ładne, młode. No, same żołnierze, same żołnierze. Ubrania były fajne takie, nie takie jak tam u radzieckich, brezentowe buty, tam wszystko. Oni też nas tu Niemcy nie czepiali, tylko jak na las szli, na białoruską bandę, wtedy oni tam za rzeką palili i ludzi w Germanią brali, ale tak, rodzin, nas, to mocno nie ruchali.
Antoni Aleksandrowicz
Mama jeździła do rodziny po produkty, żeby coś przywieźć dla dzieci i raz trafiła w łapankę. Niemcy zatrzymywali pociągi. Tu były ukraińskie oddziały, oni nawet nosili niemieckie mundury i bardzo źle odnosili się do Polaków. Zatrzymali pociąg, którym mama jechała ze Lwowa do Przemyśla. Wszyscy wysiadali i Ukraińcy Polaków rozstrzeliwali. Mojej koleżanki ciocię tak rozstrzelali. Mama jechała wtedy z sąsiadką, Ukrainką. I ta Ukrainka mówi: - Niech sobie pani szybko chustkę zawiąże. Jak Ukrainiec podszedł i pytał, to ona mówi: - To moja sąsiadka, ją zęby bolą. I tak uratowała mamę.Potem mama drugi raz trafiła na łapankę, w mieście. Złapali i na Podzamcze. Tam były piwnice i wszystkich ludzi tam zapędzili. Mama była taka szczuplutka, drobniejsza, niższa ode mnie troszkę, w takim futerku. Mama zaczęła się modlić: - Boże, co będzie z moimi dziećmi? A tam było okienko i jakiś mężczyzna mówi: - Proszę pani, a może pani wylezie tutaj, a to na boczną ulicę było. I oni mamę podsadzili, potem podali to futerko i mama szczęśliwie uciekła z tego.
Krystyna Angielska
Obóz w Stutthofie, 1944 Ryga znowu była zajęta przez Niemców. I naszych osiemnastu chłopaków z AK Niemcy rozstrzelali w Rydze. Oni jakoś nawiązali współpracę z komunistami. Jak to było, tego ja bliżej nie wiem, ale z tego powodu zostali rozstrzelani. I wtedy myśmy pobyli miesiąc w więzieniu, i we wrześniu 1944 r. posadzili nas na statek, i tak dotarliśmy do Gdańska. I łodziami, przez kanały dotarliśmy do Stutthofu. I tam było napisane: Arbeit Macht Frei. Tak to było na obozach wszędzie napisane, że albo praca, albo przez komin i będziesz wolny. I my byliśmy w łagrze takim, na trzy piętra nocowaliśmy. Jeden kapo był elektryk, i ja pracowałem jako elektryk w tym elektrycznym zespole, ale potem poznałem jednego harcerza, a ja też byłem w harcerstwie. On mówił, że u nich brakuje jednego człowieka, że zaniemógł. A ten kapo był Kamiński, volksdeutsch, a polskie nazwisko było. Ja jemu mówię, że jutro ja nie przyjdę na pracę. - A to dlaczego? Ja mówię, że poznałem takiego chłopaka, co jest w komando, gdzie króliki hodują dla oficerów gestapo. No, on tak popatrzył na mnie: - No, dobrze, dobrze, jak to tobie wyjdzie. No i ja jeden dzień odpracowałem, a na drugi dzień mnie powołali do arbeitsamtu. Przychodzę i mówię, że Bartuszewicz taki a taki zgłosił się. A Niemiec mnie w mordę i mówi: - Tutaj ty masz trójkąt politycznego więźnia i tutaj żadnego nazwiska już więcej nie masz. No i dostałem chłostę, 25 razy gumą. Był tam jeden taki więzień niemiecki, który dosłużył się tego, że on bił.
Michał Bartuszewicz
[Żytomierz, 1942]Opowiem, jak już mnie Niemcy wywieźli na polską granicę i jak uciekłam. Najpierw załadowali nas tu, w Żytomierzu, w wagony. Razem, chłopców i dziewczyny, wszystkich razem. I nie było gdzie nie to żeby się położyć, ale gdzie usiąść, tyle nas napakowali do wagonów. Zajechaliśmy gdzieś aż do Polski, przynieśli nam jeść na jakiejś stacji: zatrzymali i rzucili jakąś pieczoną brukiew, ot tak, rzucili do wagonu. Nie mogłam nawet na tę brukiew patrzeć, co dopiero jeść… Gdy już dojechaliśmy na tę granicę, zatrzymali wagony i posłali po jedzenie. Wzięli nas 16 osób, wybrali i powiedzieli: – Pójdziecie po jedzenie. Dali nam jakieś torby i idziemy parami, z przodu patrol i z tyłu patrol. A była ze mną dziewczyna wyższa ode mnie, ja byłam mniejsza, i mówię jej: – Tamara, będę uciekać. A ona na to: – Ja z tobą. – No – mówię – lepiej mnie nie zawiedź. A koło stacji był bazar, baby stały, sprzedawały, co tam kto sprzedaje, wszystko co można. Idziemy przez ten bazarek i Niemcy dwaj z przodu już przeszli, a z tyłu – patrzę – jeden właśnie zapala papierosa. Popatrzyłam na tego drugiego, on coś mówi do niego akurat. A my akurat na samym bazarze, wśród ludzi. I ja skoczyłam między tych ludzi, i ta dziewczyna też. Jakaś kobieta – pewnie nie raz jej przychodziło ratować ludzi – miała wielką chustę i tą chustą mnie nakryła całą, ramiona, głowę, i mówi: – Siedź, nie uciekaj. A mówiła taką łamaną polszczyzną. Postawiła przede mną koszyk, w którym miała rzeczy na handel, i tak samo ktoś ukrył tę dziewczynę. A jak uciekłyśmy, to jeszcze parę osób uciekło w drugą stronę, Niemcy zaczęli strzelać, szukać, ale nas nie znaleźli. Potem jedna kobieta z tego bazaru wzięła nas ze sobą, szła z bazaru do domu, przenocowałyśmy u niej, dała nam po kawałku chleba, słoniny, pokazała, jak iść dalej. I poszłyśmy; przyjdziemy do wsi, ludzie coś robią, pomożemy im. I tak szłyśmy, szłyśmy i przyszłyśmy do jednej chaty, a była już taka pora, że trzeba było kopać kartofle. Zachodzimy do kobiety do chaty, a ona mówi: – Pomożecie mi kopać kartofle. Pomogłyśmy. A miała ona dwóch synów u banderowców. Kopiemy te kartofle, wchodzimy do chaty, a tam tyle chleba napieczone. Ona mówi, że przyjdą dziś chłopcy, zabiorą chleb. A nam mówi: – Wchodźcie na piec. Zalazłyśmy na ten piec, śpimy tam. I przychodzi jeden z tych synów, i mówi do matki: – Nikogo u ciebie nie było? Nikt nie przychodził? Ona mówi: – Nie, nikogo. To była dobra kobieta. – A jak to, ty sama tyle kartofli wykopałaś? A ona mówi, że kopała cały dzień, to i wykopała. Od rana do wieczora czasu dużo. I tu przyszedł drugi, zawołał go, zabrali ten chleb i poszli. Ta kobieta daje nam bochenek chleba, daje coś jeszcze do jedzenia i mówi: – Idźcie, gdzie was oczy poniosą, bo to moi synowie, ale oni są u banderowców. Jak was znajdą, zabiją, a i nie to, że zabiją, a zamęczą. I tak poszłyśmy stamtąd.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Stosunki polsko-ukraińskie,
Trzeba było pracować albo żebrać. Ale nie bardzo się chciało na Niemca pracować. Matka tak troszku pracowała, nas było troje dzieci, było ciężko. No, jakoś przeżyliśmy. Ojciec przepadł bez wieści, z ostatnim oddziałem AK. Za Niemców, kto przeciwko nim nie występował, to Niemcy nie dokuczali. A kto miał u nas występować? Starsza siostra była maleńka, ja byłem maleńki, najmniejsza tak samo, ledwie że w pieluszkach... To nikt się nas nie czepiał.
Józef Bernard
[Słonim]To nawet jeden pracował w magazynie. Wydawał jedzenie wszystkie dla Niemców, dla rannych, do kuchni. Nazywał się Ganz, taki maleńki, nieduży był. I zobaczył, że my pracujemy. Powiedział: —Jak mnie was szkoda, wy takie dziewczynki młode i wam przychodzi tak ciężko pracować. Ja zachorowałam. Gardło mnie bolało. To on mnie naparzył na kuchni i przyniósł mleka z miodem i z masłem: — Napij się. Uważał, żeby nikt nie widział, żeby Niemcy nie widzieli. — Mnie tak was szkoda, wy takie małe, takie młodziutkie i pracujecie. U mnie też troje dzieci zostało tam, no i my niewinni. To Hitler narobił tego wszystkiego, że taka nienawiść, że tak ludzi biją, to jego wola. A ilu naszych ludzi niewinnych? Idziemy na front. Musimy, bo nas gonią.
Helena Bielska
[Wilno, 1941]Jak w 1941 roku Niemcy zaszli, nasze kierowniczki Litwinki zaczęły hulać z nimi i nas wszystkich wypędziły. Na nasze miejsce z Litwy dzieci przywieźli. A nas tak jak stałyśmy wygonili, a to lipiec był, miałyśmy jedynie sukieneczki z krótkim rękawem, nic więcej, nawet koszulki na zmianę nie dostałyśmy. Tak jak stałyśmy, bose, gołe. – Uciekajcie do domu. Dobrze miały te, które miały rodziców, chociaż biednie żyli, ale byli. A u mnie jeden ojciec był i to bezrobotny.
Helena Borejko
dotyczy także: Stosunki polsko-litewskie,
[Wilno, 1941-44]Zarabiałam pieniądze w czasie okupacji, cerując niemieckim oficerom skarpetki. Trzy pary skarpetek poceruję, to mam bochankę chleba. Na karteczki bardzo mało było, nie wystarczało, ale jak ja zarabiałam ten chleb, to mnie wystarczało. Pracowałam wtedy w kuchni, gdzie była weterynaryjna kompania i konie leczyli. Z biura pracy nas jedenaście tam posłali. Niemcy przynosili nici swoje i skarpetki do kuchni, ja wycerowałam, przynosiłam im całe, a oni mnie chleb dawali. Tak żyło się. Dobrze było. Oni gotowali takie jedzenie, że jak mnie nalali takiej ni to zupy gęstej do menażki wojskowej, to ja zanosiłam i rodzinę nakarmiłam, bo jeszcze mój ojciec i brat żyli i dla nich wystarczało.
Helena Borejko
[Żytomierz, 1942] Jesienią 1942 ja był zaaresztowany. Zachorowałem na plamisty tyfus. Jeszcze ukrywałem się, a już w strasznej gorączce mnie przywieźli koledzy moi, ci, co mnie pomagali ukrywać się, z partyzantki, z podziemia. Przywieźli do domu, do matki. Tam była u mnie w domu kryjówka taka, i ta kryjówka przydała mi się już w czasie bolszewików. Nikt nie wiedział o tym, że ja kryję się, że ja choruję, leżę w domu. Sprowadzili mnie lekarza tego, któremu ja kiedyś z obozu niemieckiego pomagałem przeprawiać się do partyzantki. Tego lekarza sprowadzili mnie nocą i ten lekarz powiedział, że to plamisty tyfus, trzeba czekać, a żadnych leków nie było: – Pić dawać jemu. I matka ze mną w tej kryjówce siedziała. I był taki kryzys: albo, albo. I ja przeżyłem! Mama mówiła mnie, że jak ja był w gorączce, to do niej chodzili tajemnie koledzy z podziemia, przynieśli grochu, oleju trochę, chleba – przynosili jedzenie dla mnie. Potem musiałem wyjść rano, żeby nikt nie zauważył, z rana ciemno. Wyszedłem i mój pies mnie tak objął prawie za szyję, i ja zauważyłem, że u niego łzy na oczach, płacze mój pies. Ja tak jeszcze wziąłem jego łapy: – Co ty? I on tak liże mnie wszędzie, w ręce i coś chciał mnie niby powiedzieć. Wyszedłem, żeby nawiązać kontakty, że muszę teraz ukrywać się, bo nie będę siedział w domu, bo nie mogę. A wracałem do domu – i już mnie Gestapo… Ktoś zauważył, że ja wyszedłem z domu rano, zawiadomił, i szukało mnie po mieście Gestapo. Szedłem z powrotem do domu i czuję, że mój pies wyje: Uuuuu! On czuł, dawał mnie sygnał. Tylko doszedłem i zza rogu na mnie latarki: – Hände hoch! To Ukraińcy byli, dwóch cywilnych i dwóch w mundurach SD z bronią automatyczną. Wpadłem jak głupi. Jak mnie prowadzili, zrozumiałem, że to jest straszny koniec. Żywym zdać się w ręce Gestapo to bardzo niebezpieczne. Szedłem i modliłem się do Matki Boskiej: – Pomóż mi, Matko Najświętsza, pomóż mi, co mam im mówić, pomóż mi wytrwać. Ja znałem prawie całe podziemie, bardzo dużo ludzi: gdzie mieszkają, żyją, nachodzą się, gdzie ich kryjówki. Wszystko wiedziałem!
Franciszek Brzeziecki
dotyczy także: Wojna sowiecko - niemiecka, Partyzanci sowieccy,
[Żytomierz, 1942] W tym czasie miałem badanie, straszne badanie! Nie będę opowiadać, ale ja byłem przyzwyczajony już do wszystkiego: do głodu, do pobicia, do wszystkiego. Byłem przecież sierotą i żyłem nie w rozkoszach. Dziecinne lata rozstrzelane moje, a teraz młodość zaczynała się rozstrzelana. I nie przyznałem się! Mówię, że ja byłem handlarzem, handlowałem – przecież Niemcy nie zabraniają handlować – zapalniczki, kamienie, sól, sacharyna. Kupowałem u żołnierzy i sprzedawałem na targu, ale potem mnie złapali. Tak mnie nauczył Bóg! Wiem, że ktoś im dokładnie mówił, że w takim czasie zachodzili do mieszkania ludzie i ja tam też byłem w tym czasie. Tłumaczyłem więc, że ja na targu brałem tych, co chcą kupić więcej zapałek: – Ja nie mogłem ze sobą dużo nosić, bo wasi policjanci nas łapią i rewidują, zabierają ten towar! Żeby oni tak nie robili, to ja jak takich kupców nachodziłem i prowadziłem ich, bo mieszkanko było niedaleko targu. Zaprowadzałem ich do mieszkania i tam im sprzedawałem, i byłem od policjantów kryty. Jam im to tłumaczył. Dwa miesiące mnie torturowano, nikt nie myślał, że ja będę żył, nikt. Kilka razy mnie bardzo storturowali i wrzucili potem już z jedynki do celi śmiertników, do celi skazańców. Ósma cela taka była. I tam mnie poznał jeden sąsiad mój, Hryszka. On potem mnie mówił: – Patrzę, jedna strona pohoża na Franka, druga nie pohoża. I on mnie poznał, brał z okna lód, bo to zimą, robili kompresy. I ja przyszedł do siebie.
Franciszek Brzeziecki
dotyczy także: Wojna sowiecko - niemiecka,
[Majdanek, 1943] Z Majdanka do Gross-Rosen, z Gross-Rosen do obozu Flossenburg, komando Leitmeritz, na podziemiach, a z tego obozu już na wolność. Ale od razu my poczuli, że na nas patrzą jak na wrogów, bo wszystkie narodowości swoich więźniów spotykali kwiatami, pocałunkami, a na nas patrzyli jak na jakiś przestępców: - Dlaczego jeszcze żyjesz? Jak to tak? U Niemców był. No głupie. To w ogóle była bolszewicka, głupia komenda. Ja uczułem to od razu, ale Polacy – już mnie nawet stanowisko było naznaczone, już był wymierzony stopień mój wojskowy: – Ty będziesz u nas. A ja im mówię: – Bracia, wam szczerze powiem. Ja też marzyłem przez całe życie, żeby w Polsce być, ale tam moi zostali, nie znam losu ni ojca, ni matki, ni siostry, ni swoich braci. Nikogo nie znam losu i nie wiem, co z nimi będzie, jak ja nie będę tam. Mam obowiązek duży do pracy tam u siebie! Tam cmentarz katolicki, tam kościoły. Ja nie wiem, co z nimi, muszę wracać tam.
Franciszek Brzeziecki
Pani Hubertówna, dyrektorka szkoły, chroniła dziewczęta, żeby nie wywieźli nas do pracy, do Niemiec. Zorganizowała krawiecką szkołę. Wydaje mi się, że nie ma w Stanisławowie szkoły, w której bym się nie uczyła. Uczyłam się na ulicy Kamińskiego. Przychodzę rano do szkoły i słyszę: – Już szkoły tu nie ma, już tutaj są koszary, a ty masz się uczyć koło katedry... Przychodzimy tam, koło katedry, a tam już są koszary albo inna szkoła, a nas przenoszą na Lenina...Więc tam się pouczyliśmy trochę, później znowu gdzie indziej. Ludzie byli tacy ofiarni. Dawali nam maszyny do szycia, bezpłatnie, żeby nas nie wywieźli. Baliśmy się Niemców. Już wojnę zobaczyliśmy, już był strach. Żydzi uciekali, wszyscy od Niemców uciekali...Nie nauczyliśmy się mówić po niemiecku. Dyrektor przyszedł i powiedział, żebyśmy się wszystkiego uczyli, ale po niemiecku nie trzeba umieć, bo i tak Niemców pobijemy! To był Polak.
Stanisława Ciwka
Mama ciężko zachorowała. Dostała dyzenterię. Nie było co jeść, wszystko brudne, wody nie ma, prądu nie ma. I uratował mnie doktor Studnicki. Boże, gdzie on teraz jest? Żeby mu i jego całej rodzinie Pan Bóg błogosławił. Wziął mnie do szpitala dla dzieci. I ja byłam jako salowa. Z warkoczykami, w sukieneczce, chuda… Ważyłam raptem niecałe 40 kilo. Ja – salowa. Tam dziecko trzeba było podnieść, co miało złamaną rączkę albo po operacji, to wózek pchać… No, jaka ja salowa? Doktor mnie kazał nosić długie lekarskie fartuchy, zawiązywać i coś w nie podkładać, jakieś pieluszki, żebym wyglądała jak kobieta, żebym mogła pracować. To ja tam mogłam zjeść.
Zofia Czupachina - Weber
Niemcy przyszli. I pytają się nas w drzwiach, bo my na parterze mieszkaliśmy, a wizytówki wszyscy pochowali, bo się bali: – Proszę pani, gdzie tu mieszka pan Ziemiński? Mama powiedziała: – Ja takiego nie znam, my dopiero tu mieszkamy niedawno. Baliśmy się przyznać, że dawno. – Nie znamy ich. Niemcy za kłamstwo i za kradzież, to cięli języki i ręce, to jest fakt. Nie można było im skłamać. Poszli do drugiego mieszkania, na górę, a tam mieszkał taki Ukrainiec, któremu później Rosjanie dali w kość. Pytają się, gdzie tu mieszka Ziemiński. On pokazuje: – Tutaj. Oni poszli. Nie pytali się, tylko mężczyzna wyszedł – Zieliński. A jego żona, pani Lusia, miała dwoje dzieci, Basię i Krzysiunia, i w ciąży była. Oni wyszli, patrzą się, że chłop. Wyciągnęli go, postawili na środku podwórza, zastrzelili pod murem. A okazało się, że nie Zielińskiego a Ziemińskiego szukali. I tamten źle powiedział, Niemcy się nie zorientowali. I ta pani Lusia na balkonie upadła, zaczęła krzyczeć wniebogłosy. Mama powiedziała: – Odejdź od okna, bo jeszcze nie wiadomo, co z tobą będzie. Jak Rosjanie wkroczyli tutaj, to jakiś sąsiad z tych poszkodowanych pokazał na tego Ukraińca. On tak uciekał, uciekał! Jego złapali parę kilometrów od miejsca zamieszkania. On uciekał, chciał się schować. Bo on z Niemcami współdziałał. Złapali go. Zbili, połamali mu żebra, ręce. I taka szuja wyżyła, i potem jako Polak wyjechał do Polski.
Zofia Czupachina - Weber
[Mazolewszczyzna, 1941–44]Niemcy jak weszli, to działo się strasznie. Każdego dnia ktoś był zabity, zamordowany. Tutej w Iwieńcu był Czech, tak jego nazywali, starszym w Niemcach i jego było rozporządzenie, że trzeba kogoś zabić — taki to był kat.
Halina Czyszewicz
Zacznę od tego, co mi mama opowiadała. Ja tylko pamiętam, jak tata wrócił z wojny. Mieszkaliśmy w lesie, byli tam partyzanci. I Niemcy zlikwidowali całą wieś. Dwa kilometry od nas żyła siostra mamy i babcia z dziadkiem. Nas wywieźli wcześniej. Moja kuzynka przybiegła do nas, ale nas już nie było, tylko lalkę moją znalazła. Wzięła moją lalkę, przybiegła do domu i wtedy ich też zabrali. Do jednej wsi. Tam był duży magazyn, i tam zaganiali wszystkich ludzi. Ile tam wsi było? Na pewno pięć, sześć. A wieczorem przegnali wszystkie stada, co u kogo było: krowy, owce... Słońce już zachodziło. Część ludzi Niemcy zostawili, żeby doili krowy. I byli tacy ludzie... Oni byli trochę niedorozwinięci – wypadli, żeby bić Niemców. Niemcy wzięli ich do bani (łaźnia), a w bani – pod takie deski, i tam ich palili. Na oczach tych ludzi, którzy tam byli w magazynie. Wszyscy płakali. Gwałt, krzyk.Przenocowali tam, jak mogli. Ja jeszcze byłam zupełnie maleńka. A z rana pognali podwody, żeby wywozić ich do Niemiec. Wywozili do Brasławia. W Brasławiu był pociąg, nazywał się "Kukuszka". Oni sadzili ich i wywozili. Młodych brali więcej. I kolejka doszła do mojej mamy. Była tam też moja ciocia rodzona. U cioci było troje dzieci, a u mamy – ja jedna. I dziadek z babcią byli. I oni z tą siostrą zostali. Powiedzieli: my pomożemy, u niej troje dzieci, a u ciebie – jedno.Ciocia przekazała mamie, że babcię i dziadka zamordowali. Dziadek był stareńki, miał 80 lat, a babcia była młodsza od niego, o 20 lat. Niemcy powiedzieli dziadkowi: - Ty, stary, zimno ci? Chcesz się ogrzać? On powiedział: - Tak. Oni zaczęli jego wodzić w zarośla. Babcia wtedy: - Dokąd powieźli mojego dziadka?! Ja pójdę, zobaczę! Kiedy zaczęli celować w dziadka, babcia rzuciła się do ucieczki, ale nie zdążyła. I ją zabili, i jego. I siostra opowiedziała to mamie. Oczywiście płakały, ale zdecydowały, jak dostać się do tamtej strefy, żeby ich pochować. Oni leżeli pod odkrytym niebem! Znalazły gdzieś konia i pojechały drugą drogą, nie centralną. Jechały na przełaj, polami. Zapomniały, że u nich dzieci: i ja, i cioci mojej. Niemcy mogli je zabić, ale one w rozpaczy o tym nie myślały. Zebrały się nocą, znały te drogi. Znalazły dziadka i babcię zamordowanych. Z dziadka zdjęta już była kurtka, i babcia niedaleko leżała. Mama zawsze płakała, jak mi to opowiadała.
Irena Dargiel
[Ryga, 1944]Wtenczas na tej ulicy, gdy byłam już zamężna, mieszkaliśmy w domu trzy- czy czteropiętrowym, na wewnętrznym dziedzińcu. Były bombardowania. Nie było jak wyjść, bo wszędzie się paliło. Ścianę, która była murowana, przebili żołnierze. Zdaje mi się, że byli to Niemcy, którzy odstępowali, albo Rosjanie. I my przez tę dziurę, która dom przebiła, tak że jej wylot naprzeciw fabryki tabaki wyszedł, się tamtędy przedarli i do bramy kamienicy uciekli i w tej bramie do rana przesiedzieliśmy.
Bogumiła Dmuchowska
[Nowogródczyzna, 1942–45]Była z Niemcami styczność, bo przecież broń potrzebna była, to czasami były takie kontakty. To był jeden z takich wyższych rangą i on bratu opowiedział… Brat opowiadał, że ten Niemiec zdjął czapkę, miał zupełnie białą głowę i powiedział: — Przeszliśmy Polskę, nie widzieliśmy nic podobnego. Egzekucji było w Polsce dużo, ale takiej nie widziałem. On potem napisał raport, żeby zabrali go na front. Powiedział, że więcej tego nie zniesie. Opowiadał, że kiedy już ostatnią grupę Polaków postawili na brzegu, profesor Augustyn z naszego gimnazjum przemówił do nich po niemiecku. Poprosił Niemców, żeby pozdrowili swoje żony, żeby życzyli im wszystkiego najlepszego i powiedział, że w ten sposób wojny nie wygrają. Ten Niemiec opowiadał, że to było coś tragicznego, nigdy się z czymś takim nie spotkał. Wcześniej strzelali i tyle. Kiedy profesor kończył przemawiać, jeden z Polaków, Kaczmarski, skoczył i krzyknął: — Niech żyje Polska, za Polskę ginę. I w tym momencie padł strzał, jeden. I w tym momencie ksiądz dziekan zaintonował U drzwi Twoich stoję, Panie i wszyscy to podchwycili. Niemcy puścili serię, a oni stoją i śpiewają, puścili drugą serię, zaczęli padać, ale nie wszyscy od razu. Dopiero za trzecim razem wszystkich zabili. To było 31 lipca 1942 roku, a 15 marca 1945 roku były ekshumacje. Te trupy źle wyglądały, bardzo źle, ale wiele można było rozpoznać. My z mamą tam byłyśmy. Taka pani Wojnicka miała trzech synów. Wyłożyli jednego, ona podbiegła, podniosła klapę w marynarce, bo z twarzy nie mogła poznać, i krzyknęła: — Robert! Kładą drugiego — jej syn, i trzeciego przynoszą. Potem ona zaczęła mdleć, ja odwróciłam się od mamy i poszłam tam ze szwagrem do tej jamy. Mama: — Zwariowałaś! A ja: — Zwariować może każdy tutaj. Trochę za młoda jestem na to. My ze szwagrem kilka trupów, może pięć czy sześć, wyjęliśmy. Te ciała takie przykre były, ubrania takie... Niżej gorsze były .
Maria Dobrzyńska
[Lwów, 1943]Były takie czasy ciężkie, chodziłem na dworzec, głodny... A tam przywozili Niemców chorych, inwalidów, połamanych. I ja z kolegami nauczyliśmy się parę słów: Bitte Herr, bitte, nicht Mutter, nicht Vater – i co kto mógł, to nam dawał. Radziliśmy sobie, jak mogli. Troszkę tam, troszkę zarabiali i to wszystko się tam zmieszało razem.
Antoni Dudak
[1941]To były czasy wojenne i jednego razu przyszli do nas w nocy jacyś wojskowi i oficer rosyjski, zdaje się, nie niemiecki. Matka była niepewna, o co tu chodzi i powiedziała do mnie: – Synu, idź pod łóżko i tam cicho siedź. Ojciec też nie wiedział, o co chodzi, a ci stukali, pukali, wreszcie mama otworzyła, podali nazwisko nasze. – Tak, to my. – A kto jeszcze u was tutaj jest? – Nikogo nie ma. Dwóch panów jeszcze z tym oficerem było, z karabinami na plecach: – Proszę państwa, proszę się zbierać, pójdziemy, porozmawiamy na miejscu, na policji. Matka: – Co jest? Dlaczego? O co chodzi? Niczego nie wytłumaczyli, a ojciec się stawiał: – Co to za napaść? Czego to tak? Oni mówią: – Bez rozmowy! Tych dwóch panów rozmawiało po ukraińsku między sobą, a oficer mówił po polsku, łamanym językiem: – Proszę się zbierać, za godzinę was wypuścimy. No i wziął ojca z matką, a ja cicho siedziałem pod łóżkiem. No i tak czekam do rana, nie ma ojca, nie ma matki. Co tu robić? Co ja mam zrobić? Poszedłem do ciotki swojej i powiadam, że przyszło trzech panów: oficer i dwóch z karabinami mężczyzn, ni to wojskowi, ni to oficerowie, tylko tyle, że byli w ubraniach cywilnych i karabiny na plecach mieli, i zabrali tatę i mamę. – Oj, oj, oj – zaraz rozpacz i pytania. Nie wiedzieliśmy co robić, a to były czasy trudne. Wtedy właśnie brali w nocy, kto im się podobał i ci ludzie już się nie pokazali. Koło nas był taki sąsiad inżynier z żoną i z dziećmi. Ich też zabrali. Później się okazało, że wszystkich wywieźli do Oświęcimia.
Antoni Dudak
[Lwów, 1943/44]Zostałem sam i byłem samotny po prostu. Tyle, co ciotka mi pomagała, a resztę ja się cieszył, że mam kolegów i całymi dniami biegali, wszędzie nas było pełno. Ale czas szedł, ja troszkę się podstarzałem. Co dalej robić? A tu w jednym dniu ksiądz Puszyński mówi: – Antoni, co ty robisz? Gdzie ty chodzisz? Chciał mnie postawić na nogi, prosto mówiąc, żeby to życie rozwijało się tak, jak powinno. – Przyjdź do kościoła, będziesz pracował w kościele. Z początku nie chciałem, bo ja młody chłopak i nie wiedziałem jak się obyć tam w kościele. Ale on nalegał na mnie: – Chodź, chodź do kościoła, będziesz tam pracował. No i ja na koniec zgodziłem się, przyszedłem do kościoła, przyjęli mnie i powiedzieli, jaka będzie moja praca, co będę robił... I od tego czasu zacząłem pracować w kościele katedralnym we Lwowie. I tak do dzisiejszego dnia.
Antoni Dudak
[Iwieniec, 1943]Było u nas tu powstanie w Iwieńcu, w 1942 czy 43 roku. W naszej policji byli iwienieckie chłopcy. Był jakiś organizator główny. W lesie już pojawili się polskie partyzany, legiony – jak my ich nazywali – i oni z naszą policją zmówili się. Jak kiedyś była dwunasta godzina, to zawsze dzwon dzwonił na Anioł Pański... I wtedy zadzwonił dzwon, to był znak na powstanie. No i wtedy tam, gdzie była żandarmeria, napadli, strzelali, trochę Niemców pobili, żandarmerię podpalili. No i oni tam postrzelali, a potem Niemcy przyjechali z Mińska i zaczęli biegać po chatach, zganiać ludzi do cerkwi – chcieli podpalić żywcem, pomścić. Nawet moja świętej pamięci ciotka z synem swoim Jankiem tam trafili. A tu burmistrz biegał i mówił, żeby szli na plac, to my znali, że tam coś będzie źle. Ojciec zaprzągł konia, przywiązali krowy do wozu, mama coś z pościeli wzięła i uciekli do lasu. My siedzieli tam w lesie... Jeszcze parę rodzin do nas przyłączyło się. A deszcz wielki szedł i my pod wozem siedzieli, a tych, których zagnali do cerkwi, obłożyli słomą, żeby żywcem ich spalić. I ich uratowała żona Kazimierze Dzierżyńskiego, bratowa tego Feliksa... Zaczęła Niemcom dowodzić, że tu tylko starzy i dzieci małe. Kto robił powstanie, to ich tu nie jednego, wszyscy w lesie, a to ludzie zupełnie niewinni. I jak to był cud, że Niemcy nie podpalili, wypuścili ich z cerkwi żywych.
Romualda Filanowicz
Byłam w harcerstwie i harcerze wciągnęli mnie do AK. Powiedzieli: siedź w domu i czekaj, aż będą skoczkowie. Musisz ich przyjąć i nas skontaktować. A skoczkowie to byli angielscy lotnicy. Chłopcy, harcerze, spytali się mnie, czy się zgadzam. Mnie było łatwiej kontaktować się, bo przewodnikiem AK był Franciszek Czechowicz, student medycyny, a po 1939 roku nauki nie było, więc pracował w gruźlicznym oddziale jako rentgenotechnik. A ja, jako gruźlik kości, byłam u nich na ewidencji, więc mogłam do niego przychodzić i nikt nic nie podejrzewał. To był łatwy dla nas kontakt. Lotnicy przychodzili, paczki zostawiali, a te paczki potem zabierali chłopcy. Ja nie wiedziałam, co w nich było, nie otwierałam. Dzisiaj wiem, że to był trotyl. A potem chłopcy wysadzali tory kolejowe.
Helena Filipionek
 Kiedy przyszli Niemcy był głód. Każdy miał swoją ziemię, a w 1941 bardzo padały deszcze. Ludzie posadzili, posiali, a deszcz wszystko zniszczył. Nie było ziarna, nie było chleba, był głód. A tu wojna. W Tarnopolu już nie było takich deszczy i tam był urodzaj. Był taki ukraiński komitet i zabierał stąd biedne dzieci. Stąd pozabierali dzieci i wywieźli na cały rok do Tarnopola. Tam zatrzymali się koło cerkwi i tam już na nich czekali ludzie, Ukraińcy. Ale każdy brał większe dziecko, żeby pomagało w gospodarstwie, krowę wydoić, czy inne zajęcia...
Władysław Finster
[Kamionka, lata 30.; życie na granicy sowieckiej z II RP]Nam nie można było nawet obrócić się w tę stronę. My tam idziemy odgarnąć siano, Polaki machają do nas: „A czego wy nie mówicie? A czego wy nie chcecie?”. Oni wołają wszystko, my rozumiemy, nie to że nie rozumiemy. Oj, to było ciężkie życie. Później, już jak Niemcy zaszli, to już my poszli do nich. Już nie było tej granicy. To jeszcze tatka brat był jeden i jego troje dzieci było, i drugi brat był, dwoje dzieci miał. A jeden był, może piętnaście kilometrów od nas, u niego też było troje dzieci – trzy córki. Jak już tutaj my przeszli, to nam było lepiej. Nam już pomagali chlebem i my chodzili z bratem do tego wujaszka, żeby dali. Brat pomagał tam na snopach, kartofli wybierali, buraki wybierali i sadek był wielki. Jak my pokończyliśmy te roboty, tam my u nich spali.
Feliksa Frankowska
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
XX. Stosunki polsko-ukraińskie[Kamionka, 1943]Bidowe ludzie wszystkie byli, jedno drugiemu co miało, to mogło pomóc, a co nie mogło, to nie pomagało. Przyjeżdżali [Ukraińcy], ale nie z naszej wsi, to my uciekali, my nie nocowali w domu. Uciekaliśmy zawsze gdzieś daleko, koło rzeki, a młode to na łódki jadą, na rzeki nocują. Spania nie ma. A my też do Ukraińców, do chlewa, kto dobry przyjmie do mieszkania, tylko żeby tamci nie wiedzieli. Była mama, siostry dziecko było małe, to my uciekali, a mamę przyjmowali sąsiady z dzieckiem nocować. Sąsiad później za parę dni mówi: „Ciociu, nie gniewajcie się, ja nie mogę was przyjąć. Powiedzieli, że wam śmierć i mnie śmierć”. A to znów drugi sąsiad przyjął, bo go tamci nie znali. Taka była bida. A my nad rzeką, tam okopy byli poryte, my w tych okopach przytulaliśmy się. To nie spanie było, to taka bieda, taka nędza była...
Feliksa Frankowska
dotyczy także: Stosunki polsko-ukraińskie,
Rozpoczęła się wojna, parę miesięcy przeszło i nam kazali znowu do szkoły chodzić. Szkołę zrobili teraz w białoruskim języku. Dużo nie rozumiało w ogóle tego białoruskiego i nie podobał się im. Jedno zapamiętałam, jak nam kazali śpiewać piosenki w białoruskim języku. I nam nie wychodziło. Przyszłam do domu i mówię: - Mamo, ja więcej do tej szkoły nie pójdę. I nie poszłam. Co się nauczę w domu, to będzie w domu. I tak żyliśmy. Były takie u nas gromadki, starsze panie były nauczycielkami. Zbierały nas u siebie i nas uczyły.Chodziliśmy do nauczycieli, którzy mogli uczyć dzieci. Zbieraliśmy się takimi grupami. Była pani Roszko Helena, która miała swój dom, ona nawet szkołę zrobiła. U niej było od pierwszej do czwartej klasy. Kiedy Niemiec chodził – bo żandarmi chodzili; najgorsi byli żandarmi z blaszkami, odznaki takie mieli – to ona nas na strych wszystkich zapychała, jak wejdą do domu. Bo między swymi też byli volksdeutsche, ludzie, którzy donosili.
Krystyna Gaponik
dotyczy także: Wrzesień 1939, Pierwsza okupacja sowiecka,
Mamę moją aresztował Niemiec, ale powiem, że bardziej był słowny i akuratni czym Sowieci. Na wszystkie rodziny w domu, pięć rodzin, trzymaliśmy świniaka. Latem, dzieci, trawy narwiemy. Prosiaka trzymamy i przed Bożym Narodzeniem zarżniemy, i dzielimy na wszystkich. I nawet z drugich domów, jak coś przynosili, to dzieliliśmy się, jak mogliśmy. A trzeba było wozić na miasokombinat i dzielić się: Niemiec połowę sobie brał, połowę właściciel. Co tam takiego małego świniaczka wieźć na rzeźnię, co tutaj zostanie? Ludzie powiedzieli, że zrobimy to sami. W sobotę zarżnęli, usmalili, podzielili trochę, a to, co nie podzielili, to u nas była największa piwnica i u nas zostało. Mama szła do kościoła i zaszła do jednej pani, i mówi: - Pani Szuro, przyjdzie pani, dla pani oddzieliliśmy. Przyszła, kawałeczek wzięła. Ale ona wzięła nie w torbę, a pod pachą niosła. A w tym czasie żandarm chodził z naszym policjantem. - Halt! Stój, co niesiesz?! Wyciągnął ten pakiecik. - Gdzie wzięłaś to? No, co jej zostało, przecież nie powie, że znalazła na ulicy. I przyprowadziła, a to stało w naszej piwnicy, miska z kawałkami. I do mamy. Zatrzymali furmankę, na furmankę miednicę i mamę zabrali razem z tym mięsem, przywieźli do komisariatu. Mama mówi, że prosiak był chory, nie wolno było go trzymać, dlatego w sobotę go zarżnęli. - Jeżeli był chory, to dajcie sprawkę. A u nas był jeszcze ojca znajomy doktor, weterynarz, pan Wojtatowicz. Ktoś z rodziny przyszedł prosić, czy on może dać sprawkę, że ten świniak był chory. On miał czwórkę dzieci. Dał nam tę sprawkę nielegalnie. Wieczna pamięć dla tego człowieka. I pomogło jeszcze, że ja bawiłam się z dziećmi starosty. Wszystkie troje poszliśmy tam do starosty. Jeszcze pamiętam dobrze, że u brata – on był zupełnie mały, miał może trzy lata – były porwane pończochy. Ktoś z sąsiadów mówi: - U mojego są dobre pończochy, niech nałoży, bo to wstyd tak na Orzeszkową iść ulicę. A druga mówi: - Niech będzie tak, jak jest, jak żyją, niech widzą. I przyszliśmy. Powiedzieliśmy tak i tak, sprawkę pokazaliśmy, że starosta kazał przyjść. Zaszliśmy do gabinetu. Starosta siedział za stołem, tłumacz obok i taki duży, duży ładny pies siedział obok. On coś jemu powiedział, powiedział coś po niemiecku temu psu, a on sobie leżał. Daliśmy sprawkę. Starosta w końcu powiedział, żebyśmy szli, a we czwartek będzie mama w domu. Z samego rana poszłam pod bramę więzienia, koło farnego kościoła. I siedziałam pod bramą, dni krótkie, zaczął padać śnieg i przyszłam do domu. Myślałam, że może przez jakieś drugie drzwi mamę wypuścili. Przyszłam i pytam babcię: - Nie ma mamy? - Nie ma. Widzisz, oszukali, to już będzie koniec. I zaraz, za godzinkę, jak ściemniło się, to mama przyszła... Tyle było radości. Powiedział, że mama przyjdzie we czwartek i przyszła.
Krystyna Gaponik
Tatuś był w Wilkowiszkach. Tam Żydzi już wszystko wiedzieli, jak to będzie, i on przyjechał z tym towarem do domu i mówi: — Dziś w nocy Niemcy zajdą na Litwę. I tak było. W nocy, już my spali, o jakiej może drugiej godzinie, tylko usłyszelim strzały. Najpierw samoloty zbombardowali miasteczko, a potem przyjechali z tankami. Tam nie było gdzie im strzelać, bo Ruskie nie wiem czemu byli nie przeciw. Oni wcale nie sprzeciwiali się, oni nie wiedzieli, że trzeba sprzeciwiać się. Oni znienacka napadli, tankami przejechali… U nas był ogrodzony sad, nowymi pałeczkami, ogrodzeniem… przez te nowe przejechali, przejechali, połamali. I już z rana niemieckie wojsko. Żadnej bitwy nie było i pojechali dalej… Boż to Kalwaria 8 km od granicy i tam dalej to już wojowali trochę. W Kalwarii też zostali i niech Litwini mówią, co chcą, ale ich z rozłożonymi ręcami przyjęli, o tak było.
Stefania Gibowicz
Litwini znęcali się na Polaków i Żydów. Porozstrzelali Żydów w Mariampolu — tam wykopali rowy i porozstrzelali wszystkich Żydów z Kalwarii i z Mariampolu, i z okolic. I potem było im za mało zemsty i zaczęli na Polaków. I było takie powiedzenie, że „już kopią rowy dla Polaków”. I był Krupowicz, pleban, ja pamiętam dobrze, on zawsze wieczorem przysyłał swojego kościelnego z papierkiem napisanym dla tatusia: „Nie nocujcie w domie”. I nie tylko dla nas, dla wszystkich Polaków: „Nie nocujcie w domie”. I my jeździlim do cioci na wieś parę kilometrów. Tatuś nocował w domie. Bo chciał wiedzieć, jak to będzie. Pod dachem tam, na strychu, nie w domie, ale w oborze… Żeby jeżeli co, to mógł uciec. I wszyscy tak robili. Tyle że tych, co uciekli, już nie łapali, nie łapali… A gospodarstwo zabrali Niemcy. My wieczorem jechali, przenocujem i z rana znów do domu, bo trzeba było gospodarstwo patrzyć w dzień. W dzień nic nie robili, tylko wszystko w nocy. I znów dostajem papierek: „Nie nocujcie” — i jedziem. Parę tygodni tak było.
Stefania Gibowicz
dotyczy także: Stosunki polsko-litewskie,
Jak Niemcy byli, to my tu jeszcze pracowaliśmy, ziemię mieliśmy. Niemcy pomagali czasami, jak pójdziesz i ich poprosisz. To nie Ruskie – Ruskie, to zadusiliby chyba, czym prędzej, a nie pomogli... Ruscy, to byli co innego. Tu takie byli gospodarze, że im było dużo ziemi – dla Ruskich to znaczyło, że on kułak i trzeba go zniszczyć, a nie mu pomagać. Taki to naród był, co zrobisz... Ale jakoś przeżyło się, dało się radę. Te przychodzące Ruskie, oni nie lubili pracować, ziemi nie chcieli. Ale nie liczyli się z tymi gospodarzami. Dla nich gospodarka, znaczyło zabrać wszystko. Gospodarka sama w sobie niepotrzebna. Potrzeba było krowę odebrać, świnię zakłuć... Trzeba było bronić się przed nimi. Dla nich: "co twoje, to i moje". Jak Ruskie przyszli, to było bardzo kiepsko. Wielki gospodarz zawsze uciekał, bo był zawsze niedobry i należało go zniszczyć, skasować... To już było wiadomo. Dużo ucierpieliśmy...
Ludwika Giedejko
dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
(opowiada córka pani Giedejko) Tato opowiadał, że jeden Litwin poszedł na grzyby. Zobaczył bunkier, który zrobili dla siebie Żydzi, taki schron. I chyba ci Żydzi przestraszyli się, że on ich może wydać, więc przyszli wieczorem – on był z synem – wywołali go na pole i po prostu zastrzelili... Żeby ich nie wydał. To była taka wojna.
Ludwika Giedejko
(opowiada córka pani Giedejko) Niemcy – mieszkali w takim dworku. Jak mieli chęć, to przyjeżdżali do kogoś i mówili, że dzisiaj jedzą u niego obiad – oficerowie.  Tata opowiadał, że był taki moment, kiedy weszli Niemcy, że byli tu jeszcze ruscy partyzanci. Ci partyzanci przychodzą do domu, proszą o coś do jedzenia. Rodzice zanieśli im jeść do stodoły. A w tym momencie przyjeżdżają Niemcy: – O, jajko macie? A kiełbasę macie? My lubimy wszystko... Mama biega, do stołu podaje. – O, wędlina! O, super, dobrze, my to bardzo lubimy! Mają tłumacza i tłumacz mówi: – Jajko – bardzo dobrze, lubimy! To – lubimy! O, ser! – bardzo dobrze, lubimy!.. Mama nakrywa do stołu, niemieccy oficerowie rozgaszczają się, wszystko im się bardzo podoba. Rodzice mieli taką pomocnicę i posłali ją, żeby zaniosła dla tych Rosjan jeszcze coś, i żeby oni cicho siedzieli, bo u nas Niemcy są. Żeby oni tylko nie zaczęli strzelać, żeby siedzieli cicho, póki nie wyjadą Niemcy. Jeżeli którykolwiek z nich wyszedłby... Rozstrzelaliby wszystkich na miejscu i chatę podpalili. I tak często przychodzili: czy te, czy te... I każdemu dać trzeba, żeby tylko nic nie zrobili. I jeszcze, kiedy człowiek pomyślał: tutaj ci siedzą, tam ci przyszli, a u teściowej jeszcze Żydzi...
Ludwika Giedejko
Jak byli Niemcy, to niektóre rodziny wypędzali – Polaków. Wypędzali z domu: idź sobie, gdzie chcesz... Mego męża szwagier, jak był jeszcze kawalerem, miał 18 hektarów ziemi, wielkie zabudowania. Przyjechali Niemcy, wypędzili go z domu i powiedzieli mu, że jeśli chce, może być za parobka, pracować u nich. No, to pracował u nich - wszystko jedno, gdzie on pójdzie, trzeba żyć, a tutaj choć swoje budynki widzi. Pod koniec wojny już byli bardzo rozjuszone te Niemcy, jeden z ich synów służył na wojnie. I jeden raz zagniewał się czegoś na szwagra i chciał go rozstrzelać. A była wtenczas u nich służąca, jakaś od nich, nietutejsza, nie nasza. To ona go sastąpiła i ten  zatrzymałsia, a tak byłby zastrzelił...Bardzo dużo było takich rodzin, wypędzonych. W Wielkich Łopiach, w Lepszyszkach: idźcie, gdzie chcecie... A Niemcy zajęli domy, zajęli ziemię
Jadwiga Gojlewicz
[Niemcy, do 1945 roku]Potem już odesłali mnie z Belgii w Germanię na fabrykę, na zawod. Tam ciężko było, ciężko pracowałam... Nie wiem, co oni tam w fabryce robili. Jakieś detale, części. Wykuwaliśmy metal nie ręcznie, a młotem. Wszyscy zesłani tam, a więcej Ukraińców było, pracowaliśmy na maszynach. Wybijaliśmy te detale, wyżynaliśmy to. Ciężka była praca, dlatego że to gorące było. Czerwony metal, ktoś kuje i zaraz do mnie rzuca, a ja musiałam to wykrawać. Ciężko było...
Janina Gomozowa
[Essen, Niemcy, 1942-45]Ja był zabrany w 1942 roku, wiosną zabrali mnie. A zabrali mnie, dlatego że ja nie chciał paść owcy. Kazali mi paść owce, a ja chciałem paść konie, a mnie mówili: - Owca! I ja nie chciał, więc zabrali mnie do Niemców. Przyszli, zabrali, człowiek taki zbierał wszystkich nas do powiatu, z powiatu na pociąg. Do pociągu trzeba było iść pewnie ze 40 kilometrów na piechotę, pomaleńku. Matka mnie potem dognała, ja już byłam zamknięty. Była jakaś taka obora, my wszyscy w środku, Niemcy stali, żebyśmy nie uciekali. I matka moja przyjechała, nie chciała mnie puścić samego. Ja mały jeszcze był, takich nie brali, ale mnie wzięli. I w końcu my z matką pojechaliśmy. Jakbym był nie z matką, to poszedłbym do fabryki, a tak pracowaliśmy u bauera. Ja nie mówię, że tam było dobrze. Ziemniaków można było jeść, ile chcesz, a więcej nic. Dawali nam krup po dwie łyżki na tydzień, 100 gramów margaryny i taki chlebiec chyba z 500 gram na tydzień. I wiadro ziemniaków. Wszystko. My chodzili wolno, to dobrze było. Ja mogłem wyjść, jabłka rosły przy drodze, mogłem jeść, ile chcesz.
Stanisław Gorodecki
[Essen, Niemcy, 1942-45]Krowy doiłem, mleko woziłem, końmi jeździłem. Wszystko, co trzeba było, robiłem. Najlepsze było, że jak mleko woziłem, to sprzedawałem trochę. We wsi była fabryka, i ja na tę fabrykę woziłem. Dwa osły miał gospodarz, takie wielkie, i ja nimi woził. Ja to nie wiedział, ja myślał, że oni głupie i nie dają mi nijakiego papiera, jak wiozę mleko. Ja może dużo, może pięć, sześć miesięcy jeździł, a potem ja zaczął sprzedawać to mleko. Tam lotnisko i sołdaty, Italiańcy tam byli w tym wojsku. Za cigarety ja mieniał. A potem, kiedy koniec miesiąca, mnie dają pieniądze stąd. Ja przyjechał, a ten Maleki, inspektor, pyta: - Gdzie mleko? I do roboty nie dopuszcza. A ja głupi, trzeba było uciekać. On nie miał takiego prawa, sam szef musiał dać takie prawo. Szef powinien to zrobić, nie inspektor. Ja już trzy dni chodziłem bez roboty, a u Niemców było prawo za kradzież - śmierć. Idę, a szef stoi tam na balkonie i mówi: - Chodź tu! Przyszedłem do niego, a on mnie pyta: - Co się stało? Tak i tak. Pokłócił się ze mną. Mówi: - Ty, co palisz?! Tak. Taki młody. Idź do inspektora i powiedz, żeby dał Ci robotę.
Stanisław Gorodecki
[Essen, Niemcy, 1942-45]Zbierają buraki i składają w takie burty. Tam był taki Niemiec starszy... Jadę ze słomą, taka stodoła była na polu pod samym lotniskiem. Nabrałem tej słomy, żeby przykrywać buraki, a pod nogami pistolet. I Niemiec stoi, i mówi: - Tu rzuć, tu rzuć, tu rzuć". A ja stoję na tym pistolecie. Głupi, oddaj jego! Nie. Odwrócił się Niemiec, ja ten pistolet schowałem. No, chłopczysko młode, głupie, przyniosłem go do domu. Spróbowałem, tam lochy były. Strzela ładnie, schowałem. Ale jutro przychodzi Niemiec, oficer. Ty brałeś wczoraj słomę? Tak, ja. A ja zgubiłem pistolet. - Ja nie widziałem. - A może? Ja ci dam to, i to. Zapłacę. Nie, ja nie widziałem. A zabiliby mnie za ten pistolet. Ot, głupi byłem. Matka to wszystko widziała, wszystko przeżyła, ciężko jej było z takim chłopcem.
Stanisław Gorodecki
[Essen, Niemcy, 1945]Amerykanie przyszli, my staliśmy po dwóch stronach drogi. Oni jechali na takich swoich wilisach, pięć osób na jednym. A wszystko nabite czekoladą. Jeden za kierownicą, a czterej siedzą, nogi pospuszczane. Zaszli do naszego szefa, zabrali mu broń i mówią: - Rozbierajcie się, i sami z nim! No, nam nie dali tak długo, pewnie ze dwa tygodnie tam byliśmy jeszcze w gospodarstwie. Zabrali nas do Essen, tam był wielki łagier, a stamtąd odprawiali do domu. Ja pierwszy ruszyłem, pierwszym transportem. Najpierw my pociągiem do Elby przejechali. Na Elbie przez most, prawa strona była amerykańska, a lewa ruska. Do Rosjan nas dali, i Ruscy nas pieszo do domu puścili. Szliśmy sześć dni. Trzy dni szliśmy, czwarty dzień odpoczynek. I potem nas na samochody załadowali, i do domu. Nie dali nam jeść ani razu, jak przez Polskę przejechaliśmy. Aż na Ukrainę przyjechaliśmy do Włodzimierza Wołyńskiego. 25 osób na auto, amerykańskie studebackery.
Stanisław Gorodecki
[Nieśwież, 1941-44]Miałam już 18 lat i ja bałam się mamę i tatę zostawić tutaj. I jak mogłam, chroniłam się od tych Niemiec. I bałam się, żeby mnie nie wzięli do Niemiec. Dlatego trzeba było szukać obrony - żeby nie pojechać. Więc poszłam do pracy do szpitala jako uczennica. Trochę pouczyłam się, byłam bardzo zdolna i dążyłam do wiedzy. Zaraziłam się i tyfusem, i tuberkulozą, wszystkim, co było. Wyleczyłam się, Bóg dał.
Zofia Gul
Zaniepokoiłem się, bo mnie w Białymstoku znało bardzo dużo ludzi. Uczyłem się przecież w szkole, z początku w powszechnej, potem w gimnazjum, grałem w szkole muzycznej, później w orkiestrach, więc prawie wszyscy mnie znali. Pomyślałem, że jeśli Niemcy będą się cofać i dojdą do Białegostoku, a ktoś szepnie NKWD, że ja byłem w wojsku sowieckim, to koniec – byle żołnierz zastrzeli mnie momentalnie. Pomyślałem, że nie mogę tu zostać. Wziąłem trochę pieniędzy od rodziców, choć rodzice dużo sami nie mieli, poszedłem na stację i wyjechałem do Berlina. Tam kupiłem bilet w kierunku Francji, minąłem Berlin i dojechałem do ostatniego, najdalszego miasta w Niemczech. Wyszedłem i myślę: no cóż, po to, żeby żyć, potrzebny mi dach nad głową i praca, żeby kupić sobie coś do jedzenia. Zapisałem się więc do pracy jako elektryk.
Aleksy Gutkiewicz
W Nagumowie postawili rząd ludzi i strzelali do nich. Gospodarze tam byli i księża byli, i nasze ludzie byli, wszystkie. Dużo było księżów. Wcześniej same wykopali na siebie dół. Zawalili żywych. Tak jęczeli, który raniony. Zawalili ziemią, zawalili i wsio. A jedna dziewczynka uciekła, jej mamę zawalili tam. To po śladach, bo krew jej ciekła z nogi, znaleźli ją. I potem zabili. Tutaj, w Nagumowie, gdzie ich rozstrzelali, postawili potem krzyż.   
Irena Haponik
[Chemnitz, 1943 r.]Byłam - jak to powiedzieć? To miasto, nie wieś - byłam w Chemnitz, niedaleko Lipska i Drezna. Nas trzy dziewczyny przewieźli pociągiem do Drezna. W Dreźnie przychodzili i zabierali nas - kto dokąd miał trafić. Mnie zabrał jakiś młody Niemiec do wojennej fabryki. Zostałam tam frezerem, stałam za frezarką. To były fabryki: Astra Werke I, Astra Werke II, Astra Werke III i IV. Cztery Astra Werke, które wyrabiały gwintowane lufy. Wyrabiały też drewniane detale... Tam, gdzie ja byłam, to było Astra Werke II. Robiłam nacięcie w zamku - proszę sobie wyobrazić lufę - w zamku jest nacięcie, i ja takie robiłam
Anna Hryciw
[Chemnitz, 1943 r.]Dawali pół kilo chleba. Tyle wszystkiego na nas, dziesięć dziewcząt. Nas było w łagrze dwieście siedemnaście kobiet - tam były i dziewczęta, i kobiety, i ja tam byłam. Były tam łóżka dwupiętrowe. Z policjantem chodziłyśmy do fabryki i z policjantem z fabryki, do łagru. Dawali pół kilograma chleba na dziesięć ludzi, to my wieczorem kroiłyśmy ten chleb na kawałki, jedna stała i mówiła: - Komu? Anci. Komu? Marii. - Tak dzieliłyśmy ten chleb. No i co? Brało się ten kawałek, a o szóstej godzinie trzeba iść do fabryki, na zmianę. Zanim dojdziesz na zmianę, już ten chleb zjesz. I już nic więcej rano nie dawali, tylko jakieś zupy. Głodna, strasznie głodna byłam!
Anna Hryciw
Urządzaliśmy prywatki w czasie wojny, to u jednych, to u drugich. Jak sobota – to prywatka i do północy bawimy się, a nieraz i do rana, bo nocami chodzić nie można było. W fanty graliśmy: za drzwiami jeden wychodził, potem drugi wyzywał kogoś, buźki dawano. Ze względu na godzinę policyjną niektórzy nocowali, a nieraz już nie można było iść, ale człowiek szedł i przechodził, żaden patrol nie zaczepiał. Przepuszczali, wcale uwagi nie zwracali. Muzyczka grała przeważnie z patefonu, tańczyło się i na fanty grało. Robiliśmy konkursy, kto tańczy ładnie, graliśmy w karty, w świniaka. Do kawiarni też chodziliśmy. W kawiarni tańczyło się, lody czy kawkę zamówiło, muzyczka grała. Tam do dziesiątej można było być. Było takie miejsce od ulicy Wileńskiej do katedry, nazywało się „Jerek”, tam wszystkie parki spacerowały, dziewczynki i chłopcy zapoznawali się, spotykali. Po jednej stronie szło się w górę, a po drugiej stronie w dół, do katedry i z powrotem, naokoło. Koleżanka przyszła, nie miałyśmy co robić, to szłyśmy na „Jerek”, tam można było kogoś spotkać, zapoznać się z jakimś kolegą czy koleżanką.
Jadwiga Jacewicz
[Kupa, 1941–44]Pamiętam, że rybę jakąś mama pomagała Niemcom czyścić, czekoladę nam smaczną dawali tam. A tutaj Niemcy nakładali podatki, trzeba było tam dać tyle i tyle kilogramów wełny, tyle sztuk jaj, tyle tam czegoś, ile tam jakiego mięsa. No i trzymali niektórzy sześć krów, niektórzy cztery krowy, i owiec dużo, i wieprzów.
Alina Jacyna
[Łyntupy, 1943–44]W 1943 roku wezwali do Arbeitsamta, do Niemiec. Ojciec sprawkę dostał, dla Niemców, że na kolei pracuję, tak i zostałem. A jeszcze w 43 roku zimą złożyłem przysięgę na wierność polskiemu rządowi w Londynie. Pseudonim „Ryś”, 2 pluton, 4 kompania, rejon Święciany. I na kolei przy Niemcach pracowałem, wszystko dokładałem dla dowódcy plutona, com widział.
Jan Jakubowicz
[Kaczanowicze, 1939-45] Bolszewicy to był naród biedny - biedne byli, żołnierze biedne byli. W czasie wojny to im Ameryka dała te konserwy jeść. To był zamęczony naród, tak trzeba powiedzieć. Oni byli dziki, zamęczony naród. Jeżeli porównywać z Niemcami, to Niemcy byli kulturniejsze. Niemcy byli syte, oni mieli z czego żyć. Oni byli kulturne, oni pościelą, u nich czekolada, do jedzenia takie, u nich wszystko tak leży ładnie. Moja babcia mówi: - Kąpają się. Tutaj bomby leciały i kąpali się w jeziorze w Nieświeżu. Powychodzili sobie i palą te cygarety choćby co i nie uciekają. A ruski sołdat hałodny, hałodny i weźmie, czego nagotują.
Irena Jankowska
dotyczy także: Pierwsza okupacja sowiecka,
[Kaczanowicze, 1941-44] Kołdyczewo - tak, to tu od razu za Baranowiczami, może 10 kilometrów od Baranowicz. To w tym Kołdyczewie ogromne wały, bili ludzi, bili, strzelali, mordowali, w piecach palili. To takie zwierstwo było. Już wszystkie tam, i Polacy. Mojej mamy znajoma, koleżanki i nawet ich dzieci. Ich pobrali i tam oni leżą. Tam narodu różnego dużo, tam nie tylko Żydzi, Polaków dużo. Kołdyczewo. Tam byli - nie wiem, czy jeszcze stoją, czy nie - ogromne kominy, piecy i tam krematoria, palili.
Irena Jankowska
[Kaczanowicze, czerwiec 1941, 1941-1944] Nad naszą wsią pojawili się samoloty niemieckie, trzy razy. Palili się stodoły i mieszkania, wszystko paliło się. I spaliło się nasze mieszkanie i my, gdy bombili, siedzieliśmy w lesie. A gdy przestali strzelać, my wróciliśmy wszyscy do swoich domów - u kogo zostało mieszkanie, ten został w mieszkaniu, a my z matką zostaliśmy na polu i my byliśmy do kopania kartofli. To było zimno, my siedzieliśmy, nie było gdzie żyć. Był maleńki domik taki na wsi, my ten domek troszkę podremontowali, jak umieli sami. I tak żyliśmy w tym domku. A Niemcy zapędzali do chlewa i palili żywych ludzi. To rozum był? Całe wsie wypalili. O, tutaj ile chcesz koło Baranowicz. Jechali Niemcy i wziął chłopiec - oni jechali i pojechaliby - wziął i strzelił. A już usłyszeli, że ktoś strzelił - znaczy partyzany. Oni okrążyli tą wieś, wszystko spalili i strzelali jeszcze, jak kogo widzieli, kto uciekał. A to prawda, ta Białoruś pocierpiała, bardzo dużo pocierpiała. Ona pocierpiała - wsie całe palili się.
Irena Jankowska
[Powrót ojca z niewoli w Niemczech do domu w Niemenczynie]Jak samochód jakiś jedzie, to już – na wywózkę! Każdy dwunasty był wywieziony z Litwy, Polaków też dużo z Wileńszczyzny, ale przeważnie Litwinów wywożono. Brat opowiadał, jak chciał butelką zaczerpnąć trochę śniegu, bo już nic ni pić, ni jeść nie dawali – to tak strażnik celnie strzelił, że przestrzelił rękę jemu. Potem strażnik przyszedł do wagonu brata i pytał, kto raniony. Oni robili, co chcieli, nie mieli żadnych zahamowań, gorzej jak SS!
Ryszard Januszkiewicz
[Sławuta, 1941]A babcia moja – matka mego ojca – była niegramotna. Nie umiała ni pisać, ni czytać. A dzieduszka był bardzo gramotny: u niego były książki – wszystkie zaginęły w czasie wojny. Babcia umiała wróżyć z kart. I ona z tego żyła. I jeszcze nam, małym dzieciom, pomagała w czasie wojny. Ludzie do niej przychodzili, ona im przepowiadała i jeden przyniósł kaszę, drugi co innego… Z tego my żyliśmy. Babcia nas karmiła.
Maria Jaworska
[Iwieniec, 1941]Strasznie było jak Niemcy przyszli. Jak bolszewicy przyszli, to choć mówili łagodnie, potem już wszystko robili. A Niemcy zrazu jak przyszli do Iwieńca, to sprowadzili Żydów, tylko mężczyzn, tam gdzie teraz nowa cerkiew wybudowana jest na placu. Ustawili ich w kolejce: – Co dziesiąty – wyjdź! I każdego dziesiątego rozstrzelali przed wszystkimi. To bardzo straszne widowisko było. Ale na pasie u Niemca było napisane: „Gott mit uns”. Z Bogiem idą, z Bogiem… A strasznie sobie powodzili Niemcy u nas na Białorusi.
Walerian Juchniewicz
[Kieleryszki, 1939–45]No ale czyściejsze powietrze było, jak Niemcy przejeżdżali… Motocyklami, ubrane te Niemcy, blondyni! A jak Ruskie w nocy znaleźli się — już zdaje się, że drugi świat. I słońce w ten dzień już nie świeciło, pochmurno tak było. Biedne takie. Ja sołdatowi takiemu ruskiemu myłam bieliznę i strasznie swatał się do mnie. A już byłam zamężna, męża miałam. Ale wymyję jemu, przyniosę mydła kawałek. Wymyję, wysuszę w zimie. Niemcy też tu przy studni obmywali się. A jak trzeba, my idziem po ta woda. To oni nam też zalecali się.
Zofia Kairowa
dotyczy także: Pierwsza okupacja sowiecka,
[Lwów, 1941]Pod okupacją niemiecką żyło nam się nie bardzo lekko. Były prześladowania ze strony niemieckiej. Byt nasz też nie był zabezpieczony. Wydali nam kartki żywnościowe. Kartki były bardzo skromne, przeżyć na nich tydzień było niemożliwe. Skromnie wystarczało na trzy dni. A cztery dni stawaliśmy się całkiem goli. Co dostawaliśmy na te kartki? Nie będę wszystkiego wymieniał, tylko powiem jedno, że na jednego człowieka dostawaliśmy kilogram chleba na tydzień. To jest bardzo mało. I jak wychodziliśmy z tego? Rodzina matki żyła na wsi, miała swoje gospodarstwo i pomagała nam przeżyć ten ciężki czas. Jeździliśmy do niej po żywność: mąkę, ziemniaki, troszkę masła, słoniny, mleka, śmietany, jaj... Takim sposobem nam udawało się przeżyć przez trzy lata okupacji niemieckiej.
Adam Kamieniecki
To było w 1942 roku. Koło nas były koszary niemiecko-węgierskie. W tych koszarach byli Węgrzy, my ich nazywaliśmy "Madziarzy". Tam były konie, bardzo długa stajnia i siano. W parkanie mieliśmy wybitą dziurę, parę sztachet. I przez tę dziurę my do nich przychodziliśmy w goście. Oni nas przyjmowali, dawali nam gulasz, bardzo był paprykowany. I dawali nam sztole. To jest takie ostre, szpiczaste narzędzie, które wkręcali do podków, aby konie nie ślizgali się podczas zimy. Te sztole wbijały się w śnieg, czy lód i koń mógł sobie swobodnie iść. Więc oni dawali nam paczkami po 100 sztuk. A w czwartek był u nas dzień jarmarkowy. Z pobliskich wiosek na furmankach wieśniacy wieźli, każdy to, co miał: świnie, krowy, ziemniaki, mąkę. Po ulicy Kazimierzowskiej wszystkie furmanki raniutko ciągnęli na rynek. Mieliśmy z chłopakami takie torby, fest ładowaliśmy tymi sztolami, że ledwo nieśliśmy. Wychodziliśmy na ulicę Kazimierzowską i krzyczeliśmy: – Sztole! Sztole! Sztole! A to była bardzo droga rzecz, nie wolno było sprzedawać, bo to metal był. I oni od nas kupowali, po 50 groszy za jedną sztolę. Jak wszystko sprzedaliśmy, to przychodziliśmy do Madziarów i pieniądze oddawaliśmy. A oni prawie połowę tych pieniędzy oddawali nam. To już była pomoc. Matce już tym pomagałem. A na Boże Narodzenie, to chodziliśmy w kolędy do takich jednych dziewcząt, które przyjmowały oficerów madziarskich. W mieszkaniu siedziało kilka dziewcząt i pięciu albo sześciu oficerów madziarskich. Kolędowaliśmy i za każdą kolędę oni nam dawali po 10 złotych. Skończyliśmy wszystkie kolędy, wtedy jeden wstał oficer i powiedział: – Chodźcie z nami. Oni trochę po polsku kaleczyli, ale rozumieli nas i my ich rozumieli. Zaprowadzili nas do koszar, gdzie mieszkali żołnierze węgierscy. Pamiętam, taka sala olbrzymia była, prycze podwójne, na dole i na górze spali żołnierze. Zaświecił światło, coś tam powiedział po węgiersku, a nam mówi: – Kolęduj! I zaczęliśmy kolędować. A ja byłem skarbnikiem, płaszcz miałem do kolan i podszewkę wyrwaną, żeby tamtędy ładować pieniądze, które nam dają. Oni bardzo wrażliwi na muzykę, na pieśni. Siedli na pryczach i płakali. Wtedy jeden wstał, zdjął pilotkę swoją, czapkę, chodził od łóżka do łóżka i kto tam co miał... Kto jakie pieczywo, kto jakie pieniążki, kto czekoladę. Nawet papierosy węgierskie rzucali nam. Zbierał, zbierał, mnie to ładowali wszystko do kieszeni. A potem do drugiej sali. Pamiętam, jeden wstał i butelkę wódki przyniósł nam, to oficer na niego tak nawrzeszczał, że wódkę dzieciom daje. Schował wódkę. W jednej sali był Madziar z akordeonem. Pod naszą kolędę podebrał melodię i grał. Podchwycił wszystkie: "Wśród nocnej ciszy", "Bóg się rodzi, moc truchleje", "Przybieżeli do Betlejem pasterze", wszystkie kolędy polskie. A jak skończyły nam się polskie kolędy, to zaczęliśmy ukraińskie kolędować. Cała noc nam przeszła na tych kolędach. Rodzice już nie wiedzieli, gdzie nas szukać mają, a my kolędowaliśmy w koszarach żołnierskich. Ale Niemcy zabraniali nam tam wchodzić. Gdy pojawił się Niemiec, to oni nas chowali do tej stajni z sianem. Madziarzy lubili Polaków, a Niemcy nie lubili nas. Pamiętam, jak Niemcy rozstrzeliwali ukraińskich nacjonalistów. Gdzieś ich chapnęli, nie wiem, jaki to zatarg między nimi był. Trybunał wojskowy ich sądził, sądził w naszym teatrze. Odbył się sąd. Wyprowadzali ich i pod synagogą żydowską każdego przywiązali do drewnianego  słupa. Było około dwudziestu słupów. Egzekucja publiczna, ludzie patrzyli na to, pełno ludzi było. My weszliśmy na strych i wszystko widzieliśmy. U dołu stali esesmani, tak ze dwudziestu. Padł rozkaz, oni ubrali hełmy. Byli w białych rękawiczkach. Najpierw byli odwróceni plecami do skazańców. Potem padła komenda po niemiecku: – Fire! Odwrócili się twarzami, załadowali broń, automaty mieli króciutkie i jedna salwa się rozległa. Wszyscy byli rozstrzelani. Widziałem, jak opuszczali się na kolanach, coraz niżej, niżej... Potem, to chyba lekarz wojskowy był, oficer, podchodził do każdego, macał puls. U jednego jeszcze tętniło. Parabellum i rozstrzelał. Jeden strzał dał, chyba w głowę, nie pamiętam tego. Potem to wszystko na samochód ciężarowy i wywieźli. Gdy Niemcy już uciekali a Ruscy szli, była strzelanina. A ja trzymałem wtedy króliki. Mama mówi: – Włodek, zabij kilka królików, bo kto wie, jak to będzie, jak długo ten front będzie przechodził. Zabiłem pięć królików. Mama to wszystko usmażyła na patelniach i wtedy zaczęła się straszna strzelanina. Już Ruscy następują na Stanisławów. Matka mówi: – Władku, zamykamy mieszkanie i uciekamy. Wszystkie króliki zostały na tych patelniach, nawet ich nie spróbowaliśmy. Rano strzelanina ucichła, wracamy, drzwi były rozwalone, królika ani kawałka nie ma, tylko kości się walają po podłodze. I, przepraszam, jeszcze w kącie narobili nam ci nasi wyzwoliciele sowieccy.  I takie było nasze wyzwolenie.
Władysław Karpiński
[Sambor, 1942]Byliśmy w Samborze w takiej poczekalni. Wzięli zaprowadzili nas do takiej sali, Niemiec mnie zawołał: — Wstawaj, chodź. Ja mówię: — Ludka, co to będzie? Zaprowadzili nas do jakiejś szopy, po bokach Niemcy. Z tyłu i z przodu Niemiec i psy. Zaprowadzili wszystkich do tej szopy — i mężczyzn, i kobiety. W Samborze z pociągu ich wzięli. I kazali położyć się psom, a sami Niemcy poszli. I nikt nic nie mówił. Tam było dużo mężczyzn koło 30 lat, dziewczyny po 17. Kazali pooddawać pieniądze i metalowe rzeczy, i zaprowadzili nas do więzienia w Samborze. Ja miałam taki woreczek na sznurku uszyty przez mamę i w nim trochę pieniędzy. Popatrzyłam na tę strażniczkę i pomyślałam, że nie oddam pieniędzy. Ale ona była po naszej stronie. Zapytała, czy mam pieniądze, a ja ten sznurek na siłę rozerwałam, miałam na sobie zimowy płaszcz i wetknęłam woreczek pod podszewkę. Powiedziałam, że nie mam pieniędzy. Zamknęli nas do celi, a jedna Ukrainka zaczęła płakać, że ona sama się zapisała do Niemiec i oni pewnie tam nas wywiozą. Krzyczała, że ona chce tam jechać sama, a nie z transportem. W kącie celi były dwa snopy słomy, a na górze kraty. A jak ojciec pracował w więzieniu, to nieraz coś opowiadał, jak więźniowie się komunikują. Poszłam do toalety i słyszę: — Kto wy i skąd wy, i gdzie wy? Wiedziałam, że trzeba mówić do muszli i powiedziałam, że złapali nas na stacji, z pociągu, i chyba nas wywiozą do Niemiec. Ale na szczęście nie wywieźli.
Wiktoria Kisiel
[Praca w przetwórni mleka - Dołbysz, Związek Radziecki, 1942-1943]Pracowałam na mlekopunkcie. Tam był taki punkt, taka chata była i tam zwozili mleko i my separowali jego na takim separacie, i przykręcali, tam my z jedną panią pracowali. Niemcy przychodzili do nas, brali śmietanę, brali na ser, i my to robili. Tam był taki kocioł, my odgrzewali ser, a potem wanna była, my tam ten lód z zimy nawozili taki duży, i zakrywali trocinami i słomą, i wszystkim tam nakrywali. A potem całe lato my ten lód brali w te wanny i śmietanę my tam ochraniali, żeby ona nie kisła. Potem wywozili w Rudniu, tam był zawod w Rudni, tam pod Żytomierzem gdzieś, nawet nie wiem, gdzie. To nazbieramy za cały tydzień trzy, cztery kanki, i wozimy tędy w Rudniu, na masłozawod. Tam był dyrektor Czerniachowicz, zawiaduścij tej firmy, tej mleczarni, jego familia Czerniachowicz, on był Polak nawet, i tym zawiadywał. Tam laborantka była jeszcze Katia, i on tam pracował. A potem poszedł na wojnę i jemu nogi oderżnęło.
Katarzyna Kisielewska-Zielińska
[Gonczary, 1944]Jak już w 1944 roku Niemcy odstępowali, a Rosjanie następowali, to my tutaj, dziesięć kilometrów od Pińska, wyjeżdżali do wsi Gonczary. Tam też wtedy własowcy byli, którzy z Niemcem szli. A nasze ładne ubranie mieliśmy w workach, bo co mogliśmy, to ze sobą z domu zabraliśmy jak Niemcy odstępowali. Przyszedł własowiec i zabrał nam jedną rękawiczkę skórzaną, bo drugiej nie znalazł. Na drugi dzień przyszedł, żeby wziąć sobie drugą rękawiczkę z tego worka. I jeszcze buty skórzane ojca ukradli. Został się bosy. I tu Niemcy na chutor przyszli, ale nie żołnierze. Ustawili nas wszystkich w rzędzie. Dwóch tych Niemców było, chyba chcieli nas rozstrzelać. Jeden mówi: — Czego wy tutaj? Partyzany? A mój ojciec mówi: — Nie, nie partyzany. Jak Niemcy odchodzili z Pińska, to kto u nich pracował, dostał takie kartki, że można było jechać do Niemców na robotę. I ojciec to pokazuje i mówi: — Ależ u mnie ukradli buty, zabrali konia. Jak ja mogę jechać? Niemiec z automatem stał, zastrzelił koguta, który tam biegał. Nam, dzieciom, włosy stawały na głowie.
Regina Kołb
[Dąbrówka, 1941–44]W derewnie zaczęliśmy pomału żyć. Jak przeszliśmy w derewnie to już troszkę lżej było, jak w lesie. Wsie pouciekali. Pamiętam, jak chodzili, przechodzili drogę, to szli na Bratne Stagi, żeby ślad był nie w tę stronę, kudy my idziemy. Uciekali tak przed Niemcami. Niemcy chodzili po lesie, sami nie znali kudy iść, to policaje wodzili po lesie. To ludzie tak i chowali się, tam albo tam, i na jednym miejscu nie siedzieli. Każda rodzina uciekała, zbierali się. Potem ziemianki już porobili. Nie siedzieli we wsi, pouciekali w las, bo Niemcy zabierali i ubijali ludzi. Dużo w Germanię powywozili ludzi.
Frania Kulik
Moja ciocia, siostra mamy, ona nie miała dzieci, razem z mężem mieszkała koło Równego. I ich oboje wywieziono do Niemiec. Jej udało się uciec w Przemyślu, wyskoczyła z pociągu. A jego do Niemiec zawieźli. Ciocia przez dwa dni wracała do domu. Jak dotarła, zobaczyła, że chata otwarta, wszystkie rzeczy zabrane, ludzie rozkradli. I ona sama przyszła, bocznymi drogami, tutaj do Dołbysza do mojej mamy. I mieszkała z nami, dopóki jej mąż nie wrócił.
Walentyna Kuriata
Jak sobie wspomnę, jaki był głód i chłód... A za Niemców, jak tutaj było!.. Urodzaju nie było, a Niemcy, to ze dwa, trzy lata byli. Pole nie rodziło. Ludzie chodzili nasze, takie miasto wielkie..., za Tarnopol, a oni [Niemcy] tam odbierali to. Ktoś wziął coś z domu, tam sprzedał, kupił pszenicy i niósł ją na plecach, a oni odbierali i bili. A tu ludzie z głodu umierali...
Zofia Leśniańska
[Baranowicze, 1942-44]Kołdyczewo tu było, łagier śmierci. Dużo było tam Polaków, których oni... Tam Jerzyk był, potem pani Marcinkowska tam została rozstrzelana, potem jeszcze tam byli. No i oni do tej pani Marcinkowskiej - to ona szyła, krawcową była bardzo dobrą - i ot jeden Niemiec przystawiał się. I ona jakoś jego szkodowała, ona jego przyjmowała i wszystko, i ją aresztowali. A Jerzego to posadzili za polskość, że oni tam, grupa była taka polska i za Polską on był, Jerzyk, aresztowany. No i dużo, ot wiesz, było takich patriotów, takich, których wzięli, aresztowali. I potem wszystkich ich rozstrzelali w Kołdyczewie. Ale już Niemiec był około Brześcia, czemu oni, ta banda to zrobiła?! Oni mogli wszystkich tych ludzi rozpuścić! Odkryć te bramy i idźcie każdy do domu. A oni wzięli, rozstrzelali. No, nasi ich rozstrzelali. No kto rozstrzelał? Był taki policaj u nas - Sienkiewicz jemu było nazwisko, a drugiego było Kuchta, trzeci był tam Kolko czy jak, i to oni to morderstwo zrobili wielkie. I Niemcy - po Niemcach już było, co chcecie to już róbcie. Już było jasno prędko, że Niemiec bardzo prędko odstąpiwał.
Antonina Lickiewicz
W 1944 roku, dokładnie 14 października, byliśmy w Wawrze. Nasz sztab był w kościele, a ja byłem gońcem. I ksiądz siedział blisko: – A pan Franciszek skąd jest? – Jestem z Kamieńca Podolskiego. A potem z Sybiru. Okumaniewska obłast. Więc on zapytał: – A pan się spowiadał? – Nie spowiadałem się. – A chcesz się wyspowiadać? – Chcę. – To teraz. I wyspowiadałem się. – Komunię świętą będziesz przyjmował? – Dobrze. Następnego dnia komunię świętą przyjąłem. Siostry felicjanki tam były i pomogły mi się przygotować. Powiedziałem: – Wstydzę się! A jedna stareńka, na pewno już dawno nie żyje, powiedziała: – Czekajcie! On się wstydzi. A potem spojrzała mi w oczy. Oficerowie nie wiedzieli, że się spowiadałem. Powiedziałem o tym tylko jednemu Białorusinowi, szefowi kuchni. A potem idę sobie i nagle słyszę: – Lissowski! Chodź tu! Zameldowałem się: – Panie plutonowy! – Ty się spowiadałeś. Tak? Odpowiedziałem: – Tak! A on na to: – Ja też chcę się wyspowiadać. Powiesz księdzu? Ja mówię: – Powiem. – A więcej nikomu nie? Bał się komunistów. – Nie. Nikomu nie powiem.
Franciszek Lissowski
Niemiecki porządek: wprowadzili kartki Niemcy. Wszystko było na kartki, nawet ciasteczka do herbaty otrzymywaliśmy raz na tydzień. Cukier... Tam gramy byli, ale wszystko było w racji, włączone i każdy otrzymywał. Porządek był. Nie masz prawa spóźnić się, wszystko wybrać w sklepie. Był ustalony termin, od której do której i w jakim sklepie zakupy.
Walentyna Łapkowska
[Dziarkowszczyzna, lata 40.]Była bitwa i koło kościoła zabili jednego Niemca. A dalej, na pańskim cmentarzu, zabili partyzana. Niemcy przyjechali, wszystkich nas do kościoła zapędzili. I tam pozabijaliby nas. Postawili nas już w rząd wszystkich, całą rodzinę, wszystkich z wioski. Ja jeszcze maleńka byłam. Już chcieli strzelać w nas, kiedy jeden człowiek, który rozmawiał trochę po niemiecku, podszedł do Niemca i powiedział: — My nie winowate, tak i tak zrobiło się. Wojna robi i my nie kierujem. I tak on temu Niemcowi wytłumaczył. I wtedy powiedział tenże, niech niosą, kto kury, kto owce, kto mięso — wszystko co mieli — dawali. I tak odratowali się. My małe byli jeszcze i nie bali się. Raz była bardzo wielka niemiecka maszyna, zapełniona żywnością. I ona w błocie została się, daleko od wioski, tam gdzie chowaliśmy się, uciekając od tej wojny. Niemcy jej nie wyciągnęli i ludzie z niej wszystko pobrali. Tam i pieczywo było, i spirty, i koce były. No i wtedy brat starszy ode mnie dwa lata powiedział: — Chodź, pójdziemy. Wzięłam chusteczkę i poszliśmy. Na chusteczkę złożyłam chleby i mydełko. A brat schwycił się za karabin. I nagle ludzie mi powiedzieli, że na motocyklu jadą Niemcy. I ci Niemce stanęli przed nami. A ja wzięłam tę chusteczkę i zaczęłam uciekać. Zaraz wrócili mnie do siebie, popatrzyli — co w chustce. Nawet grozili nam, ale w końcu pożałowali i nie zabili. No i pojechali.
Leokadia Łoś
[Dziarkowszczyzna, lata 40.]Pewnej nocy obudziliśmy się, bo słyszeliśmy, że ktoś jedzie. — Kto to jest, czy partyzanci czy Niemcy? — zapytała mama. Patrzyliśmy przez okno i usłyszeliśmy głos Niemców. Już nie paliliśmy światła, nawet świecy. Ktoś zastukał. Mama odemknęła drzwi. — A kto tu żyje? Mama mówi: — Ja sama żyję. — A gdzie mąż? U partyzantów? — Nie, on zmarł. — No to idź, znajdź mi czterech mężczyzn, żeby tu przyszli. Ja na was poczekam. Mama poszła. My czekaliśmy i czekaliśmy, i przeżywaliśmy strasznie. Nie było jej długo. Poszła tam, gdzie nocowali mężczyźni i prosiła, żeby przyszli, bo ten Niemiec każe. A oni nie chcieli iść. Kobiety im mówiły: — Jak wy nie pójdziecie, to ją zabiją, jeśli ona nie wypełni tego, o co on prosił. No i mężczyźni przyszli z mamą. I wtedy zaczęli ich Niemcy bić, mamę też, i krzyczeć, że to partyzanci. A u nas za wioską był cmentarz. Zaprowadzili ich na ten cmentarz i zbierali się strzelać. Mama mówiła Pod Twoją obronę, a kiedy tylko nastawili swoje automaty, zakrzyczała ze strachu: — Matko Boska, za co niewinną śmierć będę ponosić?! A ten, który mamę posyłał za tymi mężczyznami, był troszkę dalej. On był soprowożdajuszczim, przewodnikiem, pytał ludzi, gdzie jaka droga, gdzie jakie mosty położone. Kiedy usłyszał, jak mama zakrzyczała, przybiegł i krzyczał: — Nicht partizan, civil, civil! To był dobry człowiek, kazał mamie i mężczyznom iść do domów. A mężczyźni powiedzieli: — Nas znowu postrzelają. Nas znowu zabiorą, bo nie wiedzą. To każdego odprowadził do domu. I wtedy mama wzięła obraz i książeczkę do nabożeństwa, i wzięła nas, i poszliśmy do lasu.
Leokadia Łoś
Niemcy to były samoluby, oni nikogo nie lubili oprócz siebie. Raz wyszedłem ze szkoły, chciałem u Żydów gołębia złapać, żeby do domu próżno nie przyszedł... Na targ poszedłem. Stał młody Niemiec, fajny, wysoki chłopisko. Jakiś starszy Żyd podszedł do niego, żeby przypalić, bo nie miał zapałek, to on go kopnął tak, że leciał daleko...
Włodzimierz Maniowski
Potem przyszła niemiecka właść. Niemcy dniom u nas, a partyzany nocą. Partyzany nocą, a Niemcy dniom. Zaszli partyzany - od Niemca ci już kara. Zaszli Niemcy - nocą od partyzan ci już kara. I zabierali wszystko partyzany: owcę, świniaka, prosiaka, no, wszystko! A jak nie dasz - ścięcie! Ot, tak, tak było. I było u nas dwadzieścia uli pszczół. I kiedyś to przed Nowym Rokiem partyzany wszystko zgrabili. Przed Nowym Rokiem wszystko zgrabili. Do jednego ulu, i zabrali.
Józefa Martos
dotyczy także: Partyzanci sowieccy,
Mama, bratowa, poszły do kościoła. Ja też bardzo chciałam, bo jeszcze za Niemców kościół był. - Nie, ty zostań, bo może być obława. I tak rzeczywiście było. Mama z bratową wychodzą z kościoła, a Niemcy obłożyli naokoło kościół i wszystkich na samochody. Dzieci osobno, kobiety osobno. I powieźli. A mama nie rozumiała po niemiecku. Był tam jeden volksdeutsch, Polak. I mama mówi do niego: - Proszę pana, u mnie w domu troje dzieci, matka, ojciec, jak wy mnie zabierzecie do Niemiec, co oni zrobią? I on poprosił Niemców i dali mamę do żydowskiego getta, kury skubać. Żydzi bili kury, koguty bili. I tam mama pracowała cały czas w tej rzeźni. Troszeczkę niby lepiej było. Ale jednak babcia chodziła... Była taka wielka góra ziemniaków, zgniłych. Babcia wybierała, który był mniej zgniły i tym nas karmiła, bo nie było czym karmić.
Irena Matjas-Mikuła
Nam w pamięci pozostał tylko 22 czerwca 1941. Tak odczuliśmy ten wybuch wojny. Na Aleksocie [dzielnicy Kowna] był taki fakultet uniwersytecki i obserwatorium. I zaraz jak Niemcy przyszli, to go zbombardowali. I takie było wrażenie z początku wojny. A wcześniej nic się nie działo, no owszem działo się, te wywożenia straszne i napięcie było. Największe wywożenie było właśnie 14 czerwca. A 22 czerwca już wojna wybuchła…
Henryk Matusewicz
[Żytomierz, 1941-1944] Było bardzo strasznie, dlatego, że zabierali do Niemiec młodzież. Mnie już było 19 lat w czasie wojny, i my chowali się wszędzie. To coś strasznego było. W nocy, to gdzieś tam nas mama chowała. Chodziliśmy do chóru do kościoła i śpiewaliśmy z Bronią. To nam jeszcze dali takie niby zaświadczenie, że my pracujemy, bo kto pracował, tego nie brali. Jakoś my tam sie wykręcili. I tak wojna ta przeszła, dwa i pół roku, i znowu przyszli Ruskie, znowu zaczęły sie areszty, aż pokąd Stalin nie poszedł.
Maria Mazur
[Żytomierz, 1941-1944] Niemcy tak od razu otworzyli kościół i zaczęli wywozić archiwum. Jeszcze mój cioteczny brat pomagał wywozić to wszystko. Zaczęli ludzie przychodzić do kościoła, chociaż nie było księdza jeszcze, przychodził niemiecki ksiądz, przychodził nawet żołnierz taki niemiecki. Wtedy msza święta była w łacińskim języku, nie była w polskim. Tylko chór śpiewał po polsku, a w łacińskim języku była cała msza święta.
Maria Mazur
Broń zbierali dla tych, co w lesie, partyzantów — ale nie wiem, czy ukraińskich, czy polskich. Wzięli trzy kulomioty maksima i siedem worków granatów. Dużo nazbierali dzieciaki. Ale że nie bali się? Ja nawet nie wiedziałam. Zrozumiałam, że brat zbiera broń, jak ten jego kolega rok starszy, Jurek, przyszedł i mówi: — Stefan, chodź do nas! — Czekaj, niech ja drzewo to wszystko przetnę, wtedy pójdę. A ja ci nakazuję, już iść! To on rzucił wszystko i poszedł. Zdyscyplinowany był chłopak. I tego dnia zginął.
Barbara Medyńska-Michajłow
Michaś poszedł za mnie do Niemiec do pracy, zabrali go. Mnie zabierali, a on mówi: — Siostrzyczko, co ja będę robić z tymi dziećmi? Ty chociaż jakąś koszulę upierzesz dziecku, jeszcze coś zrobisz, pomożesz matce. Matka chorowała, migrena u mamy była bardzo ciężka, głowa bolała bardzo i matka często traciła świadomość. Potem drugiego brata, Stefana, rozerwała przeciwczołgowa mina. Taka kupa mięsa i piasku została. Akurat wtedy byłam chora, miałam taką bardzo nieprzyjemną chorobę, różą nazywała się. Cała byłam opuchnięta na twarzy, w szpitalu obandażowali całą głowę, zostawili jedno oko, lewe, i usta, żebym miała czym dyszeć. Byłam bardzo chora. Miała trochę w domu materiału. Dziewczynki zrobiły mi bardzo ładne pokrycie, takie jak firaneczki ładne, okryli go. Ubrali go w taką odzież świąteczną, leżał na katafalku, usta miał spalone, twarz spalona była, a włoski były całe. Ludzi było bardzo dużo na cmentarzu, na pogrzebie. Bo ludziom bardzo było ciekawie, jak to się stało wszystko. Ja akurat przyszłam do babci męża, dwunasta godzina wybiła, zerwałam się z domu. Ciocia Dora mówi: — Dobrze, że obudziłaś się, pójdziemy na stare Zaleszczyki, do domu, do was, bo tam coś się stało. Mówię: — Ja wiem, co się stało. Miałam takie przeczucie, że ze Stefanem coś niedobrego się stało. Miał 17 lat, ładny chłopak był bardzo. Okazało się, że chłopaki pomagali jakiejś organizacji, pomagali wojsku, zbierali broń, amunicję.
Barbara Medyńska-Michajłow
Niemcy żołnierze, to byli bardzo czyści, nawet eleganccy. Akurat była Wielkanoc i wszystko było głodne, nie było co jeść. — Kury chodzą, może podstrzelilibyście kurę, a ja wam ugotuję rosołu. A oni mówią: — Nie, tego nie zrobimy, bo i tak skrzywdziliśmy ludzi. Odczuwali to, że robią nie tak, jak trzeba. Niemcy nie rozumieli ludzi, nie każdy znał język. A oni od razu bili, jak czegoś nie rozumieli. Byli nieprzyjaźni. Moskal był trochę przyjaźniejszy, ale jak dowiedział się, że masz krowę czy konia, to już byłeś wrogiem. Za Niemców pracowałam w inspekcji przeciwpożarowej, asekuracyjnej. Byłam tam kasjerką. Jak rewizja do mnie przyjeżdżała, to u mnie nigdy niczego nie brakowało. Przysłali taką panią ze Lwowa, która organizowała to przedsiębiorstwo przeciwpożarowe. Wydawałam pieniądze, jak u kogoś spalił się dom albo majątek, a było to ubezpieczone, zaasekurowane, to wypłacaliśmy. To nie było prowadzone przez Niemców, ale kontrolowane. Ze Lwowa przyjeżdżała rewizja. W domu Dudleja. A potem był taki nakaz, że ten, kto pracował przy Niemcach w biurze, to nie ma prawa pracować w finansach przy Rosji. I zwolnili mnie. Ja kasjerką pracowałam, a głównym buchalterem była pani Natalia Andrejczyn, pani urodzona we Lwowie. Pracowałam tam, dopóki Niemcy byli. Nie było bardzo biednie, bo jak już Niemcy byli, to dostawaliśmy trochę pieniędzy, trochę dolarów z Edmonton, było lżej o wiele. Tam była cioci Katarzyny córka, dwa lata starsza ode mnie, nauczycielka. I ona nam cały czas przysyłała pieniądze. Była taka organizacja „Most”, przez tę organizację przesyłała nam worek cukru, worek mąki. A dolary zamienialiśmy w banku.
Barbara Medyńska-Michajłow
[powiat dryświacki, lata 1941–43]A rzędem tam wieś i była Żydóweczka. Jeden katolik, a miał Żydóweczkę. I byli dwie córki, i dwa syny. Tak Niemcy, a wiesz, jak to mówią ludzie, cóż on Niemiec wie? No, ale ludzie podpowiadali. Po prostu tak, i Bogu wierzą, a cóż tu robić, no! I podpowiedzieli Niemcom, to przyjechali, to matkę zabili i dziewczynek, a chłopców, po ojcu, to już nie ruchali. No trzebaż tak? W Dryświatach, przy Niemcach, jednemu dwanaście dzieci było. I Niemcy dwa ubrawszy się, bo był w partyzany, przyszli do niego wieczorem i rozstrzelali. A jeden chłopak był, tam kilometry jakie dziesięć, pasł krowy. Też ludzie podpowiedzieli, ot katolicy, podpowiedzieli. Katolicy, nie daj Boże. Co wojna pokazała… Bardzo wierzą Bogu, a robią nie po boskiemu.
Longin Michajłowicz
[Szydłowce, Kamieniec Podolski, Ukraińska SRR, 1941-42] Zaczyna się wojna, zabierają brata najstarszego, z 1919 roku był. Zabrali i po dziś dzień nie wrócił. 22 zaczęła się wojna, 30 bombardowali bardzo Kamieniec, bombardowali, tych Żydów zabijali. To tak bombardowali, że żywego miejsca się nie ostało, ani jednego domu na starym mieście, to był goły plac, wszystko rozwalone, i sterczały tylko gdzieniegdzie gołe ściany. I wszystko. I tak tu przeżyliśmy. Ojciec idzie do pracy, zaczęło się bombardowanie, i ginie pod bombą. Wyjeżdżamy stąd, z Kamieńca, jedziemy na wieś, jest ciężko, pieszo iść te 60 km od miasta do Szydłowców. A tam byli dziadkowie. Tam mieszkaliśmy niby u siebie. Przeprowadziliśmy się tam, bo nasz dom w mieście, tu, gdzie mieszkaliśmy, wszystko poniszczyli. Od tych wybuchów wszystko, wszystko zniszczone, ani drzwi, ani okien, niczego - nie mogliśmy tu zostać. Wyjeżdżamy na wieś, do Szydłowców. I tam byliśmy - w 1942 roku, w marcu miesiącu pojechaliśmy, a 22 czerwca zabierają mnie do Niemiec. I tam pobyłam, tam przepracowałam w Niemczech, dopóki wojna się nie skończyła.
Adela Mołoda
[Kamieniec Podolski, 1941] Niemcy przyszli do nas bardzo szybko, 22 zaczęła się wojna, a do nas przyszli już pewnie na koniec miesiąca. Nie było tu miejsca, żeby nie bombardowali. Tak Niemcy robili, że najpierw bombardowali, a potem już szli na gotowe. Nasi żołnierze się wycofali i my też wtedy uciekliśmy. Uciekliśmy 3 czy 4 kilometry, za most, i tam byliśmy gdzieś tydzień. Jeszcze chodziliśmy do miasta szukać ojca, bo ranny był w bombardowaniu, myśleliśmy, że może w szpitalu. I nie znaleźliśmy go już. Po tygodniu wróciliśmy z powrotem, już Niemcy poszli dalej, nawet nie Niemcy to byli, a Madziarzy. Nieśliśmy ze sobą wszystko to, co wzięliśmy, takie najpotrzebniejsze rzeczy, do przebrania, jakaś bielizna, łyżki, widelce, to i to nam pozabierali, ci Madziarzy, jak już dochodziliśmy do mostu. Jedyne co, że krowy nie zabrali, bo co byśmy bez niej zrobili?
Adela Mołoda
[Mariupol, 1941 rok]Zaczęła się wojna Niemiec ze Związkiem Sowieckim. Słyszymy, że zajmują kolejne miasta, że weszli do Kijowa i doszli do Mariupola. Nie mieliśmy co jeść, ogródek był u nas bardzo mały, nawet kartofle tam nie rosły. Nie wiedzieliśmy, co robić. Kołchozy były już zamknięte i widzę sąsiadów, którzy gdzieś idą z koszykami i torbami. Też wzięłam torbę i poszłam za nimi. Oni doszli na pole kołchozowe i zabierali kukurydzę. To ja też nazbierałam tej kukurydzy, przyniosłam do domu i jeszcze raz poszłam.
Jadwiga Moskwitina
Po miesiącu doszliśmy z Mariupola do Berdyczowa i wujek mamy powiedział, że my możemy się u nich zatrzymać tylko dwa dni. Ale w Berdyczowie mieszkała jeszcze rodzina brata mojego ojca, kuzyni - Eugeniusz i Aleksander. I jeden z tych kuzynów był taki zaradny i powiedział, że znajdzie dla nas mieszkanie. Tego samego dnia zaprowadził nas do domu, gdzie wcześniej mieszkali Żydzi. A ich wszystkich wywieziono i zamordowano. W tym mieszkaniu nic nie było, nawet szyb w oknach nie było. Ale ten kuzyn wszystko naprawił i tak mieszkaliśmy. Potem przyszedł Niemiec z jakaś Rosjanką, niedobrą kobietą i nas wypędzili. Wtedy kuzyn znalazł nam inne mieszkanie.
Jadwiga Moskwitina
[Mariupol, Zaporoże, Żytomierz, 1941 rok]Kiedy nie mieliśmy już co jeść. Mama powiedziała, że pójdziemy do Berdyczowa. W Berdyczowie mieszkali mamy dziadek, wujek, siostra. Może u nich mielibyśmy coś do jedzenia. Mama wzięła maszynę do szycia, zabraliśmy tylko ubrania buty i rzeczy do spania. Resztę zostawiliśmy. Babcia już miała chore nogi, to wujek Władek sadzał ją na swoją taczkę, dawał na ręce swoją małą córkę i tak miesiąc byliśmy w drodze z Mariupola do Berdyczowa. Często nie mieliśmy co jeść, czasami nie było nawet wody. Przed Zaporożem mama z wujkiem zobaczyli, że w polu pracują ludzie. Poprosili ich o trochę wody dla dziecka, to powiedzieli, że sami nie mają. Jak już na drugi brzeg Dniepru przeszliśmy, zachorowałam i bardzo mnie zęby rozbolały. W jednym miejscu przechodziliśmy koło linii kolejowej, zobaczył mnie Niemiec. Zawołał i spytał się czy mnie zęby bolą. Zrozumiałam go, bo miałam trochę w szkole niemiecki. Zabrał mnie do kobiety, która pracowała na kolei i ona dała mi tabletki na ból zęba. Wróciłam do mamy i wujka. Ten Niemiec podszedł i spytał się dokąd idziemy. Powiedział, że zaraz będzie pociąg towarowy, żebyśmy szybko wsiedli do niego, a potem wyszli na drugiej stacji, tak żeby nikt nas nie zauważył i to będzie już Żytomierz. I tak udało nam się dojechać.
Jadwiga Moskwitina
[Nowe Święciany, 1941-44]U nas jeszcze taki był patefon, gramofon. I babcia bardzo często go nastawiała. Ja jej mówiłam, żeby nie nastawiać tego gramofonu, bo przychodzą ci wszyscy ludzie i Niemcy – a ona nie bała się. A Niemcy jak usłyszeli, to zwabieni tym zachodzili. U nas te płyty dawniejsze były, tanga… Babcia nastawiała i na całej ulicy było słychać. To drugi raz przychodzili. Austriak w ten sposób do nas przyszedł, bo usłyszał, że tu grała muzyka. Potem okazał się on bardzo dobry człowiek, sympatyczny.
Izabela Moszko
[Próba aresztowania miejscowego księdza]W czasie wojny ksiądz uciekł. Kościół był otwarty z początku, te pierwsze Niemcy nawet i przychodzili do kościoła, bo niektóre z nich to były katoliki. No chyba ksiądz miał jakiś związek z partyzantami, no nie wiem, bo ktoś z Niemców, katolików — chyba jego uprzedził, że będą na niego czekać. W kościele nie zechcieli aresztować, czekali przed kościołem. Po mszy nie wyszedł, a potem dowiedzieliśmy się, że taburetka przystawiona do muru, bo był mur wysoki, i ksiądz przelazł przez mur, i poszedł przez wieś okryty takim, jak to u nas nazywają, taka pościałka, domotkane, swoje takie. I widzieli, że szła jakaś osoba, rano, o czwartej godzinie, tam krowy wypędzali, że szła jakaś postać przez wieś, i tak to pomyśleli, że to ksiądz. No i potem już nie było księdza u nas.
Teresa Muchina
[Iwieniec, 1942]Uciekaliśmy do lasu. Jeszcze na początku wojny. Las u nas blisko i powiedzieli, że będą wszystkich zbierać i kogo do Germanii, a komu i kula. No i co? Zebraliśmy się, teraz strasznie myśleć, ale już to przeszło i poszliśmy. Przyszliśmy do lasu. Mieliśmy takie miejsce, gdzie można się schować. Ojciec ze strachu szedł, szedł i zostawił ją [siostrę] gdzieś, a ileż jej lat było? Boże, tak nam strasznie było, że my będziemy rozstrzelane czy coś. Poszliśmy jej szukać, a ona – wiadomo – dziecko jeszcze była. Skręciła się pod krzakiem. Znaleźliśmy ją, a potem już ktoś tam ze znajomych powiedział: „Już poszli, już można wychodzić”. Jak zaczęliśmy wychodzić, tutaj zaraz słyszymy rozmowy po niemiecku. Tam taka jama była i my wszyscy do tej jamy. Leżeliśmy, znaliśmy, że już może być wszystko tutaj, a jeden Niemiec szedł, a tam wiadro było, tak on nogą w wiadro, podrzucił je, zobaczył nas, ale może on swoje dzieci miał, czy może nie chciał już zajmować się tą sprawą, nie strzelał nic – poszedł. To modliliśmy się, jak umieliśmy. No i tak już zostaliśmy się. To już był czas, jak oni odstępowali.
Maria Murawska
[obwód żytomierski, Ukraińska SRR, lata 30. i 40.] Jak się zaczęły wywózki, to zaraz przychodzili do poszczególnych kolonii i deportowali. Przychodzili do polskich kolonii i dawali parę godzin albo jeden dzień na spakowanie się i wywozili. To samo ja potem widziałam w niemieckich osadach. W tych polskich i niemieckich osadach żyli też czasami Ukraińcy i Żydzi. Oni nie byli wywożeni. Potem nadeszli Niemcy. Ukraińcom oni nic nie robili, ale Żydów rozstrzeliwali. Kiedyś zrobili taką jamę w ziemi i rozstrzeliwali. Dwa tygodnie ziemia się ruszała, to było straszne.
Bronisława Nowakowska
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Baranowicze, 1941–44] Getto to była dzielnica wyznaczona poza centrum miasta. Był to teren oddzielony, ogrodzony drutem kolczastym. Niemcy to wyznaczyli. A później Żydów wszystkich z getta rozstrzelali za miastem, niedaleko cmentarza. Taki dół ogromny tam był i tam strzelali.
Joanna Nowogońska
dotyczy także: Żydzi i Zagłada,
[Baranowicze, 1941–44] Żydom zrobili tutaj getto — ogromne, bo było bardzo dużo Żydów. Strzelali ich strasznie. Moja mama im pomagała. Jedna znajoma Żydówka, Gouda Goldberg, miała za polskich czasów sklep z galanterią. Ta znajoma Żydówka szyła i prała w pralni dla Niemców. Niemiec, co był z Czech i po polsku pierwszorzędnie rozmawiał, bo na granicy mieszkał, prowadzał tych Żydów do pracy. Moja mama zawsze nakupiła tego, to tamtego i wsadziła do koszyka, a potem podchodziła do Niemca i rozmawiała z nim po polsku. On jej powiedział: — Pani, jeśli wyjdzie na jaw, to wszystko bierzesz na siebie. Uważaj, bo nie wiesz, co będzie za to. Mama powiedziała: — Ja ciebie obronię. Niech mnie rozstrzelają, a ciebie nie ruszą. Pozwól tylko dać im to. I on ją prowadził, a mama wynosiła, co mogła i dawała im żywność a pani Goldberg ją rozdzielała.
Joanna Nowogońska
dotyczy także: Żydzi i Zagłada,
[Baranowicze, 1941–44] Potem przychodził do nas Żyd, synek pani Goldberg. Mama mówiła: — Pilnujcie jego. W nocy chowała go w piwnicy, tam światło u nas było. Potem jacyś jego krewni go zabrali. Mama go ubrała, dała mu okulary, czapkę. A potem jak chwycili się za moją mamę! Pytali: — Kto u ciebie tam jest? I ciągali ją na przesłuchania, a mama umiała rozmawiać. Raz poszła, drugi raz, trzeci raz aż w końcu mówi: — Rozstrzelaj mnie! Czemu ty mnie ciągasz tak? I popadła do jakiegoś podpułkownika na przesłuchanie. Ten podpułkownik powiedział podwładnemu: — Nie potrafisz prowadzić sprawy. Jeśli ona winna, to trzeba posadzić, a jak nie — to co ciągasz? I zostawili mamę w spokoju. A ten Żyd przysłał mamie list chyba z Palestyny. Bardzo jej dziękował. Mama jemu odpisywała a potem oberwał się kontakt i nie dochodziły te listy do mamy.
Joanna Nowogońska
dotyczy także: Żydzi i Zagłada,
[Miadzioł, 1941–44] Pierwszy mąż był zabity tutaj w Miadziole, w czasie wojny jeszcze. Pojechał do Miadzioła, żeby kupić owies i kartofle, posadzić je, ziemię obrobić. Z bratową chodzili po rynku i jeden, co był w policji z Kurzeńca, żandarmowi pokazał męża i powiedział: — Komsomolec. Wzięli go od razu. Nie Niemcy, a swoi. Młodzi ludzie z Kurzeńca byli w policji tutaj w Miadziole, no i chcieli się widocznie wysłużyć. Swoi zaprowadzili go do policji i tam siedział. Rozstrzelali go. Ciała mi nie oddali. Mogli i za mnie się wziąć. Za pierwszych Sowietów przecież całą młodzież mobilizowali do tego Komsomoła.
Leokadia Ohrymienko
[Fastów, 1941] Tatusiu budował dom. Do wojny był już cały, a jak wojna była, to rozbiło, rozbiło i drzwi, i okna powylatywali. Wszystko trzeba było remontować. Straszne, straszne. Bomby lecieli, tak 2 metry od domu bomba upadła, że jamy takie wyryła, jak dwa pokoje. Wszystko na wierzch, i drzwi, i okna powylatywały z domu. Zabiwała je z powrotem, zabiwała drzwi i okna, bo tatusia nie było, tylko mama i ja, a bracia byli na froncie. Ciężkie życie, straszna, straszna wojna.
Halina Patryak
[Kijów, 1941] Ja cztery dni dobierała się do Kijowa. Dobrała się na Podół do swoich znajomych. Domek taki był, na drzwiach listeczek napisany: Antonina, mama Witalija, i Halina, siostra moja, córka jej. Dwa człowieka mieszka. Jak ja zaszła, cocia mnie zobaczyła, obejmuje i mówi: - Oj, moja Helusia droga. Każdą noc chodzą Niemcy, zabierają na roboty. A ja pytam się: - A gdzież Hanocka? - O tam, w pokoju leży. Ja przychodzę, u niej były kosy, długie kosy, taka ładna panienka była. Nie ma kosów! Patrzę się - nożyczkami pocięte! Leży na rozkładuszce, taboretka koło rozkładuszki i na taboretce leży butelka octu, stoi szklanka, woda i tabletki, i chusteczki na kompresy. Ja jak weszła, obejmuję ją: - Hanuczka, Helusia, cóż takiego? A ona potem mówi - Rozalia nazywała się jej mama, Rozia - ona mówi: - Tyfus. Musieli my mówić, że tyfus, i obstrzygła te kosy, i poharatała jej twarz. Ona była taka ładniutka, taka ładniuśka! Boże, jaka piękna! Ją zabraliby zrazu, szkoda. I w każdą noc przychodzili. Jak przyjdą, z psami, albo bez psów, przychodzą, Niemiec mówi: - Muter, matka! Zwei, zwei, dwa człowieka! - Ja i córka. - Gdzie córka, gdzie córka? Ona pokazuje. On patrzy się: - Krank?! Chora, chora? Ona im odpowiada: - Tyfus, tyfus! - Weg, weg, weg! Tyfus, tyfus, krzyczą i uciekają. Boją się zarazić. Musieli my tak robić. Ta Rózia uratowała tę swoją córeczkę. Mówię: - Tak ja pójdę nazad do domu. - Nie, nie Helusia. U mnie piec stary, i pod piec pójdziesz. Ona mnie pod piec chowała, a tam drwa kładła, umywalnik tu stojał, proszek i trutka leżała, żeby, jak pies przyjdzie, nie uznał, że tam ktoś jest. I tak wszystkim pozagraca, pozagraca mnie na noc, a dniem oni nie chodzili, oni tylko nocą chodzili. Ja tam u niej była dwie niedziele. Dniem w szafę mnie chowała i odzieżą zakrywała, a przed szafą rozkładuszka leżała. A na noc pod piec i drwami zakłada, i umywalnik, tam proszki. Jeden raz z psami przyszli, to ona zrazu wyszła i powiedziała: - Córka krank, tyfus, tyfus. To oni patrzą się i od niej uciekają zaraz. A u niej nijakiego tyfusu nie było! Tak ja uratowała się od Germanii.
Halina Patryak
[Wilno, 1944]Przyszliśmy do domu. Na naszej ziemi stała katiusza i kilka drzew było takich spiłowanych. Tata mówił, że widać było, jak wciągnięta była ta katiusza na naszą górę. A nasz dom stał, nasz domek stał... Katiusza strzelała od nas na Zwierzyniec. Tak przez całe miasto. Bo przecież Wilno to jak w jamie. No i te katiusze stały tam właśnie na naszej górze. Tato mówił, że on widział potem, jak oni ciągnęli ją z powrotem. Nie do Wilna, a tam w górę, do Pawilniusa.
Janina Pawłowska
[Wilno, 1944] Potem pochowali się ludzie, rozeszli się, bo miasto paliło się. A Niemcy gnali do miasta. Gnali do palącego się miasta. A ja doszłam tam bliżej, tam Subocz, nie ma już tego domu. Tam znaliśmy te wszystkie domy, wszystkie te piwnice. No i tam jeden powiedział: „Dajcie ich do piwnicy”. Zaszliśmy do piwnicy, a tych ludzi już nie było, dom był policjanta, to policjant ten już gdzieś tam był. A potem już ten nasz pan Bogdanowicz wyszedł. Ta piwnica była tak w ziemi, słychać było te strzały, to wszystko. Bo tak myśmy w tej piwnicy zostaliśmy żywi. Wrócił i powiedział: „Ruski już idą. Już Ruski idą”. No i wtedy, kiedy on wyszedł, porozmawiał z tymi Ruskimi, Ruski powiedział: „Wychodźcie, wychodźcie, bo już Niemców nie ma, Niemców kaput”.
Janina Pawłowska
Nowogród Wołyński, 1941Niedługo po tym jak przyszli Niemcy, mocno się rozchorowałem. Miałem temperaturę 41 stopni i wszyscy mówili, że umrę. Jeden niemiecki lekarz wojskowy robił raz obchód po szpitalu. Ja leżałem, matka siedziała obok i moczyła mi czoło wodą, i on dał mamie taką paczkę niemieckich tabletek. Ten lekarz powiedział mamie: - Kinder dawaj tabletki. Eins, zwei, drei. Mama dawała tabletki, mnie temperatura zaczęła spadać i w niedzielę lekarz znowu przychodzi na obchód, patrzy, pogładził mnie po głowie i mówi: - Kinder gut.
Stanisław Piątkowski
dotyczy także: Wojna sowiecko - niemiecka,
Zasimołka, 1942-1943Potem w lato 1942 roku zabierają na roboty do Niemiec. Zapisali mnie. Do Nowogradu Wołyńskiego tam do obozu zabierali, i ja z dwoma chłopakami z tego obozu uciekłem. Jak dezerterzy. Wkrótce potem przyszli policjanci i pytają matki: - Gdzie twój syn? I poszedłem żyć w lesie, zrobiliśmy z tymi kolegami sobie ziemiankę. Partyzanci troszkę nas karmili, w zamian my wykonywaliśmy dla nich drobne prace. To trwało do 1943 roku, kiedy to w grudniu nas wyzwolili.
Stanisław Piątkowski
Papa do lasu zabrał i krowy, i świnie - tam zrobili miejsce, gdzie mieliśmy żyć. Nie myśleli, że tam przyjdzie Niemiec. -Hande hoch! Partyzany? - Nie - mówim. - Wperiod! Idziemy, idziemy, gdzież oni nas poprowadzą? Przyprowadzili do wioski Dwaryszcze. Na ulicy nocowali może trzy dni, a wtedy dali przykaz nas wywozić. Po trzy człowieki w  szereg. Gnali nas. A my z dziewczynką drugą, Filunią taką, zabieżali za krzaki. Nas nie zobaczyli. No, posiedzieli, posiedzieli. Nie ma nikogo. No, gdzie iść teraz? A rodzina tam pojechała: mama, siostra młodsza i papa.
Waleria Pietkun
Tu był bardzo duży dom, spalił się on. To stali tam Ukraińcy - własowcy w nim. Oni nam pomagali. Taki nasz znajomy był, ich wywieźli na Sybir, a on został się tutaj i krowę przyprowadził. Mieszkał tam na chutorze. Oni byli bogaci, 20 hektarów mieli ziemi, i on został się sam i mówi: - Wszystko jedno, partyzany zabrać mogą, to ja wam przywiozę krowę. I paśliśmy. Tutaj zaraz łąka taka, blisko. I mleko było. Niemcy godzili się na tą krowę. I jeszcze te Ukraińcy im co ukradną! Bo tu zrobili taki szałas i tam konie trzymali. I Ukrainiec mówi: - Panie Raszewski, wystarczy i Niemcom! I nasypie tego owsa, a resztę nam, krowie. A mamusia pojedzie do Lachowicz i samogonki przywiezie, bo im wypić przecież trzeba. I jak zakończyła się wojna, to jeden Ukrainiec przyjechał i mówi: - Ja was się nie boję. No, a cóż my będziemy mówić, że on z Niemcami, tam? Wielki nam kłopot, aby człowiek żył! Fajny taki Ukrainiec był - wysoki, przystojny. Ich dużo było, dziesięć osób. O tu, w tym domu, co spalił się. Tam były trzy mieszkania, Niemcy w dwóch mieszkali, a im dali jedno. I oni z końmi robili, jak służący byli.
Adolfina Raszewska
dotyczy także: Stosunki polsko-ukraińskie,
A Niemcy chodzili w czarnych mundurach, młode takie. Niemcy chodzili, bo to patrol taki chodził po mieście. No, i my raz tak idziemy wszystkie, a idą takie trzy Niemcy. A ja była bardzo ładna i ten jeden Niemiec mówi: - Schwarze pupe! - Czarna lalka! I tak pokazał... Jak ja się nastraszyłam, ja tak strasznie biegła do domu! Jeden bucik zgubiłam, z jednym bucikiem przybiegła do domu, a mama mówi: - Bój się Boga, a teraz w czym ty do szkoły będziesz chodzić?
Władysława Ridosz
Zaczęli zganiać ludzi ku teatru, że będzie sąd. No a my, dzieci, do szkoły idziemy. Kupę ludzi, wszystkie z roboty ludzie Niemcy zganiali ku tego teatru. I my, dzieci ze szkoły, przyszli. Tak staliśmy w pierwszym rzędzie, bo my chcemy widzieć, co to będzie. Ano zobaczyli, że dziesięć słupów zakopywali. Potem Niemiec do nas podchodzi i pyta się - Wieviel Jahre? - Ile lat? A my, takie durne dwie, na palcach stały, bo my chcemy być wyższe - Zwanzig! Zwanzig! - Dwadzieścia! Dwadzieścia! On: - Weg! Weg! Weg! - Uciekać! Uciekać! Uciekać! A my wtenczas, bo naprzeciw dom był, wzięliśmy i na dach wyleźliśmy, i chcemy się patrzeć, co to będzie. Wtenczas po radio ogłaszają, to znaczy każdego nazwisko, skąd on. Aha, oni naprzód zrobili wystawę ukraińską jakąś, bo oni chcieli wyłapać tych wszystkich, tych, co chodzili i mordowali, czy co tam robili. Dosyć tego, że oni raz na jakiś niemiecki sztab napadli i pozabijali tam Niemców, ubrania pozabierali, broni pozabierali. To banderowcy. No i wtenczas Niemcy zrobili taką wystawę, taką, jaką oni, Ukraińcy, lubią i wszyscy z rejonu poprzyjeżdżali na tę wystawę. I Niemcy wtenczas obławę zrobili, i dwadzieścia siedem osób zatrzymali. No, prawda, dużo amunicji pod krzesłami nachodzili. I potem, jak ten sąd był, my się patrzyli. I Niemiec wywołuje: taki i taki, familia, nazwisko, rok urodzenia, wiele on ludzi tam zabił, zamordował. I tak dziesięć ich prowadzą w koszulach, takich białych, wyszywanych. Z krwią, takie straszne. I koło każdego słupa drutem przywiązywali im ręce, i dwa rzędy Niemców stało, i dwaj Niemcy strzelali w jednego. I potem lekarz szedł w rękawiczkach, w okularach taki i otwierał im oczy patrzeć. Jak jeszcze żywy, to jeszcze z pistoletu strzelał do nich. Potem zajeżdżała maszyna i oni za nogi brali, i na tę maszynę ich rzucali, i na to miejsce znowu dziesięć przyprowadzili. A potem siedmioro i między innymi był chłopczyk jeszcze. Może miał dwanaście lat. I strasznie płakał, płakał i prosił, że on niewinny, że on nie chce umierać. I wszystko jedno, zabili.
Władysława Ridosz
A ja, jeszcze jak chodziła do szkoły, to i nas nieraz brali do szpitala, do rannych, do niemieckiego szpitala, tu, na 3-go Maja. No, a my, to takie kozy, śmieliśmy się tak, głupie dziewczęta były. No, my sobie myślimy, czego oni od nas chcą? - A żeby my koło tych rannych chodzili, niemieckich żołnierzy ranionych. I tam bardzo dużo było własowców, kobiety, takie eleganckie, takie wyroby z pierścieniami. Tymi miedsiestrami byli tam, pielęgniarkami, jak to po polsku powiedzieć. No, i oni chodzili do tego. A my koło tych rannych chodzili, nosili jeść, karmili z łyżek ich i potem nas do domu puszczali. No, a jak puszczali nas do domu, to nas posyłali, żeby my z piwnicy przynosili chleb do góry, tam, na kuchnię, i tam już była starsza taka, że ona po tych salach rozdawała. A my brali ten chleb, kradli, chowaliśmy pod materace, tam, na górze, pod strych, no i potem tak my żyli.
Władysława Ridosz
W czasie okupacji do jednej naszej znajomej przychodził Niemiec, który ją pokochał. To była Regina Baranowska, zawsze taka strojna... Ona była młoda i wykształcona, miała narzeczonego, który był lekarzem w Wilnie. Niemcy zabrali ją do pracy w mieście, bo znała język niemiecki i w tej pracy właśnie wypatrzył ją ten Niemiec, który się w niej zakochał. Nie wiedział nawet, że ona dużo pomagała partyzantom. Chciał się z nią żenić. Był ładny, przystojny, wysoki rangą, bo to chyba był naczelnik miasta. Ale ona nie chciała za niego wyjść. Powtarzała, że nigdy nie będzie jego żoną. On chciał, żeby po wojnie razem wyjechali do Niemiec, a ona ciągle powtarzała, że nie. Chciała nawet odejść z tej pracy, ale on nie pozwolił. Któregoś dnia po pracy kazał jej zostać na dłużej i wtedy znów ją zapytał, czy z nim będzie. Ona nie chciała, a on nie wytrzymał i zastrzelił ją z pistoletu. Niemiec mówił później, że to ona sama się zastrzeliła, ale lekarz powiedział, że to niemożliwe, żeby samemu tak skierować kulę. Była bardzo odważna. Na pogrzebie ten Niemiec bardzo płakał. Chodził później nawet na jej mogiłę, przyjeżdżał tam też ten jej narzeczony, lekarz z Wilna. Wszyscy po niej płakali.
Anna Riepko
A potem w czasie wojny tam była piekarnia. I oni zakryli tę piekarnię, Żydów do getta wzięli. No i mieliśmy tyle szczęścia, że chleb mieliśmy w czasie wojny. Koleżanki moje do mnie lecieli, a ja chleba sprzedawała. Brałam z piekarni chleb i im sprzedawałam.
Maria Riznik
Niemcy wpadli do Lwowa i kazali nam kartofle obierać. A my nie umieliśmy z nimi gadać po niemiecku. To ja obierałam kartofle i do łupów wrzucała całe kartofle. I potem powiedziałam, że ja to idę wysypać, a on mówi, że dobrze: – Gut, gut. A tam było pełno kartofli. I ja sobie też tak poradziła z Niemcami.
Maria Riznik
Pracowałam u bauera, u gospodarza, na wsi, w Espersztecie i, dziękować Bogu, dzięki nim ja przeżyłam. Jedzenie było normalne, pięć razy dziennie dawali nam jeść. Gospodarz zawsze coś tam ma do zjedzenia, tym bardziej, że on i krowy miał, mleko, wszystko było swoje. Naprzód pół roku pracowałam jako niania do dziecka. Półtoraroczny chłopczyk był, Fryc nazywał się. Pilnowałam go, jeździłam z nim na spacery, pilnowałam, żeby tam nie wpadł do jakiejś gnojówki albo gdzieś do rzeczki. Gospodarza miałam bardzo dobrego, gospodyni nienadzwyczajna, potrafiła uderzyć, dlatego że nie rozumiałam ani słowa po niemiecku. Po pół roku już miałam spokój, rozmawiałam płynnie po niemiecku. Już nie pilnowałam tego małego, bo on już miał dwa i pół roku. Robiłam wszystko, karmiłam gęsi, kaczki, kury, to wszystko. Rano się jechało w pole, oset się wybierało, potem to trzeba było usiekać z jajkami i się karmiło. A mieliśmy tak do stu gęsi i osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt kaczek, i ponad sto kur. Było co karmić. Przepracowałam u nich ponad dwa lata. Pisałam do mamy, rzadko, ale pisałam. W czasie wojny nikt nie pisał, co tu się dzieje. Wiedziałam tylko, że są łapanki, że wywożą ludzi, to wiedziałam. Mama mówiła, jak sobie radzi... Mój gospodarz palił. To mama mu nieraz stąd tytoń przysyłała, w liściach, to on taki zadowolony był. Krajał do fajki. Ja paczki stamtąd wysyłałam. Jak na przykład świntucha bili, to on specjalnie takie maleńkie pętka kiełbasy robił, żeby wysłać do Polski. Wtedy wszystko na front musiało iść. Kilka konserw zawsze mi dawał. I jak szłam na pocztę, to on mi dawał taką karteczkę, żeby listonosz do mnie nie miał pretensji. Że ja nie ukradłam, że on mnie dał, że ja mam wysłać do rodziny.
Krystyna Ruda
[Iwieniec, 1941–44]Widziałam, jak Niemcy rozstrzeliwali. My mieszkali na ulicy Dzierżyńskiego, na Starym Mieście. Pamiętam, jak biegnę do ubikacji, chowam się i widzę, jak strzelają, słyszę wystrzały. Dużo rozstrzeliwali, szczególnie komunistów.
Halina Rudowicz - Alanciewa
Niemcy uże pryjechali i palą wioski. A już mężczyzny byli zabrane na wojnę. Do lasu będziemy uciekać. I tak, co było, tak my schwacili i paszli w lies. Robili jakaś budka z czegoś i tam nastiełali, żeby nie na ziemi być. No i żyli w tej budce.
Leokadia Sapiel
Ja tam na kwarantannie siedzę miesiąc, już cały suchy jestem, bo tam nie ma co jeść. Siedzę, siedzę, nogi mi opuchły. Potem sobota była, czy niedziela, do naszych drutów - bo kwarantanna za drutami - przychodzi gość i pyta się: - Czy jest ktoś ze Lwowa? Ja mówię: - Ja jestem. - A skąd? Rozgadaliśmy się. Ten gość siedział już dwa lata. - Dawaj swój numer, ja ci pomogę, ja cię wyciągnę. On widział, jak ja wyglądam, ja już zdechnąć mam. I on mnie wyciągnął z kwarantanny na roboczy barak, do kuchni, obierać kartofle. Kartofelschelle. Trafiam do kuchni, ja się w kuchni najadam wszystkiego, bo tam kartofle, buraki, marchew. Tutaj nic nie miałem, tylko pół litra zupy durnej. Gdzieś dwa miesiące byłem w Kartofellschelle, okrzepłem, poprawiłem się i zabrali mnie na drugą komandę.
Bogdan Sidelny
Godzina gdzieś pół do drugiej, 5 maja, ładna pogoda, piękne słońce. My już wiedzieliśmy, że front zbliża się do Mauthausen od strony wschodu, od strony Wiednia. Od strony zachodu nic nie słyszeliśmy, bo Amerykanie nie obstrzeliwali miast. A ruski Iwan obstrzeliwał armatami miasta i tę kanonadę myśmy słyszeli pod koniec, całymi dniami. Amerykański patrol: trzy pancerki podjechały pod lagier i nas wyzwolili. W ten czas, pół do drugiej w dzień, ja byłem w baraku z kolegą i słyszę krzyk: - Hurra, hurra! Patrzę przez okno, a na ten słup, gdzie wisiała flaga faszystowska, podjeżdża białe płótno. Lagier się poddaje. Myśmy wybiegli na apelplatz, ten wielki. Gotowaliśmy jakąś zupę, ale rzuciliśmy wszystko i wybiegliśmy na apelplatz. Ja wariat poszedłem do głównej bramy, a tam tyle się ludzi zbiło, że mnie tak zacisnęli, że nie miałem czym oddychać. Ledwo wróciłem się, bo potratowaliby mnie. Ludzie pobiegli przez tę bramę, ktoś upadł pod nogi, to się nie liczy. Tutaj z boku był budynek pralni i dezynfekcji, jednopiętrowy, i ja po drucie wlazłem na dach. Zebrało się nas 30 ludzi i z góry, z tego budynku, widzę, co się dzieje na dole. Patrzę, tankietki podjechały, wyszedł Amerykanin do Niemca, który stał na górze, na wieży. Najpierw powiedział mu: - Złaź! - Nie mam rozkazu, nie mogę. - Nie masz rozkazu? Wszedł do niego, kopnął go w dupę, aż ten wyleciał z góry na dół. Rozbroili ochronę wiedeńską, chociaż ta ochrona się nie sprzeciwiała. Wyszli, ręce do góry, a my staliśmy się wolni.
Bogdan Sidelny
Oni przyjdą, zobaczą, że ja z kulą chodzę pod rękę i nic nie mówią. Dochowałem się. Ojciec zrobił taki schron, około piesy wykopał norę - jak Niemcy czy partyzany jadą po drodze, to zaraz mnie kazał się chować tam. Ja załaził do tej nory. Mama założy tam czymś, żeby nie widać było tej nory. Ojciec bał się, żeby mnie nie zabrali. Zabierali krowy, konie i świnie zabierali. Jadą za Jachniewicze, tam dalej i jak im się tam nie uda, to zaraz po drodze u nas zabierają. U nich była stacja koło Niemna, Plisa, Zieniewicze... Tam, w lasach. Konia, to z wozem zabrali, krowę zabrali i świnię zabrali. Ziarno zabierali, kury... Potem my w Sielubiu chowaliśmy, u Niemców chowaliśmy krowę i konia jednego. Nie u Niemców, ale tam była polskiego policjanta żona, Gągolowa. Ona tam mieszkała i nam pozwoliła w swoim zabudowaniu postawić. I dowoziliśmy produkty dla tej żywioły. Był koń, ale potem, w ostatku, zabrali i tego.Przyjechali do nas na podwórze Niemcy, konni Niemcy. Mówili, że to Litowcy byli, w niemieckiej armii byli (Niemcy zabrali Litwę, to Litwini byli w niemieckim wojsku). Strzelali. Partyzanty jadą z jednej strony, Niemcy z drugiej. Bitwa, strach, uciekamy, za piecyk chowamy się. Jeden raz partyzany jeździli pod Juchniewicze (Niechniewicze?), nazabierali tam świń od ludzi i jechali. Na wsi rozpołożyli się. Obiad sobie gotowali. A spod Sielubia przyjechali Niemcy i okrążyli, zza naszego mieszkania na partyzantów, a partyzanci na nich.
Czesław Sobolewski
dotyczy także: Partyzanci sowieccy,
[Ukraińska SRR, rejon Korosteń, ok. 1941-43]Pewnie, że ci Niemcy nie wszyscy byli potworami. I między nimi byli ludzie. Mama opowiadała, że przyszedł jakiś Niemiec, zobaczył, że Tamara, ta maleńka, krzyczy bez końca, bo dostała świerzbu, zobaczył to, że my wszyscy w tym świerzbie, a jakie wszy! Mama siedziała, było ciemno i tylko szczęk, szczęk, te wszy spadały, były po prostu wszędzie. I tu przyszedł w to jakiś Niemiec i pożałował dzieci, dał karteczkę, powiedział: - Pójdziesz na posterunek, tam ci dadzą lekarstwo. Dali mamie jakąś maść, posmarowała dzieci i ten świerzb przeszedł. I dali jeszcze puszkę konserw i bochenek chleba.
Jadwiga Sołowej
[Ukraińska SRR, rejon Korosteń, ok. 1942]To były bardzo ciężkie lata, pamiętam, że gdy miałam pięć lat, zbierałam w lesie drzewo, żeby było czym palić, zbierałam kłoski na polu - po żniwach zawsze zostają na polu kłosy, takie, które spadły, to ja je zbierałam. Chodziliśmy na boso, całe nogi mieliśmy poranione od ścierniska. Mama zostawiała nas dwoje, mnie i młodszego brata - od tego ojczyma - co był z tego samego roku, co ja, zostawiała nas mama i sama chodziła do kołchozu. Potem ojca zabrali na front, on był na froncie, a nas było sześcioro dzieci, mama chodziła do pracy, a myśmy niańczyli Tamarę, najmłodszą. Miałam sześć lat i już byłam niańką. To było podczas wojny. Pamiętam jeszcze, jak ojca zabrali Niemcy, bo on był mądry człowiek, nauczyciel, i w komendanturze pracował jako policjant. Zabiorą go, mama przejmuje się i przejmuje, nie ma go i nie ma. I jeden raz, pamiętam, przyszli i przystawili mu do głowy pistolet, chcieli go rozstrzelać przy nas, przy dzieciach. Ale w końcu nie rozstrzelali.
Jadwiga Sołowej
[Ukraińska SRR, rejon Korosteń, ok. 1941-43]Była u nas godzina policyjna i po dziewiątej wieczorem nie można było wychodzić na dwór. To była chyba wiosna i z tej wsi, z Zarzecza, która była 2-3 kilometry od nas, mieliśmy klaczkę, nie wiem, czyja ona była. I przyszła do nas po tę klaczkę dziewczyna, przybiegła, myślała, że zdąży przed godziną policyjną ją zabrać. Weszła do nas do domu, i ojczym poszedł do chlewu wyprowadzić tę klaczkę. Już miał ją wyprowadzać, gdy nagle rozległ się wystrzał z automatu. To byli Madziarzy czy Bułgarzy, w każdym razie mówiliśmy na nich "Madziary", siedzieli, nawet pamiętam, były takie rozwalone budynki, siedzieli tak, że tylko głowy im było widać. Strzelili do niej z automatu i wszystko, jedną chwilę to trwało. Dziewczyna wbiegła do domu i od razu upadła. A ojczym usłyszał wystrzał, i byliby i jego zabili, ale zaraz wprowadził klaczkę z powrotem, a okno u nas wychodziło do chlewa, mama je otworzyła, i ojczym schował się do domu. Na rano przyszła matka tej dziewczyny, jak ona krzyczała, jak ona płakała! Dziewczyna leżała tak u nas na podłodze.
Jadwiga Sołowej
Pierwsi tu wstąpili Sowieci. Do szkoły jeszcze nie chodziłam, byłam dzieckiem, w rodzinnym kole, tak że też nie mogę wiele opowiedzieć o tym, ale to blisko lotniska było. I zawsze tam wojsko zatrzymywało się. Wojsko, lotnicy wynajmowali mieszkania, bo to prywatne budynki były. Więc pierwszy usłyszałam rosyjski język i niewiele rozumiałam. A już kiedy Rosjanie odeszli, przyszli Niemcy, to wtedy posłano mnie do szkoły. Za Niemców ja zaczęłam pierwszą klasę.Jak Niemcy odstępowali, to kazali nam zwolnić budynki na tej ulicy, gdzie mieszkałam, Mołotkowskiej, bo powiedziano było, że podminowane tam jest. No i rodzice moi odstąpili to, mieszkaliśmy przed parkiem na ulicy Lipowej, u znajomych. A potem, już jak Ruscy przyszli tutaj, to my z powrotem wróciliśmy do swoich mieszkań, dlatego że nic się nie zabierało, tylko to, co było potrzebne dla człowieka.
Jadwiga Sołtowska
dotyczy także: Pierwsza okupacja sowiecka, Represje sowieckie po 1944 roku,
Niemcy zajęli nasz budynek. Tu było nasze podwórko, dalej parkan i wojsko. Niemcy zajęli te koszary, z tym, że ich pancerki stały wokół naszego budynku. Dzieciaki się bawiły na tych pancerkach... Nic nie mówili tym dzieciom, ale jak ktoś miał przyjść z wyższego oficerstwa, to: - Weg! Weg! Weg! Wrzeszczeli i myśmy uciekali.Moja siostra była starsza, urodziła się w 1929 roku. Miała już swoją paczkę kolegów, wszędzie łazili, na lotnisko itd. Ja zawsze za nimi. I był taki moment, jak raz byliśmy w rejonie (?), gdzie teraz jest boisko, że gestapowcy przywieźli takimi dużymi samochodami z budą Żydów - na rozstrzelanie. Przedtem oni kopali takie jamy 10 na 10 metrów, a potem tam ich rozstrzeliwali. Myśmy się schowali za krzakami i po prostu nad nami latały kule... Potem dostałam w domu za to, że się z nimi wałęsałam. Niemcom kradliśmy wszystko, co mogliśmy. Mieliśmy i ich kolty, i granaty, i kule różne... Wieczorem, zawsze około 10 godziny, Ruscy nadlatywali i bombardowali Niemców. Myśmy te kule rozbijali - w każdej był inny proch: tu kuleczki, tam kwadraciki, tam gwiazdki... Myśmy od swego domu do centralnej ulicy - bo nasza uliczka mała była, jakieś dwanaście domów - sypali ten proch i zapalali... Mieliśmy amunicji bardzo dużo. Ja, mając 8 lat, miałam całą bandę starszych chłopaków i kierowałam nimi. Mieliśmy spadochrony, wszystko mieliśmy od Niemców. Ściągaliśmy to, bo to wszystko było nakryte takim brezentem, a ich nigdy nie było, bo sobie gdzieś pili, łazili.Niemcy wyniszczali tylko tych, co byli w inteligencji i tych, którzy byli zamieszani w politykę. Nas, dzieci, takich prostych ludzie, nie... Czasami, zimą, jak szłam z saneczkami i stał Niemiec na posterunku, to zawołał mnie, pociągał parę metrów w jedną, parę metrów w drugą stronę... Ale, jak już ktoś przyjeżdżał do nich ze starszych rangą, to zawsze wrzeszczeli, żeby się od nich zabierać... Kartki mieliśmy. Za Niemców taki był przydział produktów, że dzieciom dawali oprócz tego, co każdemu dorosłemu, taką półkilogramową paczkę miodu sztucznego i masła. Ja nie wiem, nas, dzieci, Niemcy nie ruszali.
Zofia Stecka
Nasze budynki stały tutaj, było parę rodzin ukraińskich, a tutaj prawie wszystkie małe domki były żydowskie. Starsza siostra miała tylko koleżanki Żydówki, zawsze się z nimi bawiła i wszystko. Jak zrobili getto, to ojciec z matką często chodzili do wsi wymieniać jakieś produkty, żebyśmy mieli coś do jedzenia. Czasem byliśmy tydzień pozostawieni sami sobie - bez rodziców. Siostra zawsze, jak ojciec z matką przyniosą, naładuje kieszenie i leci do getta, zanieść dla swoich koleżanek. Raz ją tam złapali. Złapali i zaprowadzili na posterunek. Na szczęście był tam znajomy ojca i powiedział: - Stefa, co ty tutaj robisz? - Ja nie wiem, mnie zabrali... I on ją uratował.U nas, pod schodami, przez jakiś tydzień matka chowała rodzinę żydowską. Potem, kiedy dowiedziała się, że będą rozstrzeliwali za to, że chowamy Żydów, po ludzku powiedziała do nich, że prosi ich, żeby oni się zabrali... I oni się zabrali w nocy, nawet nie wiem, gdzie. Ale po naszej ulicy, na drugi dzień, gnali ich - Żydów. Nie wiem, było ich z 500 osób. Chyba na rozstrzelanie, bo w stronę jeziora. Tam, za boiskiem, był taki plac, bagna były. Jak już Ruscy następowali i Niemcy zwalniali Stanisławów, to oni gaz pchali do tych jam, do środka. Do niedawna był tam taki niebieski gaz, to nie schodziło. Tam, za tym jeziorem, jest cmentarz żydowski. Siostra często się tam bawiła, woziła im ziemniaki, bo oni się tam chowali.
Zofia Stecka
dotyczy także: Żydzi i Zagłada,
[Dokszyce, lata 40.]W getcie widocznie jakieś dobre rzeczy były. U nas był sołtys, przypadkowo on mnie spotkał, jak szłam z koleżanką i powiedział: — Wanda, zanieś mnie te rzeczy do domu. On chciał szmaty te żydowskie nieść. Ja powiedziałam: — Zaraz przyjdę. Będę wracać i zaniosę. Ale nie posłuchałam, nie poszłam do getta brać jemu tych rzeczy. Zanim tam przyszłam, to getto już zamknęli. To sołtys przyszedł do mamy, zanim ja przyszłam do domu i powiedział: — Wandę odprawię do Niemiec. Kiedy wróciłam do domu, mama spytała: — Co ty zrobiłaś Wojciechowiczowi? Dlaczego powiedział, że wywiezie ciebie do Niemiec? To już tylko wola boża. Spakowałam rzeczy w taki drewniany jaszcziczek, bo nie było walizek, i ojciec mnie odprowadził, poszłam. Pojadę do Niemiec, bo wszyscy jadą. Przyszliśmy do takiego Domu Ludowego. Przy nim stały dwa samochody odkryte i pełno ludzi w nich było. Na mnie krzyknął oficer: — Dlaczego się spóźniłaś? Jutro będą nowe samochody, jutro przyjdź. Mógł mnie wrzucić do tego samochodu, ale tego nie zrobił.
Wanda Swarcewicz
[Dokszyce, lata 40.]Niemcy gdzieś raz wyjechali z Dokszyc, a przyszli partyzanci. Wszystko brali z mieszkania, pakowali do serwety, na plecy — i na wóz. A tu zostało kilku oficerów. U każdego była żona miejscowa. To tych oficerów czterech zabili, a piąty uciekł. Poprosił jedną kobietę: — Schowaj mnie. Ona powiedziała: — Leć na strych. I zaraz przybiegli partyzanci i mówili: — U ciebie gdzieś Niemiec jest, bo mówili ludzie, że on w tę stronę biegł. A ona powiedziała: — Czy tu mój jeden dom na tym miejscu? Patrzcie, u mnie nie ma, a jeżeli gdzieś on uciekł wam, to łapcie go. Oni uwierzyli i nie poszli szukać. I został ten Niemiec. A jak wrócili Niemcy, to wypędzili partyzantów. I zobaczyli, że ci Niemcy zabici, a nikogo nie zabili z miejscowych. No to wszystkich zagonili koło takiej małej cerkwi, gdzie był obryw, jakby dół, rów. Kazali ludziom stanąć nad dołem, a Niemcy będą strzelać tak, żeby ludzie padali do tego rowu. My też wyszliśmy, siostrzyczka zmarła wcześniej, więc został brat, ja i mamusia. Idziemy, płaczemy. Każdy wie, że na śmierć idzie, bo powiedzieli, że tam będą zabijać. Uciekać nie było jak, bo Niemcy okrążyli całe miasto, żeby nikt z niego nie uciekł. Doszliśmy do rogu naszej ulicy. A tam idą na spotkanie ludzie. Płaczą, radują się i skaczą. Niemcy odpuścili. Znalazł się jeden Niemiec i powiedział: — Ludzie niewinni. Mnie schowali. Nie trzeba zabijać. I ot, takim cudem, zostaliśmy przy życiu.
Wanda Swarcewicz
[Pińsk, lata 1941-1944.] Ile tam Niemcy u nas byli? Chyba ze trzy, cztery lata, nie wiem dokładnie. To koło mamy i koło Niemców, to i ja się nauczyłam rozmawiać. Może nie tak dokładnie, ale rozmawiałam i wszystko rozumiałam, co mama z nimi rozmawiała. Żołnierz niemiecki, mieszkający u nas, napisał dla swojej żony, że bardzo jest dobra gospodyni i piękna dziewczyna rośnie. I ona nawet banderolkę taką z Niemiec przysłała, chusteczkę taką, pamiętam, takie białe tło i róże, róże, i pończochy jedwabne, bo nie było ich kiedyś.
Maria Szachnowicz
Jak Niemcy tutaj przyszli, to nasi w lesie żyli - partyzany ich zwano. Niemcy jak chcieli jechać do Pińska czy gdzieś, to ludzi wyganiali - u kogo konie byli. Wyganiali ich na pole, żeby bronowali drogę, bo partyzani kładli miny. Ile ludzi poginęło! Najpierw koń idzie i człowiek, a Niemcy za nimi idą. On ciągnie tą broną, a mina rozbija i konia, i ludzi.
Katarzyna Szerniewicz
Raz przyszedł Niemiec i coś do macochy gada. Bo moja mama, to umiała trochę po niemiecku, a macocha nie. A on coś tak tłumaczy i tłumaczy. Ja słyszę, że on coś chce kupić. I tak mówię do mamy: - No, świńska mowa! Nic nie można zrozumieć! A on: - No, pani, świnię! Świnię! Okazało się, że on z poznańskiego i po polsku rozumie! Mówi: - Ja chcę do domu kupić świni... Dziewczyny, które moglim, pomagalim. I broń przewożona była i listy przenoszone, i jedzenie. Nie ja jedna, tutaj była kilka dziewczynek, które pomagali dużo. I do Wilna trzeba było, i dalej. Przeważnie do Wilna. Po wsiach bandaże szyliśmy. Łączniczki bylim tutaj, takie miejscowe. Rodzice wiedzieli.
Janina Szumiłło
Jak przyszli Niemcy, ja żyła w głębockim rejonie. Nas nikt nie ruszył. Ksiądz Grabowski w Udziale odprawiał msze święte dla tych Niemców. Ksiądz po niemiecku rozmawiał i kazania im mówił. Dużo ich zbierało się, może jakich pięćdziesiąt mężczyzn. Jak zaśpiewają po niemiecku... Tak ładnie, aż kościół drżył. Nas Niemcy nie ruszyli, absolutno. Calusieńka parafia, nikt nic nie ruszył. Tylko partyzany jeździli, tam, gdzie lasy byli. Wsio zabierali, ubrania brali, bydło, konie, zabierali wszystko, co cenne. Ale u nas ich nie było. I u nas Niemcy nic złego nie zrobili, absolutno. Przeszli i wsio w całości było, tylko w Udziale szkołę nam spalili. A tak tutaj, wszędzie na okolicy, gdzie partyzany byli, palili całe wioski, zaganiali ludzi i palili. Rosica - tam dużo ludzi spędzili do jakiegoś saraju i księży dwoje, i spalili. Księżom skazali: - Idzicie, będziemy palić ludziej. A księża: - My od ludziej nikudy nie pajdziom. Spowiadali, komunikanty udzielali i z ludźmi poszli w ogień. Spalili tych dwóch księży - jeden był Antoni, a drugi Jerzy.
Teresa Szymko
[Dyneburg, lata 1941-1943]Posłali nas na front, a z frontu my dawaj, uciekli i w lesie skrywali się. I do łagru z domu wzięli do Daugapilsa i tam dwa lata był. Tam budowali drogę na Grywie, za Daugopilsem trzy kilometry. Krepa, cytadela, na robotę nas, na Grywę, prowadzili i ziemię kopali my też. Same ciężkie roboty. Ciężkie rzeczy nosili, a podnieść nie można było. Belkę jeden koniec podejmiesz, a ruszyć się nie da. Wtedy Niemiec pałkę bierze i samo się podejmuje. Siły nie ma, w brzuchu pusto. Gdzie siły będzie? A pałką pomagali, to wtedy samo się podejmuje i idzie. A potem udało nam się zbiegać, jak Ruski bombili. Niemcy zaczęli chować się, a nam w tym czasie udało się wyjść. Tam ochrana stała. Ale jak zaczęli bombić, to ci skryli się.
Józef Tymachowicz
[Prykordonna Ułaszanka, pow. Sławucki, 1941-1944] Za Niemców zmieniło się, bo odkryli kościoły, odkryli kościoły i cerkwie. Za Niemca u nas tam cerkiew była taka, może z kilometrów pięć, i zaczęły dzwonić dzwony. Jak zaczęły dzwony dzwonić. Boże, wiele łez było. Najbardziej płakały te ludzie, które były takie modlitewne, wierzące - wierzących dużo było. No, było też takich aktywistów, partyjnych takich, że oni tak robili. On tak robił, a żona po swojemu. Zachodzą do mieszkania - obraz jest: Matka Boża, Pan Jezus. Rzucają, wszystko zrywają i palą, i nogami depczą! To wszystko. U nas mama sama obrazy zabrała, tylko zostawiła jedną Matkę Bożą. A te zabrała, zmotała i ja nie wiem, gdzie oni byli, bo jak Niemiec zaszedł, mama wszystkie postawiła na miejsce. Już można było się modlić. Gdy u nas tę prawosławną cerkiew odkryli, to zebrali dzieci po 50, po 60, i wieźli do chrztu. To ten brat mój, Kazik, jak pojechał tam - wzięli jego, żeby on chrzcił - to on pewnie 50 dzieci chrzcił! Cała wioska to jego wszyscy byli chrześnicy.
Czesława Tyska
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
W niedzielę, 29 czerwca, zjawili się pierwsi niemieccy motocykliści u nas. Znowu dużo emocji. Nikt z Polaków ich nie witał, nikt, aleśmy wszyscy na drugi dzień już wyszli na miasto. Jeździł tylko ten Wehrmacht, młodzi chłopcy - na jakichś autach jeździli. Ludzie przede wszystkim wyszli szukać swoich pomordowanych. Wyszliśmy razem z ojcem, bo ojciec mówi: - Chodź ze mną, pójdziemy do mego urzędu zobaczyć, czy okna nie rozbite. Doszliśmy do kościoła Świętej Marii Magdaleny (tam jest szkoła Świętej Marii Magdaleny). I tak straszny zapach odoru z Łąckiego poczuliśmy, że ja do dzisiaj sobie to zapamiętałem. Jeszcze odczuwam jak gdyby to... I ojciec wtedy mnie odesłał do domu, sam poszedł do tego swojego urzędu, a po drodze wstąpił zobaczyć, co się dzieje na tym podwórku na Łąckiego. Opowiadał, że też nie mógł tam wejść, po prostu nie miał siły psychicznej to wszystko oglądać, co tam się dzieje. Zapamiętał sobie, że jakiś pan w eleganckim ubraniu, w pumpach, leżał na wznak, z takimi podgiętymi kolanami, przy bramie otwartej, wyłamanej.
Jan Tysson
Moja kuzynka Maria wstąpiła do AK. Ktoś dał jej jakieś instrukcje. Dawniej były takie mufki i ona te instrukcje w tą mufkę włożyła. Ona była taka ciemna, do Żydówki podobna. Mieszkała naprzeciwko getta, szła późno, zatrzymał ją wartownik, czy policjant. Znaleźli przy niej te wskazówki. Wypuścili ją tego dnia. Przyszła do mnie i mówi, co się stało. Pytam: - Co ty powiedziałaś? Ona mówi: - Powiedziałam, że znalazłam za okiennicą, chciałam przeczytać i schowałam do mufki. Za kilka dni aresztowali ją. Dostałam i ja wezwanie. Bo pytali ją, z kim się spotyka. Powiedziała, że ze mną, z kuzynką. Wezwali mnie na gestapo. Pytają, co ja o niej wiem. Ja mówię, że ona mi opowiadała, że znalazła to za okiennicą. To, co ona mi powiedziała, ja im opowiedziałam. I on pyta mnie: - Dlaczego u was w dowodzie jest "Polka"? Mówię: - Kazali rodzice... Nie wiem, co powiedzieć. Nie powiem, że ja sama chciałam. - A jak u rodziców w paszporcie? Mówię: - No, nie wiem nawet, nie zaglądałam nigdy...Kuzynka opowiadała, że ją bili w więzieniu kilka razy. Weszła do tego więzienia późną jesienią, a wyszła latem. Nie przyznała się, chociaż ją bili.
Waleria Walukiewicz
W 1941 roku urodził się syn. To już weszli Niemcy. W połowie 1942 roku rodził się drugi syn. A sąsiedzi wykopali w ogrodzie schroniska w ziemi. To my z mężem pierwszego synka do schroniska nosiliśmy, bo mieszkaliśmy na salce, mieliśmy tam trzy pokoiki. On dziecko niesie, a ja pieluchy i jedzenie do schroniska, do tej ziemi. I wyjścia byli z dwóch stron. Jeżeli tu palić się, strzelać się będą, to żeby przez drugi koniec wyjść. Chowaliśmy mężów, chowaliśmy młode dziewczyny, bo chcieli wywieźć. I co? Niemcy nie wchodzili do schroniska, bali się. Nie wiem — dlaczego.Mąż położył się do sofki, i w ten moment stali na dole Niemcy przy zakluczonych drzwiach, i raptem on do sofki, a ta sofka była wielka, długa. Bał się. Babcię, wieczny pokój, na wierzch, żeby go nie wywieźli. A potem to już bał się w domu, i oni gdzieś tam w schroniskach na innej ulicy, na górze, gdzie bieliznę trzymają, chowali się, żeby ich nie wywieźli. I tak zostali się przy życiu.Prowadzili Żydów, pędzili ich w tych pasiastych, w błękitne i białe pasy — cała masa, a najwięcej mężczyzn. Cała aleja jak jest w Aleksocie [dzielnicy Kowna], przez zielony most, tędy ich oni popędzili na wywóz. A gdzie wywieźli, nie wiem. Chleba nie mogliśmy nawet podać, bo tak stali, tak szli, jeden koło drugiego, padali, wstawali. To przez okno widzieliśmy. Przez całe Kowno pędzili.
Genowefa Wasilewska
Niemcy jechali i wieźli ze sobą broń. Powyskakiwali z tego pojazdu i zaczęli okrążać polski posiołek. To znaczy, pozganiali wszystkich na duże pole, z zamiarem rozstrzelania wszystkich. Ale znalazł się jeden Polak, taki, który umiał mówić po niemiecku i mówi: - Wy możecie dać im karę, ale nie taką, jak śmierć. Dajcie im lżejsza karę albo nawet ciężką, ale nie śmierć. I przeżyliśmy, wszystkich nas wypuścili, ja byłam w tej grupie.
Stanisława Zahorniak
A w dzieciństwie - może pani uwierzyć? - ja chodziłam w las, nosiłam patyki z lasu, żeby opalić chatę. Brałam ze sobą siekierę, karczowałam pieńki, brałam je na plecy i nosiłam do domu, bo nie było komu. Brat jeden mały, drugi mały, a tatę zabrali na roboty do Niemiec, mama sama i tylko ja. Trudno było dać sobie z tym radę. Zima przyszła, a była mroźna, śnieg po kolana. Brałam w dłoń siekierę i szłam w ten śnieg po kolana. Rąbałam wystające patyki, przynosiłam je do domu i paliłam nimi w chacie.
Stanisława Zahorniak
Niemcy – u nich było to tak zorganizowane, że oni wojują na froncie, a potem ich batalion czy dywizja idzie na odpoczynek, na przykład na miesiąc. Oni przyjeżdżali i grali w futbol. Byli tak młodzi jak i wszyscy. Do dzieci żołnierze z frontu odnosili się bardzo dobrze. Dawali nam jeść. Szczególnie dawali menażki, a w nich był budyń. A to była słodycz. Tylko warunek był, żeby wymyć te menażki. To my staraliśmy się to wszystko zrobić.
Alojzy Zelep
W 1943 roku, kiedy Niemcy zaszli, to opuściliśmy dom. Zamieszkaliśmy 20 kilometrów od niego. Tam mieszkał Grybowicz, mamy szwagier, i przy nim tam sąsiedzka była łaźnia, to my w tej łaźni zamieszkaliśmy. Trzeba było zostawić wszystko. A pole zasiane już było. A kiedy siostra jechała rowerem do Kowna i zatrzymała się obok majątku swojego, poszczypać grochu, bo już dojrzały był, to przyszła Niemkinia i przepędziła. Jak to było boleśnie... Jak wojna przyszła, sąsiedzi wykopali okopy, chowaliśmy się w jamie takiej.
Regina Zienkiewicz
W Niemczech ja pracowałem we młynie, małoletni, 16 lat miałem. Nauczono mnie przy tych kamieniach, co mieli ziarno. Mlełem tym Niemcom zboże. Przyjeżdżali przeważnie Polacy, którzy służą u tych Niemców - to i zawsze porozmawiamy sobie. Tam byli Polacy, Francuzi. Polacy byli cywilnie, Francuzi w niewoli pracowali. Rosjanie, też niewolnicy, ale oddzielnie jakoś byli. Ja byłem jeszcze małoletni, otrzymywałem kartki produktowe, coś tam jeszcze było dokładane i zarabiane, marek miałem do woli. Miałem też prawo do Berlina jechać, 40 km, tam był katolicki kościół. Szwagier też był wywieziony i w Berlinie mieszkał. No, nie powiem, żeby źle było. A później tam był lagier, ale taki swobodny. Tam Polacy, Litwini mieszkali, zaznajomiłem się, bo z Litwy Polacy byli wywiezieni. Jakoś żyło się. Jasełka polskie były urządzone w tym lagrze. Niemcy pozwolili. Na Boże Narodzenie szliśmy na ta jasełka. Ale wiadomo, kto już był sądzony i w tych obozach już mieszkał, to nie daj Ty  Boże! A tak, jak my mieszkali, w takim cywilnym hotelu, to można było żyć. Paczki przychodzili z domu, zawsze dla mnie siostra przysyłała, jak Litwa jeszcze nie była zajęta. Paczki takie małe, słonina przeważnie. Płacili markami, można było coś dokupić, jakieś postne zupy w stołówce. Można było żyć.
Marian Zinkiewicz
[okolice Lwowa, 1944]Ja byłem wzięty do obozu niemieckiego. To była taka jakby firma. Był tam komendant, chyba wojskowy... To byli chyba wszystko ranni albo jeńcy z niewoli, tacy robotnicy od kolei. Tam były jakieś boczne tory i tam nas zmobilizowali. Jak się wraca ze Lwowa – to było po prawej stronie tunelu. Tam były te baraki zbudowane. Wikt był znośny. Dostawaliśmy kawę rano, oczywiście bez cukru, chleb z marmoladą, a na obiad jakaś zupa – ale tam mięsa w tej zupie nie było prawie. Czegoś tam do niej rzucili – i bułki. Jak żeśmy się dobrze sprawowali, to dostawaliśmy taką przepustkę czasami, więc co niedzielę byliśmy w domu. Ja tu jeszcze mieszkałem za Niemców. Na gospodarce duże kontyngenty były. Chodzili, sprawdzali. Niektórych rzeczy nie dało się ukrywać, ale tutaj zawsze coś się udało. Jeden mógł iść. To było wtedy jak Niemcy drugi raz byli i potem się cofali. No i miałem takie natchnienie od Boga, żeby po takim urlopie już nie wracać. Front się już przybliżał, Sowieci się zbliżali. No i nawiałem. Ale trzeba się było ukrywać, to się ukrywałem. Jest taka wioska Trzcieniec, jak się z Przemyśla jedzie. Tam się ukrywałem, tam miałem krewnych. Trochę w Strzelczyskach się chowałem, bo mama pochodziła stamtąd. Nawet i w mieście. Najciemniej po latarnią – najbezpieczniej było w mieście.
Władysław Ziober
[Kopyl, 1941–44]Przyjechali z rana Niemcy i zaczęli brać młodzież, dziewczyny i chłopców, którzy w Kopylu przebierali kopce kartofli, bo to była wiosna. Przyjechały dwie maszyny i zabrali nas z pola do miasta. Wyszliśmy, patrzymy, a tam słupy przygotowane do wieszania ludzi. Wyciągają tych ledwie żywych chłopców i kobiety z maszyn, spod nóg im wydobywają taboretki i wieszajut. — Patrz! Patrz! — krzyczą. — Ot, partyzany! Niemiec potem podszedł do nas i powiedział po niemiecku: — Patrzcie, co będzie z wami, ot. Potem nas jednak odpuścili. Nie wiem, co to im zrobiło się, ale odpuścili i my przyszli do domu, a mama i ciocia tam płakali, modlili się, że ja już przepadła. Dziesięć czy dwanaście osób powiesili w centrum miasta.
Helena Żyszkiewicz
dotyczy także: Partyzanci sowieccy,