Wrzesień 1939
Takie wybuchy: domy naokoło się paliły, ludzie byli ranni. Samoloty oświetliły teren, zrzucały takie jakby "parasolki", bardzo jaskrawe, że można było igłę znaleźć. Z samolotów zrzucali bomby, ludzie uciekali w pole, a w polu strzelali do nich z karabinów. To pamiętam do dnia dzisiejszego. Domy płonęły. Naprzeciwko nas mieszkała taka pani Marysia, miała dwie córki w wieku 15 i 18 lat. Ich dom był drewniany, jak był nalot, to położyły się na ziemi w korytarzu. Córkom nic się nie stało, ale matkę odłamek bomby trafił prosto w serce.
Ryszard Borejka
[Miłejszyszki, Wilno, 1939/40]Wojna zaczęła się, kiedy byłam jeszcze w domu dziecka. 1 września zaczęła się wojna, a 15 września już byli u nas Sowieci. Byłyśmy na wakacjach w Miłejszyszkach. Tam taka była wioska, która nazywała się Góry, droga była i zza tych Gór czarny pas wysuwał się. A my nie wiedziałyśmy, że Rosjanie napadli na Polskę. Krzyczałyśmy: – Niemcy, Niemcy! Obok mieszkał ksiądz Zawadzki, to uciekałyśmy do niego, do stodoły. I modliłyśmy się. Sowieci na koniach jechali, czarne konie wszystkie, oni też zapyleni wszyscy, bo nie wiadomo, ile kilometrów jechali. Kucharka rozumiała po rosyjsku jeszcze od tamtej wojny. Oni pytali się: – Gdzie tu prosta droga do Wilna? A ona mówi: – Prostej nie ma. Trzeba jechać prosto, potem w prawo, potem w lewo. – Czemu u nas w Rosji tylko równe drogi? A u was takie? Tak zaczęła się wojna. Od 1 października poszłyśmy do szkoły, ale jak zaszli panowie Sowieci, Litwinom oddali miasto. Siostrom kazali zdjąć habity, wypędzili je. Siostry poszły obok do sióstr wizytek. Gdzie ich potem los porzucał – nie wiem. Pewnie do Polski powyjeżdżały, bo one były wszystkie z Polski centralnej. Tylko jedna przełożona była ze Święcian na Wileńszczyźnie.
Helena Borejko
dotyczy także: Pierwsza okupacja sowiecka, Stosunki polsko-litewskie,
Miałam wtedy 17 lat i na mnie nie zrobiło to takiego wielkiego wrażenia, bo ja nigdy nie widziałam wojny, prawie nie słyszałam o niej. Ja raczej myślałam, czy będę chodzić do gimnazjum, czy nie. Ojciec powiedział do mnie tylko to: - Córuś, już skończyły się dobre czasy, teraz będzie bardzo źle. Ojciec już widział kiedyś Rosję, wojsko ich... Było jakieś takie uczucie, co będzie jutro, co będzie dalej. Do szkoły już nie poszłam. Ojciec raczej nie wypuszczał nas z domu, bo Niemcy często bombardowali Lwów. My mieszkaliśmy w rejonie Podzamcza. Podzamcze to dworzec, na tym Podzamczu wielka fabryka Baczewskiego likierów i wódek. Tam były wielkie rezerwuary ze spirytusem. Kiedy bomba tam upadła, to ten spirytus palił się. To było widać na cały Lwów. Była wiadomość taka, że 17 września Rosjanie zjawili się, bo Związek Radziecki pomógł Ukraińcom uzyskać dawne ziemie. Mówili, że to ziemia ukraińska. Ojciec był strasznie zmartwiony, ja nigdy nie widziałem ojca takim, jakim on był wtedy, bo on jakby przeczuwał, co się z nim stanie wkrótce.
Bogusława Bryła-Czerna
Rosjanie byli tu dwa lata, do 1941 roku. Siedemnastego września wjechali tutaj i już. Ludzi wyszło dużo. Moja mama mówiła, żebym nie szła, ale ja byłam ciekawa, a jeszcze ta pani umiała po rosyjsku mówić. I patrzyłam się, jak jadą. Rodzice nie poszli, ja poszłam. Ale przerażenia w domu nie było.U nas mieszkała taka pani, która umiała po rosyjsku. Mówi, że popytamy się ich. A oni zawsze i na wszystko mówili: - Wszystko u nas jest, wszystko jest! A ona mówi: - Oj, ja wątpię... A oni na to: - U nas "wątpię" toże jest! Mój tato mówi: - Ja takiego czegoś jeszcze nie widziałem...
Stanisława Ciwka
[1 września 1939]Rozgłosili przez radio, że będą ćwiczenia wojskowe we Lwowie. A ja wtedy byłem u kogoś na ulicy Wóleckiej i słyszałem to ogłoszenie przez radio. A raptem, 1 września 1939, samoloty się pojawiły, strzelanina i sobie myślę: Ciekawe, co to za ćwiczenia? Bomby padają, na głównym dworcu i w różnych innych miejscach, ludzie w popłochu opowiadają, że Niemiec napadł na Polskę. Żadnych ćwiczeń nie było.
Antoni Dudak
[wieś Malinówka, rejon święciański]Widziałam jak szło rosyjskie wojsko, na konikach jechali. Koło nas niedaleko droga była. Jechali i pytali: – A daleko odsuda [stąd] Arszawa? Nie wiedzieli nawet, jak wypowiedzieć prawidłowo. A te koniki takie małe, maluśkie takie, tak często przebierały nóżkami. I oni zachodzili do rodziców, do mamy: – Dajcie pokuszać! Wojsko było strasznie po prostu ubrane. I takie głodne. Jak przyszedł pokarmić poprosić, jak odmówisz człowiekowi głodnemu? Szkoda ludzi, chociaż i wrogowie, ale szkoda.
Weronika Dunowska
Ukraińcy cieszyli się, że Niemcy idą. Z Polakami byli wrogami, bo Polacy ich niby uciskali. Myśleli, że z Niemcami przyszło wojsko ukraińskie, bo niby jakaś ich armia powstała na emigracji. Wydawało im się, że Niemcy zrobią tu Ukrainę, że coś zrobi Stefan Bandera... A Polacy zastanawiali się, jak to będzie – Niemcy przyszli, Polskę rozbili, nie wiadomo czy na długo, czy nie na długo. Pomiędzy sobą tak rozmawiali, zbierali się wieczorem i dyskutowali. Ja podsłuchiwałem, ale mnie zawsze wyganiali. Bali się, że gdzieś coś chlapnę i kogoś przez to aresztują.
Władysław Finster
dotyczy także: Stosunki polsko-ukraińskie,
A w 1939 roku, jak wybuchła wojna, Niemiec napadł na nasz kraj, to ja już miałem 29 lat, już byłem starym rezerwistą. I miałem kartę powołania, byłem skierowany aż do Skierniewic. I pierwszego dnia wyruszyłem ze Lwowa jechać do Warszawy, a z Warszawy do Skierniewic. Przyjechaliśmy do Rejońca, a Niemiec bombarduje Polskę... Jakby ten jastrząb na kurczęta napadł. Głowy nie można podnieść. Bombarduje. A w Rejońcu kolej już była przerwana i szyny były już połamane, trzeba było wysiadać i jeszcze parę kilometrów iść do Warszawy. W Warszawie dali coś troszku zjeść i kierunek: do Skierniewic. Na pociąg. Przyjechaliśmy. Taka była wioska, Nieodniewice, i tam wysiadać. Wysiadać, bo dalej już nie można. I nie było zaprowiantowania, umundurowania... Tam dali jakieś karabinki. A ja miałem jeszcze pod swoją ręką, tam, w tych Nieodniewicach, jeszcze coś piętnaście ludzi. Naszych, spod Lwowa. Byłem drużynowym. Nie dał nam Niemiec głowy podnieść. Musieliśmy się kryć. Mnie czterech człowieka zabili. Ja nie wiem, jak ja się został, że jeszcze żył...
Teodor Furta
Rozpoczęła się wojna, parę miesięcy przeszło i nam kazali znowu do szkoły chodzić. Szkołę zrobili teraz w białoruskim języku. Dużo nie rozumiało w ogóle tego białoruskiego i nie podobał się im. Jedno zapamiętałam, jak nam kazali śpiewać piosenki w białoruskim języku. I nam nie wychodziło. Przyszłam do domu i mówię: - Mamo, ja więcej do tej szkoły nie pójdę. I nie poszłam. Co się nauczę w domu, to będzie w domu. I tak żyliśmy. Były takie u nas gromadki, starsze panie były nauczycielkami. Zbierały nas u siebie i nas uczyły.Chodziliśmy do nauczycieli, którzy mogli uczyć dzieci. Zbieraliśmy się takimi grupami. Była pani Roszko Helena, która miała swój dom, ona nawet szkołę zrobiła. U niej było od pierwszej do czwartej klasy. Kiedy Niemiec chodził – bo żandarmi chodzili; najgorsi byli żandarmi z blaszkami, odznaki takie mieli – to ona nas na strych wszystkich zapychała, jak wejdą do domu. Bo między swymi też byli volksdeutsche, ludzie, którzy donosili.
Krystyna Gaponik
dotyczy także: Okupacja niemiecka, Pierwsza okupacja sowiecka,
Sam początek to był napad Hitlera na Polskę i ja też już rozumiałam to. A już tatuś to przeżywał, po temu, że trzy ciocie były w Polsce i mamusi brat Aleksander też był w Polsce. I oni bardzo słuchali radio i wszystko, jak to będzie… No bo to nas dotykało — naszą familię. To było strasznie, pamiętam, że w nocy obudziłam się, że zapalono światło, rozmawiają tam, że dziewczynka dwóch lat, chłopiec pięć lat i ciocia uciekli. Ona wtenczas mieszkała w Ciepliszkach. Męża aresztowali Niemcy, to ona za dzieci i przez granicę uciekła tu, do swoich. No i ona mieszkała u nas, póki Rosjanie nie zaszli.
Stefania Gibowicz
Sam początek wojny... Strzelają. Ludzie mówią: – To wojna! A drugie: – Nie, to nie wojna, to manewry! Mego męża ojciec był wówczas w Wędziagole na feście. A matka tutaj, z dziećmi, w Wielkich Łopiach. Gdy ojciec wrócił, mój mąż do niego mówi: – Tata, wojna! Strzelają! A ojciec na niego zakrzyczał: – Co ty, smarkaczu, mnie tu gadasz?! Jaka tu wojna, tu manewry robią!  Taki był początek wojny...
Jadwiga Gojlewicz
My wojny nie poczulim zrazu. Ja tutaj w 1939 roku, pierwszego września, jak Niemcy na Polskę napadli, to ja tylko przez radio słuchałem, jak tam działo się. Bardzo było tutaj dużo cywilnych młodych ludzi, po rodzinach przeżywali to, póki z tym oswoilisia. W 1939 była wojna – jakoś ona nas osobiście nic nie uszkodziła, ale już w 1940, jak towarzysze przyszli...
Tadeusz Janczewski
[Kaczanowicze, 17 września 1939] W Klecku byli koszary i tam było polskie wojsko. Już naszego ojca nie było, my już nie znali, gdzie on pojechał. I my z mamą poszliśmy. Pamiętam, że byliśmy w jakimś żydowskim mieszkaniu. Mama moja płacze i my płaczemy. Płaczem my, że nie ma już ojca. Oni nas, Żydzi, posadzili za stół i wszystkim nalali herbaty, i tam były ciastka czy co tam było. A u nich było otwarte okno, u Żydów. I tak wszyscy przez to okno patrzyli, a my nie mogli patrzeć. Moja mama mdlała, padała na podłogę, a Sowieci prowadzili polskie wojsko. Zabrali jeńców. To oni prowadzili ich - idzie polskie wojsko, a dokoła jego ruskie. Prowadzili w niewolę. A potem już ich, pamiętam, jakoś późną jesienią, pod Boże Narodzenie, odpuścili. To oni szli, biedne te polskie wojsko, do domu. To zachodzili do nas - kto czym miał, tym karmił ich. Jeść chcieli, to dawali im. Pamiętam, babcia chleba dawała - co miała, to dawała, karmiła ich. A oni, te Żydzi, śpiewali Katiuszę, a byli rade, że przyszli Sowiety, a byli rade, rade.
Irena Jankowska
31 sierpnia byliśmy w rodzinnej wiosce mego ojca, która nazywa się Winniczki, jakieś 12 kilometrów od Lwowa. Tam był chrzest mojej dwurodnej siostry i pojechaliśmy w gości. Dzisiaj oni są w Polsce, w województwie wrocławskim, może mnie usłyszą, to przypomną sobie swoich rodziców i pobyt na rodzinnej ziemi. Byliśmy tam cały dzień i wieczorem wracaliśmy do Lwowa przez miasteczko Winniki. Tam widzieliśmy bardzo wielki ruch: wojsko, żołnierze, policja. Nie wiedzieliśmy, co się stało. Przedtem słuchy chodziły o tym, że ma być wojna, że ma się zacząć, że Polska przygotowuje się do napaści ze strony hitlerowskiej. Wiara w to była nie bardzo wielka. Ale kiedy wracaliśmy do Lwowa, przekonaliśmy się, że zaczęła się mobilizacja do wojska polskiego. Była godzina późna i kiedy przyszliśmy do swojego budynku, nasi sąsiedzi spotkali nas na podwórzu i oznajmili ojcu, że ma kartę powołania. Przyjął to jak mężczyzna, pożegnał się z rodziną, z sąsiadami i poszedł na wyznaczony punkt. Tę noc przeżyliśmy w trwodze. Na drugi dzień nad Lwowem latały już niemieckie samoloty bombowe. Matka mi powiedziała, że idziemy odwiedzić ojca. Poszliśmy szukać na ten punkt, na ulicy Piekarskiej. Tam go znaleźliśmy, jeszcze był ubrany w cywilne ubranie, matka go ugościła tym co przyniosła z domu i wróciliśmy.Potem ojca przeniesiono na ulicę Wałową, gdzie już został umundurowany. Miał wtedy 39 lat, należał wówczas do pokolenia starszego i póki co na front nie został odesłany, a pełnił służbę wartowniczą w mieście. Dzięki temu mieliśmy okazję przez całe dwa tygodnie spotykać się z nim.
Adam Kamieniecki
Sowieci zaszli od razu, w 1939. Tu nikt nie wiedział, jak tam, w tej Rosji, się żyje. A później dowiedzielimy się, że nie wolno nawet pytać o coś takiego.
Władysław Karol
Jak zaczęli Sowiety podchodzić blisko, ja zaczynam spać i słyszę, że artyleria zaczyna strzelać i z kulomiotów bić: buch, buch!.. Co takiego, co takiego? Samolotów nie ma, nie mogłem zrozumieć. Potem rano wstaję, biegiem, policja i żandarmeria: prędko, okopy kopać, Niemcy nadchodzą! Zbierają wszystkich ludzi. Wszystkie ludzie poszli, Stanisławowskie, nasze, za łopaty wzięli. Przybiegł mój kolega, Mariusz: - Jurek, dawaj i my będziem kopać, zobaczymy, jak wojna idzie, jak strzelają! - A, cholera... Dawaj prędko łopatę. Ja nie umiem tak łopatą, Mariusz to lepiej łopatą kopał. I my przeciwczołgowe okopy kopać. Żandarmeria i policja: prędko, biegać, dawajcie! A w mieście strzelanina, strzelają tam, tu, co takiego, nie można zrozumieć. I wykopaliśmy okopy, ale jakieś płytkie. Nakopali, porzucili to wszystko i koniec. I zaczęli odstępować polskie wojska. Ludzie mówią: polskie odstępują. Pierwsza, pamiętam, jechała kawaleria, a potem konna artyleria, a potem po konnej artylerii przeciwlotnicza artyleria. Dwa działa. Przejechali, przejechali z kulomiotami, ludzie Stanisławowskie wyszli. A co to będzie? Wojna. I nagle, nie wiadomo jak, ktoś wystrzelił: puch, pach! Nikogo nie ranił. Od razu oni: co takiego?! Kto wystrzelił?! Wybiega kapitan: - Co, czerwonych czekacie?! A ja nie wiedziałem, kto to "czerwony". Już kaburę ściągnął, pistolet: - Czerwonych czekacie? - Panie kochany, my nic nie wiemy. - Z jakich czworaków wystrzelił?! A tam kowal był, zięć kowala był sierżant polski, i córka tam była. Wchodzi: - Kto tu wystrzelił? Córka wychodzi: - Mój mąż. Podszedł jeden porucznik: - Zostaw tych biednych ludzi. I pojechali dalej. I tak się od nas odczepili. Później ludzie zaczęli zastanawiać się, kto mógł wystrzelić? Wiedzieli, kto tu jest komunista. A tam był Chomka jeden, on był na mózgu ciężki. Jego podbuntowali, ci, którzy nie lubili polską właść i mówią: - Wystrzel i oni wszystkie pouciekają, i trafiejne będziem mieli. Tak mu zaradzili i on: buch! Dobrze, że nikogo nie ranił. I dowiedzieli się, staruszki z takimi pałkami złapali i zbili go, prawie do pół śmierci.
Jerzy Marian Kieszkowski
[Drohobycz, 1939]1 września przyleciały samoloty. Przedtem u nas w szkole były przygotowania. Uczyli nas, jak działają gazy, jak się przed nimi uchronić, że trzeba zakleić okna, zamknąć drzwiczki od kuchni, żeby gaz nie przechodził przez komin. W 1939 roku pierwsi do Drohobycza weszli Niemcy. Byli oni bardzo elegancko, czysto ubrani. Wjechali na motocyklach. Wszyscy mówili, że Rosjanie czekają tu na górce, żeby Niemcy odeszli, i wtedy oni zajmą Drohobycz. Niemcy byli bardzo krótko. Ja już nie pamiętam ile. Nasi Ukraińcy od razu z chlebem, solą i ręcznikiem ich spotykali. Było bardzo dziwnie. Niemcy odeszli i od razu weszli Rosjanie. Wjechali na koniach bez siodeł, brudni, karabiny mieli na sznurkach, na jakichś paskach. Strasznie wyglądali. Karabiny mieli z takimi bagnetami, to było coś okropnego. Mieli takie aluminiowe naczynia na pasach i od razu rzucili się na ogrody. Kopali kartofle, zrywali pomidory, wszystko momentalnie sprzątali. A w wioskach zabierali konie. Gospodarze nie dawali im siodła, ale oni bez siodeł jeździli. To było coś okropnego. Taka różnica była. Niemcy na motocyklach, w rękawicach, czyści, ogoleni, a Rosjanie tacy brudni.
Wiktoria Kisiel
[Szaterniki koło Wilna, jesień 1939]Przyszli Sowieci, w 1939 roku – 18 września. Bardzo było nam dziwnie, że te żołnierze byli wychudzone i takie brudne. Zmęczone oni byli, chociaż niedużo, bo tylko dwieście kilometrów przyjechali. Mieli traktory takie bardzo dźwięczne. Jak jechali po brukowanej szosie, to za kilkanaście kilometrów słychać było. Ciągnęli te armaty, na lawetach siedzieli biedne te żołnierze, tylko zęby u nich tam trzaskali. No bardzo godne pożałowania byli, bo jak my byli przyzwyczajone do polskiego uniformu, to zupełnie to inaczej było. Ale technika taka była, dosyć żelazo było mocne. I potem za parę tygodni oddali to dla litewskiego rządu. Litwini tu byli, przyjechali. Litewskie wojsko też było ładnie ubrane, wszystko było takie widne. I grunt – policja była bardzo dobrana. U nich nie był niższego wzrostu jak metr osiemdziesiąt. Dobrani takie byli…
Edward Klonowski
[Łuck, 1939 rok]Kiedy w 1939 polskie władze odstępowały z Polski, w kierunku Rumunii, mój wujek Tadeusz Szelengowski, brat mojej mamusi, zajechał do nas do Łucka na parę godzin i zostawił chorągiew z Wawelu, album i stołowy serwis prezydenta Ignacego Mościckiego. Wkrótce wujek dostał się w ręce bolszewików i od tego czasu nijakiej wiadomości o nim nie mieliśmy.Wujek był najmłodszym z czterech braci. Wstąpił do szkoły lotniczej, a potem zabrali go do policji, do ochrony prezydenta Ignacego Mościckiego. Rodziny nie miał, był kawalerem. W 1939 po tej ulicy, gdzie my mieszkali, odstępowali, dlatego że to droga na Równo, na Żytomierz. Kiedy bombardowali, wujek został raniony w nogę i na kulach zaszedł do nas, w formie policyjnej. Mamusia proponowała, żeby został u nas, a on mówi: — Ja powinienem z naszym oddziałem odstępować, jak i wszyscy moi koledzy. Parę słów powiedział mojej mamusi: — To chorągiew z Wawelu, album to moja pamiątka, i tam ten serwis prezydenta… i do widzenia, pocałowali się i pojechał dalej. Potem po jakimś czasie zaszedł jego kolega po służbie i kawałeczek napisany ołówkiem przez wuja przyniósł. Jak on nie miał żadnego wysokiego wojskowego czynu, jego odpuścili, zaszedł do mamy i przyniósł ten papierek, gdzie było napisane: „Droga Walo, wywożą nas po dwieście–trzysta osób. Dokąd — nie wiemy”. Tę chorągiew 5-metrową, biało-czerwony sztandar, który był na Wawelu, baliśmy się trzymać dlatego, że bolszewicy to byli bolszewicy. Moja mamusia porżnęła ją i część sprzedała jedwabnego materiału, a część — poszyła spodenki, koszulki z tego materiału. Serwis to były 50-gramowe kieliszki z czerwonego szkła i biały orzeł odlany na tym szkle. Gdy byłem dzieckiem, próbowałem nożem zeskrobać z kieliszka orła białego, ale nic nie brało, jak żelazo takie. Kiedy mamusia wyjeżdżała do Polski w 1957 roku, to zabrała z sobą ten serwis, i teraz jest u córki mojej siostry, w Nysie. Ten album z 1939 roku przechodzi od mamusi do mnie i ode mnie do mojego syna. Gdzie my z mieszkania na mieszkanie przejeżdżamy, zabieramy jego z sobą, i on tak do dzisiejszego czasu jest u nas.
Jerzy Maracz
W radio ogłosili, że wybuchła wojna. To straszne było, przykre, nieprzyjemne. Stację bombardowali. Zabierali do wojska ludzi bardzo dużo. Ojca także mojego zabrali do wojska. Każdy bał się tej wojny. A Moskale zadymią to wszystko. Ja lubiłam spać na piecu, bo ciepło bardzo. Spałam bardzo dobrze, dopiero jak z sufitu na mnie poleciało trochę tynku, to dopiero obudziłam się. Leciałam do domu zobaczyć, bo nocowałam u babci, pracowałam u babci… Uciekali potem ludzie przez ten most, pieszo, samochodami przez nasz most. Wojsko też szło i cywilni szli. Za Dniestrem różne transporty były. Rumunia w zgodzie z Polską żyła. Tato poszedł na wojnę, a ja co dzień biegłam od babci do domu zobaczyć, co się tam dzieje, czy tam bomba czasem nie upadła.
Barbara Medyńska-Michajłow
Trzeciego września objawili, że wojna i zaczęli zabierać. Bracia: jeden, drugi, trzeci odchodzili na wojnę. Ja już zamężna byłam i u mnie już córka Ania była (trzy lata miała). Żegnalim się, płaczem, odchodzą na wojnę... - Nie płaczcie - brat ten mówi - na Narodzenie Matki Boskiej (8 września Narodzenie Matki Boskiej w naszym kościele) przyjdziem, rozbijem Niemcy i przyjdziem. Dostał się do niewoli i aż w 1946 przyszedł...6 lat był w niewoli. 
Janina Mickiewicz
[Grozdów, 1939]To była niedziela i w Grozdowie byliśmy w kościele. Pamiętam, jak ludzie wyszli z kościoła, wszystkie rozmawiali między sobą, strasznie było wszystkim, że wojna się zaczęła. Wtedyż nie było ni radio, ni nic. Przyszli Sowieci z Rosji, na Postawy szli. Mieli ichnije taczanki różne. My, dzieci, chodzili patrzeć, ciekawe było, bo my nie widzieli takich maszyn nigdy.
Janina Owsiuk
[wieś Buki, 1939] Jak wybuchła wojna, akurat cała wioska zbierała się owce myć. Cała wioska, tam dużo nas było, a i po dwanaście owców. A my tak trzymali, żeby owce nie pobiegli, żeby byli na miejscu, a wtedy tam dużo słomy naniesie, i tam owce już. A jutro będą kobiety strzyc owce. Tylko co owce jeszcze wymyli, od razu na motocyklach ktoś przyjechał – już wojna. Już wojna, już mobilizacja i wszystkich mężczyzn zabrali. Taki płacz, taki krzyk, Boże mój, Boże... Wszystkich, wszystkich zabrali, do pięćdziesięciu pięciu lat wszystkich zabrali. No to płakakliż i my też płakali wszyscy, my nie wiedzieli, nie znali, co to znaczy wojna. Tamte dni będę pamiętać do samej śmierci. Tylko powiedzieli wojna i już, może to było o trzeciej godzinie – zaraz do wieczora wszystkich mężczyzn zabrali.
Stanisława Paczkowska
Pamiętam, kiedy zaczynała się wojna. Była to niedziela. Po obiedzie przyjechaliśmy z kościoła. Radia wtedy nie było, telewizji nie było, no, to wszyscy przyjadą z kościoła, zjedzą obiad i sobie pod stodołki wychodzą. Tam mężczyznów kupka siedzi, tam kobiet. A my, jak dzieci: to tam pobiegniem, to i tam pobiegniem. My sobie w medal bawili się. Nu, rysuje się tam na ziemi i skacze się po tym. I sobie skakaliśmy. I potem, jak zaczęli strzelać Niemcy... Czy to Sowiety, czy Niemcy - kto to zaczynał? Niemcy, chyba, zaczynali wojnę już u nas? To my od razu, jak krzyknęli: wojna, wojna!
Maria Poczobut
Było tu już 1 września. Boże, pamiętam ten dzień jak dzisiaj. Wojna zaczęła się. To napadli Niemcy na Polskę. Radia nie ma. Na całej ulicy było u jednych państwa jedno radio. I to radio włączało się na całą moc i my wszyscy, tak drżąc, za rękę z tatusiem i z mamusią szliśmy słuchać – co robi się w Polsce. I tak niepewność ta trwała. A 16 września rano mama wstała, przyszła w drzwi, gdzie tatuś w pokoju spał i powiedziała: – Kaziu, bolszewicy przyszli, tanki idą spod Barasza. A tam góra duża taka była i był Barasz, Żyd, który miał pracownię, w której wyrabiali rolnicze narzędzia. I właśnie stamtąd idą, a u nas w domu wszystko słychać, tych pobudowań nie było wszędzie – i wszystko widać. Wyszliśmy na ulicę, trzęsąc się.
Maria Prońko
[Iszkołdź, wrzesień 1939] Przyszli do nas Sowieci. Czołgi i wszystkie ich maszyny szły przez wieś i przez mostek na naszej rzeczce. Straszne to było wojsko, takie długie, brudne płaszcze po samą ziemię mieli i konie takie zdechłe. Szli i szli, dzień i noc. Szli później na Połoneczkę i po tym brukowanym trakcie szli, co to mówili, że Kataryna go stroiła.
Helena Rozumko
Koło nas były koszary. W nocy z 10 na 11 września cały rząd polski nocował w tych koszarach, bo to troszku za miastem, koło Wysokiego Zamku. Widocznie wywąchali, bo zaczęli tam bombardować. Bomby nie popadli w koszary, trzy bomby popadli na boisko koszarowe a trzy na nasz dom. Wtedy zginął mój ojciec, został zabity. Spalił się, biedny, w takiej maleńkiej trumnie go pochowali. Ale przeczuwał to. Pracował w drukarni jako zecer, musiał cały druk skontrolować czy wszystko jest w porządku, przyszedł z nocnej zmiany. Taki Żydek u nas miał sklep, on zawsze do niego z psem na śniadanie chodził. Pies dostawał kawałeczki kiełbasy, a tata brał sobie dwie kajzerki albo kawę, tam było wszystko. I jeszcze powiedział do niego: - Trzeba się najeść, bo do świętego Piotrusia droga daleka. A za dwie godziny już nie żył, nalot był wtedy. Śliczne mieszkanie, wszystko poszło z ogniem, wszystko się spaliło. Wszyściuteńko, jedno co nam zostało, to co w izbie skarbowej się trzymało, coś cenniejszego. Nakrycie srebrne na dwanaście osób się uratowało, bo tam było.I babcia z mamą miały sen. Babci się śniły czerwone pszczoły, że ją kąsają, a mamie się śnił ręcznik wyszywany krzyżykami ukraińskimi, czarno-czerwone krzyżyki. I babcia rano wstała (to była czwarta godzina rano), i mówi: - Jańciu, wywozimy dzieci. Myśmy mieli na Skniłówku parcelę, fundament tam był zbudowany. I mój ojciec z moim wujkiem, znaczy z mamy bratem, wykopali w tym fundamencie schron. Bliziutko lotnisko było, tam bombardowali. I my do tego schronu.
Krystyna Ruda
Kiedy zaczęła się wojna między Sowietami i Niemcami, to była dla nich tragedia, a dla nas wesele. Myśmy czekali, żeby ich szlag trafił, bo tutaj nie można było żyć. Areszty, wywózka, itd. W 1939 roku my Niemców nie zasmakowaliśmy, myśmy nie wiedzieli, co to są Niemcy. Mieszkałem w centrum, ale przede mną, jakieś tysiąc metrów od mego domu, na przedmieściu, wojsko niemieckie było. A my, dzieciaki, biegaliśmy patrzeć się na Niemców. Byli umundurowani, nakarmieni, mordy takie były u nich. Teraz Lwów jest rozbudowywany, a w 1939 roku, tam, gdzie niemiecka armia zatrzymała się na przedmieściu, to tam były domki, sady, ogrody. Lato było, ciepło, oni spali na dworze. Bardzo dużo Niemców. Jedli konserwy, sardynki, Casablanka, Maroko. Otwiera puszkę sardynek, dwie, trzy zje, a resztę wyrzuci w krzaki. A my łaziliśmy i zbieraliśmy sardynki. I pieczywo wszelkie. Ono wyrzucali, a my zbieraliśmy. A potem podchodziliśmy do Niemców, a oni cukierki nam dawali. Byli dobrze umundurowani, czyści. Wtedy oni cywilów nie ruszali, to było wojsko. To ich nie obchodziło, a gestapo nie przyszło jeszcze porządku robić.
Bogdan Sidelny
Pamiętam tylko tyle, że było śliczne słońce i było bardzo ciepło. Matka wywieszała bieliznę na sznurach i raptem tam, gdzie było lotnisko wojenne - jakieś 500 metrów od nas - takie czarne słupy dymu... Potem ktoś leciał po ulicy i wrzeszczał, że się zaczęła wojna.
Zofia Stecka
[Dobrohlany]W 1939 roku zaraz wojna wybuchła. To pamiętam. Żołnierze jechali w pociągach towarowych. A my mieszkali na kolejowym budynku. Był domek i zaraz za kilka metrów już kolej jechała... I Niemcy tak bombardowali. Nasz domek miał ganeczek taki, to się tak prawie oddzielił od wybuchu. Niemiec rzucił bombę koło naszego domu, bo on może chciał w kolej rzucić, a tam uciekali bogatsi... Nie popadł ni w dom, ale ułamkiem trafił w kolej, jednak byli ranni i pozabijani w tym pociągu. A jedna z tych bomb taka była ogromna... A moja mama nas zabrała do piwnicy, którą mieliśmy na podwórku zbudowaną, zasypaną ziemią i tam myśmy chodzili. I mama nasza została raniona, ale wyżyła.
Helena Sywak
[Pińsk, wrzesień 1939.] To było w 1939 roku, jak przyszli ci "oswobodziciele". Wtedy pan Jerzy, potem sędzia, prokurator i inna taka świta, konie zaprzęgli, tutaj, w majątku (bo to majątek, zaraz, tutaj, niedaleko ode mnie jest) i gdzieś uciekać chcieli. Nie odjechali daleko od Brześcia, chłopstwo złapało ich i wszystkich wybiło. Tak, to okropne, to jest straszne, okropne.
Helena Szołomicka
No, w 1939 roku miałam siedemnaście lat. Był taki wrzesień, wrzesień był. Gorący był miesiąc! Pamiętam, tak było ciepło, i bosośmy latali, biegali. Parę razy samoloty przeleciały, ale i poleciały dalej, u nas tak nie było tak, żeby tam coś bombardowali. Nie było tak.
Helena Szumiłowska
Ojciec zadzwonił, że trzeba, bym ja coś przyniósł z pracowni, że czeka na mnie koło poczty. Ja to wziąłem, poszedłem do pracowni, na dół. A ojciec mówi: – Wiesz, zaczęła się wojna i uważaj, żeby nie bombardowali. I zaraz tego dnia rano chcieli bombardować, chyba dworzec, ale zbombardowali trzy domy naprzeciwko kościoła św. Elżbiety. I tak się zaczęła wojna.
Wacław Szymański
[Nowa Mysz koło Baranowicz, Polska, sierpień-wrzesień 1939] Zaczyna się wojna... Rozmawiano na temat, tak z początku 1939 roku - już pełno było takich trwożnych informacji i zanosiło się na tą wojnę. A ja tak sobie podsłuchiwałam. No i pamiętam 1 września 1939 rok. U nas takie porządki generalne w domu, ja tam jakiś fikus wynoszę, liście, słońce, słoneczny dzień - bardzo to zapamiętało się. I raptem wojna - ktoś tam w radiu mówi, czy nie wiem, skąd ta informacja przyszła. Wojna. I ja niosłam ten... dziewięć lat miałam, bo ja w 1930 roku jestem urodzona... I tak mnie strasznie się zrobiło i ja nie utrzymałam ten wazon, ten fikus upadł, rozbił się ten garnek.
Łucja Turowicz
Ojciec stanął na drodze, a ciągle przejeżdżały auta. Wszystko to jechało na Kołomyję. I zatrzymujemy auto - było to takie pocztowe auto, skonfiskowane, wszystko jechało bardzo zorganizowanie, ze Stanisławowa. Myśmy się dosiedli. Taki jeden żołnierz stanął i ojciec mówi, że rodzina taka i taka: - Proszę nas wziąć, bo nie wiadomo, co będzie. - Proszę siadać. Ale gdzie was usadzimy? Ojciec mówi: - Ja się z tyłu zapakuję. A ja i mama siedliśmy koło szofera. A ten żołnierz, który siedział obok, stanął na stopniach - takie malutkie stopnie były - otwarte okno trzymał. Rzeczywiście, dzisiaj się zastanawiam, że jacy to byli ludzie życzliwi i kochani. Przecież on dla nas stał na stopniach jadąc. Wsiedliśmy i ten nas zaczął wieźć, powiedział, że jedzie właśnie cała kolumna. W tej kolumnie bardzo dużo aut było, to było całe zaopatrzenie jakiejś wielkiej armii, bo chyba ponad dwadzieścia aut różnego gatunku jechało. I mówi, że on jedzie, ale ma popsute hamulce i nie może hamować, ale on motorem hamuje. I zaczęła się jazda. I on jeszcze się spóźnił, bo zanim my usiedli, to już auta pojechały. Zaczęła się straszna gonitwa za tamtymi autami.
Jan Tysson
[Kamień, 1939]Miałem osiem lat jak wybuchła wojna. Paśliśmy świnie z moim kolegą — Janem Chmielewskim. Mówiliśmy: — No, chyba nie dostanie się nam do wojny włączyć. Kiedy samoloty zaczęły bombardierować, nie mieliśmy gdzie się podziać. Był niedaleko taki starynny majątek — Howorki, postawiony na kopcu i otoczony rowem, chowaliśmy się tam do piwnic.
Jan Wierzbicki
[Słonim, 1939]Zaczęła się wojna. I my chodzili, biegali wszystkie patrzeć, bo centralna droga była przez górkę od nas dwa kilometry. Jak oni szli wsie w tych szynelach, nogi poobkręcane takimi jak sznury mieli. Ależ to oni wszystko palili. Majątki! Takie majątki! Jaka to była głupota. No dobrze, jak tam człowiek był im winny. Ale czym dom, za co ten dom palić? Cerkiew u nas co odbudowali, co stoi w centrum, to tanki tam podprowadzili i rozrzucili wszystko.
Alina Wiszewska
Sowieci wkroczyli, a tu policja nasza była. I tam wojsko było w Czortkowie. To wszystko uciekło na Rumunię, w stronę Rumunii. I nie wiem, czy oni przeszli granicę, czy ich schwycili. Tutaj nic nie było, nijakich strzałów, wojny czy bójki – w Białej, mam na myśli. A i w Czortkowie nic nie było, bo oni tam tylko na granicy byli. Stąd uciekli, bo policja u nas była, czterech czy pięciu. I oni nie weszli do nas, oni do Czortkowa weszli. A nam później powiedziały tylko… Tam do gminy przyszli i powiedziały co robić, co jest.
Maria Witwicka
[okolice Stołowicz, II poł. września 1939]Wsiada się do pociągu i się jedzie. Pociąg bombardują w Brześciu i się z pociągu ucieka. Najbardziej ja przeżywałam może przyjście bolszewików. To było coś tak okropnego. To był 17 wrzesień po obiedzie. Deszczyk kropił. I myśmy nawet z tych Stołowicz uciekli na wieś. I tam strasznie lubili bolszewików. I oni bardzo na nich czekali i oni z czerwonymi płachtami szli spotykać bolszewików. I gospodyni, u której my zatrzymaliśmy się, piekła - bardzo była podniecona - piekła masę jajecznicy, żeby żołnierzy zaprosić do siebie, żeby ich ugościć. Oni byli omotani tutaj, ja nie wiem, jak to się nazywa, takimi brudnymi omotkami - byli w bucikach, a tutaj to omotanie, długie jakieś te szynele, czapy. No i gospodyni zaprosiła chyba z 15 osób do siebie do kuchni. Ciasnawo było. Ona ich częstuje i chce ich całować, i mówi, jak im się tutaj źle żyło. I tam ciasno, ich dużo, i chleb pada na podłogę. Jakiś żołnierz podnosi chleb. Ona mówi: - Nie trzeba, to wyrzucić, przecież świnie zjedzą! On podnosi chleb i mówi: - Nie, to grzech. Przecież w domu siedzą głodni. Gospodyni takie oczy na niego. W domu? W tym raju sowieckim głodni siedzą? I po tygodniu - myśmy już wrócili do Stołowicz - ta gospodyni biegnie i mówi: - Pani Teresa, oj, jaką pani miała rację. Toż to hołota straszna. Ci bolszewicy to hołota, a nie ludzie.
Elżbieta Wrzosek
[Mościska, 1939]To był 1938/39 rok. Cały ten czas był w napięciu. Przygotowania do wojny się już wyczuwało. Z resztą słuchaliśmy radia: tego ministra, chyba spraw zagranicznych, Becka – i Śmigłego. Pojechaliśmy na wakacje [z bursy gimnazjalnej w Toruniu] i kazali nam wszystko zabrać – jak nie będzie wojny, to damy wam znać, a jak będzie, to zostańcie w domu. No i wojna wybuchła. Pierwszego września, kiedy zaczął się rok szkolny. Mieliśmy przyjechać, ale strzelali nas. No i ja zostałem w Mościskach. W Lipnikach bombardowali. Tam jest też kościół parafialny. Tam taki kocioł powstał. Te wszystkie wojska cofały się nie zawsze drogą, bo szosy atakowane były przez samoloty. No to wracali tymi polnymi drogami. Wrzesień pełen pogody był. Gdyby chociaż jaki deszcz spadł, to by zmyło te samochody.
Władysław Ziober
[Mościska]Jak wojna wybuchła 1 września, to bombardowanie było od razu. Bomby spadały na klasztor mniejszy, jedna się zaryła, o mało mnie nie zabiło. Rzucili bomby może przez pomyłkę na ogród. To była bogata pani, nie była biedna, dziedziczka jakaś – to ogród miała u siebie. Tam bomba została jedna rzucona. I kościelny mi mówił, że jedna na bożnicę była, więc kilka bomb było. Trudno mi powiedzieć, w jakim terminie Niemcy przyszli. No bo w każdym razie tam się cofało wojsko polskie. Od pierwszego dnia była bombardowana stacja kolejowa. Ludzi uciekało dużo, było dużo uciekinierów. Wiem, bo z nami mieszkali. Masę uciekało ludzi z Przemyśla. Czasem do rowu uciekali, jak bombardowali. Pamiętam jak uciekali z Matką Boską z Tuchowa klerycy. Tu się zatrzymali. Potem to wojsko wycofało się, jak było bombardowanie tych różnych traktów i stacji. Jak było bombardowanie, to wojsko zbaczało na te polne drogi.
Władysław Ziober