Żydzi i Zagłada
[Żytomierz, 1941]O Żydach to ja mogę ze szczegółami opowiedzieć, bo to wszystko działo się na moich oczach. Jak przyszli Niemcy, zaraz obeszli wszystkie domy i pozaznaczali, gdzie mieszkali Żydzi – zaznaczyli takimi żydowskimi gwiazdami na drzwiach. Potem tam, gdzie kościół i ten skwerek koło kościoła, zrobili ogrodzenie z drutu kolczastego i zagnali tam Żydów. A słońce było, upał, nie dawali im ani jeść, ani pić, nic, i zaczęli ich samochodami wywozić. A to przecież byli nasi sąsiedzi, z nimi się biegało, a teraz ich łapią i zabierają. Mówili, że będą ich wywozić gdzieś do Izraela czy gdzieś do ich państwa… tak Niemcy mówili Żydom. A oni siedzieli za tym ogrodzeniem, jeszcze nosiliśmy im wodę i jedzenie, a Niemcy strzelali do nas, żebyśmy nie podchodzili. Jak ich zaczęli ładować na te pierwsze samochody, to oni chętnie szli, myśleli, że naprawdę pojadą do Izraela. A potem, gdy te samochody tak szybko wracały… Niemcy wywozili ich do Iwaniwki, do wsi… tam były wykopane rowy, to ich samych zmusili do kopania tych rowów, i oni ich tam wywozili i rozstrzeliwali. To jak Żydzi zobaczyli, że te samochody wracają całe we krwi, to już wszystko zrozumieli. Oj, proszę mnie nie pytać o to wszystko, to serce boli opowiadać.
Marcelina Baszyńska
[Żytomierz, 1941]A kilku Żydów się uratowało, kilku przechowaliśmy. Na przykład w naszym podwórku był taki Munio, nie wiem, jak się naprawdę nazywał, ale my tego chłopca nazywaliśmy Munio. To jego przechowywaliśmy 4 miesiące. Mieszkał na strychu, nosiliśmy mu jedzenie i ubranie jemu tam nosiliśmy, żeby nie musiał na dół schodzić. A okazało się – my o tym nie wiedzieliśmy – że był u nas w podwórku zdrajca. Mieszkał tam, ale nie wiedzieliśmy, skąd jest dokładnie. Mówili, że Czech, a kim był naprawdę, nie wiem. I on na wszystkich donosił. I na nas, na dziewczyny, że do Niemiec nie jedziemy na roboty, i na wszystkich. I on zobaczył tego chłopca: ten chłopczyk wyszedł i on go zobaczył, i doniósł Niemcom, że to Żyd. Przyjechał samochód. Boże, cały budynek przeszukali, a chłopiec schował się w kominie. I oni go znaleźli i zabrali. Nie można sobie tego wyobrazić, jak on biedny krzyczał, a my nic nie mogliśmy mu pomóc. Ale po co ten człowiek doniósł, po co o nim powiedział, co on ci przeszkadzał? I tacy ludzie byli. Ale on taką samą śmiercią zginął – jak przyszli nasi, to od razu go rozstrzelali, jeszcze władza się na dobre nie ustanowiła.
Marcelina Baszyńska
Większość zniszczyli Niemcy, getto było u nas i w Janowskim. Tam jest taki jar, tam rozstrzelali bardzo dużo. Niektórzy uchowali się, ludzie ich pochowali. Może dziesięć procent uchowało się, nie zginęło. Teraz mamy dwie synagogi. Jedna jest tu, niedaleko nas, a druga jest koło placu Teodora. Żydzi dobrze prosperują. Mają nawet swoją szkołę i teatr mają swój. Jak jest festiwal mniejszości narodowych, to występują.
Józef Bernard
Jeszcze pamiętam taki moment... Który to rok był? Jak na Skupisku Niemcy rozstrzeliwali Żydów. I potem w tym miejscu był cmentarz żydowski. Tam teraz stoi jezioro. My jako studenci wykładaliśmy tam kamienie. Takie dziecinne wspomnienie: pamiętam takie fragmenty, jak ich prowadzili ulicą Belwederską i ulicą... Frunze kiedyś się nazywała, po polsku nie pamiętam. Tam było getto. A moja koleżanka, ta, która teraz w Zgorzelcu mieszka, mieszkała tam, za tym gettem. Chodziłam do niej do domu, żeby jej pomóc się uczyć, bo ona nie mogła chodzić do szkoły. I myśmy widzieli, jak tych Żydów prowadzili do pracy i jak już z pracy oni wracali, koło ratusza zawsze szli...
Maria Bilczuk
Kiedyś z ojcem szłam do sklepu. Większość sklepów we Lwowie mieli Żydzi, to byli w większości lekarze, adwokaci i sklepikarze. Mieli wielkie sklepy. My kiedyś z ojcem szliśmy do tego sklepu i nam zastąpił drogę młody... Korporanci wtedy byli, takie czapeczki nosili, różne korporacje. Jedni nosili czerwone, drudzy zielone. Korporacje były na wyższych uczelniach. On zastąpił nam drogę i pyta się mojego ojca: - Czemu pan idzie do Żyda kupować? A mój ojciec powiedział: - Precz, z drogi, smarkaczu! Ty mi będziesz dyktował, gdzie ja mam chodzić? Mój ojciec taki był, lubił powiedzieć takie słowo dosyć twarde. Mój ojciec nigdy nie był ani antysemitą, ani antyukraiński. Mój ojciec był w Rosji, widział wszystko, widział Rosję, rewolucję. Zawsze mówił do mnie, że nieważne, jaka jest narodowość tej osoby, ważne jest, co ona sobą przedstawia, czy jest dobry, porządny, czy moralny.
Bogusława Bryła-Czerna
[Szarkowszczyzna, lata 40.]W Szarkowszczyźnie mieszkali Jewrieje, którzy przez Józefowo chcieli uciec od Niemców, żeby ich nie zastrzelili. Niemcy ich strzelali w sadzie. Było tam dużo kobiet. Uciekali w sad, tam budynki były balszyje. Niemcy dohaniali ich i nikt nie uciekł. Zastrzelili wszystkich. Tu w Szarkowszczyźnie jest miejsce, gdzie jamy kopali, zbierali ich — i strzelali.
Jadwiga Buko
W Stanisławowie przed wojną było bardzo dużo Żydów. Też koło nas mieszkali, na Majdla. Byli biedni i byli bogaci. Był taki Chas, biedny, biedny... Był szewcem, miał troje dzieci. Nosiliśmy tam buty do naprawy. I choć ojciec pracował na kolei, to mimo wszystko szanowaliśmy ich. Wszystko dawaliśmy im do naprawy. Sklepy były żydowskie. Na Majdla był jeden Kanclerz. Miał polski sklep z produktami, na Piramowicza. Był Polakiem i tam czasem chodziliśmy. A Żydzi robili tak, że na książeczkę się szło kupować. Więcej ludzi do Żydów szło. Przed wojną byli w szkole Ukraińcy i Żydzi. Ze mną chodziły Żydówki. Jaka była różnica?.. Myśmy się tak nie oddzielali, jak teraz. Jak była religia, to ukraiński ksiądz zabierał swoje dzieci, przychodził rabin i zabierał swoje, a myśmy byli w kościele. Poza religią bawiliśmy się razem. Moja rodzina mieszkała na Belwederze, tam, gdzie było getto. I pamiętam, jak Żydzi chodzili z opaskami, z gwiazdami. Te opaski były białe, a gwiazdy niebieskie. Raz uciekł jeden Żyd – mieszkał koło nas, miał sklep. Przyszedł, był głodny. Myśmy też nie mieli co jeść, ale mama poszła do ogrodu i wyrwała mu cebulę, i on tak dziękował...
Stanisława Ciwka
Jak się idzie na dworzec jest ulica Janowska. Niemcy przez Janowską ulicę Żydów prowadzili. I tak, jak tutaj jest ulica Łyczakowska i Łyczakowski Cmentarz, tak tam jest ulica Janowska i Janowski Cmentarz. To Niemcy wszystkich Żydów prowadzili właśnie tam, za Cmentarz Janowski, na takie piaski i tam ich rozstrzeliwali. Już zabitych wieźli na ciężarowych autach nakrytych brezentem… Nogi sterczały, ręce gdzieniegdzie. Jak wiatr zawiał, a to było źle zawiązane do samochodu, to to dyndało. Wyglądało okropnie, w zimie – myśmy się chodzili patrzeć. Albo jak prowadzili całą kolumnę, to takie zmarznięte. Mieli niebieskie gwiazdy żydowskie na białym płótnie, 10 na 10 centymetrów. Wszyscy musieli mieć na ramieniu i z przodu, żeby było widać, że to Żyd. Ich prowadzili na zagładę, a my jeszcze, głupi, to kartofle żeśmy im rzucali, to jakieś jabłuszka. A to się kulą, nie mogą tego podnieść. Niemcy z psami na nas, bo im to przeszkadzało. Żydzi chcieli podnieść, zjeść, a szli na śmierć… To był obraz nędzy i rozpaczy. Jako młoda dziewczyna ja to bardzo przeżyłam. Bardzo. Ja już chwilami załamywałam się, czy Boga nie ma na ziemi, czy Bóg już stracił nas, że tak okrutnie karze? Ja dzieckiem byłam, dla mnie to było okropnie. Dorosłym dzieckiem, które musiało to przeżyć.
Zofia Czupachina - Weber
Potem Żydów u nas dużo bili. Pierwej, to szli oni spokojnie na te śmierć. Tutaj taka u nas mogiła żydowska jest. I potem, jak jechać na Baranowicze – słup biały stoi – tam też leżą... Pamiętam, przyjechali pod wieczór Niemcy, i policjanci też już byli. I stali zabierać młodych i starych, i wszystkich. Do maszyny, do maszyny, no wsio! Myślimy, że gdzieś to powieźli rozstrzelać, chyba? No i my chowali się. A potem nic. I, ot, rano – a tu było getto, ot, gdzie ten rów idzie – zaczęli strzelać, i automaty, i kulomioty. Nas wygnali kopać mogiłę. Ja nie była, nie kopała w nocy, tylko brat. Jeszcze brat był w domu, więc zabrali brata do tego kopania. Potem rano przyszedł i mówi: – Kopaliśmy żywym mogiłę, sto metrów na dwa. Sto długości, dwa szerokości. Potem wracamy do domu, a tam policjant i nasze – jak to mówili – deputaty stoją. I nas zabrali tam, gdzie wykopali tę mogiłę. I bardzo dużo Żydów stali wozić wozami, już nieżywych. Wyrzucali, my zasypali i wszystko.
Wanda Denisowa
dotyczy także: Polskie podziemie zbrojne,
[wieś Malinówka, rejon święciański, 1941]Pewnego razu przyszła młoda Żydóweczka, nie wiem ile jej lat było. Przenocowała u nas, chociaż bardzo było to straszne. Mama ją ubrała w swoje ubranie, chowała jej włosy bardzo starannie, bo ona była bardzo czarna i to zdradzało mocno ją. To by była całej rodzinie naszej śmierć. No i mama ją chyba sześć kilometrów odwiozła do Kiemieliszek, to jest teraz Białoruś. Tam ona miała spotkać się z rodziną, czy z kimś. Mama ją dowiozła szczęśliwie i sama wróciła. I tak szczęśliwie obeszło się.
Weronika Dunowska
[Iwieniec, 1942]Jak zaczęła się wojna i weszli Niemcy do Iwieńca, pierwszą sprawą ich było wygnać Żydów na plac. Chodzili i ich musztrowali, kazali odliczać, dziesiąty człowiek – wyjść, strzelali i znowu zaczęli od początku, strzelali i tak z jednej rodziny dwóch czy trzech strzelili. A potem ich gdzieś tam pognali. Była sadzawka brudna, gdzie krowy piły, tam ich zostawiali wodę pić i skakać jak żaby, a potem postrzelali ich. Bardzo źle do nich odnosili się, bardzo źle. No, niektórzy uciekali w partyzany, jeśli udało się któremu...
Romualda Filanowicz
To było straszne. Wszystkim tym ludziom kazali sześcioramienną gwiazdę żółtą na piersi i na plecy naklejać. Byli tam lekarze, wykształceni, rozumni. Kazali im pracować, myć podłogi, zbierać śmieci na ulicach. To było okropne. A potem ich rozstrzeliwali. Rozstrzeliwali nie tylko Niemcy, ale i Łotysi. Nawet do Warszawy jechali nasi Łotysi. Ludzie mówili, że trzech naszych Polaków też strzelało Żydów. Mojej mamy rodzona siostra była krawcową, pracowała u Żydów. Ta Żydówka prosiła, żeby zabrać jej małą córeczkę. A my mieszkaliśmy za kościołem. Na dwudziestu pięciu metrach kwadratowych mieszkały trzy siostry mamy, trzy rodziny. Dyneburg był spalony, nie było gdzie mieszkać. Więc gdzie to dziecko uchować? Nie uchowasz. I musieliśmy odmówić. Ja do dziś żałuję, jednak trzeba było jakoś zrobić, żeby to dziecko gdzieśkolwiek ulokować. Co winne, małe dziecko. Miała na imię Basieńka. Wzięli do getta i rozstrzelali. Do dziś dnia żałuję...Getto odwiedzał Marian Czyżewski. Jemu się bardzo podobała córka jednego lekarza, chciał ją uratować. Nazywała się Dina. Przekupił stróżów i ją zabrał. W czasie tej ucieczki zginął Wiktor Dunajewski, mój kolega z klasy. Udawał, że to on ucieka, dla niepoznaki, żeby Dina i Marian się wydostali. I został zabity. Czasy te niemieckie, to były ciężkie czasy. Marian odwiózł ją z Dyneburga, jakieś z górą dziesięć kilometrów na wieś. Ale tam widocznie ktoś doniósł. I została rozstrzelana.
Helena Filipionek
 Żydów zabierali do getta. Były nawet plakaty, żeby sami się zgłaszali, bo jak ich złapią, to będzie gorzej. I Żydzi sami szli. U nas, kiedy byli Rosjanie w 1940 roku, był adwokat – Knopp. On był Żydem. Jego znacjonalizowali, a miał kamienicę, i on przyszedł mieszkać do nas. Mieszkał u nas z żoną i dwudziestopięcioletnim synem. Jego żona u nas umarła, na ulicy Bolesławskiej w Drohobyczu. On został z synem, a kiedy wkroczyli Niemcy, to oni byli w getcie. Nie wiem, jak to się stało, czy sami się zgłosili, czy ich zabrali. Byli w getcie i chodzili na roboty do rafinerii "Galicja". Rano szli na roboty, wieczorem wracali, a przechodzili obok naszego domu. Jak wracali, to ten syn wcześniej uciekał, biegł do nas polami, a moja mama czekała już z przygotowanym jedzeniem. Jego ojciec szedł drogą z całą resztą pilnowany przez żołnierza. Potem ten syn dołączał do grupy i już razem wracali do getta.
Władysław Finster
Wileńska ulica była i tak troszeczkę na górkę, i oni tam zrobili getto, gdzie mikrorejony były żydowskie (bo Żydzi trzymali się razem). Dwie dzielnice żydowskie były: na Prochowej (tam było ich mało) i tutaj, od Wileńskiej i w górę. Nazywali tę dzielnicę "Jatki". I tam był rybny rynek. Żydzi targowali żywą rybą, różną. To właśnie od Dominikańskiej zaraz – teraz uniwermag, teraz dom towarowy "Niemen" – to za nim od razu, z lewej strony, gdzie trolejbusy chodzą, kamienica stoi dwupiętrowa (jeżeli iść do góry) z polskim krzyżem na szczycie. Jest wymurowany polski krzyż – to był taki znak, że to ostatni polski dom przed dzielnicą żydowską.Myśmy chodzili do kościoła, zawsze piechotą, ale nie zawsze po Dominikańskiej – po Wileńskiej, od hotelu "Białoruś", po Ukraińskiej, przez te jatki i do farnego kościoła, bo to była nasza parafia. Ja tam ochrzczona jestem, do procesji od czterech lat chodziłam. Jak miałam tylko cztery lata, to już chodziłam do sypania kwiatów. Ojciec mój, świętej pamięci, on bardzo nie lubiał, kiedy mama chciała iść przez te jatki (że to bliżej). Ojciec po Wileńskiej, ale na Dominikańską wychodził. Jeżeli idziemy z tatusiem, to po Dominikańskiej, a z mamusią na skróty.A mąż mówił (on też w tej dzielnicy mieszkał, tylko bardziej od Niemna), że specjalnie oni chodzili przez te jatki. Bo Żydzi zawsze nas czymś częstowali. A z jakiego powodu? A, u nich, na przykład, szabas, sobota. U nas ludzie w niedzielę, to obiad gotują; nic ciężkiego się nie robi, ale obiad się gotuje. A u Żydów nie wolno było nawet zapałkę zapalić, a nie było kiedyś tych elektrozapalniczek. To on mówi: - Idziemy sobie tak, chłopcy, wychodzi Żydówka i mówi "Chłopczyk, chłopczyk, podejdź tutaj. A co pani chce? Proszę zajść do mnie, zapalić zapałkę. Tutaj wszystko położone, tylko zapałkę zapalić i do tego papieru, piec zapalić". I ona czy czekoladę da, czy coś takiego.
Krystyna Gaponik
Sklepy prowadzili przeważnie Żydzi, ale i Litwini też. Na wsi może jakieś trzy sklepy byli żydowskie, ale podobnie też dwa czy trzy byli litewskie. Stosunki byli dobre. W ogóle każdy dwór miał swego Żyda i on przyjeżdżał. Dajmy na to młocka idzie, to on przyjeżdża i zboże bierze. Ot, wykopki idą, czy buraki, to on przyjeżdża i od razu wszystko skupuje. Faktor taki. Przecież ojciec nie jeździł i nie sprzedawał, Żydzi to robili. Oczywiście, zarabiali na tym. Mówią, że ten nasz Żyd - wieczny pokój, bo jego Niemcy potem zamordowali - postawił sobie dom w Rogowie.
Regina Gauczowa
(opowiada córka pani Giedejko) Był 1941 rok. Przychodzą Niemcy. Niedaleko rodziców mieszkała rodzina Żydów, Lissonów. Moja babcia była bardzo serdeczna. I przychodzi czas, kiedy tych wszystkich Żydów wiozą do Kowna do getta, kiedy rozstrzeliwują ich, także w Kiejdanach. Najstarszych Lissonów wywieźli do getta, zostali młodzi, mieli po jakieś 20 lat (jeden miał na imię Chaim). I była jeszcze Uszarówna z Wędziagoła, Chaja. Przyszli do moich dziadków, czy dziadkowie nie mogliby ich skryć. Babcia nie odmówiła. W domu było wtedy całe rodzeństwo, to znaczy dwaj bracia mamy i jedna siostra, bo mama mieszkała z tatą osobno, ale w sąsiedztwie. I to było tak tajne, że o tym wszystkim wiedzieli tylko oni i mama z tatą, nikt więcej z rodziny, nawet siostra Janina mieszkająca w Kownie nie wiedziała. Bo jej mąż lubił pogadać, wypić lubił... Lepiej, że oni nie wiedzieli. Jak przyjeżdżali w odwiedziny, to dziadkowie chowali Żydów, żeby oni ich nie widzieli. Chowali ich w oborze, tam gdzie zwierzęta trzymali. Zrobili tam ścianę i za ścianą ich chowali. Tak było w dzień. W nocy, wieczorem, kiedy zamykali wszystkie okna, kiedy nikt nie widział, przyprowadzali ich do domu, żeby zjedli, pomyli się, posiedzieli. Na dzień odprowadzali ich do obory. To trwało 2-3 lata. Dziadkowie ocalili ich. Rodzina dostała po wojnie Medal Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.
Ludwika Giedejko
[Nowogródek, 1943]Kiedy Niemcy zabierali Żydów, zaganiali ich w dom, u nas był sąd okręgowy, trzechpiętrowy dom. I tam zrobili getto. I w tym sądzie okręgowym zrobiło się tak, że oni chodzili do pracy i oni znali, kiedy ich będą rozstrzelać i za ten czas oni podkop zrobili. Wynosili w kieszeniach ziemię - a tam blisko las był - i do tego lasu oni zrobili wchód podziemny. I one wszystkie wyszli, tylko zostali się kilka osób, chore. I uciekli przez ten wchód podziemny.
Józefa Goroszewicz
Żydzi zajmowali się handlem. Mieli sklepy, końmi handlowali. Wszystko w sklepie mieli: żelaza, podkowy, nafty, oleje różne do kół smarowania. Jeden Żyd postawił młyn, od razu postawił na ropa, silny strasznie motor, koła takie, może pięć metrów, kosztuje drogo. A byli takie Żydówki, co śledzie nosili - to wiadomo, takie biedniejsze.
Władysław Gruzdź
[Pogrom — Głębokie, lata 40.] Tylko bach, bach, bach! No co to?! Co to tak strzelają?! Bili ich, tu chowali i bili ich. Szli do domu mężczyzny, a Niemcy znali, Niemcy rozbiegali się, wszyscy uciekali… Ja byłam czarna taka, wyglądałam jak Żydówka, to mówili do mnie: — Pójdź do domu, a Niemiec zobaczy, że ty idziesz, pomyśli, że ja Żydówka, że ja Żyd, i zastrzeli.
Zofia Hajdukowska
Niemcy wszystkich wywieźli i zniszczyli. No, może ktoś przechował się. Mego męża mama przechowywała dziewczynkę, wzięła do siebie, za swoje. Dużo dzieci miała, to wzięła i to dziecko. I wychowywała. Idzie taka rura pod całym Stanisławowem, to tam się ludzie ukrywali. Taka duża, od jednego końca rzeki do drugiego, tam prawie na stojąco można było iść. Przechowywali się tam i Żydzi, i Polacy.  
Bronisława Iwanicka
Żydzi rządzili u nas wszystkim w trudarmii. Żydzi byli u nas po miastach, oni uciekali od Niemca, bali się. W Kazachstanie ich nie było, ale w Niżnim Tagilu, jak byłem w trudarmii, to wszyscy dowódcy byli Żydami. Pamiętam, jak mnie komendant posyłał po coś, coś tam pisał, ja potem coś dostawałem. To wszyscy byli wtedy Żydzi: Zalzmann, Holzmann, Demel, Megel, wszyscy to byli Żydzi, co pouciekali przed Niemcem. Odnosili się do nas dobrze, sami się bali, że Niemiec przyjdzie z tydzień, za dwa, to im będzie bieda. Ale komendę trzymali Żydzi, chytry taki naród.
Tadeusz Jakuszewski
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
[Wołkowysk, 1943]Za cmentarzem stoi taki domek. To Wojnicz. I ten Wojnicz zakochał się w Żydówce, Uszacka jej było nazwisko. I on tak zakochał się w niej, potem ożenił się, ale w czasie wojny on ją chował. Oni żyli tak bogato, on gdzieś w banku pracował, mieli swój jakiś zawod. To Niemcy przychodzili tam, tańczyli, a ta Żydówka była w piwnicy.
Teresa Jarmołowicz
[Wołkowysk, 1943]Moi bracia kolegowali z takimi Żydami. Kiwiel był chłopiec. I on do nas przychodził, przynosił macę i mówił, że po Biblii ich Niemiec wytępi. A potem, jak im powiedzieli zebrać się, to on przybiegł do nas nad rankiem i pytał, co jemu robić: czy jemu do lasu iść, czy tu. Pamiętam ten dzień, bo przy Niemcach kto miał krowę, musiał zdawać mleko, wszystko co nadoił. Nosiliśmy z koleżanką mleko, a mleczarnia tutaj była na górze. Właśnie wracaliśmy z mleczarni, kiedy pędzili Żydów do getta. Ale Żydzi, to chyba proste takie ludzie, szli tylko z tobołami na plecach. Tutaj tak pod górkę to szło. Jak droga ta szeroka, tak oni szli, szli i ich nikt nie gnał. No może gdzieś w końcu. My usiedli na ganku domu, bo tu takie były murowanki i widziałam, jak Żydów gnali do getta. Widziałam to. Oni szli... Jak owce szli.
Teresa Jarmołowicz
Śmierć nadeszła na nich. Ich tyle bili, wywozili za miasto. Za miasto, gdzie już nie ma. W samym Berdyczowie, tutaj w Równym bili. Ale ja już przyjechała w 1949 roku do Równego, to już byli pochowane wszystko. To było w 1943–44 roku. To ich też bili, trochę bili. Brali do roboty, oni pracowali, ale ja ich nie znała, nie nazwiska, nie nic. My po prostu wiedzieli, że ludzie, że to Żydy i ich prowadzili. My wiedzieli, że ich z miasta prowadzili.
Michalina Kamińska
Gdy okupacja niemiecka była w Stanisławowie, Żydzi byli zesłani na jedną ulicę – zachodnia strona ulicy Kazimierzowskiej była wydzielona na to getto. Wzdłuż parkanów i bloków była przeprowadzona biała linia, szerokości około 30 centymetrów. To był znak, że to jest getto. Żydzi mieli mieć na rękach białe opaski z sześciokątną gwiazdą niebieską, a kto nie miał, mógł być zastrzelony w środku miasta. Taki wypadek pamiętam: na Lipowej ulicy, koło filharmonii, szła elegancko ubrana kobieta, czarne włosy. Nadszedł Niemiec. Chyba oficer gestapo, bo miał na czapce trupią czaszkę. Popatrzył na nią, poznał, że Żydówka, a opaski nie miała. Zadał jej pytanie: – Jude, Jude? Ona zaczęła biec, uciekać. On wtedy wyciągnął rewolwer, dwa strzały dał i na miejscu ją zastrzelił. Upadła. On nawet nie zwrócił na nią uwagi i schował rewolwer.A jednego razu... Szliśmy po ulicy Kazimierzowskiej i była ulica Batorego, taka długa, prosta ulica. Widzieliśmy, jak na każdej latarni, a były to gazowe latarnie, bo jeszcze nie było elektryczności, jak na każdej latarni wisiał człowiek. Tak wzdłuż, po lewej i prawej stronie. Ludzie patrzyli.Żydzi szli po Kazimierzowskiej i na Okupisko. Szli prosto, nikt nie sprzeciwił się, jak bydlęta szli. Eskorty było mało, bardzo mało. Ryczeli na Żydów strasznie. Parę psów było, wilczury. Na Okupisku już rozlegały się strzały, już zaczęli rozstrzeliwać, a ogonek ciągnął się z ulicy Bilińskiego... Bardzo długo. My mieszkaliśmy na rogu Głochowskiego i Bilińskiego. Staliśmy i patrzyliśmy, jak oni wychodzili, w szeregach po sześć, po osiem osób, dzieci, mężczyźni, kobiety. A jak rozstrzeliwali, to ludzie mówili, że potem, jak już odeszli esesmani, to jeszcze cały dzień ta ziemia tak jakby dyszała...
Władysław Karpiński
Dziadunio Chorążewski miał siedem i pół hektara. Dobre gospodarstwo, taki mocny był gospodarz. Jego dzieci pracowały na fabryce, tak, że żyli nieźle. Ale to wszystko zabrali mu, jego wypędzili z chaty, na ulice wyrzucony był. Jedno, że nie zabrali go do Syberii, tylko dzięki temu, że kiedyś w czasach rewolucji to różne tutaj władze zmieniały się. Byli czerwoni, biali, byli zieloni, to petlurowcy. I przyszli petlurowcy. Zagnali do stodoły wszystkich Żydów, zebrali ludzi ze wsi i powiedzieli, żeby oni zabili ich pałkami. A dziadunio mój był sołtysem i wyszedł on naprzód. Już z pałkami ludzie zebrali się, ludzie swoje, i już oni będą zabijać, a ichnie wszystko zabierać sobie. I on powiedział: - Ludzie, co wy robicie? Opamiętajcie się! Dzisiaj petlurowcy, jutro przyjdą komunisty. I tak z wami to wszystko będzie. Mówił, żeby człowiek myślał głową, a nie emocjami. I taka cisza stała się. Później jeden rzucił tę pałkę, drugi, rozeszli się, otworzyli tę stodołę. Ci mężczyźni Żydzi wszyscy wyszli, poszli po domach. To jak Żydzi przyszli do władzy, jak dziadunio posadzony był na furę, żeby wywozić jego na stację do Sybiru z rodziną, to nie dali jego, powiedzieli: - Nie. On dobry człowiek. On nas i nasze dzieci od śmierci uratował.
Czesław Karpiński
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30., Polska mniejszość poza granicami II RP,
Getto było na skidelskom bazarze, duże getto. W tych jatkach też było, ale tam mniejsze. Jak szedłem, to widziałem, że to getto. Wszystko zahorożeno było i stali żandarmi. I czasem Żydów puszczali na roboty. Oni w firmach pracowali, a na wieczór z powrotem szli w getto. Tam budka taka. A jak zabierali na rozstrzelanie, czy wywozić, to niektórzy szli do getta nocą i kradli. Z naszej firmy dwóch też tam kradło, pojmali ich. Bo jak zabierali Żydów, to Żydzi wszystkiego nie brali. Ostawały się łyżki, miski, odzież - wszystkiego z sobą nie mógł brać i zaczęli ludzie przychodzić, chociaż stali Niemcy. Ja nie chodziłem, ja bałem się. Zaczęli deski łamać, do mieszkania wchodzili, brali barachło. I tam, u nas, w firmie, co pracowali, to ich dwóch pojmali. Oni podłamali zabór, ale już Żydów nie było. Wleźli, do pierwszych domów zaszli, nabrali i z powrotem. I Niemcy ich pojmali. Syn i ojciec, dwóch brało to barachło. Syn nam to opowiadał. Oni nie jeden raz tam chodzili, ale to akurat zimą było, w grudniu. Poszli, nabrali barachło (akurat śnieg padał), wychodzą, a tutaj żandarmi: - Halt! I od razu ich na wachę. Dokumenty! U nas był Arbeit Ausweis, w jakiej firmie pracujesz. Jak to pokażesz, to wszystko w porządku. Oni pokazali dokumenty. Wzięli telefon i dzwonią. Szefa nie było, ojciec szefa był, stary Niemiec, dobry człowiek. Ten naczelnik, dyżurny żandarmerii, zaczął dzwonić: dwóch pracowników z waszej firmy kradło to i to, w getcie. Co z nimi robić? No, co? Mogą ich powiesić albo rozstrzelać, ale on ich pożałował. Co z nimi dziełać? - Ukażcie ich, ale nie rozstrzelajcie, nie wieszajcie. Żeby oni posiedzieli, ale wrócili do pracy. I tak zrobili. Pierwszy ojciec, stary złodziej, syn niech patrzy. Na tapczan go położyli i gumą: bach, bach! Sześćdziesiąt gum jemu dali. Syn złodziej, to jemu trzydzieści gum dali. I sąd był, ojciec sześć miesięcy tiurmy, łagru, a syn trzy miesiące.
Jerzy Marian Kieszkowski
[Drohobycz, 1942]Moja mama leżała chora, nie mogła nawet sama jeść, ja musiałam ją karmić, bo ojca już nie było. Znajoma powiedziała, że jak chcę, żeby mama wstała, to żebym szła do getta po lekarza. Lekarzom wolno było wychodzić z getta, chodzili w opaskach z żydowską gwiazdą, tylko nie mogli nic ze sobą brać. Gestapowcom chodziło o to, żeby oni z głodu umierali. Ja poszłam do tego lekarza, zapukałam do drzwi i powiedziałam, że jestem od pani Brodnikowej. Powiedziałam, że bardzo proszę doktora o wizytę u mojej mamy. On przyszedł, popatrzył, wypisał mi kartkę do konkretnej apteki i do konkretnej osoby, od której miałam dostać lekarstwo. W zamian poprosił o kilo cukru i kilo mąki. Przyszłam do domu, a wiedziałam, że mama trzyma na piecu po trzy kilo cukru i mąki. Zapytałam, czy mi da po kilogramie, to pójdę i od razu odniosę. Mama powiedziała, że nie mogę na raz nieść wszystkiego, lepiej najpierw zanieść cukier, za drugim razem mąkę. A tam przecież dziecko maleńkie płakało i czekało… Poszłam najpierw z cukrem i powiedziałam, że mąkę przyniosę następnego dnia, bo się boję. Jakby mnie złapali z tym w getcie, to by mnie rozstrzelali razem z Żydami. Jak zaniosłam mu cukier, to doktor zapytał, czy kupiłam zastrzyki. Powiedziałam, że tak, i on jeszcze raz przyszedł, i zrobił mamie zastrzyk. Później ja odniosłam tę mąkę i więcej kontaktu z tym lekarzem nie miałam. Bo to było tak, że nie wiadomo, kiedy Niemcy zrobią nalot. To było coś okropnego, to było nieludzkie, jak oni postępowali.
Wiktoria Kisiel
[Drohobycz, lata 40.]Jedną Żydówkę u nas pod parkanem zastrzelili. Ona była ubrana jak Cyganka, a prowadzili grupę Żydówek. One były ślicznie ubrane, w futrach, lakierkach, i szły na cegielnię do roboty. To widocznie były lekarki, inżynierki, one nie były takie proste, jak te, co stały na rynku i sprzedawały. A ona szła na podwórzu naprzeciw. I ten Żyd, który był w milicji żydowskiej, powiedział o niej do gestapowca. Nie słyszałam, co powiedział, my z mamą obserwowałyśmy to przez okno. Gestapowiec poszedł i zawołał ją po imieniu. Ona wyszła z podwórza, gestapowiec wziął ją za ramię, posadził pod płotem, jedną ręką trzymał za ramię, a drugą wyjął pistolet i zastrzelił. Gdyby nie ten Żyd, to gestapowiec by jej nie zauważył, ona była jak Cyganka. Ona przed śmiercią krzyczała po polsku: — Johan, Johan, ja troje dzieci zostawiłam i szłam, żeby im kawałeczek chleba przynieść do domu. Johan, ty mój kuzyn, jak ty tak możesz? I mama do mnie mówi: — Popatrz, my zawsze wierzymy, że Żydzi są spójni, są razem, jeden drugiego nie wyda. Popatrz, co on zrobił. Później tych mężczyzn, którzy byli w żydowskiej policji, zastrzelili na żydowskim cmentarzu.
Wiktoria Kisiel
[Postawy, lata 1941-1943]Getto było, u nas był taki jeden kwartał, wydzielona dzielnica taka była. Tam mieszkali tylko Żydzi jedni. I oni tylko tam mogli żyć, i oni nie mogli więcej nigdzie. Tylko tam. No i Niemcy tam za nimi patrzyli. I później oni ich ganiali na pracę. Z rana oni idą, o tak, widzisz, po ulicy, u nas taka Łuczajska ulica centralna była, jak do szkoły chodzili. I idą te Żydzi, a po chodnikach idą Niemcy z tymi sztykami i ich prowadzą, z rana, a później wieczorem nazad do getta. A później, to im tak zrobili: przed tym, jak ich rozstrzelać, to oni im powiedzieli: - Tyle, a tyle tych futer zdać. Tyle, a tyle złotych rzeczy oddać. Tyle, a tyle jeszcze jakich tam rzeczy. Wszystko to Żydzi zbierali i oddawali. A później ich zaczęli rozstrzeliwać. A ludzie byli różne. I miejscowi byli takie, że ciągali i wybierali zęby z tych rowów. Ludzie różne byli. Najpierw ich rozstrzeliwali w getto, toż oni uciekali. A później w parku, taki ładny duży park był. I w parku oni sami kopali te rowy. I, ot, w tych rowach ich postawili i strzelają.
Janina Krywicka
[Łęczyce, 1942–43]Jewreji trochę byli. Jak Jewrejów gnali na Turów, to oni głodni, biedni byli. My żyli tak przy drodze i oni jak zachodzili w chatę, to chapali i surowe kartofle, co leżało, to jedli — takie głodne byli. Ich wsie gnali tutej na Turów. Dużo ich było, gnali i gnali, nie dali im nigdzie stanąć.
Frania Kulik
[Dołbysz, 1941 rok]Niemcy zaczęli Żydów zbierać i prześladować. Zaprowadzili ich tam za las i wszystkich pomordowali. Ja tam nie byłam, miałam 10 lat, to był 1941 rok. Żydzi zdejmowali z siebie ubrania i rzucali na boki, ale byli tacy ludzie, co szli za nimi, łapali i zbierali te ubrania, niczego nie szanowali. Mnie tam nie puścili, tylko mówili, ze przegnali Żydów prosto koło fabryki. Jednych Niemcy zabili, innych nie. Wszystkich w dole zasypali, potem ta ziemia trzy czy cztery dni jeszcze się ruszała. Tam teraz taka dziura zapadnięta jest, ogrodzona.
Walentyna Kuriata
[Baranowicze, 1942]Te Mordkowscy przysłali nam syna swego - maleńki, może jakie lat trzy. A to Żydziątko tylko krzyczało: "mama", "tata" i ani słowa jednego, ni po polsku, ni po rusku. Mama, jak zobaczyła, że te dziecko nic nie mówi - bo mówiła, że to siostry syn - wtenczas jego na drugi dzień na sanki i odwiozła jego. No gdzie było jego chować, jeżeli ono ni po polsku, ni po rusku nijak nie mówiło.
Antonina Lickiewicz
[Baranowicze, 1942]Był taki wypadek, że późno wieczorem stuka się ktoś do drzwi. Mama odkryła: stoi Żyd z Żydówką i mówi: - My przyśnili waszego męża i Abrahama, i powiedział: "Idźcie wy i tam żyje moja żona, ona was przyjmie i ochroni was, i będziecie uratowani". A wcześniej, poprzedniego dnia, ktoś powiedział, że u nas Żydzi się chowają. I przyjeżdżają - policja nasza białoruska - nie Niemcy byli, a białoruskie, i oni stali szukać tych Żydów - no u nas ich nie było. Mama nie chowała. Byli przyjaciele Żydzi - bardzo dobre byli tacy przyjaciele, ale u nas nikogo nie było. Bo i getto było wielkie w Baranowiczach tutaj, i tego. No i nawet do brata - bo młóciliśmy żyto i była słoma taka podeptana - to oni do niego mówią: - Wy tutaj chowali tych Żydzi. A brat mówi: - Szukajcie, nigdzie nie ma! Nigdzie nie ma, my nie chowali tych Żydów. No i tego... Oni poleźli na strych, a tam znaleźli ojca rower. - My przyjedziem, zabierzem ten rower. Tylko oni pojechali, a ten Żyd z Żydówką przyszli, stare takie. Ale mama mówi: - U nas szukali was, was rozstrzelają i całą moją rodzinę. Bo przy Niemcach tak było - jeśli znajdą Żyda, to i całą rodzinę wystrzeliwali. To mówi: - I wy będziecie, i my, i nas rozstrzelają. No prawda, oni poszli ten Żyd z Żydówką. A to był luty, chłodny miesiąc był.
Antonina Lickiewicz
[Baranowicze, 1942]No a getto było wielkie w Baranowiczach. Kiedy ich wieźli rozstrzeliwać - a tutaj pole wszystko było - to oni jedną maszynę złamali. Strzelali nasi Białorusi. Oni wiesz, tych policajów, no, tam napadli na nich i sami oni rozbiegli się. Pouciekali. No to pamiętam, ano, kto uciekł, kto nie. Bo oni wiedzieli - Żydzi - że oni ich wiezą już strzelać. To w tamtą stronę leżała taka piękna Żydówa: włosy takie kędzierzawe, czarne, buty na nogach, tak ładnie ubrana. Tam dalej jeszcze Żyd leżał, jeszcze leżeli zabici, wiesz, aż jak wspomnisz... aż te dreszcze biorą. Ale na drugi dzień przyszli tu ludzie, wszystko ściągnęli. I te buty im zdjęli, rozbuli i tak zakopali to. To maszynami wszystko ich wieźli rozstrzeliwać. Tylko słyszysz: dy-dy-dy-dy.
Antonina Lickiewicz
[Grzywa, lata 30.]O, bardzo dużo ich było, Żydów, oni ławki trzymali, karmili nas. U nich pójdziesz i kupujesz, co trzeba. Kramy takie - zajdziesz, a tam i cukierki, i śledź, i chleb, choć chleb niepotrzebny był, sama mama piekła zawsze. Wszystkie produkty byli, co trzeba. I oni bardzo dobre byli ludzie. Ot, tatuś budował dom i on brał w dług, zapisuje, co kupił, a potem przychodzi czas, kiedy pieniądze są u ojca, on pójdzie i rozliczuje się. Nie to, że przyszedł i obowiązkowo daj pieniądze: - Proszę, bierz. Ludzie dobre byli. Kramy trzymali po sąsiedzku, na naszej ulicy trzy kramy byli.
Sabina Lielaus
[Grzywa k. Dyneburga, lata 30.]Na Grzywie kościół był i teraz jest. Ja chrzczona na Grzywie. Kościołowi więcej niż sto lat. W czasie Łotwy msza polska i litewska, łotewskiej nie było. A litewska za to, że tu Litwa blisko i dużo Litwinów. Tutaj nie było Łotyszów, na Grzywie nie było Łotyszów. Byli tylko starowiery. U nich jest swoja malenna. Prawosławnych było bardzo mało, ale też cerkiew była tutaj, jest ona i teraz.
Sabina Lielaus
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
My troje Żydów zachowali, chowaliśmy ich w swoim domu przy Niemcach. Niemcy przyjechali ich rozstrzeliwać, wszystkich rozstrzelali. A oni, jak uciekli, przybiegli do nas, dwóch braci i siostra. Przybiegli i mówią: - Dziadzia Michał, zachowaj nas. My nie na długo, chociaż na trzy dni. A mój tatuś mówi: - Idźcie, idźcie. Poszli, gdzie krowa stała, do stodoły. Tak siano leżało od ściany do ściany, a tatuś tutaj zrobił taką ścieżkę, żeby tak, o, w krąg można było chodzić, dla nich.
Janina Łojko-Korolewicz
[Łuck, okupacja niemiecka]Po 1944 roku ja nie wiedziałem, że moja mamusia chowała Żyda na strychu. Chowała doktora, dentystę. A ja nie wiedziałem o tym i nie mogłem wiedzieć, dlatego że byłem dzieckiem. Mogłem coś powiedzieć o tym i rozstrzelaliby całą naszą rodzinę. I w 1944 roku on się uratował, i mamusi wstawiał bezpłatnie zęby.
Jerzy Maracz
[Łuck, 1942/43 rok]Naprzeciw domu, przez drogę, to do 1942 roku — do końca, było około tysiąca specjalistów łagier był taki żydowski. Nie gieto już, a specjalistów dzierżali: blacharzy, szewców, krawców, doktorów. A potem, w 1942 roku, a może i początek 1943, dobrze nie pamiętam, policja ukraińska i niemiecka okrążyli te domy, wozili i wszystkich tych specjalistów rozstrzelali. Moje okno wychodziło na podwórze tego łagieru i mamusia mnie zbudziła rano, mówi: — Jurek, wstawaj, popatrz, co się robi. Powiedzieli, żeby wyszli my z domu, żeby my nie nachodzili, bo dom się palił, Niemcy zaczęli granaty rzucać i zapalił się dom, gdzie Żydzi mieszkali. Przyjechali pożarnicy i na dachu gasili pożar, a z dołu karabiny maszynowe — po oknach strzelali Niemcy. Tak że widziałem, jak Żydzi się schowali, przez dwa dni ich znaleźli i tam zastrzelili na podwórzu. Tak że widziałem. Niektóre z maszyny, po dwadzieścia osób wozili do lasu i tam ich strzelali i zasypali, pomnik Żydów tam jest w tym lesie.
Jerzy Maracz
Żydzi mieli swoje sklepy. No, ja nie bardzo pomnę to, ale mamusia opowiadała. U nas było dużo znakomych Żydów. Nosiła mama masło sprzedawać, syr, bo my krowy trzymali. I kto dobrze robił, to nosił, to oni lubili, żeby było dobrze zrobione. To mamusia kiedyś chodziła tam, gdzie oni wsio żyli, mnie też za rukę brała. No, jak człowiek dobry, to i dobrze nosili się. I ich byli swoje sklepy, i jak wchodzisz do tego sklepu, to i skidka jest, i dobre wybiera ci Żyd śledzie. I żyli oni tutaj, w Nieświeżu, dobrze żyli, bogate byli, nie takie biedne. A jak Niemcy juże przyszli, to z Jewrejami rozprawiali się, nie daj Boże! Oni i w getto gnali, i potem bili. Ot, tam, gdzie cerkiew stawiają, to Jewreje byli pogibli.
Józefa Martos
Dwie rodziny Żydów były w miasteczku, tam gdzie kościół był. To ich rozstrzelali, ale nie Niemcy, ale swoi — Łotysze! Małpowali! Bo Niemcy rozstrzeliwali Żydów. Byli tacy ludzie, którzy nie chcieli pracować, w nic nie wierzyli... I robiła sobie zabawę taka kolumna policjantów. Ot, zabrali tych Żydów, koło cmentarza rozstrzelali i tam zakopali.
Jan Masalski
Idę rano do szkoły, patrzę, a tutaj trup żydowski. Ja się strasznie boję. Boże, tutaj trup, tam trup... Pociąg jechał, potem stał, był zamknięty. Żydzi zaczęli uciekać, a Niemcy zaczęli strzelać i z tymi psami. Te psy porozrywały Żydów. Co idę, to Żyd, co idę, to Żyd. I podarty. Mama nieraz napiecze na blacie takie placki i niesie te placki do siebie do roboty. I daje Żydom, bo mówi, że z głodu umierają. Ukraińcy tak znęcali się nad tymi Żydami. Mama opowiadała: tam jedna Żydówka, ona balerina, taka młodziutka, po całym świecie jeździła. Bardzo ładna, nikt nie powie, że ona Żydówka. Zakochał się w niej ten cały naczelnik i wziął ją sobie na kucharkę. Ale jak w końcu Żydów wybijali, to on odszedł i ją zostawił. A u niej była trzyletnia dziewczynka i ona strasznie moją mamę prosiła, żeby mama zabrała tę dziewczynkę. Mama mówi: - Ja tak bardzo chciałam to dziecko zabrać, ale bałam się, bo u nas sąsiedzi Ukraińcy byli, oni koniecznie chcieli, żebyśmy do Polski wyjechali. I my się dlatego bali tę dziewczynkę wziąć. I przyszli Niemcy, zabrali tę kobietę. To jak raz było nad ranem. A dziecko usłyszało i zaczęło biegnąć. I mama opowiadała, że to dziecko po schodach biegło i Niemiec zastrzelił. Mama strasznie przeżywała.
Irena Matjas-Mikuła
Niemcy pędzili Żydów za Brasław i tam ich wystrzelali. Rozdziewali, a ubrania rozdawali. Ludzie rozbierali, aj...A jeden Żydek, znajomy, Snejka taki, ładny Żydek, szył wszystko. Goły przyleciał do Brasławia, z cmentarza. Jak rozdziewali ich i wrzucali do jamy, on wyskoczył i uciekł, ale złapali go z powrotem i rozstrzelali. Z tego strachu nie pamiętał, gdzie idzie, ani co... Nie daj Boże, jak dużo ich rozstrzelali. Niewinnych, biednych, maleńkich. Wszystkich Niemcy rozstrzelali. Dużo, dużo... Wszystka ulica, to byli Żydzi. Niektórzy chowali się u ludzi i żywi zostali. W Urbanach była maleńka chatka, staruszka tam żyła, już dawno nie ma tej chatki. Tam Niemcy nie zachodzili i ona Żyda wychowała. I póki ona jeszcze żyła, z Ameryki przysyłali jej podarki. Biedni ci Żydzi, tak iść na śmierć...Szkoda było Żydów, my płakali, płakali, że rozstrzelali. Co zrobisz? Tam, gdzie gimnazjum teraz, tam był cmentarz żydowski. Niemcy jak przyszli, wszystkie kamienie wywieźli. Kiedy Sowiety przyszli, grobów już nie widać było i na cmentarzu tym pobudowali gimnazjum i stołówkę. - Na kościach - my często mówili - stoi gimnazjum i stołówka. Jak tam fundament zakładali, to kości, te głowy wykopywali. Dzieci biegają, głowę żydowską znalazły i na drogę położyły, i w śmiech. Ojoj, Boże nasz Boże, co wojna porobiła...
Janina Mickiewicz
[Kamieniec Podolski, 1941-43] Ile ich tu było, tych Żydów! Nie tylko tu, a jeszcze i przyjezdnych, bardzo dużo ich tu było, skąd oni ponajeżdżali? Z Węgier chyba i jeszcze skądś. Rozstrzeliwali ich tutaj, gdzie dziś jest nasza kapliczka, tam po drugiej stronie drogi było takie więzienie, jeszcze za władzy sowieckiej, to tam ich trzymali, a właściwie nie trzymali, tylko rozstrzeliwali. Trochę niżej, na polu, były tam magazyny z amunicją, i nasi, gdy się wycofywali, wszystko to zabrali, a magazyny wysadzili w powietrze. I były tam po tym takie gliniane jamy, rowy, i to w tych rowach rozstrzeliwali, a my mieszkaliśmy stamtąd bardzo niedaleko. Nic, tylko trach, tach, tach, tach, cały czas było to słychać. Jedno takie więzienie dla Żydów było na starym mieście, a drugie właśnie tu. Szli ci Żydzi tak po trzech, po czterech, niedaleko koło nas, szosą. Nie można było wtedy wychodzić, ani za drzwi, ani nigdzie. Ale słychać i tak wszystko było. Nie wychodziliśmy na dwór, bo mogli zabić, powiedzieć, że coś chcemy zabrać, czy co. To było coś strasznego w naszym mieście. Bardzo dużo ich tu postrzelali, nie wiem, ile tysięcy. Maszerowali tak, z dziećmi, i nic, tylko tłumoczki takie mieli, i tak ich tu rozstrzeliwali, i do tej jamy, przykryli trochę ziemią, posypali wapnem. Ja tam nie chodziłam i nikt z naszej rodziny nie chodził patrzeć, a ludzie chodzili, i mówili, że z tych rowów długo jeszcze krew wychodziła, tyle jej było.
Adela Mołoda
[Baranowicze, 1941–44] Getto to była dzielnica wyznaczona poza centrum miasta. Był to teren oddzielony, ogrodzony drutem kolczastym. Niemcy to wyznaczyli. A później Żydów wszystkich z getta rozstrzelali za miastem, niedaleko cmentarza. Taki dół ogromny tam był i tam strzelali.
Joanna Nowogońska
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
[Baranowicze, 1941–44] Żydom zrobili tutaj getto — ogromne, bo było bardzo dużo Żydów. Strzelali ich strasznie. Moja mama im pomagała. Jedna znajoma Żydówka, Gouda Goldberg, miała za polskich czasów sklep z galanterią. Ta znajoma Żydówka szyła i prała w pralni dla Niemców. Niemiec, co był z Czech i po polsku pierwszorzędnie rozmawiał, bo na granicy mieszkał, prowadzał tych Żydów do pracy. Moja mama zawsze nakupiła tego, to tamtego i wsadziła do koszyka, a potem podchodziła do Niemca i rozmawiała z nim po polsku. On jej powiedział: — Pani, jeśli wyjdzie na jaw, to wszystko bierzesz na siebie. Uważaj, bo nie wiesz, co będzie za to. Mama powiedziała: — Ja ciebie obronię. Niech mnie rozstrzelają, a ciebie nie ruszą. Pozwól tylko dać im to. I on ją prowadził, a mama wynosiła, co mogła i dawała im żywność a pani Goldberg ją rozdzielała.
Joanna Nowogońska
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
[Baranowicze, 1941–44] Potem przychodził do nas Żyd, synek pani Goldberg. Mama mówiła: — Pilnujcie jego. W nocy chowała go w piwnicy, tam światło u nas było. Potem jacyś jego krewni go zabrali. Mama go ubrała, dała mu okulary, czapkę. A potem jak chwycili się za moją mamę! Pytali: — Kto u ciebie tam jest? I ciągali ją na przesłuchania, a mama umiała rozmawiać. Raz poszła, drugi raz, trzeci raz aż w końcu mówi: — Rozstrzelaj mnie! Czemu ty mnie ciągasz tak? I popadła do jakiegoś podpułkownika na przesłuchanie. Ten podpułkownik powiedział podwładnemu: — Nie potrafisz prowadzić sprawy. Jeśli ona winna, to trzeba posadzić, a jak nie — to co ciągasz? I zostawili mamę w spokoju. A ten Żyd przysłał mamie list chyba z Palestyny. Bardzo jej dziękował. Mama jemu odpisywała a potem oberwał się kontakt i nie dochodziły te listy do mamy.
Joanna Nowogońska
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
[Baranowicze, lata 20. i 30.] Żydzi to bardzo dobrze żyli. Sklepy mieli pierwszorzędne. Synagog było dużo. Żydzi mieli wszystkie prawa. Odnosili się też dobrze do Polaków, dawali im kredyty. Do mojego tatusia bardzo dobrze się odnosili, też proponowali mu kredyty, ale tatuś przeważnie ich nie brał. Żydów było bardzo dużo i była zgoda. Później to jakoś tak zaczęli na tych Żydów… Dużo było Żydów inteligentnych, na przykład adwokat Kamieniecki albo Szerman, znajomy mojego tatusia. Do nich przychodziła korespondencja zagraniczna i tatuś uczciwie i uprzejmie wszystko załatwiał, czy to Żyd, czy nie Żyd. Nawet robił tak, że w sobotę — a Żydzi byli głębokiej wiary i w sobotę modlili się w synagodze i nie przychodzili na pocztę, żeby zabrać listy — jechał do nich na rowerze i w pocztowej kopercie z pieczęciami i lakiem zostawiał im w domu na stole. Żydzi bardzo wdzięczni za to byli.
Joanna Nowogońska
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
[Nowa Mysz, pow. baranowicki, lata 1941-1943]U nas Niemcy pomordowali naszych Żydów w Nowej Myszy. To pamiętam bardzo dobrze, bo ja pasłam krowy. To było chyba w 1949 roku, po tym, jak księży pomordowali. Pamiętam, że było ciepło, ładnie, a ja pasłam krowy jeszcze z Marysią, dziewczynką taką. Wcześniej Żydzi chodzili na roboty, jakieś tam im dawali roboty. Był taki dom - klub kultury jakby teraźniejszy - i oni wszystkich ich tam zebrali, że pójdą na roboty. A ich zebrali żeby... Koło Nowej Myszy był taki las. Wykopali już tam jamę - niektórzy to widzieli, starsi, bo my, dzieci, to nie - wygnali i prowadzili ich na śmierć. I ja pamiętam, już tak koło dwunastej, koło obiadu, krowy trzeba do chaty gnać, coś zjeść, pospać. I już nam tych krów nie pozwalają zabrać, bo tam przez rzekę trzeba było przejść. I te krowy nam przegnali, my zaczęli płakać. My nie wiedzieli, że to Żydzi. Potem my poznali, że to nasze Żydzi z Nowej Myszy. Wygnali tych z dziećmi i idą tak te policaje rzędem i trzyma jeden taką czarną, że strzelać będzie od razu. A Żydzi tak spokojnie szli. A my stoim i płaczem, i widzim, jak te Żydzi szli. Oni wszystkich pognali tam i postrzelali.
Zofia Okołotowicz
[Postawy, lata 30.–40.]Strasznie było, oni bardzo Żydów nie lubili. Boże, jacy ci ludzie byli biedni. Dlaczego oni nie uciekali do lasu, nie rzucali wszystkiego... Czemu czekali śmierci na miejscu? Teraz by już może tak nie czekali, żeby ich Niemcy zabrali i rozstrzelali. Toż getto tu było, spędzili wszystkich Żydów i rozstrzelali ich. Rodzice znali Żydów. Pamiętam jak opowiadali, że zawsze kupują u znajomych Żydów mąkę i co jeszcze trzeba było zakupić, na ulicy Zarecznej, teraz przemianowali ją na Gagarina.
Janina Owsiuk
[Postawy, lata 40.]Ot, jak idzie ulica Leninskaja, to tam na prawo ludzi wysiedlali i wszystko do żelaznej drogi było getto obstawione Niemcami, i tam zasadzili tych Żydów. Tam teraz są te mogiły, gdzie ich strzelali i chowali. Nieprzyjemne wspomnienie zupełnie, ale cóż zrobić, tak było. Wszystkie tak dziwili się, że to bardzo strasznie, bali się, że tych Żydów, a potem może i Polaków rozstrzelają... Wszystko mogło być. Może i byłoby tak, gdyby nie wojna...
Janina Owsiuk
Za polskich czasów żyliśmy bardzo dobrze. Ja nie mówię, że byliśmy bardzo bogaci, ale średnio żyliśmy. Mieliśmy taki sklepik nieduży, gdzie mama z ojcem pracowali. Zakąski i piwo można było tam kupić. Piwiarnia taka. Już nie ma teraz tego miejsca. Tam rynek był kiedyś, mieszkali tam Żydzi i to wszystko spaliło się. Nie ma już nic. Teraz Park Młodych jest. Ja chodziła tam. Zupę rodzicom zaniosę, a po drodze idę, patrzę - Żydzi uczą się na rabinów, czy co? I słyszę: - O, goj! Goj! - na mnie, a ja im język. Potem mama mówi: - No dobrze, pojedziem dorożką nazad. A mama z Żydami dobrze żyła, dlatego, że sklepy mieli, jeden i drugi. Mama pójdzie co kupić, a ja wszystko pooglądam, co tam u nich w sklepie. Ona wszystkich znała. Żydzi takie drużne, dobrzy byli. A potem wszyscy biedowali, jak to będą bez Żydów żyć?
Adolfina Raszewska
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
Bardzo mało Żydów z Brasławia zostało przy życiu. Większość z nich rozstrzelali Niemcy. Gdy Niemcy likwidowali getto, to Żydzi sami musieli sobie kopać doły w ziemi. Do jednego takiego dołu wrzucali tyle ciał, że krew zabitych aż przedostawała się na powierzchnię ziemi. Jeden z Żydów, którego chcieli zabić i po którego przyszli, ratował się ucieczką do znajomego księdza, bo obok był kościół. Ale Niemcy go złapali i rozstrzelali na miejscu. Ten ksiądz to wszystko widział na własne oczy i jego serce nie wytrzymało czegoś takiego. Zmarł na miejscu. Po tych wszystkich morderstwach sprzedawano ubrania po Żydach, ale prawie nikt nie chciał tego brać, bo ludzie współczuli i wiedzieli, skąd te rzeczy. Jeśli ktoś już kupił, to tylko dlatego, że to było bardzo tanie.
Anna Riepko
Im dali getto, takie żydowskie miasto. Lwów podzielony i oni tam mieszkali. Była taka córka z matką – Żydówki. Powiedziałam im: – Przychodźcie się do mnie chować, ja was zawsze schowam. Na to przychodzą Niemcy, jedna do kredensu zalazła i jej nie znaleźli. To miała szczęście. Potem jej córka poszła już do getta żydowskiego. Ale ona u mnie była prawie dwa miesiące, tak skrywała się biedna. A ta córka nieraz przyszła i mówi: – Pośledni raz ja ucieknę i do was przyjdę. Dobrze. Ale już jej się nie udało przeżyć. Mama poszła za nią i tam ich pozabijali wszystkich w getcie.
Maria Riznik
I tak krzyczeliśmy: – Niech żyje Polska! Niech żyje Polska! Hurra!!! Niech żyje Trzeci Maj! A ja u Żyda pracowałam, uczyłam się. A ta Żydówka mówi: – Coooo? Ty ją tu trzymasz, a ona krzyczy „precz z Żydami!”. Tak było. A mój szef mówi: – Ja się ciebie nie pytam. To jest moja praktykantka i co ona krzyczy – i niech krzyczy. Bardzo był fajny gość. On mnie bardzo lubił. Bardzo dobry majster był. Mówił: – Niech sobie krzyczy „precz z Żydami”, a ja ją lubię, to jest moja uczennica. A raz zrobili sztrajk, siedmiu jego pracowników tam było i chcieli mnie kamieniami zabić, bo ja nie sztrajkowała z nimi. A ja mówię: – To jest mój majster. On mnie wziął do siebie na roboty i ja jego mam słuchać. Ja z nim szyłam, a oni sztrajkowali. To oni rzucali przez okno kamienie do mnie. Ale mnie nie zabili. Ja u niego zarabiałam tak, że on mnie dawał odnieść płaszcze czy kostium i mi dawali 50 groszy, rubla albo złotego. Taki ja miała zarobek.
Maria Riznik
Tutaj, we Lwowie, było getto, przy ulicy Siemsotlecia Lwowa - tam jest most kolejowy. Za tym mostem zaczynało się getto. Pamiętam, łapanki były, rozstrzały były, nie daj Boże schować jakiegoś Żyda, to wszyscy, cała rodzina szła pod kulki. Ale ludzie jakoś dawali, kanałami im pomagali - który był bogatszy, to kanałami uciekał, tutaj dokumenty mu się wyrabiało, AK przeważnie wyrabiała dokumenty. Mordowali ich tutaj, na Janowskiej - taki obóz był na Janowskiej ulicy, to oni potem wszystkich do tego obozu zagnali. Potem Bełżec, niedaleko Lwowa, to teraz do Polski zdaje się należy. To w Bełżcu ich palili. Musieli z opaskami chodzić białymi, z gwiazdą Dawida. Niektórzy chodzili do pracy, to ich konwój prowadził. Kobiety, przeważnie, i dzieci - to wszystko w getto. Dzieci bywały takie, że niepodobne na Żydka, to wychodziły na miasto, prosiły jeść. Ale byli i źli ludzie między Polakami. Potrafili wziąć majątek od kogoś, potem go wydać. Różnie było w czasie wojny.
Krystyna Ruda
[Maniewicze, 1940–1943]Tych Żydów ubili. Ubili ich. Zrobili getto tam u nas, w Maniewiczach, zrobili getto dla nich, a później ich tam wyprowadzili i zrobili jamę. Sami sobie jamę wykopali. I tych Żydów postrzelali, a strzelali Ukraińcy na polecenie niemieckie. Później tutaj w 1941 roku to też bili tutaj tych Żydów. Getto tutaj było, jak do kościoła się jedzie, teraz tam małe takie zabudowy. Toteż bardzo dużo ich poginęło, tych Żydów, bardzo dużo.
Jadwiga Rybińska
Żydów w Brasławiu było dużo i bardzo dużo. I Niemcy zostawali kopać jamy. Duże jamy. I ludzie nie wiedzieli do czego. A to wszystko byli jamy na Żydów. No, wot, ich spędzali do tych jam. Niemcy stali z awtomatami i ludzie sami, sami do jam padali. I potem awtomatem ich posiekli, i jamy ludzie zasypali. Tak było.
Jadwiga Sadowska
[Getto w Wołkowysku, lata 40.]Jak Niemcy przyszli i już w te getto Żydów gnali, to wielu Polaków mówiło: „Zostawcie dziecko, my je wyhodujemy, bo kto jego wie, gdzie wy tam je potem zabierzecie, jeśli żywe zostaniecie”. Ale nikt ich nie zostawił. Powiedzieli: „Gdzie my, tam i dzieci... Pan Bóg taką nam karę dał... Co nas spotka, to i nasze dzieci...”.
Anna Sadowska
[Pacunele, 1939–43]Niedaleko lasu żyliśmy. Tam był front i żołnierze przychodzili, jeść trzeba było dawać, a potem Litwini (te, co Żydów zabijali)… Byli w lesie, przychodzili i zabijali ich. A u nas Żyd był. Nasza kuzynka chowała, a potem tam dowiedzieli się, że oni Żyda chowają. Ona przyjechała, poprosiła mamusię i mamusia przyjęła. Mamusia wszystkich tak przyjmowała. On chował się — ten Żyd — u nas. Mamusia wszystkim pomagała.
Grażyna Sadzewiczowa
[Pacunele, około 1941]Kiedy wywozili Żydów zabijać, to przedtem tutaj taki Żyd przywiózł związany węzeł. On mówił: — Najdroższa, tu moje rzeczy. Nas mają wywozić do Izraela. Nam kazali same najdroższe rzeczy zabrać. I on potem przed wywozem ich przyjechał, zabrał te rzeczy (ten węzeł). Potem ich wywieźli do Kroków. My jeszcze kopaliśmy kartofle, a ich wieźli, Żydów. Z Pacunel — miasteczka, do Kroków. Im zdało się, że ich do Izraela wiozą, ale potem oni zrozumieli. Widziałam, widziałam… Kartofle kopaliśmy, jak ich wieźli. Tatuś był, mamusia. My byliśmy w wiosce i tam szedła droga na Kroki, tam ich zabili. Jeden Żyd u nas uciekł i był przyszedł. On mówił, że bardzo było strasznie. On sam uciekł stamtąd. Tam i dzieci były, i starzy. Te dzieci żywe do jamy zepchnęli, wszystkich: i tych umarłych, i te dzieci. Tam był jęk straszny, mówili ci ludzie, co mieszkali niedaleko.
Grażyna Sadzewiczowa
[Pogrom — Druja, 1942/43]W Drui ich, Żydów, dużo, pełna Druja. Nad Dźwiną ta Druja i tam byli tylko Żydzi. Był taki chutor Miezareszcze niedaleko od wsi i tam była postawiona taka szopa, gdzie siano, słomę składa się. I oni ukryli się w tym budynku. Oni ukryli się tam, w tej wsi. Oni tam długo nie pobyli. Mój teść nosił im jeść, żałował ludzi, ludzie głodni, byli też znajomi Żydzi, i woził im tam ziemniaki, chleba zanosił. Ich los... Pozabijali. Ich zabrali do getta, do teraz pamiętam, w Drui, zabrali do getta i pilnowali ich, straże były, ich tam męczyli głodem i wszystkim.
Marta Siwko
[Ukraińska SRR, rejon Korosteń, ok. 1941-43]W naszej wsi była jedna jedyna Żydówka, pamiętam nawet, jak miała na imię - Roza. I miała syna Izia. Pracowała w sklepie, a po wojnie wyjechała. I więcej nikogo nie było. Jedna jedyna Żydówka, a i to pracowała w sklepie. Potem już więcej ich tu nie było. Było jeszcze takie miasteczko, Uszomyr, przed wojną to było miasteczko, były tam sklepy, magazyny, jakieś organizacje, to tam byli Żydzi. Ale wydaje mi się, że oni też wszyscy wyjechali. A podczas wojny - ja sama nie wiem, byłam mała, ale pamiętam, że mama mówiła mi, że ukrywała jedną żydowską rodzinę. Mówiła: - Schowałam ich i bałam się, że jak ich znajdą, to nie tylko im, ale i nam się dostanie.
Jadwiga Sołowej
Po lewej stronie było getto żydowskie, jak iść z domu do szkoły. To widziałam na tych budynkach, jak były namalowane żydowskie gwiazdy. Żydzi nie mieli prawa wychodzić na ulicę. Nawet tą stroną się nie szło, szłam po tej drugiej stronie albo przez ulicę Mroczkowskiego. I wychodziłam na Lipową, teraźniejszą Szewczenki, i szłam do szkoły.
Jadwiga Sołtowska
Nasze budynki stały tutaj, było parę rodzin ukraińskich, a tutaj prawie wszystkie małe domki były żydowskie. Starsza siostra miała tylko koleżanki Żydówki, zawsze się z nimi bawiła i wszystko. Jak zrobili getto, to ojciec z matką często chodzili do wsi wymieniać jakieś produkty, żebyśmy mieli coś do jedzenia. Czasem byliśmy tydzień pozostawieni sami sobie - bez rodziców. Siostra zawsze, jak ojciec z matką przyniosą, naładuje kieszenie i leci do getta, zanieść dla swoich koleżanek. Raz ją tam złapali. Złapali i zaprowadzili na posterunek. Na szczęście był tam znajomy ojca i powiedział: - Stefa, co ty tutaj robisz? - Ja nie wiem, mnie zabrali... I on ją uratował.U nas, pod schodami, przez jakiś tydzień matka chowała rodzinę żydowską. Potem, kiedy dowiedziała się, że będą rozstrzeliwali za to, że chowamy Żydów, po ludzku powiedziała do nich, że prosi ich, żeby oni się zabrali... I oni się zabrali w nocy, nawet nie wiem, gdzie. Ale po naszej ulicy, na drugi dzień, gnali ich - Żydów. Nie wiem, było ich z 500 osób. Chyba na rozstrzelanie, bo w stronę jeziora. Tam, za boiskiem, był taki plac, bagna były. Jak już Ruscy następowali i Niemcy zwalniali Stanisławów, to oni gaz pchali do tych jam, do środka. Do niedawna był tam taki niebieski gaz, to nie schodziło. Tam, za tym jeziorem, jest cmentarz żydowski. Siostra często się tam bawiła, woziła im ziemniaki, bo oni się tam chowali.
Zofia Stecka
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
[Dokszyce, lata 40.]Tu getto było. Dużo ludzi było tam. Wszystkich Żydów, którzy nie uciekli, zabrali tam i wszystkich zabili. Przyszedł do nas sąsiad Hirsze, Żyd, i powiedział: — No, pan Swarcewicz... Teraz to już spełni się wola boża... Ja nie mam nic do tego, bo moi praojcowie powiedzieli, że krew Pana Jezusa będzie na nas i na nasze dzieci. Teraz krew Pana Jezusa zniszczy wszystkich tych Żydów, którzy są u was. Zobaczy pan.
Wanda Swarcewicz
[Dokszyce, lata 40.]Żydek Bersohn, taki co tu mieszkał koło nas niedaleko, przeżył, bo siedział na kolonii u jednego prawosławnego, Malta się nazywał. Wrócił, ale tego co na przechowanie tu zostawił, to nikt mu nie oddał. Przyszedł do nas i mówił: — Może podzielicie się czymś, nie mam co jeść, nie mam co pić... Janowskiemu ja odniósł kartofle, żyto i jęczmień, a on mi nic nie oddał. To może coś pan da? Z tatusiem on się domówił. A gdy mój tatuś zmarł i nie było z czego zrobić trumny, spytał mnie: — Czego ty płaczesz? Ja mówię, że tatuś zmarł. — Tatuś już miał wiek, a tobie trzeba pracować i nie trzeba płakać. — Jak nie płakać, kiedy desek nie ma na trumnę? — A kto robi trumnę? Targoński? To niech przyjdzie do mnie, ja dam deski. — Na razie nie mam czym płacić. — Rozbierzem się z tobą. I potem ja chodziłam do niego na gospodarkę żąć, kartofle kopałam. Wszystko odrobiłam za te deski.
Wanda Swarcewicz
U nas było dużo Żydów. Żydzi byli: krawcowi, kuźnicy, buty szyli. Oni na polu nie robili, każdy miał to sklep, to to... Ale oni dobre byli. Pójdziesz pożyczyć, to oni takie dobre, dadzą. Do szkoły chodzili, tylko na religię nie. Ubiorem się nie różnili. Tak, jak i my chodzili, może trochę lepiej, bo na polu nie robili. A na polu pracować, to różno wyglądasz. To oni tak wierzyli w Boga. On kurę chce zarżnąć, to tylko ten ich specjalny był człowiek, który im zarąbie tą kurę i wtedy oni jedzą. U nich nawet miska osobna jest z mięsem. Jeśli dziecko zrobiło mieszankę, to oni już z tej miski nie jedli. Mówili: "to trop". A my żyli koło nich blisko, więc oni przyjdą i mówią do mojej matki: - Weź tą miskę, bo ja już nie będę z niej jadł, bo zrobili trop.A jak jakieś to święto u nich było, nie pamiętam które, to prosili człowieka, który chrzczony, żeby z nimi nocował. Oni modlili się nocą wtedy, więc bali się, że ich okradną. A w sobotę, to też człowieka najmowali, żeby te świece im palił. A my jak jeszcze małe, durne takie, jak okno odkryte, to pójdziem i pogasim im te świece.
Katarzyna Szerniewicz
Boże Narodzenie pamiętam. Nie ubierali choinki jak teraz. Tylko takie lampeczki. I kupowali czekoladki: słoń, kaczka i kogut, i różne. I cukierki. Tylko tym ubierali choinkę. Dobrze żyliśmy, bardzo dobrze, dopóki tatusia śmierć nie zabrała. I sianko przyniósł, i świece dwie zapalał, i krzyżyk taki mały stawiał, i opłatek położył. Kutia z makiem była i śledź, i ryba jaka, grzyby solone i suszone. I zupę taką z tych grzybków warzyli. Kolędy śpiewali - mama lubiła kolędy śpiewać. A Wielkanoc też wyglądała dobrze. Jechaliśmy do kościoła, na rezurekcję. Trzeba było na koniu jechać, tym głupim, który leciał jak szalony z góry. Mamusia babki piekła. Kruche, smaczne, słodkie i jeszcze bułeczki. Kurę zakroi i prosiaka zakroi, i nafaszeruje go, i na nóżkach stoi, taka świnka. I wystarczało, wszystkiego wystarczało. Na jedzenie nie żałowali. Wszystkiego było. Do szkoły polskiej poszłam we wiosce. Uczyłam się bardzo dobrze, ale co? Tylko trzy klasy skończyłam. Nauczycielka przychodziła do domu: - Pani, córka mądra, może uczyć się. Chciałabym, żeby córka nauczycielką była. - Eeee, pani, nauczycielką, to dużo trzeba, a jak i tak ma świnie paść, to po co jej szkoła - tak mama. No i tylko trzy polskie klasy skończyłam. A Brasław przed wojną wyglądał jak wioska. Dwie ulice były, domki tylko takie małe i stare. Tylko ulica Lenina i Sowiecka - wtedy, to były ulica Piłsudskiego i 3 Maja. W większości mieszkali tu Żydzi, było i trochę naszych. Żydzi mieszkali tu, gdzie teraz Lenina. I były sklepy, wszystko, co tylko trzeba ludziom, tam było. A tacy przyjemni Żydzi byli... Idziesz, idziesz po chodniku: - Proszę zachodzić, proszę zachodzić... A co pani trzeba? A trzeba pantofli, czy coś. Posadzą na krzesło i przymierzają sami. Oj, przyjemnie było. I ludzie kupowali. Przyjemni byli Żydzi, nie ma co mówić. Dużo turystów przyjeżdżało do Brasławia przed wojną. Jeszcze my z mamą chodzili i ubranie ich prali. Ot, sukienki i bluzki, i spódnice, i wszystko. Trzeba było pieniędzy. A oni dobrze płacili. Ile mi było lat: może 13, może 12? I w tym lesie byli obozy. W leśniczówce dziewczęta, a tam dalej, jak do Widz jechać, chłopcy. To studenci byli, a nazywali się harcerze. Przyjeżdżali na każde lato. Z Poznania i z Krakowa, i ze Lwowa. Ze wszystkich stron. W namiotach mieszkali. Ogniska pod jeziorem robili. Wesoło było. Na jeziorach pływali, na kajakach jeździli.
Monika Szłabun
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
[Pińsk, lata 30. i 40.] Nasz Pińsk miał 35 tys. mieszkańców, z nich 28 tys. Żydów. Z nami dużo było wywiezionych Żydów. Żydzi, którzy byli bardziej zamożni, to się odnieśli negatywnie do naszych "oswobodzicieli", a taka bardziej biedota, to tak się mądrzyli. Idziemy ze szkoły, dziewczynki: Irenka Dorniakówna, Mizerska Romcia, Jadzia Nowicka - to wszystko koleżanki z mojej klasy - idziemy, Irka odeszła i mówi: - Słuchaj, Heluś, czy ty masz polską czytankę? Coś jej tam odpowiadam, a idzie Żydziak naprzeciwko: - Ły, polskie czytanki! One u mnie dawno w ustępie. A ja mówię: - Słuchaj, dopiero niedawno ta u ciebie, a żydowska moja dawno zgniła w tymże ustępie. Tak się odcięłam Żydziakowi ze złości. Oni byli donosiciele, taka grupa, bo inteligencja żydowska, to byli zupełnie inni ludzie. Właśnie dużo z nich było wywiezionych z nami. Tacy normalni, porządni ludzie. Pamiętam śpiewaka, bo tam mamuśka z bratem chodzili kupić palto zimowe. Przecież poszłam do szkoły, to palteczko trzeba - koło domu takie różne mogło być, ale tutaj trzeba było nowe kupić dla Helenki. To ja pamiętam tego śpiewaka, jak wybierali mi to paltko. No i jacy oni byli sympatyczni dla swoich klientów! Krawcowe, szewcy, krawcy - to większość Żydzi, bo tyle tysięcy, to przecież wiadomo. Już przy Sowietach te donosiciele się mądrzyły, a inteligenci wiedzieli, że pojadą. Nawet brata mego aresztował Żyd, Szklarnik nazwisko jego. Do dziś pamiętam nazwisko. Przyszedł tylko z frontu i za trzy dni przyszedł Żyd, Szklarnik. Napisane miał "milicja" i aresztował go, z tych pór nie widzieliśmy brata. Więc Żydóweczki uczyły się ze mną w klasie, takie normalne dziewczynki, szczególnie z tych rodzin bardziej kulturnych, normalnych. Tutaj, niedaleko, mieszkał taki biedny Żyd z córką. Lejba się nazywał, a córka jego Hanka. Taki domek był, taki biedny Żydek, miał sobie konika i tym konikiem gdzieś tam jeździł do miasta, coś tam zbierał, jakieś różne szyldy. Potem te szyldy nakrywał na dach, żeby mu nie ciekło. Jak przyszli Sowieci, to on zmarł, a ta córka nie wiedziała, że on zmarł. Dopiero przyszli Żydzi, dopiero się dowiedzieli i jego pochowali. A Hanka została się i zginęła, tu, w getcie.
Helena Szołomicka
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
Żydzi byli w Kownie. W Łopiach, to jedna żydowska rodzina była. Mieli jakiś tam kramik, tam byli śledzie, chleby, bułki. Oni mieli trochę ziemi, wszyscy się śmiali: - Aj, nie dla Żyda ziemię wyrabiać. Po wojnie spotkałam tego jednego chłopca - taki niewielki Żydziuk był, po polsku bardzo rozmawiał. Na wieczorki przychodził. Chłopcy drażnili jego, że tu słoniny, tu to... On mówi: - Ja mogę wszystko zjeść, tylko nie mówcie mojej matce!
Janina Szumiłło
Niedaleko był pusty dom, rozbity. I jednej nocy słyszymy jakąś strzelaninę w tym domu. Była to księżycowa noc i słyszymy, jak strzelają, jak coś rozbijają. Nie puszczali nas rodzice wyjść, ale wyskoczyliśmy jakoś. Potem patrzyliśmy, a tam było bardzo dużo Żydów, coś trzydziestu czy siedemdziesięciu. I ci biedni Żydzi skakali z dachu! Byli w piwnicy, potem wleźli jakoś na dach, a Niemcy tam do nich strzelali. Jakiś tam jeden, widziałam nawet, skakał, bo myślał, że przeskoczy do ogrodu, ale go zastrzelili. Ktoś na nich doniósł. To było na tamtej ulicy. Ogród duży u ciotki był, a za płotem w tym domu ukrywali się Żydzi. Ale to bardzo rzucało się w oczy, dlatego że w sobotę, niedzielę stał tam wóz i koń jadł sobie trawę z worka, niezaprzężony. To może rzucało się w oczy i widocznie ktoś doniósł. Najwidoczniej ktoś tym wozem przywoził im jedzenie... A były ślady, bo tam studnia u cioci była, oni zrobili dziurę w płocie i chodzili do studni po wodę. No, zimą to ślady były. Ale przecież nikt z nas nic nikomu nie powie - nie widzimy, nie wiemy nic, absolutnie.
Barbara Szymańska
Ojciec przed wojną musiał mieć kierownika, takiego patrona od spraw prawnych i kierownika od spraw handlowych... I jeden z tych prawników był Żydem. Ponieważ były dobre stosunki między nami, przyszedł do nas podczas wojny pożegnać się. Mówił, że wyjeżdża do getta. Potem już przestał przychodzić.Do getta nie można było chodzić, ale z getta wychodzili – cała grupa Żydów pracowała w Instytucie u profesora Weigla. Wykonywali tam różne podręczne roboty – oczyścić, poczyścić coś. Ale niedługo, może jakieś półtora roku, potem już też przestali przychodzić. Profesor nie miał takiej siły, żeby ich ratować. Przydzielili mu sześć osób. Rano przyjeżdżali, wieczorem odjeżdżali do getta. Jak Rosjanie pierwszy raz przyszli do Lwowa i zajęli pracownię, to ją upaństwowili, naturalnie, i przyłączyli do aptekouprawlenija – organizacji kierującej aptekami. Wszystkie apteki do niej należały. I dali nam Żydka. Pytają się go, czy on się rozumie na szkle. A on mówi: – Jak to, ja codziennie piję herbatę ze szklanki! O, i taki był kierownik.
Wacław Szymański
W czasie wojny ich los straszny. W Berezweczu, tam, u nas, gdzie my mieszkali, wszystkich Żydów zabierali. Dzieci wrzucali do jamy, żywych! A potem ziemię. Tam była taka jama: z  prawej strony Polacy pogrzebany, a z lewej wszytki Żydzi. Wszędzie tam ludzi, tam 29000. Pamiętam, mówili, że jak zakopali tak, to trzy dni krew lała się przez tę ziemię. W Berezweczu było getto. A jeżeli kawałek chleba rzucili ludzie i Niemcy zobaczyli, strelali - nie można było, ubiwali. Ja jeszcze była mała, ale znam, gdzie to było wszystko. I znam, gdzie to pogrzebane. Teraz tam pamiętnik postawiony. Biskup był, święcił. Przyjeżdżał z zagranicy, z Polski. Może w 1981, czy 1982. Tutaj, w Miorach, przechowywali Żydów. Taki Nomkin, on był Żydem, miał brata. I dwie siostry były, katoliczki. Schroniły ich w lesie. Oni przeszli na katolicką wiarę, ochrzcili się. Jedna siostra i druga wzięły tych Żydów za mąż. Jeden dożył 90 lat. On chodził do kościoła każdy raz, do spowiedzi, do komunii świętej, ten Żyd. Ja go znała dobrze. On niedawno zmarł, jego rodzina żyje. Jego dzieci chodzą do kościoła i wnuki. Wszystkie uczone. Ochrzcił się jeden i drugi, ale ten drugi był taki raczej niewierzący. Zachraniali, jak mogli. Gdziekolwiek przechowywali. To w jaki ogród, to w piwnicę. Jak mogli tylko, to w lesie. Chowali i jeść nosili, jak kto mógł. No, nie daj Boże Niemcy dowiedzieli się, to od razu całą rodzinę wypalili, wybili. Całe rodziny rozstrzelali. Ksiądz taki w Głębokim Żydów chował. Pamiętam, jeszcze w Brasławiu kobieta pracowała u księdza Świątka i ta pani chowała Żydów. Oni wyjechali do Ameryki, paczki zawsze przysyłali. Teraz oni już umarli. Byli też takie stare panie Milcia i Jadwiga. Oni hodowali Żydów. I Żydzi oddali dom tym dwom siostrom. U nas tak blisko nie było Żydów. W Głębokim najwięcej.
Teresa Szymko
[Nowa Mysz koło Baranowicz, Polska, 1941-42] Moja mamusia to chowała tam kogoś na przykład. I pamiętam - jak im zabraniali tak już wolno chodzić - chleb im nosiła... Takie niby getto... no nie takie surowe jak w Baranowiczach, ale... To chleb im wypiekała, nosiła im. I prawie wszyscy chrześcijanie tak, normalnie, współczuli. No pomóc nic nie mogli, ale co mogli, to pomagali.
Łucja Turowicz
[Krasław, 1943 rok]A w Krasławiu było Żydów więcej niż w dwóch tysiącach. Na Priedaine zastrzelili też w naszym lesie, nasze policaje, znakome. My jak raz - a kościół był spalony - takie sosny wielkie brali w lesie i słyszym takie: tach, tach, tach. Strzelają naszych Żydków. My słuchali, jak ich strzelali: tach, tach, tach. A co oni mieszali? Nikomu nie mieszali te Żydki. A wielka synagoga była, tam wszystkich Żydków zebrali. Był tam komisar, że niby będą rozmawiać. Zebrali ich i rozstrzelili. Ja tam potem był, to krew wszędzie, bryzgi, bryzgi. A za co ich rozstrzelali? Ja nie wiem. A taka ładna synagoga była. A kto strzelali? Nasze łotyskie, Niemcy nie strzelali, a nasze miastowe. A Żydów było dużo. Trzy synagogi były i ani jedna się nie ostała.
Józef Tymachowicz
W tym dniu, kiedy Żydzi odchodzili, przyprowadzili znowu do nas małego chłopaka w moim wieku, Mirka. On był naszym sąsiadem, ale miał bardzo wybitne rysy semickie. Oni go zostawili, że może się uratuje. Może jakieś kwoty zostawili, tego mnie nie mówili. Ojciec potem poszedł do tej pani Wisi, naszej sąsiadki, i mówi: - Co z nim robić? On taki jest wybitny chłopak, w Janka wieku, no, ale jak jego utrzymać?.. A Niemcy mogą momentalnie rozstrzelać nas wszystkich. Mama i ta sąsiadka dały mu kaszę. I on tę kaszę jadł, a ja jego ciągle prowokowałem, żeby ze mną poszedł się bawić. On nie chciał. Ja to rozumiem dzisiaj, ale wtedy jeszcze może tak nie całkiem rozumiałem, tak chciałem go ciągnąć do ogrodu. A on cały czas tą kaszę jadł. I w pewnym momencie ojciec przyszedł, i mówi: - Myśmy uchwalili, że ona ma znajomych na peryferiach miasta, żeby nie w pobliżu jego domu, tam są ogrody, mają tam wille, a tutaj jest miasto, centrum prawie, wobec tego jego tam zaprowadzi. Ale zaprowadzi go, jak się ściemni. I pamiętam, jak się ściemniło, sąsiadka go zaprowadziła gdzieś tam i według pewnych informacji on się uratował.
Jan Tysson
Kto miał dużo pieniędzy, to znalazł może miejsce, przeważnie na wsi. Tam, gdzie ja byłam meldowana, w sąsiedztwie mieszkali Jurewiczowie. Znałam ich. Oni Żydów trzymali, ale ja nie wiedziałam tego. Ktoś doniósł, przyszli, chcieli wszystkich wystrzelać. Pan Jurewicz przyznał się, że to tylko on, że rodzina o tym nic nie wie. To tych Żydów i tego pana Jurewicza na miejscu zabili.
Waleria Walukiewicz
[Bucewicze, lata 30.]Tamtego życia nie chce się wspominać. Przed 1939 rokiem, chociaż to była Polska, a ja nic przeciw polszczyźnie nie mam, sam jestem Polakiem, ale życie, nie daj Boże, jakie było ciężkie. Wielkie byli podatki, opłata za ziemię, a swoboda była dana Żydom i państwu, które byli bogaci. U nas ziemia była przy krzakach, przy lesie, a już siły nie było, ojciec jeden. A ziemię jak zapuścisz, wtedy urodzaj nijaki, a musisz opłacić. Nie starczało chleba czarnego. A pracować musieli, od ciemno do ciemno. Swobody nie było, człowiek był uciśniony, na przykład w takich Komajach, to wioseczka maleńka, było pięć policjantów. Z pudełeczka zapałek ludzie każdą rozkrajali na połowę, żeby dwa razy zapalić. Zauważył to policjant, wsio — aresztowani. Cóż, na takiej wioseczce to tyle policjantów, pokazuchę trzeba zrobić, że pracują. W magazynach wszyscy byli Żydzi. Co rolnik ma, jajka, masło — to sprzeda to im — za bezcen. Kto więcej kupi? Oni żyli w takim dostatku. A musisz kupić i nafty, bo światła nijakiego nie było, i sól, i drugie takie. Oj, zaciśnięty był w tamte czasy naród.
Eugeniusz Wierzbicki
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem, Dzieciństwo, dom, rodzina,
A Żydzi tylko handlowali. Ale Żydzi nie są pieniacy, ni złodzieje, oni tylko targować lubią. Jak dajesz dziesięć, to on chce. żebyś potargowała się na pięć. O, takie byli! Żydzi trzymali księgarnię. Jak ja do szkoły chodziła, w księgarni wszystkie książki i ołówki można było u Żydów kupić. A naszych magazynów mało było, nie było komu tam pracować. Jak już wiadomo, jakie książki trzeba, to pójdziesz i kupisz tylko u Żydów. Żydzi nie byli złe, nie złe. I oni wódki nie pili, nie kradli. Żyli, handlowali...Oni w swoje święta przychodzili i modlili się, nocowali w synagogach. A my tamtędy koło synagogi biegli do szkoły. Żydówek było bardzo dużo, wszystko handlarze, targiem zajmowali się. Oni pracować nie bardzo chcieli.
Leokadia Woronko
[Stołowicze]A potem przyszli państwo Wagnerowie. Mama z Warszawy - oni z Warszawy. My na Żoliborzu mieszkaliśmy. A oni mieszkali... Matko Święta, jak ta ulica się nazywa? Gdzie żydowski teraz ten teatr? Grzybowska. Oni mieszkali na Grzybowskiej. No i do mamy: - Tereniu, mamy jednego syna. No ale to było takie tylko znajomstwo, "dzień dobry, dzień dobry, jak się wam powodzi" - Tereniu, uratuj naszego jedynego syna - przecież jednego tylko Ryśka mamy. Mama tak oburzona: - No ale nie, ja wam dam adresy i ta pani w każdej wsi mam dobrych znajomych i pójdziecie do Puszczy Nalibockiej, a tam już będziecie uratowani. - Nie, Teresko, my tego nie możemy zrobić, my pójdziemy ze wszystkimi. Ryśka weź, a my pójdziemy ze wszystkimi. Rysiek przyszedł. Jeszcze nie było Niemców w tym naszym, tym wielkim domu. Nie pamiętam, gdzie się podzieli gospodarze. I Rysiek od razu - pod tą kanapą; to było jego miejsce. Na drugi dzień Żydów strzelali. Koło wsi jakieś trzy kilometry słychać było wystrzały. I ludność Stołowicz bardzo mi przypominała tą ludność z Jedwabnego. Oni nie gnali Żydów ani nic, ale słychać jeszcze wystrzały, a tutaj biją się o zajęcie domów pożydowskich. Tutaj już wieczorem mieszkanki Stołowicz wyszły wieczorem w pięknych, no w ich mniemaniu pięknych - pamiętam - takich jedwabnych, bardzo kwiecistych sukniach. Już plądrowały w tych domach, już te suknie powyjmowały, już się w suknie poubierały. I to było dla mnie superstraszne. No i to był chyba 1943 rok czy 1942 i dzieci pobiegły patrzeć, gdzie Żydów zabili. I ja też pobiegłam. To był taki wielki, wielki rów, mało ziemią przysypany. Słuchaj, tyle lat, ja tego, tego nie zapomnę. O, to takie było mrowisko - tak się ruszała ta ziemia. Myśmy patrzyli, patrzyli. Tam ktoś rękę dostaje, tam coś rusza się. Coś jakby ruszyło się tak mocniej, my z krzykiem uciekliśmy. Podobno ze trzydzieści osób wyszło z tego rowu. Potem ich Niemcy gdzieś podobijali w lasach.
Elżbieta Wrzosek
Niemcy jechali samochodami, na które ładowali Żydów. Pełne samochody Żydów, a Niemcy jechali razem z nimi. Ja słyszałam tylko dwa słowa: - Co dziś z nami, to jutro z Wami. Te dwa słowa zapamiętałam. Tak oni mówili po drodze, jak ich wieźli. Wywieźli ich na pole, tam ich wszystkich rozstrzelali. Gdy tam poszliśmy, to krew spływała po ziemi, z góry.
Stanisława Zahorniak
[Mościska, 1939–43]Z Żydami to był taki problem raz. Wychodzimy z klasztoru po nabożeństwie wieczornym. Wychodzimy, patrzymy – a tam pełno Żydów. Tutaj normalnie był rynek z prawdziwego zdarzenia. Tu „kuplety” były, czyli kamienie takie nierówne. Naokoło wszędzie siedzieli Żydzi. Spędzili wszystkich, może i kazali wcześniej im przyjść. I taka mowa do nich była, że mają się wykupić, że mają coś tam złożyć. Oni tacy przestraszeni siedzieli. To współczucie takie budziło trochę. Potem się słyszało, że za tego Niemca raz była obława, to wpadali do wiosek i wyprowadzali. W naszej wiosce cztery–pięć rodzin było. W Strzelczyskach też kilka takich rodzin było. Po każdej wiosce masę było. Dwóch Żydów to mieli folwarki. Nawet jeden, tam gdzie teraz szkoła polska jest, to miał stajnie, krowy, konie. Był taki jeden Żyd, co miał konie i gospodarkę, i jeszcze handlował zbożem. Był też taki Żyd Szpidler. Wszystkie sklepy były żydowskie, jeden sklep był katolicki, polski, jeden taki lwowiak go prowadził. Ukraińskie kółko rolnicze było, a reszta – sami Żydzi. Ten Szpidler to skupywał zboże dla wojska do garnizonu do Przemyśla. Drugi taki bogacz to się Singer nazywał. Singer to był pierwszy przez komunistów wywieziony, kapitalista – na rogu tutaj księgarnię miał i dewocjonalia.
Władysław Ziober
[Leśna, pow. baranowicki, lata 1941-1943]Niemcowi nie trzeba było rozstrzeliwać Żydów - do getta zapędzać i rozstrzeliwać. Niechby żyli, niechby pracowali. Na co on ich rozstrzeliwał? Było w Leśnej od cholery Żydów i wszystkich Niemcy rozstrzelali. To wyglądało strasznie. Powiedzieli nam, że rozstrzeliwują Żydów, to w ten dzień nawet słońce przestało świecić, pył jakiś taki poszedł i zmieniła się pogoda, jak ich zaczęli rozstrzeliwać. Cóż zrobić?
Kazimierz Żabik