Dzieciństwo, dom, rodzina
Dziewięć domów było w Brukaniszkach, a za laskiem były pierwsze Brukaniszki i tam tylko cztery domy byli. Tam bogaci żyli, więcej ziemi mieli. Mojej koleżanki rodzice pszczoły tam trzymali. W jednym domu mieszkali Rosjanie, starowiery. Poza tą jedną rodziną wszystkie byli swoje ludzie. Dwie Litwinki były we wsi. Żona mojego stryja mówiła, że ona Litwinka, ale po litewsku nigdy nie rozmawiała. Drugiego stryja żona też była Litwinką. Nasi mężczyźni rozmawiali między sobą po białorusku – to taki prosty język polski, wszystkie tak rozmawiali. Nie nauczyłam się nigdy mówić po litewsku, bo nie było mi to potrzebne. To co w pracy było potrzebne, to wszystko wiedziałam. Języka rosyjskiego nauczyłam się prędko. Jak tylko Sowiety przyszli, nauczyciel organizował kursy. My z bratem wzięliśmy gazetę i tylko jedno słowo na całą gazetę przeczytaliśmy: „mama”. A później, jak alfabet poznałam, to już bardzo fajnie. Lekki jest język rosyjski.
Leoncja Andrukianiec
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem, Tożsamość narodowa, Stosunki polsko-litewskie,
[Torczyn, lata 30., lata 40.]Rodziców swoich nie znam. Rodzice moi byli represjonowani w 1937 roku, ja miałam wtedy półtora roczku. Zostało nas wtedy czworo dzieci. Starsza siostra, Regina, miała osiem lat, Eugeniusz 7 latek, Leopold 4, i ja, najmłodsza, 1,5 roczku. Chacinę naszą i majętność całą, wszystko to skonfiskowano i sprzedano. A nas na wychowanie zostawili dziadkom, dziaduniowi Janowi Zygiert i babci Antoninie. Oni byli już starsze ludzie, i niedługo my z nimi byliśmy, bo 10 latek miałam, jak babcia umarła, a 13 miałam, jak dziadek umarł. Życie było trudne. Po śmierci dziadków chacina rozwaliła się, i my z tej starej chałupy wybierali, co tam jeszcze nadawało się, żeby można było wybudować jeszcze jakąś chałupinę. To my we wsi wybudowali.
Walentyna Bals
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Torczyn, lata 40.] Gdy byłam w szkole w piątej klasie, to dzieciom, których rodzice zginęli na wojnie, raz do roku, może kilka razy do roku, kilka rubli dawali w kopercie. Odbywało się to w ten sposób, że wszystkie dzieci ustawiono na podwórku szkolnym, i dyrektor ogłaszał nazwisko, dziecko wychodziło i dostawało tych kilka rubli. Moja sąsiadka, z którą siedziałam w jednej ławce, Mania - my we dwóch maleńkiego wzrostu byli, z tyłu stali - mówi do dyrektora: - U mnie jest mamusia, a u Wali nie ma ani mamusi, ani tatusia, a jej nic nie dali. A on mówi: - To dziecko wroga narodu! I tak palcem tknął. Tak, że dzieci odwracały się od nas. Nikt nie chciał z tobą rozmawiać. Nikt nie chciał się bawić. Dziecko przecież chce bawić się, a odwracają się wszyscy, bo to dziecko wrogów narodu.
Walentyna Bals
dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
To był 1992 rok, odwilż taka, i ja poszłam do KGB zapytać o los swoich rodziców. Najpierw trzeba było pisać takie pozwolenie na to. Potem powiedziano, że ojciec został aresztowany jako szpieg polsko-niemieckiego kontrwywiadu i przywódca szajki. A było tak, że tatuś kupił taki radioodbiornik, i ludzie ze wsi, bo to była nowinka na ten czas, przychodzili w niedzielę i słuchali, czy jest może nabożeństwo, albo polski język, albo jakaś informacja z Polski. To mu zaliczyli, że dostawał informacje z Polski. Pięć osób wtedy aresztowali, w tym takiego stryjecznego brata tatusia. Jeszcze był taki Niemiec, Kin, oni mieli wiatrak, i rodzice tego Kina wyjechali podobno do Ameryki. Ten syn też został zaliczony do tej szajki. Dwóch z tej szajki to byli panowie Rozbicki i Zygiert, to oni, zdaje się, kiedyś byli w polskim wojsku. Pięć osób, ich rozstrzelali na siedemnasty dzień po aresztowaniu w Żytomierzu. A mamusię na ten siedemnasty dzień, zdaje mi się, zabrali. Przyjechali w nocy, siostrzyczka starsza opowiadała o tym, miała osiem lat i dziecko coś zapamiętało. Przyjechali samochodem w nocy, zapukali do drzwi. Mamusia pyta, kto to: - My przywieźli męża do gminy, i jeżeli pani chciałaby zobaczyć się z mężem, to rano możecie się spotkać. Mamusia pewnie, zbiera się, leci. Starsza siostra, Renia, płacze, a mamusia mówi: - Reniuś, nie płacz, dziecko. Mamusia zobaczy się z tatusiem i zaraz powróci. I siostra widziała, jak otworzyli samochód, wtedy nazywało się to czarna wrona, i mamusię zabrali, i po dziś dzień. To w tych dokumentach w archiwum znalazłam. Jak raz 28 czerwca to dzień moich urodzin. W tym roku to ja już miałam dwa latka, i 28 czerwca taki rozkaz był, i ją wywieźli do Kazachstanu.
Walentyna Bals
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
Mój pradziadek i prababcia Dobrzyńscy przyjechali na Syberię w końcu XIX wieku. Zostali zesłani. Część Dobrzyńskich została na Syberii. Jeden z moich wujków, Dobrzyński Kazik, razem ze swoim synem Frankiem, został wzięty do więzienia w 1937. Moja babcia Dobrzyńska miała dużo dzieci. Do Polski nie wyjechały moja mama i ciocia Frania. Nie pojechały tym pociągiem, w którym wyjechali wszyscy. Dziadek umarł w 1920 na tyfus, wtedy była epidemia. Dziadek pracował w DEPO, był tokarzem. Wybudował w tajdze dwa duże domy. I w nich zostaliśmy. Ciocia Frania z rodziną - miała sześcioro dzieci - i nasza rodzina, Baranowskich. Wszystkie święta odbywały się tak, jak to zapamiętało starsze pokolenie. Wszystko bardzo ładnie wyglądało. Wszyscy rozmawiali i śpiewali po polsku.Bracia i siostry babci wyjechali do Polski w 1922 roku. Ciocia Frania została, bo miała już dużą rodzinę, jej mąż był maszynistą. Żyło im się nieźle. Liczyli, że wyjadą trochę później. A u nas zachorował tato. Tata miał polski paszport, urodził się w Polsce. Też myśleli, że uda się wyjechać później. Nie udało się, trzeba było zostać.
Jadwiga Baranowskaja
[Rzeżyca, lata 30.]Przed wojną w Rzeżycy była tu orkiestra wojenna. W każdy czwartek zbierali się i grali, a ludzie siedzieli i słuchali. A to robili przed wojną bezpłatnie dla ludzi. Pamiętam nasz sklep. U nas byli najęci pracownicy i żyliśmy bardzo dobrze, ja byłam jedyna córka. W sklepie na jednej stronie były różne rzeczy do pisania i zabawki dla dzieci. A po drugiej stronie były wszystkie religijne obrazy, różańce, książki do modlitwy. Sklep był bogaty. I dziadek miał też swój sklep – naprzeciw kościoła. A teraz już tam wszystko zniesione i gdzie nasz był sklep – tam już nic nie ma.
Regina Bartuszewicz
[Huta Justynówka, Żytomierszczyzna, lata 20. –30. XX w.]Moja rodzinna wieś nazywała się Huta Justynówka. To była wieś, w której mieszkali prawie sami Polacy. Byli także Ukraińcy, ale przeważnie Polacy. To była prosta, zwyczajna wieś, wydobywali tam kiedyś rudę, stąd nazwa. Miałam tam i wujków, i ciocie, i do dziś mam krewnych. Wieś była w rejonie dowbyskim, czyli marchlewskim. Ludzie tam głód przeżyli, straszny to był głód, tylu ludzi umarło. A teraz w tej wsi można policzyć na palcach domy, w których jeszcze ktoś mieszka.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Nowy Zawód, lata 30. XX w.]Jakie to nasze życie było, gdy rozdzielili naszą rodzinę, rozrzucili po całym świecie? Ta moja siostra, jak wróciła z domu dziecka, z obwodu połtawskiego, to też było… Ja mieszkałam u ciotki w Nowym Zawodzie, a ją przywiózł wychowawca stamtąd, bo samej by przecież nie puścili. Przychodzą do mnie i mówią, że jest, że ją przywieźli do innej ciotki, do siostry mamy w Hucie Justynówce. Mówią: – Przywieźli twoją siostrę. Biegnę, jak przybiegłam, było tam już mnóstwo ludzi. Jak to na wsi, pozbiegali się wszyscy, żeby zobaczyć, jak to się one będą witać. Przybiegłam, objęłyśmy się i tak płakałyśmy! Mówię do niej: – Czemu nie pisałaś, przecież mogłaś pisać! A to ja do niej napisałam list i wysłałam zdjęcie mamy. I pokazuje mi tę fotografię, że to ja jej przysłałam. I jak milczy, to moja siostra, a jak zacznie mówić, to nie moja siostra. Wie pani, jak ona wtedy mówiła? W tym połtawskim dialekcie, tak miękko, nie po naszemu. I pyta się wychowawca: – To twoja siostra czy to nie twoja siostra? A ja strasznie płaczę i mówię: – Jak milczy, to moja siostra, a jak mówi, to nie moja siostra. Wszyscy ludzie płakali, gdy się z nią spotkałyśmy, to tyle lat minęło, odkąd się widziałyśmy. Takie to nasze życie było.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Nowy Zawód, Żytomierszczyzna, lata 30. XX w.]W Nowym Zawodzie bardzo przestrzegano tych polskich obyczajów. To naprawdę była polska wieś, tam mówiono po polsku, było tam polskie technikum. Byli tam księża, kościół bardzo porządny tam był. Księża tam mieszkali, budynek do dzisiaj stoi. I ten kościół jeszcze jest. Dużo ludzi tam wtedy przyjeżdżało do kościoła i z Polski przyjeżdżali, tak, jeszcze w tamtych czasach przyjeżdżali tam ludzie z Polski. Bo to były polskie ziemie, był tam taki Szlender, on był sam z Polski, a tam kupił majątek. To tam ścieżki takie wysadzone choineczkami były w tym majątku, tak pięknie było. Zjeżdżali się ludzie z całego obwodu na msze, jak się odprawiało, to przyjeżdżali i z Pułyn, i z Dowbysza – dużo ludzi przyjeżdżało. I polski język bardzo długo tam przetrwał.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Nowy Zawód, Żytomierszczyzna, lata 30. XX w.]Chciałabym jeszcze opowiedzieć o księżach, o tym, jak kiedyś było. Mieszkaliśmy pod samym lasem. I była droga obok, szlak, którym ksiądz jeździł do Pułyn, na mszę. My, dzieci, już wiedziałyśmy, że on tam jedzie, a on bardzo lubił dzieci. I gdy już wracał z powrotem, to my już wiedziałyśmy, o której godzinie on będzie wracał. W lesie były takie wielkie zrąbane dęby, dęby wielkie jak stół, te pieńki takie wielkie. Rodzice wychodzili i na tych pieńkach zaścielali obrusy, i nakrywali je jak stoły, i wszyscy tam siedzieli za tym stołem, jedli, pili, ale wódki nie pili, tylko jakiś kwas czy coś takiego. A wokół same dzieci. I ksiądz jechał bryczką, bryczka taka szykowna, koń i uprząż takie piękne, on wychodził i my wszyscy podchodziliśmy do niego, on nas błogosławił, my go całowaliśmy w rękę. A potem miał taką skrzyneczkę specjalną, tak bardzo misternie zdobioną, i stamtąd wyjmował cukierki, pierniki, i obdzielał nimi wszystkie dzieci, jeszcze i rodziców obdzielił, na stole im zostawił. A potem, na końcu, wołał tych najmniejszych i tam, gdzie była czysta trawa, to on nabierze tych słodyczy i nasypie. I dzieciaki sobie zbierają, a on będzie stał i czekał, aż póki nie pozbierają wszystkich, i jeszcze wszystkich po głowie pogładzi. I tak my czekaliśmy każdej niedzieli, bo to było dla nas takie święto.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, lata 20.-30.]Ojciec mój nazywał się Jan Feliksowicz Baszyński, urodzony w roku 1899, aresztowany, rozstrzelany. Mama, Janina Francowna Baszyńska, też Polka. Pochodzili ze wsi Jabłonnne. Był u nas kościół i dzieci uczono języka polskiego, polskich tradycji. I co ciekawe, dbano o nasze nazwisko, Baszyńskich. Taki przykład: byłem jeszcze mały, gdy pojechaliśmy na targ, tata, mama i ja - maminej spódnicy uczepiony. Mama zaszła do Żyda kupować materiał na koszule. Zaszła i zrazu nie było tego materiału, który chciała. Potem przywieźli i ten Żyd mówi: - Pani Baszyńska, proszę wejść, jest ten materiał, co pani chciała. A mama, w związku z tym, że już wydała pieniądze, bo coś innego kupiła w międzyczasie, mówi: - Nie mam pieniędzy, nie mogę już tego u was kupić. A on, ten Żyd, mówi: - Proszę wejść, proszę wejść. Czyja pani jest synowa? - Feliksa Baszyńskiego. - Ooo, to zacni ludzie. Proszę wejść, co pani chciała? - No, chciałam to i to. - Tnij materiał - mówi Żyd do żony. Dali mamie towar: - Proszę wziąć, jak będzie pani miała pieniądze, to mi pani odda. A do żony mówi tak Żyd: - Ci ludzie przyniosą, zobaczysz. Mama poszła, znalazła tatę na rynku, mówi, że tak i tak. Tata dał jej pieniądze i mówi: - Idź, oddaj. A Żyd do żony mówi: - Widzisz, czy nie miałem racji? To uczciwi ludzie.
Narcyz Baszyński
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Kazachstan, lata 40./50.]Jeden raz my już zbieramy się do szkoły średniej, ze 6 kilometrów. Dyscyplina była taka, że jeżeli w roku tyle a tyle dni przepuścisz, już ciebie nie przyjmą i zostaniesz się już. I my uważali, żeby ni jednego dnia nie przepuścić. Ale ojciec powiedział: — Dzisiaj na pewno nie pójdziecie do szkoły. A ja mówię: — A jakżeż to tak, co nam dyrektor powie, jak tak? I szybko poszedł, a my nie wiemy, o co chodzi. Ja przeżywam, że ja nie będę w szkole. Ojciec potem przychodzi i mówi: — Wilki napadli na owczarnik. Te owczarniki były z gałązek zrobione, a z wierzchu słoma. Wilki rozdarli dach i tam zadusili dwie trzecie owiec, tak że mało co zostało. Strach. Wtedy ojciec powiedział: — To wilki i nie pójdziecie. Już powiedziano dyrektorowi, że wilki tu napadły i my, dzieci, nie możemy iść, bo oni w takim stanie, że oni mogą i dzieci porozdzierać. Ojciec mówił tak, że rano ten ochrannik, który był tam, on miał takie coś jak rusznica, to on tak strzelał, strzelał, mówi: — Ja strzelał i uciekł, bo zobaczył, że dużo tych wilków. I my tak nie poszli w ten dzień do szkoły. A tak już stało jasno, ten śnieg taki biały, ojciec przychodzi i mówi: — Było posiedzenie prawjenia kołchozu, że te wszystkie owce, które poduszone, rozgryzione, to rozdać ludziom jak mięso. Te poduszone. Póki mróz, to wszystko jedno, jeść nie ma co, głód, to na każdy dwór po owcy. To my pobiegli trzech: Tadeusz starszy, Lusia i ja. Trzech pobiegli na tę fermę i ciągniemy. Pociągnęli te owieczki, a ojciec — gdzieś 10–15 minut — i już nie było skóry na niej, już podwieszona gdzieś tam była. I mama porżnęła, i stała robić. Tam mąki takiej trochę było i ona sosu zrobiła, i mięso też jakoś szybko. Ja tak myślę, takiego smacznego sosu ja nigdy w nijakiej restauracji nie miała potem… Takie smaczne to było.
Jadwiga Bobrowa
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
Zawsze nasz dom był otwarty dla wszystkich, dla moich koleżanek, dla moich kolegów. U nas bywało dużo rodzin. Byliśmy spokrewnieni z takimi rodzinami, jak rodzina Holendrów. Ich syn był znanym poetą lwowskim, kronikarzem i felietonistą. Tadeusz Holender. On mi nieraz dyktował, co mam czytać. Ponieważ on był takim lewicowcem, to mówił: - Co ty czytasz takie głupstwa?! Ty czytaj Wandę Wasilewską, czytaj takiego to a takiego pisarza, takiego poetę. Ale mama moja powiedziała, że to niekoniecznie. Nasze mieszkanie było porządnie urządzone, ale bez rozkoszy specjalnej. Ale ojciec mój nawet nieraz załaził w długi, dlatego że lubił kupić jakiś obraz. U nas nawet był Kossak jeden.Miałam w ogóle bardzo dobre oceny, szczególnie z wypracowań w polskim języku. U nas w domu mówiło się dobrze, żadnych bałaków tych lwowskich nie było. Bo tutaj, we Lwowie, było bardzo modne to, że nawet inteligenci rozmawiali na tym bałaku: - Ta joj, ta gdzie, ta czemu nie. Bo gdybym się jeszcze raz urodzić miał, to tylko we Lwowi.Czytałam dużo i wszystko, co trzeba, i co nie trzeba, bo u nas była wielka biblioteka i mnie nie bardzo kontrolowali. Czytałam nawet Zolę, książki z których niedużo rozumiałam. Mieliśmy i Konopnicką, i Słowackiego, i Sienkiewicza.
Bogusława Bryła-Czerna
[Rybczany, lata 30.]Rodzice byli bardzo religijne i patrioty polskie. Religijne. Starali się. W poniedziałek był rynek, w niedzielę nie było żadnej pracy. To święto — w kościół. Kościół był od nas 10 kilometry. Wychowali się z religią i patriotyzmem. Znali, że religia daje człowiekowi tylko dobro. Mieli dwie krowy, dwa prosiaki, pięć–siedem owieczek, piętnaście–dziesięć kur. Siedemnaście hektary.
Marian Bumblis
[Rybczany, lata 30.]Każdy wie, jak dużo dzieci — życie jest ciężkie. Ale bez dzieci też, nikt nie raduje się, u kogo nie ma zupełnie dzieci. Pracowali wszystkie jak mrówki, pracowali, modlili się, uczyli się, starali się. No, życie było ciężkie na ogół. Dom był 12 metry na 10. Dwa pokoje, spalnia, kuchnia, a potem jeszcze sień. Kto w spalni, kto na kuchni, bo to dziesięć nas.. Kiedy chłopczyki, po dwoje. Ja więcej spałem z ojcem, starsi dwaj bracia spali na jednym łóżku. A siostry dwie na drugim łóżku. Ale zmarła starsza siostra, to jedna spała z mamą. A ja z ojcem, a mniejsze — to już dwoje spało. No więcej używali co: kartofle, mleko, ale śmietaną dobrane. Mieli kury, ale jajko mało jedli, bo trzeba sprzedawać, trzeba na książki, do szkoły, ubranie, podatek. Życie było nieletkie. Kartofle, ogórki, pomidory, marchewka, owoce: jabłka, gruszy, śliwy, wiśni, porzeczki, radiska (to rzodkiewka). Tak, to wszystko, bo mieli ziemi dużo. Nigdy nic nie kupowali, nigdy nic. A sprzedawali: jajka sprzedawali, robili masło i sprzedawali. A same używali mało kiedy.
Marian Bumblis
[Rybczany, lata 30.]No co kupowali? Ubranie, obuwie, podatek płacili, no i wszystko. Do szkoły półtora kilometra — trzeba obuwie, trzeba ubranie. Skromne ubranie było, skromne obuwie było. Jak lato, jak ciepło — to chodzili tylko na boso. I to wszyscy chodzili, nie tylko my. Bo tak było. Ale kiedy spodnie przerwały się, gdzie tam dziura, to nauczyciel mówił: — Powiedz mamie, żeby łatę położyła. Żeby kolano nie widać było. Nie było wstydu, że łata. No a buty robili tak: szyli ze skóry, ale podeszwa była drewniana. Ja, kiedy już mnie było 18 lat, poszedł uczyć się za szewca, szyć buty i uczył się do wojska. Starszy brat uczył się i pracował krawcem, a jeden brat kowalem, a jeden na krześcijaństwo. My wszyscy starali się znaleźć sobie pracę, aby zarobić kawałek chleba. Tatuś umarł młodych lat, 55 lat i nas zostawił. Zapraszali krawca. Przyjeżdżał, kilka dni był u nas i szył. Na miejscu karmiła mama jego. I pomierzy, i zrobi to wszystko. Marynarka i spodnie. Owce trzymali i to wszystko było z sukna. A mama prała i tkała sama. I z tego farbowali, i z tego szyli. Własny, żadnego nie kupowali nigdy w życiu! Nigdy w życiu! Nikt i nie widział, i nie pamięta. Płótno białe, bielizna swoja własna biała, wybielona, i cieniutka, i grubsza. Grubsza też była.
Marian Bumblis
Wy tego teraz nie jedliście, nigdy nie widzieli, co kiedyś my jedli. Na Boże Narodzenie u nas szafarnia taka stała z ciastem, to my cały tydzień piekliśmy tylko ciasto. Mazurki i chrust, no i wszystko, co można. A już przed Wielkanocą, to piekliśmy mięsa dwa dni. Byli parobki, trzeba było jeść, każdemu coś dawać. Wy tego nie widzieli, co my widzieli i co my robili. Bankuchen piekli i wszystko robili same. Na bankuchen to mama mówiła, że trzeba kopę jajek, mąki tam niedużo. Na takim wałku przed ogniem pokręca się, na ten wałek nalewa się ciasto, takimi on nierównymi szyszkami wypełza. Gdzieś przypalone więcej, gdzieś mniej, ale to bardzo smaczne, to prosto coś doskonałego. To sękacz może być, ale mama nazywała bankuchen.
Stefania Charczenko
[Szrucy, Ukraina; Andriejewka, Kazachstan; lata 30.]Rodzice pracowali na roli. Ojciec pracował w fabryce cukru, mama w kołchozie, przy żniwach pracowali, buraki sadzili, kartofle, wszystko, co w kołchozie było. Ojciec był w fabryce cukru prostym robotnikiem, i mama tak samo. Było nas sześcioro dzieci. Było nam ciężko, nas same siostry były. Ale do 1936 roku, tam, na Ukrainie, żyliśmy dobrze. Mieliśmy dom, konika jednego, krówkę jedną, sad, ogród, i tak pracowaliśmy. Ojciec pracował, mama pracowała, a my byliśmy małe dzieci, choć ja to już do szkoły chodziłam na Ukrainie. A w 1936 roku przyszli i powiedzieli: - Zbierajcie się, wysiedlamy was. Ile czasu dali, nawet nie pamiętam, i kto, co mógł, to i wziął. Wszystko zostało. Przywieźli nas na stację, załadowali do piętrowych wagonów, kto co miał do jedzenia, to wziął, a kto nic nie miał - to i tak pojechał. Jeść nam nie dawali. Wieźli nas dwa tygodnie z czymś. Przywieźli tutaj, na stację Szortandy. Potem dostaliśmy stąd krówkę, i mleko nas uratowało. A kto się nie ratował, bo nie było czym - umierał. Potem nas stąd powieźli 56 kilometrów dalej. A tam pobudowaliśmy takie ziemianki, wycinało się kwadraty takie, składało i ziemianki robili my. Ściany niziutkie takie były, i tylko ściany, ani okien, ani drzwi, nic, pieca nie było, a z wierzchu nakryte to było takim chrustem, gałęziami, co je sami nazbieraliśmy. Mama położyła nas tak w kącie, żeby dalej od okna, bo wiatry silne były. To był step, październik, zimno. Nazbieraliśmy siana, a jego nikt tam nie zbierał, to my go zbierali tylko. A my, dzieci, wszystkie byłyśmy chore. Ojciec z matką trzymali się jakoś. Potem na drugi dzień postawili nam piec, i paliliśmy w nim tą trawą, a to była już zima, zimno, głodno, krowy nie ma czym karmić. Biedowaliśmy. A potem po jakimś czasie ojciec poszedł do pracy. Był tam taki mały warsztat, w którym pracowali więźniowie. To wszystko postawili tam więźniowie. I ojca tam wzięli, a ojciec był stolarz, dobry stolarz był. I wtedy zaczął robić drzwi, okna i wszystko. Wtedy już wstawiliśmy sobie i okna, i drzwi, zrobiło się lepiej - choć śniegu w domu nie było.
Jekaterina Chlubnaja
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
Ojciec był starszy od matki o dwadzieścia lat. Ojciec pracował na ciężkiej pracy, na cegielnym zawodzie. Matka miała urodę rodu szlacheckiego. Palszewska. Adela Palszewska. Wot, i przy jejnych rodzicach oni żyli dość dobrze, sprawnie. Można powiedzieć, no, taka szlachetna rodzina, polska. No i potem, znaczy, kiedy umarła mojej matki matka, znaczy, rozryło się to wszystko. Ojciec matki żenił się. No synowie rozeszli się we strony, pożenili się, tam żyli już inaczej. No i wot, a mama była jak sierotka. Jedna siostra wyszła za mąż dość dobrze, za urzędnika. A ojca brat też przy policji pracował w tamtym czasie. Brat powiedział tak tacie: — Ty błąkasz się jeden, a i moja szwagierka też jedna, was trzeba złączyć, żeby żyć. A mama była dość piękna, a ona za starego nie chciała za mąż. A przyszli i z człowiekiem, i zmusili. Ile razy mama rodziła? Rodziła ona 18 razy. Ojciec taki, nabożny był człowiek, ale on taki, no prościejszy był niż ona. Ona szlachetna pani. Ona bardzo piękna była! Ot. I kiedy święta, to ona ubrała każde z dzieci, dziewczęta w sukieneczki ładne, wot, włoski takie kręcone były, warkoczyki…
Stanisław Czaman
[Pińsk, lata 30.]Urodziłam się w Pińsku. Moja rodzina mieszkała w gimnazjum męskim, w którym pracowali moi rodzice. Kiedy zaczęły się lekcje w gimnazjum, tatusiowi zaproponowano, żeby przyszedł tam pracować. Tatuś się zgodził, zabrał też mamusię i pracowali oboje. Tatuś miał wykształcenie, znał łatynię i wypisywał legitymacje u sekretarza. Dostawał pensje dla profesorów i jeszcze miał dorobek. Mamusia miała herbaciarnię. Dzieci przychodziły na jedzenie, dostawały tam kawę, mleko, herbatkę, kajzerkę z masłem albo bez masła... Mieszkaliśmy na dole, w suterenie. Było nam nie najgorzej.
Nina Czarna
Jakie moje dzieciństwo? Nie było co na nogi założyć ani się w co ubrać. Do szkoły chodziłam w maminych. A mama prała nocami, tkała. Niczego nie było. Do szkoły chodziliśmy: jedni mieli 20 lat, drudzy 18, inni 14 lat. Ja byłam najmłodsza, miałam 7 lat i wśród tych starszych byłam jedna. A jak wiosna zaczynała się, my drewniaki zdjęliśmy z nóg i boso chodziliśmy. Nauczyciele rugali nas za to, ale my chodziliśmy boso. No, ciężko było.Ja dużo nie uczyłam się, skończyłam tylko 7 klas. Daleko trzeba było chodzić – do Brasławia. Mnie dali, żebym się uczyła na krawcową. Mama powiedziała: szyć będziesz dla całej rodziny. Dwie zimy się uczyłam – jedną żeńskiego kroju, drugą męskiego. A potem, mając 18 lat, wyszłam za mąż. Pracowałam w fabryce. Paszportu długo nam nie dawali, ale mąż był też nie kołchoźnik, to w końcu dali. Wyjechaliśmy. U nas z kołchozu nie wypuszczano.   
Irena Dargiel
Ojciec był z biednej rodziny. Było ich czworo – trzech braci i siostra. Siostra umarła, dwanaście lat jej było... Jakaś to choroba chodziła. I matce było trudno czworo dzieci hodować. Potem ojciec w piętnaście lat poszedł do pracy. Zabrali ojca w carską armię, do wojska, i on służył w Leningradzie. I odsłużył wojsko, został na fabryce... Bardzo duża fabryka była. Przyjechał do domu i zabrał swoją matkę i brata. Brat był na pociągach maszynistą. I matka tam była, oni kwaterę wynajmowali, płacili za kwaterę, matka gotowała. No, a potem rewolucja, głód. Przyjechał więc do domu, tutaj, i odkrył swoją kuźnię, już było dziesięć hektarów ziemi. Chcieli rozkułaczyć nas, wywieźć. Ale płacilimy podatki, wszystko robiliśmy, to zostaliśmy. Ojciec był kowalem, bardzo dobrym. Czeladniki byli – chłopcy. Nawet wziął chłopca, 15 lat, sierotę i wyuczył, i do wojska wysłużył, w polskiej armii. A moja mama w domu była. Gospodarka duża była. Przyjdziem ze szkoły, zjedli, przyodziali się i pierwej trzeba mamie pomóc, i już wtenczas za lekcje siadajesz. W życiu było, jak to mówi się, weselej.
Wanda Denisowa
[Koszynki, lata 20.]Sześć klas skończyłam na wsi. Do szkoły były cztery kilometry, brat tam zimową porą na sankach woził mnie razem z dwiema młodszymi siostrami. Myśmy się uczyli w jednej klasie. Brat, który był najstarszy, po szkole przychodził po nas, na sanki ponownie sadzał i zawoził z powrotem te cztery kilometry do domu. Do tej szkoły wszyscy chodzili, bo szkoła była tylko jedna. Klasy były polskie i łotewskie. Wszyscy Polacy chodzili do polskiej klasy, a Łotysze do łotewskiej.
Bogumiła Dmuchowska
[Łotwa, początek XX wieku]W 1900 roku moi rodzice przyjechali z Polski na Łotwę, gdzie zakupili ziemię. Byli już wówczas małżeństwem, ale ich pierwsza córka urodziła się dopiero w 1911 roku. Mama w Polsce, zanim jeszcze wyjechali, pracowała w sklepie, a ojciec z samego początku, póki nie miał jeszcze ziemi, to najmował młyn. Rodzina mojego ojca mieszkała wtedy w Księżopolu. Ojciec mojego męża miał aż cztery żony, przy czym z każdego małżeństwa miał po dwoje dzieci. Mój ojciec i jego brat Piotr byli od jednej mamy. Ojciec przyjechał kupić tu, na Łotwę, ziemię razem ze swoim bratem, bo dziadek mój, który był bardzo bogaty, zostawił pieniądze każdemu swojemu dziecku. W tamte czasy były to ruble, które miały bardzo wielką cenność. Jak zmarł dziadek, to ojciec z wujkiem zebrali się, przyjechali tu na miejsce i kupili kawał ziemi. Wujek nie został jednak tutaj, ale wyjechał z powrotem do Polski.
Bogumiła Dmuchowska
[Stara Krasnoszora, lata 30.]Na Boże Narodzenie, jak Pan Jezus się narodził, stajenka taka była, ja byłam aniołem, a chłopcy byli czortami, na czarno przebrani, różki, język czerwony. A moja siostra była mała, to ona była za Pana Jezusa. Była Maryja i Józef. Po rumuńsku też uczyliśmy się. Jak po polsku było "Jeszcze Polska nie zginęła", to było też po rumuńsku. Rano, jak do szkoły przyszliśmy, pomodliliśmy się "Ojcze nasz" i "Jeszcze Polska nie zginęła" jedną zwrotkę, i po rumuńsku też jedną zwrotkę. To każdy dzień. Ksiądz na religię przychodził w sobotę i w poniedziałek. Religia w sobotę była od 9.00 do 10.00, a w poniedziałek była od 11.00 do 12.00. Tak każdy tydzień.
Ewa Drozdek - Korablowa
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Stara Krasnoszora, lata 30.]Były poduszki, łóżka. Podłoga była, nie tak, że na słomie spaliśmy. Zaścielone łóżka. Ubranie było samo tkane, domowe. Len tkali, przędli. Moja matka robiła płótno z lnu. Nosiliśmy takie. Spodnie białe nosił dziadek, białe koszule nosił, domowe. I ja go pytam: - To gryzie, takie twarde? - Ale ja przywykłem. Matka szyła mnie, ale ja nie mogłam nosić, kąsało mnie to. Nie było pieniędzy, rubli. Jeden sklep u nas był. Mąka, cukier, cukierki też były, pończochy. Ja też nosiłam pończochy, wiązałam je na takich drucikach. Trzewików nie było. Hodowali też owce. Ta wełna, co była, farbowali ją i z tego nosiliśmy sandałki. Ja do szkoły tak chodziłam.
Ewa Drozdek - Korablowa
[Stara Krasnoszora, lata 30., 40. i współcześnie]Niemców było więcej, Polaków mało. Do Polski, jak teraz odjechali, to nie jechało pięć familii: Drozdki, Lechockie, Zielińskie, Zielonki i Derczyki. Do kościoła chodzili. I Niemcy chodzili, i Polaki. Modlili się. Pół mszy było po polsku, pół po niemiecku. Potem, jak śpiewali na wejście do kościoła, to my zaśpiewali jedną zwrotkę, i Niemcy po niemiecku śpiewali. A bywało, że jak śpiewali, to my po niemiecku z nimi, a oni po polsku z nami się godzili. Księża byli dwaj, jeden po niemiecku mówił, a jeden po polsku. To był nasz ksiądz Jan, ksiądz Mościcki. On zmarł, a ja go zapamiętałam. Obok miejsca, gdzie nasz kościół, była plebania. Ale ona spaliła się, i wszystko spaliło się. Cała wioska leciała i bronili, i straż pożarna była, i wszystko zgorzało, rozbiło się. A teraz mówią, że coś mają robić, budować. Dom Polski mają budować, tak ksiądz nam mówił, ale to z Polski ma być.
Ewa Drozdek - Korablowa
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP, Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Stara Krasnoszora, lata 30.]To była rumuńska szkoła, to tam chodzili Niemcy i Rumunii. A polska szkoła była z drugiego boku, oni ją rozbili. Nie była duża. Jedna klasa była. Ławki były, dwie strony. Tu była tablica z przodku i stół, tam nauczycielka siedziała. Z dużych klas tutaj siedzieli, czwarta, piąta i szósta. A z drugiego boku trzecia. Cztery klasy razem się uczyły. Z tego boku dwie klasy i z tej strony dwie klasy. Deska na dwie podzielona. Ciężko było. Waleria Tuszyńska była nauczycielką i Olga Łopatyńska, Siejdak Józef był. A pierwsza klasa, jak my chodziliśmy, to nie było zeszytu i ołówka nie było. Tabliczka była i gwóźdź, taki ołówek. Jak chcieli go natoczyć, to na kamieniu. Pierwszy raz pisaliśmy linijki, kreski, krzyżyk, a potem "u", "a", i to na tabliczce. Z tej strony były linijki, a z drugiej kratki dla matematyki. To pierwsze klasy tak chodziliśmy, trzy, cztery miesiące. A potem dali zeszyt i ołówki. Czytaliśmy po polsku i historia była, o Adamie Mickiewiczu tam było. Dyktando było polskie. Jeszcze historia była, geografia była. Co było po rumuńsku, to i po polsku było. Po połowie.
Ewa Drozdek - Korablowa
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
IV. Represje stalinowskie w Związku Sowieckim w latach 30. [Kamionka, lata 30.]I taki czas przyszedł, jeszcze do wojny było, że zabierali wszystkich Polaków mężczyznów. Przyszli w nocy do nas: „Sobirajte sia”. A mama już wiedziała, bo to w drugich wsiach brali już mężczyzny, to mama bardzo zaczęła płakać. Mnie było siedem lat, a siostra starsza, brat starszy. A mama chorowała sercem. Mama bardzo płakała. Jak już oni poszli, mama mówi do nas: „Klękajmy dzieci, módlmy się Bogu... My już ojca na pewno nie zobaczymy”. My pomodlili się Bogu, zaczęło rozwidniać się. Taka była we wsi rada – sielsowiet. Mama poszła tam, tam już pełna maszyna tych mężczyznów, na maszynie już gdzieś ich odprawiać mieli. A tatko mój klęknął na kolana na tej maszynie i mówi: „Pilnuj dzieci, proszę cię. Wrócę się, ciebie nie zapomnę całe życie. Tylko pilnuj dzieci”. Jak już jego zabrali, powieźli, przeszło tydzień, powiedzieli, że ich w tiurmy pozabierali. To jak już powiedzieli, że można coś w domu szykować, zanieść, to zbierali się, po siedem, osiem, dziesięć kobiet – i szli piechotą tam. Po sześćdziesiąt kilometrów. To przyjdą tam, to oni przyjmą co mama przyniesie, chleb, słoninę, czy co tam... To trza poczekać, bo tam kolejka, bardzo dużo ludzi idzie, wszystkie chcą coś oddać, bo wiedzą, że głodne. To mama już wsiada, już zbierają się do domu. A czasem mówiła, że wyprowadzili ich, tatko taki zmęczony, głodny... I bili ich jeszcze. Jak przynieśli koszuli, to wszystka w krwi. I takie wszy, o – takie wszy. Brały się od tego głodu, brudu. Jak mama przyniosła te bielizny, to trzeba gotować w kuchni i parzyć. Kobiety cały rok chodziły, powiedzieli im później, że ich już odwieźli w drugie miasto. I tak my tego tatka nie doczekali się, nie doczekali się... Gospodarkę zabrali, zabrali krowy, zabrali świnie, konie, ziemię i wszystko. Jak żyć? Nie ma nic. Poduszki pozabierali, wszystko. Jak my biedowali... Jeść nie było co.
Feliksa Frankowska
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP, Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Krasław, lata 30.]W lecie to kto mnie puścił? Trzeba było na wsi bydło paść. Była taka 62. drużyna im. Stefana Batorego, i tam był taki drużynowy, dobry, swój, który zakończywszy polską szkołę tutaj. I on się nami zajmował, na obozy my jeździli. Ja to nie byłem na obozie ni razu. Mnie obozem było bydło swoje paść. Chciałem, ale cóż? Była izba harcerska, stroje zielone, krótkie spodenki, zabawy - to łapali jeden drugiego, to na podchodzenie chodzili po lasach, tutaj gdzieś. Ja lubiłem, ale nie było takich warunków dla mnie.
Henryk Gałązka
[Wilno, 1927]Ta dzielnica, z której pochodzę, należała do Barbary Mielnikowej, a to była synowa Aleksandra Puszkina. Puszkin miał czterech synów i najmłodszy ożenił się tutaj z bardzo bogatą panną, do której należały te włości, tak zwane Markucie. Niedaleko jest jej dom, w którym ona przyjmowała. Tam muzeum Puszkina jest. To była wielka pani, była tutaj w Wilnie bardzo znana w środowisku rosyjskim, i nie tylko rosyjskim. Przeżyła swojego męża trzydzieści lat, zmarła w 1935 roku. Duże te tereny należały właśnie do Puszkinowej i rodzice, kiedy kupili ten domek, musieli jej zapłacić za ziemię. Kupili domek w 1927 roku, to ja miałam trzy latka tylko wówczas. Później ojciec domek uporządkował, oszalował, pokrył pięknym blaszanym dachem, to powiedzieli: — Pan zrobił pałacyk. Taki był ładny.
Jadwiga Gieczewska
[Albertyn koło Słonimia, lata 20. i 30.]Zawsze ojciec z nami ubierał choinkę. Było u nas dużo szklanych zabawek, które wieszaliśmy. A mama kupowała czerwone, nieduże jabłka i cukierki. I wieszaliśmy je też. A my po cichuteńku jabłeczko odgryzaliśmy. Dzieci byliśmy, przecież nie było u nas tego. Teraz można kupić, a wtedy nikt nie kupował... Także cukierki rozbieraliśmy, papierek wisiał. I kiedy choinkę rozbierali, to dzielili wszystkim dzieciom cukierki, jabłka, ciastka. To tam patrzymy — prawie niczego nie było. Wszystko dzieci podzieliły wcześniej. Myk, myk — i za choinkę. Cukierka odpakujesz, to na nitce już tylko papierek wisi.
Janina Gomozowa
[Lipiny, Ukraina, lata 30.]Szkoła była zbudowana jeszcze do radzieckiej władzy, to stara szkoła była. Nauczyciel był Polak, nasz, katolik, nie z Polski, ale nasz. W 1936 roku chyba zakryli tę szkołę, została ukraińską szkołą. Dużo było dzieci, na 100 chat była ta szkoła. Siostra mojej żony też jest z 1927 roku, to razem chodziliśmy do szkoły. Ja pamiętam, książka była, napisane było... Taki chłopiec idzie do szkoły, z torebeczką przez plecy, i w dole napisane było: "Dzisiaj znów do szkoły przyszedł, spóźnił się i wcześniej wyszedł". Po polsku było napisane, i ja pamiętam do tego czasu. Teraz już nie ma tej szkoły, zawaliła się. Zresztą na wsi też już prawie nikogo nie ma, może 50 osób zostało na całą wieś. A nauczyciel wtedy zabrali, zabili.
Stanisław Gorodecki
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Komaje, lata 30.]W polskiej szkole skończyłam sześć klas. Ale nie było tutaj dalej uczyć się gdzie, to w szóstej klasie musiałam być dwa lata. Ale inne zadania byli. Na matematyce tam byli gdzieś gwiazdki naznaczone, to znaczy te, które drugi rok już siedzą w klasie, to tam gdzie gwiazdki, muszą robić zadanie. Szkoła tutaj była w Komajach. Teraz ogromna, a wtedy było tylko sześć klas. Uczniów dwie szóste klasy były.
Irena Grzybowska
[Nieśwież, koniec lat 40.] Mój mąż był spiskowcem, on walczył za sowiecką władzę, on siedział w Kartuskiej Berezie w więzieniu za takie działania spiskowe. No, chcieli, żeby to była Białoruś. Rozumiecie? Jego w 1940 roku, jak tylko przyszli Sowieci, wysłali do Moskwy na uczelnię. I on tam pojechał. Ja jeszcze go wtedy nie znałam. W Nieświeżu on był na kwaterze u mojej siostry. I ja nie chciałam się z nim zaznajomić. A potem, jak my poznaliśmy się, on mi tak spodobał się, on był taki myślący, dobry, kulturalny. I już na trzeci dzień chciał się żenić. A ja nie... chcę jeszcze pożyć trochę i się poznać. I tak pochodziliśmy i pożeniliśmy się.
Zofia Gul
[Montwiłany, Litwa, lata 30.]Pamiętam u nas, jak Boże Narodzenie, to rodzina była. Znaczy Wigilia Bożego Narodzenia. Później w pierwszy dzień jechaliśmy do kościoła, a na drugi dzień to dla dzieci robotników robili choinkę. To przychodziły dzieci, podarki dawał ojciec. Już tym zajmował się zawsze. Ja pomagałam jemu. Te dzieci bawiły się tam w tym pokoju przy choince. Na Wielkanoc to pamiętam, jak był stół święcony. To tak pamiętam i mówię: — Trzeba nam kiedy zrobić taki stół, ale wszystko nie wychodzi jakoś, bo to wszystko drogo. Pamiętam, szynka wędzona i gotowana, i cała szynka na stole na półmisku. Świni główka i też ona wypieczona tam, i uszy, i wszystko, i jeszcze w pysku jajko czerwone. No i później tam torty, i różne mazurki, babki. Cały stół pamiętam taki zastawiony. Przyjeżdżali wtedy, odwiedzali…
Regina Gutauskiene
W domu rozmawialiśmy po rosyjsku. Ja miałem równo sześć lat, gdy przyjechaliśmy do Polski, do Białegostoku. Mając sześć lat nie mogłem jeszcze chodzić do szkoły. Ja wykorzystałem ten czas do nauki języka polskiego. Moja o dwa lata starsza siostra wstąpiła do pierwszej klasy szkoły powszechnej. Gdy ona przychodziła do domu i uczyła się lekcji, ja siadałem obok i słuchałem. Przez rok nauczyłem się materiału z całej pierwszej klasy. Gdy w kolejnym roku to ja poszedłem do pierwszej klasy, byłem tam najlepszym uczniem.
Aleksy Gutkiewicz
[Ryga, lata 40.]Rodzice bardzo mało rozmawiali z nami o wydarzeniach politycznych, bo to było niebezpieczne. Moi rodzice byli niezamożni, nie mieli żadnych więzi z polityką i oboje mówili, żeby do pionierów i komsomolców lepiej nie przystępować. Ja wstąpiłam dlatego, że chciałam się dostać na uniwersytet, ale to w ostatniej chwili. W partii nie byłam, dzięki Bogu. Pamiętam, jak byłam małą dziewczynką i jeszcze w jednopokojowym mieszkaniu mieszkaliśmy, taką noc, gdy mama z tatą stoją przy oknie i patrzą na podwórko. A tam bardzo małe motocykle i mężczyźni w uniformach. To chyba był 1949 rok – kiedy wywożono. I rodzice mieli w walizkach zebrane rzeczy, bo wiedzieli, że a nuż coś się może stać. Jakieś suszone sucharki w woreczku mama miała na wszelki wypadek. Było jeszcze tak, że mama, ponieważ na drutach robiła, szydełkowała i szyła, to miała te damskie czasopisma przedwojenne, niewinne. To ona je paliła, bo bała się. Bo w tym damskim czasopiśmie też może było na przykład zdjęcie prezydenta Ulmanisa albo kogoś innego i bali się rodzice. Do pieca rzucała te swoje czasopisma. Potem żałowała, bo te wzory tam były...
Irena Hermane
(Torskie-Zaleszczyki, przełom lat 30. i 40.).Szkoła była osiem kilometrów od Torskiego. Chodziłam do pierwszej klasy i było ciężko - troje dzieci było w domu. Moja starsza siostra była z 1925 roku, też chodziła do szkoły, a także mój starszy brat z 1927 roku, który został później zabity. Ja byłam z 1933 roku. Cieszyłam się tym, że nie muszę chodzić do szkoły. Przyszłam, pochodziłam troszkę, a potem przenieśliśmy się do Zaleszczyk i w ten sposób przeszłam z pierwszej klasy do drugiej - to wszystko.
Janina Holinata
[Kupa, lata 30.]Letnią porą do schroniska szkolnego przyjeżdżali nauczyciele z Wilna, z Grodna, z Warszawy i odpoczywali nad Naroczą. Były tam takie niewielkie drewniane fińskie domki, w których mieszkali. I była jeszcze Liga Morska Kolonialna, żaglówki, na jeziorze marynarze takie ładne. Jako dzieci chodziliśmy do tego schroniska, nosili z ogródka warzywa. Dawali nam pieniądze za to i potem kupowaliśmy sobie za nie lody i pestki. Narocz to była drewniana wieś, były tam 63 domy. Jeden gospodarz miał domek jak hotelik, też letnicy do niego przyjeżdżali. Potem była taka baza turystyczna w domu dwupiętrowym. Przyjeżdżały do niej rodziny z dziećmi z Grodna, z Wołkowyska, z Lidy, Warszawy, Wilna i Lublina. Kajaki byli, bardzo było dużo żaglówek. Był u nas pokoik jeden i też przyjeżdżali na wypoczynek. U nas prawie wszystko było tkane. I letnicy bardzo byli zainteresowani lnem, taniutkie płótno tam kupowali. Jeden sklep był niewielki, przy domach niektórzy gospodarze też trzymali sklepiki. Po wojnie znowu zaczęli przyjeżdżać rodzinami na całe lato z Mińska i z Moskwy, odpoczywali u nas.
Alina Jacyna
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
[Wieliczki, lata 20.–30.]Tatuś był rolnikiem, na gospodarstwie siał, orał, kosił... A mamusia co? Nas było sześć dzieci, dwóch umarło, osiem. Mama przędła, tkała, my wszystko nosili swoje ubranie. Len siedli, darli, przędli, tkali, szyli. A tylko na wierzch, to już na święto jakieś, kupowali ubranie droższe. A tak wełna, owieczki trzymali, kożuchy wyrabiali, wełniaki robili. Przeważnie u nas to jeszcze łapcie lipowe nosili. Są bardzo wygodne jak mróz.
Jan Jakubowicz
[Kaczanowicze, lata 30.] Jedna duża izba, a kuchnia była już osobno. Jak to prosta, taka wioskowa chatka. Ona była duża, niemała. Taki pokój wielki był. W środku był stół i dwie ławy. Stół był zawsze nakryty białym obrusem. U wszystkich było tak przyjęte, że chleba jak napieką swego, to kładli pod obrus ten - pod obrusem był chleb. Podłoga myła się w każdą sobotę. Krzeseł nie było, takiego nic. Proste ławy dwie były i dwa łóżka stały. Pewnie, że nie takie, jak teraz. Taka prosta, wioskowa chatka była. A w kuchni szafka była, tam naczynia kładły się. A piec była ruska, piec ruska. Jak babcia napali ruską piec, tak my zaleziem na piec i tam ciepło, ciepło, dobrze, grzeje.
Irena Jankowska
Urodziłam się w dwudziestym piątym roku, szesnastego maja. I tu wyrosła, jak trawinka, jak ten polny kwiat, tu owieczki pasła, tu mój cały świat. To polski wierszyk, z polskiej książeczki, co uczyliśmy się go, jak chodziliśmy do szkoły.
Zofia Jarosz
Urodziłam się na Białorusi w 1929 roku. Zesłali nas około 1932. Jeszcze nie było wojny, a nas już sprzątnęli z linii frontu. W czasie wojny bylibyśmy na samej linii frontu. Dali nam zaledwie 22 godziny na to, aby się zebrać. Ojciec wszystko zostawił, farmę, bryczkę. Ojciec miał 800 hektarów ziemi i dwunastu pracowników. Byliśmy bogaci. Mieliśmy porządny dom. Mieliśmy dwie jałówki i pewnie około stu cieląt, ojciec miał dużo bydła.Miałam około trzech lat, kiedy tu przyjechaliśmy. W domu rozmawiało się po polsku. Rozumieliśmy rosyjski, ale mówić było łatwiej po polsku. Jak nas przywieźli, to nas zakwaterowali na chutorze. Byliśmy wtedy bardzo biedni, wszystko zostawiliśmy na Białorusi. Mieliśmy tutaj bardzo złe warunki, w takich warunkach porządny gospodarz nie trzymałby nawet bydła. Nie mieliśmy nawet butów, ojciec wyplatał łapcie żebyśmy mieli co założyć na nogi.
Nadieżda Junickaja-Amfiłowna
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
Później wyszłam za mąż za Ałfimowa – z tym też nie miałam szczęścia. Miałam wtedy 21 lat.Nie trafił mi się rodak, trafił się Rosjanin, i nie dali mi spokojnie żyć. Na początku moi teściowie drwili ze mnie, że mąż wziął sobie stwora nierosyjskiego za żonę. Nierosjanka, znaczyło dla nich nie człowiek. Kiedy pojawiły się dzieci, mąż odszedł ode mnie, a dokładniej, to ja od niego uciekłam – nie dali mi żyć. Później wyszłam za mąż za drugiego, on nie był Rosjaninem. Nie byliśmy razem długo, mój drugi mąż chorował i umarł.
Nadieżda Junickaja-Amfiłowna
dotyczy także: Codzienność powojenna,
Wielki szlachecki dom, taki jak dawniej. Długi, ze spiżarniami. Piwnica ogromienna była, zwłaszcza jak dla dziecka. Meble były ładne, z czarnego drzewa (nie wiem, jak ono się nazywa) i czerwonego aksamitu. Stół rzeźbiony i krzesła, też z czarnego drzewa. Fotelów nie pamiętam. A na ścianach wisieli pejzaże i portrety mojego dziadka, i babci. W ogrodzie były bardzo smaczne grusze. To pamiętam.
Stanisława Kariniewska
[Jeżewo, lata 30.]U nas było 120 hektarów. No tatuś był wielkim, wielkim, jak to mówi się, chaziajnem. Byli parobki u nas, ot i służanki były u nas tam. A jak naczęła się wojna, wszystko to zakryło się, od ziemi otkazali się, 8 hektarów tylko zostawili sobie. Za to nas w 1940 roku nie wywieźli. Oddaliśmy wszystko pod kałchoz. Było u nas gdzie to osiem koni, dwanaście krów, owieczek tam dużo. Co tam jeszcze? Wszystko tedy oddali pod kałchoz. Sieczkarnia, młocarka była u nas, i wszystko poddawali my do kałchozu. Co tam jeszcze, wszystko eto oddali my pod kałchoz. Oddali my pod kałchoz, żeby nas nie wywieźli. Wszystkich wywozili, a my oddali wszystko pod kałchoz i nas nie wywieźli. I my zostali się. U nas było sześć dzieci. Ot trzy braty i trzy siostry. I my wszystkie zostali się.
Maria Kasata
Święta i przed wojną pamiętam, i po. My cały czas z rodziną, chociaż tutaj prześladowali i chociaż żona prawosławna, a ja katolik. I na Wielkanoc, i na Wigilię, wszystko jak należy. I na katolickie, i na prawosławne. I w czasie wojny, jak tam było, tak było, ale zawsze rodziną zbierali się. Zawsze, jak była Wigilia, musi być dwanaście potraw. Starali się, żeby było wszystko. I ryba, i kluski byli, mak. Co jeszcze… Tylko to, że nie powinno być mięsiwa, wszystko powinno być postne. No podjeść w Wigilię można, ale bez mięsiwa.
Piotr Kojrowicz
Ojciec był Rosjaninem, a mama Polką. Mieszkaliśmy w Tomsku. Nasza rodzina była duża, liczyła dziesięć osób. Jakoś mieściliśmy się w jednym mieszkaniu, chociaż były tylko dwa pokoje, a każdy miał po 6 metrów - jak na tamte czasy to mieszkanie było duże. Wszyscy znajomi, przyjaciele, przychodzili do nas na wszelkiego rodzaju uroczystości i spotkania, właśnie dlatego, że mieszkanie było tak duże. W czasie wojny dołożyli nam jeszcze jednego ewakuowanego. Długo mieszkaliśmy razem. Najważniejszym problemem było ogrzanie tak dużego mieszkania, bo piec był niezbyt dobry. Największa temperatura, jaką udało nam się osiągnąć zimą w mieszkaniu, to było 14 stopni. Oj, wtedy to żeśmy uważali, że to dosłownie Afryka.
Ludmiła Kostyniewa
[Panka, Rumunia, lata 30.] Tutaj chodziłem do szkoły, najpierw dwie klasy tutaj, a potem była szkoła za rzeką, siedmioklasowa. Przed wojną tak było. Kiedy chodziłem z Polakami, to mieliśmy swoją nauczycielkę, a potem już mieliśmy ukraińską. Ksiądz przychodził na religię do szkoły, miał swoje godziny. Ja dobrą pamięć miałem. Matematyki uczyłem się, ale ja wszystko lubiłem, mowa ruska była wtedy, czytanie, historia. I to tak u mnie było, że ja jeden raz przeczytał, i wszystko pamiętałem. Posłuszny byłem. Do mnie sadzali tych, którzy słabo uczyli się, żebym ja coś im pomógł. A kiedy ja byłem w czwartej klasie i dobrze uczyłem się, to mnie nauczycielka posyłała do jej domu, żebym ja pomógł rąbać jej drzewo. - Kazimierz, pójdziesz do mnie do domu. Mówiła, żebym ja pomagał, i ja pomagałem. Mnie mówiła nauczycielka, że moi rodzice będą mieli wielki grzech, jeśli ja nie pójdę uczyć się do wyższej szkoły. Wojna zaczęła się i ja już potem nie poszedłem uczyć się. A potem trzeba było iść do pracy.
Kazimierz Krasowski
[Nieśwież, lata 30.]W Nieświeżu były siostry zakonne. Niektóre siostry pracowały, oni mieli tam ileś hektarów ziemi, siano, wszystko, co im potrzebne było. I ogrody, i zboże. A były siostry takie, które nami się opiekowały w przedszkolu. Naturalnie był tam kościół, zawsze msza, jak zwykle. Bawiły się z nami, lalki robiły, szyły i tak dalej. Była siostra Genowefa, to szyła mnie zawsze takie ładne sukienki. I jak chodziłam na przymiarkę tam do nich, to zawsze za dzwonek podzwoniłam, to wychodziła tam siostra taka specjalna, bo one nie wychodziły na zewnątrz. Miały ładną szklarnię, wiem, że tam dużo było kwiatów, to zawsze dostawałam takie w wazoniku ładne kwiaty, żeby stół nimi udekorować. Karmili tam przysmakami różnymi, już tam nie pamiętam, ale zawsze tam chętnie chodziliśmy.
Anna Kraszewska
[Baranowicze, początek XX wieku]Tutaj my cały czas żyli. A tutaj, w Baranowiczach, kiedyś była kwatera główna i przejeżdżał car Mikołaj II - był on tutaj. I raz u mego dziadka pies zaszczekał. Zaszczekał pies, a wychodzi dziadek, patrzy: schodzi z konia car Mikołaj, a u jego było ochrana, dwa huzara i dwa sabaki. Zszedł z konia, podał dziadku rękę i pyta się: - Jak ci się żyje, krześcijaninu? - No - mówi dziadek - mnie się dobrze żyje. I wszystko. No ale car - taki on był dobry! On tak porozmawiał z dziadkiem, a potem siedli oni na konia i pojechali oni.
Antonina Lickiewicz
[Plusy, lata 50.]Poszłam do szkoły, do pierwszej klasy w Plusach, w witebsko-brasławskim rejonie. Była tam taka nauczycielka, która kazała mi klęczeć na grochu, żebym wiedziała, że jestem wrogów narodu, czyli mamusi i tatusia dziecko, i żeby klasa patrzyła. Potem już tego więcej nie robili, bo mamusia płakała, poszła do sekretariatu sielsowieta i mówi: – Co dzieci winne? Brat Alojzy też chodził do szkoły, dwie klasy skończył, ale już więcej nie poszedł. Mówił, że nie będzie cierpieć. Mamusia mówiła do mnie: – Córeczka, ty dziewczynka jesteś, ty taka słaba, tobie trzeba uczyć się.
Olga Liplanska
dotyczy także: Codzienność powojenna, Represje sowieckie po 1944 roku,
[Salino, lata 60.]Kiedy już przyjechali do Łotwy, strasznie my płakali. Sąsiedzi przychodzili do naszego domu i krzyczeli na mamusię. A mamusia pracowała, wstawała rano, wszystko robiła. Ona była jedna, żyła bez męża i źli byli bardzo ludzie, że ona tak żyje. Przychodzili, rzucali kamieniami w okna i krzyczeli, że wrag naroda przyjechał. Kiedy przyjechali z Białorusi, już przychodzili KGB i NKWD, pytali po wszystkich sąsiadach, co mama robi, kto do niej przychodzi, jak ona żyje. Jednego razu na mamusię nakrzyczała sąsiadka, nazwała ją wrogiem narodu. Powiedziała, że mamy dzieci nie mają prawa ni uczyć się, ni nic, że one też są wrogi. A ja następnego dnia szła do szkoły i nie przywitała się z tą sąsiadką. Kiedy przyszłam ze szkoły, mamusia mnie spotkała z rózgą i mówi: – Ty jesteś młoda dziewczynka, a ona stary człowiek. Co ona mnie mówi, to nieważne. Ty masz przywitać się z nią. I ja pamiętam z tego czasu, że starszego człowieka trzeba uważać.
Olga Liplanska
dotyczy także: Codzienność powojenna, Represje sowieckie po 1944 roku,
[Rykiszki, lata 50.]Brat Alojzy ani jednego słowa nie umie po polsku. Nie rozmawia, bo nie miał na to czasu. Jak brata Romualda zabrali – on stał się jak tatuś i musiał ciągle pracować, pracować, pracować.Romuald skończył osiem klas i bardzo chciał uczyć się dalej, a jemu powiedzieli: – Ty nie będziesz uczyć się, bo ty jest syn wraga naroda. A on bardzo chciał się stać lotnikiem. Kiedyś jeden chłopak zobaczył, że on czyta książkę po niemiecku i po angielsku. Zaczęło się: – A skąd on te książki wziął? A on dużo zebrał książek kiedy wojna skończyła się. Jeden zbierał granaty, a on książki zbierał, słowniki. Nauczył się czytać i czytał całe noce, my wszystkie spali a on zapalił łuczynka w łaźni i czyta. A potem, kiedy mu powiedzieli, że nie może uczyć się, to w nocy odszedł i mamusia go szukała. Mówił wcześniej, że nie chce żyć w tym kraju, w którym go tak poniżają, pojedzie za granicę, że czytał w książkach, że tam dobrze można żyć. Mamusia mówiła, że on tylko tak sobie gada. Potem przyszło do nas do domu KGB: – Kogo ty masz za granicą? Romualda znaleźli na fińskiej granicy jak stracił przytomność, bo przez dwa miesiące żył bez jedzenia. Drwale znaleźli go wycieńczonego. Zabrali go i on długo nie mówił kim jest. A potem już przyjechali do mamusi NKWD i mówią, że wasz syn teraz otrzyma 10 lat, bo jeszcze nie było 18 lat jemu. I potem jego zostawili tam – Krasnojarski Kraj, Mordowia. Później, jak przyjechał do nas, to mówił: – To moje same szczęśliwe roki tam. Bo tam profesory, uczone wszystkie, wszystkie takie rozumne ludzie w tym więzieniu byli. W politycznym siedział, gdzie same rozumne ludzie byli w tych łagierach. Stalin samych rozumnych ludzi zgubił. Francuzy byli, Angliczanie i Polacy byli, no i Rosjanie. Pisał listy, pierwsze KGB czytało, a potem wszystko zarysowane, zakreślone i potem on po więzieniu przyjechał. Jemu można było przyjechać na pół roku i to wszystko nam powiedział. Powiedział wszystko i pojechał potem.
Olga Liplanska
dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku, Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Jarzewo, lata 30.]Mamusia sama wszystko robiła, nawet air, taki zapach bardzo smaczny. Na tym airu czasem piekła chleb. Na łopacie drzewianej w piecu wypalała tego airu, potem do pieca wsuwała chleb i potem smacznie pachniało. Nawet na ulicy czuć było zapach chleba domowego.
Berta Litwinowicz
[Dziarkowszczyzna, lata 40.]Teraz opłatki sprzedają w kościele. A kiedyś po parafii organiści wozili. Sami piekli opłatki i sami wozili. Mama je robiła. Rozbijała ciasto, piekła opłatki i rozwozili. A ludzie bardzo byli dobre. Dawali wszystko, co u nich było najlepsze, na przykład dawali kiełbasy. I żyli oni bogato, dobrze, każdy organista miał wtedy, jak to u nas mówią, paczot, uważenie bolszoje — czyli szacunek.
Leokadia Łoś
[Dziarkowszczyzna, lata 40.]Pamiętam, że latem mama powiedziała: — Dzieci, mnie tak ciężko żyć. Ojca nie ma i domku nie ma, a trzeba budować się... Ty musisz paść krowy. No i pasałam krowy księdza, siostry zakonnej, swoje, ale tylko wtedy, kiedy nie było szkoły. Zbierałam też korę łozy i tej łozy nasuszyłam cały worek. I pomyślałam sobie: — Oj, jak ja dużo za nią kupię zeszytów. Poniosłam tę korę do sklepiku, który u nas był, a sprzedawczyni mi dała tylko jeden zeszyt, taki grubszy. Przyniosłam go do domu, rozłożyłam, ale nie miałam atramentu... Znalazłam rdzawe pióro. Nie miało obsadki, więc wzięłam nóż i poszłam narwać czernobylu, takiej rośliny, co rosła w pobliżu. Wzięłam tego czernobylu, odcięłam, nitką zawiązałam dobrze. Zamiast atramentu wzięłam sadzę. I pisałam z książki do nabożeństwa.Trzy kilometry od naszego domu chowaliśmy się w lesie. Cała wioska chowała się przed Niemcem. Oni palili, kiedy już odchodzili od wsi. Trzy doby odchodzili... Z Głębokiego jechali na Wilno i tam nie można było przejść. Nawet pies by nie przeskoczył.
Leokadia Łoś
Podczas wojny było bardzo ciężko. Pamiętam, że mama jeździła na zarobki na Podole. Nawet jak nic nie przywoziła, to co tylko można się ugotowało, zupę jakąś, ziemniaczki, nawet łupki się nie wyrzucało. Chleb był na kartki, mieliśmy takie kartki i na nie dostawaliśmy ileś tam tego chleba. Chleb był dzielony podczas wojny. Każdemu mama dzieliła kawałeczek — to masz dzisiaj na śniadanie, to będzie na obiad, to na kolację. Nas było pięcioro, razem z ojcem, który wrócił z wojska. Każden może chciał zjeść więcej, ale wiedział, że jak teraz zje dwa kawałeczki, to potem nic nie będzie miał. Raz mama zgotowała duży gar zupy, dużo takiej ciemnej fasoli narzucała, ziemniaki, krupy. Tak mnie kusiło do tej zupy. A mama szła gdzieś na zarobki, bo trzeba było zarobić jakieś grosze, powiedziała: — Ty jesteś najstarsza, pilnuj, żeby nikt z braci tu nie wszedł do zupy, do tego gara, bo nie będziemy mieć co jeść. To jest zgotowane na dzisiaj i na jutro. I ja tak stałam koło kuchni i pilnowałam, żeby nikt tam nie wszedł do tej zupy, a kusiło, tak bardzo kusiło... Ale trzeba było być bardzo posłusznym, trzeba było wykonywać to, co matka powiedziała.
Aurelia Łozińska
Moja mamusia, choć była - rańszej nie uczyli - bez obrazowania, to ona wszystko opowiadała, wszystko znała. Nikt wtedy nie uczył się. Gdzie tam! Szkoły wtedy nie było. Po domach chodził uczyciel i uczył. Uczyciel był taki, co przyjedzie do domu i dwoje, troje dzieci uczy... Mama pisać umiała i po polsku rozmawiać umiała, dużo lepiej, jak ja. Ja to raczej samouczka.
Józefa Martos
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
Przodkowie moi mieszkali w tej części Rosji, która była kiedyś pod Polską. Saria, Dryssa — tam mieszkali. Mój dziadek był leśnikiem, u pana — oczywiście. Ojciec jako szlachcic — to po rusku dworianin — w czasie pierwszej wojny światowej wzięty był do wojska, do gwardii carskiej. Był strojny mężczyzna, szlachcic, to wzięli go i służył w Petrogrodzie, w carskim pułku. Potem posłali go na front, ale nie był ranny, do ataku nie chodził. I w tym czasie, kiedy on służył, dziadek zmarł. Została tylko babcia, mojego ojca mamusia i siostra jego, ciotka Anna, bo brat Feliks utopił się. Przyjechali więc tutaj tylko ojciec, siostra jego i babuńka. Z początku poszli do kościoła. Modlili się, ze łzami prosili Boga, żeby spokojnie przejść przez granicę. Udało się — przeszli, a tu cóż? Ani krewnych, ani ziemi, ani pracy. Ale jakoś im się udało. Przyczepili się tu niedaleko tej wsi. A potem, chodząc do kościoła, po drodze ojciec zauważył, że przy jednym domu, w sadzie, śliczna panienka gra na bałałajce i śpiewa. Zaciekawił się, poznajomił, no i ożenił. Jak się ożenił, tak zdobył kawał ziemi, dom, sad i wszystkie obejście. I tak zaczęli mieszkać już po ludzku. Paszport łotewski zdobył i obywatelstwo, no i tak jakoś żyło się.Jak już był w Rosji Rząd Tymczasowy, to zaczęło organizować się polskie wojsko w Rosji i generał [Konstanty] Dowbór-Muśnicki organizował dwie dywizje. Ojciec wstąpił do jednej z nich. A jak potem doszli do władzy komuniści, to bolszewicy, wojsko Budionnego, napadli na jedną z dywizji, okrążyli. Żołnierzy polskich traktowali nie jako jeńców, ale jak wrogów. Posadzili wszystkich do więzienia. Opowiadał ojciec, że przychodzili codziennie oficerowie sowieccy, patrzyli i mówili: — E, tu swołocz, rozstrielać nużna. A jednego razu krzątali się po więzieniu, zabiegali, żeby porządek był w każdej kamierie. Przyszedł Dzierżyński, Polak. Popatrzył, popatrzył. — Polacy? — Tak, Polacy. — No to będziecie mnie wspominać. Za tydzień puszczono ich wolno.
Jan Masalski
W szkole była sala wielka i tam siedziała druga klasa z czwartą, a pierwsza z trzecią. I jedna nauczycielka to wszystko prowadziła. Nie było tam dużo dzieci, może dwadzieścia. Wot, ty tu robisz, a ty tu. I tak nas uczyli. I dobrze uczyli. A na drugim końcu szkoły mieszkał dyrektor. Były tam dwie komnaty i kuchnia. Tak dobrze tam było wsio. Pięknie zrobione. Tam studnia była, modrzewie, sosny, brzozy, jodły. Koło Mołodeczna też była szkoła Piłsudskiego, w Kmieliszkach. Tam też dobrze było zrobione wszystko. Jak już byłem dyrektorem, zaszedłem do jednej takiej szkoły i mówię: — Kolego, pokaż tę szkołę. On nie wiedział, że ja Polak. — Tut Polacy zdiełali. Horoszo zdiełali. Dobrze robili te marszałkowskie szkoły.
Zdzisław Masłowski
Rodzina moja strasznie religijna była. Babcia miała taki wielki obraz: Matka Boska i naokoło anioły. Niech pan Bóg broni, żeby ktoś z chłopców - bo u babci było jeszcze siedem chłopców - nie pomodlił się i poszedł spać. Matka miała pierwszą córkę, Danusia nazywała się. I ona sobie wzięła, że ten jeden anioł, to jest ona. To jest Matka Boska, a to ona. Gdy ja urodziłam się, mama mówi czasem: - Słuchaj, Danusia, weź ją pokołysz, żeby nie płakała. A Nusia bawi się, bawi się. Mama chlapnie... A ona mówi: - Nusia pójdzie do Bozi i Bozia tobie pokaże, że nie można Nusi bić. Trzy i pół latka miała, jak zmarła. Ona "Ojcze nasz", "Zdrowaś Mario", wszystko umiała. Ten obraz, ta Matka Boska, to dla niej było całe życie. Czasem wieczorem stanie, nie może dosięgnąć do tego obrazu. Posadzić, poduszki stawiać, żeby pocałować Matkę Boską. I tak poszła do Bozi.
Irena Matjas-Mikuła
Tata był stolarzem, młodszy stryjek — brat ojca — także był stolarzem, a trzeci stryjek (nazywał się Dymitrij) był szewcem, ale nie lubił szewstwa nigdy. On pracował w stanisławowskim teatrze. Był baletmistrzem. Uczył artystów tańczyć. Był bardzo zdolny. I wykonywał wszystkie negatywne role, bo młodzi artyści nie chcieli wykonywać negatywnych ról.
Barbara Medyńska-Michajłow
[Kamieniec Podolski, Ukraińska SRR, lata 30.] Nie chodziłam do szkoły ani jednego dnia. We wsi była szkoła, siostra chodziła tam do czwartej klasy i brat starszy chodził. A ja musiałam iść do pracy, bo byliśmy już wtedy w Kamieńcu i już trzeba było pracować, zarabiać. Podrosłam już trochę, a nie było w czym chodzić, nie było w co się ubrać, cokolwiek się naciągało na grzbiet. Te lata w Kamieńcu były dla nas straszne, nie miałam ani dzieciństwa, ani młodości, ani życia z weselem, z radością. Wszystko, wszystko w mękach takich potwornych, całe to życie.
Adela Mołoda
[Moskwa, lata 30.] W przedszkolu byłam i poprowadzono nas na plac Czerwony do Mauzoleum Lenina. Nam było po 6 lat. Jak tam wchodziliśmy, to ktoś zawołał: „Budionny!”, a rzeczywiście on tam stał. I tam pusto było. A wychowawczyni, która nas prowadziła, trochę się przelękła, bo dzieciaki, jak to dzieciaki, zaczęły krzyczeć, oklaskiwać. To jedyne pamiętam, jak on z wąsami stał.
Nela Mongin
[Chodorków, koniec lat 20.]Ja bardzo lubiłam swoją babunię i dziaduńcia, którzy mieszkali w Chodorkowie. Oni byli bardzo dobrymi ludźmi - Józef Ejsmont, a babcia miała na imię Petronela. Chodziłam do nich w gości i jednego razu nawet naszkodziłam. Po podwórku biegały małe kurczaki, jednego nie zauważyłam, stanęłam na nim i on się udusił. Bardzo się bałam kary i tego kurczaka schowałam pod kamieniem. Powiedziałam babuni, że idę do domu. A w domu cały czas żałowałam, że tak nieostrożnie się bawiłam.
Jadwiga Moskwitina
[Korosteń, początek lat 30.]Poszłam do pierwszej klasy ukraińskiej szkoły, bo polskiej już nie było. Mieszkaliśmy trochę za miastem. Do szkoły trzeba było daleko chodzić, a byliśmy biedni, butów nawet nie miałam. Nasi znajomi pożyczali mi buciki. Często w nich chodziłam, a kiedy padał deszcz nabierałam do tych bucików pełno wody, marzłam. Mama bardzo o mnie się martwiła.
Jadwiga Moskwitina
[Mariupol, połowa lat 30.]W Mariupolu żyliśmy skromnie. Ale mama dostała rentę na dzieci po ojcu. Na nas trzech najmłodszych: na Tadzika, na mnie i na Witka. Mamie udało się kupić niedrogo krowę, sprzedawaliśmy trochę mleka i z tego mieliśmy na chleb. Ubrań mieliśmy mało, nie starczało nam na buty.
Jadwiga Moskwitina
[Zabawy młodzieży]Już jak byliśmy starsze — to zabawy. Już takie dobre — po 12–13 lat, to już nam chciało się na zabawy. No, oczywiście zabawa na mieszkaniu u kogoś, w chacie u kogoś robiona była, gdzie młodzież, tam chłopiec czy dziewczyna, tam już pozwalali w domu zabawę urządzić. Zbierali pieniądze i zapraszali muzykantów, harmonistów, czy nawet i skrzypce były, czy nawet jakiś bębenek był, no płacili, a oni grali. Młodzież tańczyła. Kurzu na tej podłodze, bo to w butach ze wsi przyjdą, to pokropią wodą po podłodze i dalej tańczą. No, a nam też chciało się tańczyć, ale nas pędzali, bo małe, czego wy tutaj plączecie się pod nogami, bo to w mieszkaniu i tak tańczyć ciasno. To my gdzieś tam w kącie, ale też tańczymy sobie tam. Potem jak już starsze byliśmy, to i my byliśmy panienki i tańczyli, nawet starsze chłopcy zapraszali nas. Tyle radości było, że aż. Zenek czy Franek zaprosił — radość była. Małe byli, młode byli. No a potem był taki, ze mną uczył się w szkole, Dyzio taki, on starszy chłopak, no i on na akordeonie grał. I jego zapraszali na drugie wsi. Jeżeli zapraszali na sobotę, znaczy — to tutaj już w naszej wsi nie będzie zabawy. On zawsze domawiał się — ja przyjdę, ale przyjdzie i nasza młodzież. I zbierała się młodzież, i szli my na tę zabawę. Popijali sobie chłopcy — a jak popiją, to już i dur w głowie, no a tańczyć ciasno, a młodzieży dużo. To było tak — że tańczy jedna wieś. Znaczy, tańczą tylko chłopcy z tej wsi. Mogą oni zapraszać dziewczęta, jakie chcą, z różnych tych wsi. Tańczą tylko oni. A już jak popiją — to i tamten wlazł, i tamten wlazł — i wtedy bójka zaczyna się. Zaczyna się bójka, już wyskakują z domu, już słychać — biją się, już trzeszczą płoty, wyrywają kije — biją się!
Teresa Muchina
[Komaje, lata 30.]Urodzona w 1925 roku w Komajach. Rodzice też komajskie. Dziadowie i pradziadowie też w Komajach. Miałam brata, miałam siostrę – 13 lat miała, jak zmarła w 36 roku, no i tak zostaliśmy dwoje. Poszłam do szkoły wcześniej, miałam 6 lat. Jeszcze wtedy nie brali, ale wszyscy poszli z naszej ulicy: i siostra, i brat, a ja jedna – nie ma z kim bawić się. No smyknęła i uciekła z domu. Przyszła siostra i skarży się mamie: „Janka przyszła do szkoły, siedzi koło mnie”. Mama poszła do nauczyciela: „Ona jeszcze młoda, nie trzeba”. Tak on mówi: „Niech pochodzi. Zobaczymy, jak ona będzie”. Może jeszcze w pierwszej klasie brak było dzieci? Pobyłam jaki tydzień, chodziłam. A tak ochotnie wstawałam i poszłam! Mama poszła znowu do dyrektora, żeby nie puszczać mnie. A on: „Pani, ona ładnie pisze”. No i zostałam. Tam ta Grzybowska była i inne, wszystkie o rok starsze, a ja sama młodsza byłam. Ale wszystkie klasy przechodziłam do szóstej.
Janina Naumczyk
[Chotycz, Ukraińska SRR; Kazachstan, lata 30.–60.]Żyliśmy na Ukrainie skromnie, bardzo skromnie. Ojciec był bezrobotny przez jakiś czas i został zabrany do więzienia za to. Jak wrócił, to poszedł do kołchozu. Cała rodzina w żytomierskiej obłasti pracowała w kołchozie. Było ciężko, była kolektywizacja. Nie mogliśmy dostać dokumentów — ani paszportów, ani jakichś zaświadczeń, żeby gdziekolwiek szukać lepszego życia. Dopiero później, długo po wojnie, udało się nam wyjechać. Najpierw wyjechały moje siostry i trafiły do Kazachstanu, jeszcze w latach 50. Potem i reszta rodziny się zdecydowała i w 1963 roku dobrowolnie przyjechaliśmy tutaj, przyjechaliśmy na poprawę losu. Tutaj było dużo ziemi, na Ukrainie było biednie, i wydawało się, że tutaj będzie lepiej. Na Ukrainie 200 gram chleba było za dzień pracy. Nie mogliśmy tego wytrzymać.
Bronisława Nowakowska
dotyczy także: Codzienność powojenna,
[Baranowicze, lata 20. i 30.] Tatuś pracował w urzędzie pocztowym jako urzędnik na korespondencji zagranicznej. Mamusia najpierw pracowała w aptece, a potem tatuś nie chciał, żeby mama pracowała, więc wychowywała nas w domu. Mieliśmy bardzo dobrych, porządnych sąsiadów. Tutaj, gdzie mieszkam, teren był przeznaczony dla urzędników — była to kolonia urzędnicza. Na tej kolonii dawali place urzędnikom. Mój tatuś otrzymał ten plac, gdzie zaplanowana była taka ładna kamieniczka. Jak wybuchła wojna, tatuś poszedł bronić ojczyzny — myśmy zostali sami z mamą. Mama pracowała i nas wychowywała. Tatuś popadł do łagru w Kozielsku i to już był koniec.
Joanna Nowogońska
[Kurzeniec, 1937]Trzeba było podatki płacić takie duże, a ojca już nie było, w 1937 roku zmarł w Wilnie w szpitalu. W Wilnie gdzieś jest pochowany. Po dzisiejszy dzień nie byłam na mogile. Najstarszy brat, Kazimierz, jeździł na pogrzeb, a brat Józef to z nim był w szpitalu przez cały czas. My krowę sprzedali, przecież trzeba było zapłacić za operację, za utrzymanie, za wszystko.
Leokadia Ohrymienko
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
[Kurzeniec, początek lat 40.]W marcu skończyłam 18 lat, a w maju wyszłam za mąż. Chłopiec był z Kurzeńca. Jego rodzice skład apteczny mieli i on w Wilnie uczył się na farmaceutę. Z mężem żyliśmy u nas. Mama rozdzieliła nam ziemię. Po 4 hektary wszystkim dała i sobie 4 zostawiła. A temu bratu, który pracował najwięcej na ziemi, Jankowi, to dała 6 hektarów. A najstarszy — Piotr, który pracował w urzędzie, miał specjalne wykształcenie, to policzyli, że on ma dosyć i tak, to jemu ziemi tej się nie dostało wcale.
Leokadia Ohrymienko
[Leśniczówka „Kordon”, 1923–34]Leśniczówka to był duży budynek, prawie dwupiętrowy. Na drugim piętrze tylko pokój jeden był. Dla leśniczego tam 15 hektarów ziemi było, można było obrabiać, to obrabiał i służącą mama trzymała, i parobka trzymali, bo to kilka krów, i owce były, i świnie. Leśniczówka wyglądała ślicznie. Dom tak więcej pod lasem był, a tutaj do drogi to sad ojciec wysadził młodziutki. Pies był dla polowania na zające, pies był na ptaki. Ojciec i starsi bracia chodzili na polowanie. Leśniczowie czasami jeździli na wilka, na obławę. Pamiętam, mała jeszcze byłam, jak tych wilków zastrzelili, rozłożyli na ganku. Wyszłam z domu, patrzyłam na nie i bałam się, że mnie ugryzą. Zające, ptaki różne — wszystko było. Kiedy ojciec był leśniczym, to naturalnie, że żyło się lepiej niż później na gospodarce.
Leokadia Ohrymienko
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
[Stołowicze, lata 20.-30.]Jam się urodził w Stołowiczach w 1927 roku, w październiku miesiącu, 15 października. Ojciec pracował u Racickich, majątek mieli. Matka służyła w majątku pana - kucharką była, a ojciec pracował ekonomem. Pożenili się tutaj i ja się narodził. Ja urodził się w majątku, ale potem ojciec z panem się powadził i rzucił. I jak ziemi nadzielili, to u nas kuźnia tam była, co kowale pracowali - ojciec ją tam postawił - i tam my żyli, pracowali na ziemi. Już zaczęło się lepiej żyć, a tu wojna.
Dionizy Omieciński
Mój ojciec nazywał się Orest Sewerynowicz Rzestowicz, a matka Odelia Stefanowna Wacholska.Ja nazywam się Kazimierz Orestowicz. Urodziłem się w 1921 roku w mieście Zwienigorodka w województwie kijowskim, obecnym czernigowskim. Tam mieszkałem do czasu rozpoczęcia nauki w szkole ukraińskiej.Mój ojciec miał wyższe wykształcenie, był agronomem i pracował dla ministerstwa. W 1928 roku wyjechał z Kijowa. Kiedyś na Ukrainie istniały nie kołchozy, a przedsiębiorstwa, które miały własną ziemię i uprawy. W tych przedsiębiorstwach uprawiano buraki cukrowe, przetwarzano je, a cukier sprzedawano państwu. W 1928 roku ojciec został oskarżony o złe zarządzanie. Przejął się tym do tego stopnia, że dostał udaru. Umarł jeszcze w tym samym roku.Mama wyszła za mąż po raz drugi. Przenieśliśmy się do miasta Bieriezań w województwie odesskim. Tam poszedłem do rosyjskiej szkoły. Ukończyłem siedem klas, zdałem do ósmej. Poziom nauczania w rosyjskiej szkole był wyższy niż w ukraińskiej. Potem wyjechałem do Kijowa.Po wojnie próbowałem odnaleźć mamę i siostrę. Dowiedziałem się, że mieszkali w lesie, ponieważ mój ojczym był leśniczym. Okazało się, że wszyscy zginęli w czasie wojny i nie wiadomo, gdzie są pochowani. Tam, gdzie mieszkali, znajdowała się jakaś baza niemiecka, a nasi przyszli i wszystko zniszczyli.
Kazimierz Orestowicz - Rzestowicz
dotyczy także: Wojna sowiecko - niemiecka,
[Baranowicze, lata 20.–30]Urodziłem się w 1926 roku w Baranowiczach. Rodziców ani swoich bliskich nie znam. Wychowałem się w ochronce, gdzie było nas niedużo, około siedemdziesięcioro dzieci. Wiem tylko, że ojciec mój miał na imię Zygmunt, a matka Maria. Ja jestem Orliński, a czy to ojca nazwisko, dokładnie nie mogę powiedzieć. Wiem, że jestem Adam Orliński i to mi dosyć.
Adam Orliński
Uprawialiśmy len. Ten len dla siebie tylko się uprawiało, bo koszule i w ogóle wszystkie ubrania, które nosiliśmy, były zrobione samodzielnie. Mama zawsze przędła, umiała tkać. Ja też umiałem tkać z krosna, pomagałem mamie. Starałem się pracować. My wszyscy staraliśmy się pracować. Len po wybraniu trzeba ścielić na łące. On leży ze trzy tygodnie. Rosa działa na ten len. Potem międli się w suszarni i suszy się. Ręcznie się międliło takim drewnianym przyrządem. Potem ten len wytrzepywało się – była taka drewniana trzepaczka jak deska. I nawet te odchody, te włókna, zbierało się i potem przędło. Ale ten lepszy len zostawał. Potem znowuż czesało się na żelaznej szczotce – gwoździe takie nabite. Żeby zrobić cieniutkie nici, to trzeba było nawet czesać twardą szczotką ze świńskiej sierści. I czesało się tak, żeby było drobniutko. I tylko mama potrafiła prząść takie nici, żeby można było w maszynie do szycia szyć. Koszule, spodnie i nawet wierzchnie ubranie – i przędła, tkała i szyła. Był warsztat do tkania. I nawet wzory tkaliśmy, nawet kilimy robiliśmy. To wszystko dla siebie się robiło. Tylko jak nas aresztowali, to to wszystko skonfiskowali, wszystko to zabrali.
Wacław Pacyno
[Dubnicka, lata 30.]Moje dziadki są z Polski, przyjechali tu, a później tutaj ojciec i mama narodzili się, porośli, pożenili, i tutaj żyli. U mamy było jedenaścioro dzieci. Później cztery zmarło. Ojca zabrali w 1937 roku NKWD, a mama ostała się jedna i nas siedmioro. Żyli my aż w lesie, nie było wiosek, a tylko porozrzucane chaty. Później już stali te kołchozy, już mamę zapisują w kołchoz! A u mamy siedmioro dzieci — nie można było wtenczas w kołchoz iść, wsio małe! Tylko jedna była córka większa. To później przyszli, rozrzucili nam chatę. Zwalili kryszę i wsio! Byli u nas taka szopka, tylko dla drzewa, z dziurami, to mama zawiesiła takimi prościelkami i my tam żyli w tej szopce.
Kamila Parda
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Dubnicka, po 1937 roku]Później, jak ojca zabrali, a ostało się tyle dzieci i mama sama, to mój Boże, jak my głodowali. Mama pójdzie, krupiwki narwie, oparzy, wyciśnie i troszku szczawlu, bo szczawiel mocno kwaśny, i tak zgotuje. Ani krupinki, ani mąki, ani chleba! Tak oto my żyli. Nie daj Boże, jak my chorowali. Odzienia nie było, to mama siała len i później ten len pięli, rwali, rozścielali, a potem jego ciapali, ciapali, i przędli. I tkała mama sama, szyła nam spódnice płócienne. Jeszcze za mąż poszłam w płóciennej spódnicy, krasić jej nie było czym. A póki tata żył, cztery krowy byli i owce trzymali, i konia mieli. Było czym poorać, posiać, zabronować. Sieczkarka swoja była — konia zaprzęgną i sieczkę rżnęli: ciach, ciach, ciach.
Kamila Parda
Urodziłem się 1 marca 1932 w Dyneburgu, przy ulicy Głodniaś 19. W czasie wojny to spaliło się i teraz nie ma tam tych domów. Postawiono tam pomnik sowiecki. Ale kiedyś to tam mieszkali ludzie. Kiedy była rodzina i dom był stary, pracowałem na żelaznej kolei i mnie obiecali, że będzie mieszkanie. Ale nie wiedziałem gdzie. I wot, tak się zdarzyło, że otrzymałem mieszkanie na tej ulicy, na której urodziłem się. Ale dalej mieszkaliśmy przy ulicy Kazimierza Skręta 58. Teraz też nie ma tego domku. W czasie wojny to się wszystko zniszczyło, spaliło się i żadnych nie mamy ni dokumentów, ni zdjęć przedwojennych. Rodzice moi także byli Polakami. Ojciec – Julian. Ojca ojciec – Antoni. Ojciec rodzony 1878 roku. Wiecznej pamięci, pogrzebany jest na katolickim cmentarzu niedaleko kaplicy. Mamusia także była Polką, Helena Pawłowicz. Urodzona 1891 roku, ale miesiąc, datę – nie pamiętam. Także świętej pamięci, zmarła i pogrzebana jest razem z ojcem, niedaleko kaplicy na naszym katolickim cmentarzu. Oprócz tego był starszy brat Leon, urodzony 1911 roku, miesiąc i datę też nie pamiętam. Siostra Waleria, urodzona 24 grudnia 1919 roku i Wiktor, który urodzony 1913 roku. Polaków rozpoczęli brać do wojska sowieckiego, to było 1951 roku. I ja popadłem jak raz, mój rok popadł... Mnie zabrali do wojska 24 października, a 7 listopada Wiktor zmarł. Także jest pogrzebany na naszym katolickim cmentarzu. Kiedy jestem w centrum, to stawiam świece, modlę się. Dalej idzie Łucja, 1924 roku, miesiąc i dzień nie pamiętam – też zmarła. Pogrzebana jest także na naszym katolickim cmentarzu. No i ja ostatni – Alfons z 1932 roku. Ot, cała nasza rodzina.
Alfons Pawłowicz
[Zasimołka, lata 30.] W domu rozmawiałem z rodzicami po ukraińsku. Polskiego nauczyła mnie mama. Ona służyła u pana i chodziła do szkoły przed rewolucją. Dobrze znała łacinę. Mama umiała dobrze czytać i po polsku. Ojciec nie umiał. Liter polskich mama mnie nauczyła i czytałem po polsku, nie za dobrze, ale trochę rozumiałem.
Stanisław Piątkowski
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
Szesnaście lat miałam, jak wyszłam za mąż. Ja jeszcze młoda, ja była ładna. Mąż zabity w lesie. No, tak. Oj, jak ich Niemcy bili! Oj, jak oni krzyczeli, jak ich bili! A potem rozstrzelali za związki z partyzanami. Tak napisane było: "za swiaz z partyzanami". Brat był gajowym, a oni z bratem kolegowali, dobrze żyli, no, i ot...
Waleria Pietkun
Za Niemcami tatuś zaczął budować dom. Ogromny, szeroki dom, na wysokim fundamencie. Wszyscy mówili: szkoła. Bo w tamte czasy jeszcze u ludzi byli mniejsze domki. Było parę takich większych, no, ale takiego jak u nas, to już nie było u nikogo.
Maria Poczobut
[Łohiszyn, 1941–44]Niemcy spalili nasz dom i dom sąsiadów. Sąsiedzi okna powybijali i uciekli przez nie na ulicę. W trzecim domu na naszej ulicy mieszkał brat tatusia. Strzegli tego domu, żeby się nie spalił. Mamusia jeździła po ulicy i brała, kto co dał: ten bochenek chleba, ten łyżkę, ten miskę. Tak po troszku zbieraliśmy. Wtedy nie było nijakiego zarobku — utrzymywaliśmy się z pola. Po pożarze mieszkaliśmy razem z bratem taty i jego rodziną. Duża rodzina była i trzeba było zgotować wszystkim kolację. Jednocześnie gotowały mamusia i żona wujka, i jedna drugą odpychała. Ta chce postawić swój garnuszek, a mamusia swój. A później za jednym stołem trzynaście osób! Mamusia nigdy nie miała gdzie usiąść, pojeść.
Anna Pryputniewicz
[Sadowszczyzna, lata 30.]Za Polski ojciec pracował na ziemi i mamusia, wszystkie pracowali, trzymali krowy — żyli z tego. No nie bardzo było rozkosznie, ciężko było żyć. Wielkie podatki byli. Mieliśmy cztery krowy, ja mała je pasłam, do szkoły mało chodziła.
Bernardyna Rodziewiczówna
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
[Sadowszczyzna, lata 30.]W naszym zaścianku było pięć domów, pięć rodzin. My swoją gospodarkę mieli. Ojciec trzymał konie, cztery krowy. Dzieci je paśli, pracowali, robili na gospodarstwie. Dobrze było, wesoło, lepiej niż teraz. Zbierali się często razem i jakoś tak było gorzej żyć, ale śmielej. I na tańce chodziliśmy, to do jednej wioski na zabawę, to do drugiej. Tak się u nas ludzie bawili.
Bernardyna Rodziewiczówna
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
[Sadowszczyzna, lata 30.]My w szkole po polsku uczyli się, ale w domu to nasz narodny język był bielaruski: pajdziom, paszli — tak my mówili. Wszystkie u nas w zaścianku Polaki byli. W Szeremieżu i prawosławnych było dużo, ale w naszym zaścianku to Polacy, katoliki.
Bernardyna Rodziewiczówna
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
Życie materialne w kraju było wszędzie takie samo. W kołchozach ludzie nic nie zarabiali. Kiedy zaczęła się kolektywizacja, ojcu zaproponowano przyłączenie się do kołchozu. Odmówił i kazano nam odjechać. Ojciec dostał jakieś pieniądze za dom, to był 1929 lub 1930 rok. Przyjechaliśmy do Bijska i już tu zostaliśmy.Poruszaliśmy się wszędzie konno, wtedy nie było tu samochodów. Zorganizowano związek zawodowy woźniców-koniarzy, wszyscy bracia tam pracowali.Chodziłem do szkoły w Bijsku do 1943 roku. Nie chciano przyjąć mnie do pionierów, nie wiem dlaczego. Do Komsomołu wstąpiłem w wojsku, a do partii się nie udało.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
Ojca nie wzięto do wojska ze względu na wiek, a i tu potrzebowano rąk do pracy. Dzieciństwo miałem trudne, przedwojenne, a potem wybuchła wojna. Pomagałem ojcu sadzić ziemniaki. W 1943 roku ojciec kupił konia, bo Stalin pozwolił trzymać bydło. Jeździliśmy na koniu kosić trawę, oraliśmy ziemię. Oprócz tego jeździliśmy płukać złoto - niewiele tego było, ale zawsze jakiś zarobek. Było też dużo ryb. Potem zbudowali elektrownię wodną w Nowosibirsku i zamknęli wszystko.W czasie wojny było ciężko, wszystko dostawało się na kartki. Ojciec sprzedał krowę i rowery - bał się, że je zarekwirują. Było ciężko, ale przeżyliśmy.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Wojna sowiecko - niemiecka,
W tysiąc osiemset którymś tam roku zaczęły się migracje ludności z obwodu tomskiego w to miejsce. Rząd carski decydował o przesiedleniach. Tam, na Zachodzie, zabrakło ziemi, więc kazano przesiedlić wszystkich tutaj. W obwodzie tomskim mieszkało wielu Polaków. Mój dziadek pochodził z okolic Wilna czy Grodna, dokładnie nie wiem. Przywiózł z Tomska tutaj, na Ałtaj, swoją rodzinę. Babcia już nie żyła, dziadek przyjechał z piątką dzieci. Cała piątka się tu wychowała, założyli rodziny. Wraz z dziadkiem i dziećmi przyjechał tu ksiądz, by pomóc im się urządzić. Później przyjeżdżał co jakiś czas.Mnie ochrzczono w 1928 roku. Nie było kościoła, ale zebrano nas, dzieci, i ochrzczono. Ksiądz przyjechał, ochrzcił nas, pomieszkał kilka dni i odjechał. W 1934 lub 1935 roku pojechałem z ojcem na grób dziadka, znajdowała się tam niewielka kapliczka. Za życia ojciec pilnował tego, by obchodzić święta katolickie, później zajęła się tym siostra. Po 1937 roku religia była zwalczana, żadnej nie uznawano, nawet Tatarom zamknięto meczet. Tylko jedna cerkiew została, przed wojną była zamknięta, ale na czas wojny ją otworzono. Stały dwie cerkwie - z jednej po wojnie zrobiono przedszkole, a drugą zburzono.Moi rodzice rozmawiali bezbłędnie i po polsku, i po rosyjsku. Ja po polsku potrafię powiedzieć "Matka Boska" i "psiakrew" - więcej nic.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Tożsamość narodowa, Polska mniejszość poza granicami II RP,
W 1937 roku zaczęły się aresztowania. Powodem nie była narodowość, po prostu trzeba było zaaresztować jakiś procent ludności. Mój starszy brat, Antoni, został aresztowany w sierpniu. Później ogłoszono go "wrogiem narodu" i rozstrzelano, podczas gdy on nawet nie umiał się podpisać. Po miesiącu przyjechali i zabrali całą jego rodzinę, wsadzili ich do małego pokoiku wraz z innymi represjonowanymi. Ojciec pojechał po nich i przywiózł ich tutaj. Miesiąc później w ich domu zamieszkał komendant milicji - widać potrzebne mu było mieszkanie.Panowała prawdziwa samowola. Drugiego brata, Flora, i szwagra, Aleksandra, zabrali z pracy. Piłowali drewno, byli stolarzami. Po pewnym czasie napisali do nas z obozów maryninskich. Dowiedzieli się, za co ich zabrano - okazało się, że dostali po pięć lat za bezrobocie. Napisali do Kalinina i prosili nas o przysłanie im zaświadczeń z pracy. Przesiedzieli tam rok i jedenaście miesięcy. Mama umarła, gdy miałem dziesięć lat; po tym, jak rozstrzelano starszego brata i przyszła odpowiedź od Kalinina, że rozpatrują sprawę Flora. Zabrano też mojego wuja. Jego starszy syn wrócił z pracy i dowiedział się, że ojca zabrała milicja. Poszedł go szukać i już nie wrócił - przepadł bez wieści.Mój kolejny brat, Piotr, gdy zaczęły się represje w 1937 roku, zabrał całą swoją rodzinę, załadował swój dobytek na konia i odjechał stąd. Wyjechał do pracy w kopalni węgla kamiennego w obwodzie kemerowskim. Wrócił tu w 1939 roku, gdy wszystko się uspokoiło i przestali mordować ludzi.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Podzameczek k. Buczacza, lata 20.]Młodsza ode mnie o dwa i pół roku siostra Janina, mając może cztery latka, spała na takim piecu nad paleniskiem, gdzie się gotowało. Schodząc stamtąd przewróciła na siebie wrzątek, poparzyła się tak, że całe ciało było tylko jednym wielkim pęcherzem. Droga daleka, zima, straszna zawierucha... Dom był tak zasypany śniegiem, że nieraz nawet od komina zjeżdżaliśmy na swoich improwizowanych saneczkach. Z daleka nawet nie można było zauważyć, że tam jest jakaś osada. A więc nigdzie się nie dało ruszyć. Na podwórzu trzeba było kopać tunele do studni, do stodoły, do stajni, ażeby bydełko obsłużyć i zarazem potrzeby swoje zaspokoić. I w tych warunkach nie było pomocy lekarskiej, jak mogli, tak leczyli – i siostra zmarła.
Ludwik Rutyna
Miałam półtora roku, kiedy ojciec zmarł. A wtedy my żyliśmy i z ojca bratem, ze stryjkiem. On był nieżonaty i żył z nami razem. I mama wtedy wyszła za mąż za stryjka. No, za męża brata. On nas bardzo żałował i bał się, że wyjdzie mama za kogo cudzego. A wtedy nie będzie żałował dzieci. A jak brat, stryjek, to on nas bardzo żałował.On wyjechał do Francyji dlatego, że trzeba było... Chciał zarobić. Kiedy wrócił z Francji, to on był bardzo bogaty. Miał skórzane płaszcze, i krótkie, i długie. I przywiózł rower - u niego dzieci nie było - dla mojego brata. I rower, i fotoaparat, no, i mahnietofon, muzyka. U nas zbierali się i tańcowali. Z wioski przybiegali - tak było wesoło. Tak bardzo dobrze pamiętam, bo u mnie siostra starsza, która w Polsce, na sześć lat. Już tam chłopczyki przychodzili do niej. I dlatego oni tańcowali na ulicy. A ja tam jeszcze dzieckiem byłam i biegałam tylko.
Genowefa Samsonowicz
No, u nas, to cały ogród był zasadzony. Dużo sadu było, drzewek dużo było, i nasz dom jakby wyglądał na górze. A jeszcze większa górka była - tam lasek był, i sosny, i brzozy. No, tak było pachło, tak u nas śpiewali zawsze słowiki. I tak u nas było wesoło. I u nas czeromcha była, kwitła. I u nas była sadzawka, taka wykopana, głęboka. I ludzie to kopali. Że można się było utopić. Dlatego kopali, że kiedy dom budowali, trzeba było dużo cegły. I zaraz, tutaj górka, i tam u nas glina była. I u nas był zrobiony zawód, by cegły robić te. Ludzie byli najęte i robili. A wtedy ich palili, pamiętam, i składali. Ja pamiętam, składali. Tam jeden człowiek, Moskal taki brodaty, był. On palił, palił tę cegłę. Toż surówka zowie się, jak tylko zrobione. A kiedy palone, to już cegły dobre. Bo nam trzeba było dużo piecy zmurować w tym domie, to dlatego my sami to robili. No, to bardzo nam się podobało. Biegaliśmy po tych jamach i skakali. No, i za tą, wot, górką, gdzie lasek, ta wioska była - Owsianka. My ją nie widzieli. A ta górka nasza była. Do nas przyjeżdżali Strzelczyki i na tej górze zawsze palili ognisko - ja nie pamiętam dobrze, jaki to dzień. Może świętego Jana. Oni prosili u nas pozwolenia. To przyjeżdżała i milicja. I tam tak u nas było wesoło. I tam góra była taka, taka wysoka. I z tej góry chłopcy się umądrzali, by rowerem jechać. No, my tak już napatrzymy się, naśmiejemy się. No, tam przy ognisku śmiali się i palili, i kartofle piekli. No, było bardzo wesoło. Akurat ich moja siostra podchodziła. I te chłopcy takie, które się zbierali. Wszystkie razem się bawili.A las był u nas, na swojej ziemi był. Blisko las i rzeka była. Też przegroda - miorski powiat, a na drugiej stronie rzeki, to nasza była ziemia - brasławski. I w tej rzece było dużo ryby. Ot, pamiętam dobrze, kiedy mama chodziła łapać tą rybę. Tam było bardzo dobrze. Ona miała jakiś czerpak zrobiony z siatki i na palce. I ona na brzegu stoi, i czerpie tą rybę. A ryba płynęła po rzece. I ja pamiętam tą rybę. Mama przyniesie, ledwie przyniesie taki worek ryby, i takie u nas wanna była, wysypie - tylko ona żywa była, ta ryba. I kiedy była wielka ryba, my palili piec, wszystko, węgli i popiół wynosili, i zrobiona była taka z sosny miotła, i mokrą mama wymiatała, i kładła tam słomę - słoma nie taka trzęsiona, ale robione snopy -  nakładała i piekli rybę. No, tak było wkusno. Napiecze cały piec.
Genowefa Samsonowicz
[przyjazd z Warszawy do Krzemieńca, 1921 rok]I tak jak swego czasu Czacki ściągał siły nauczycielskie spośród znanych ludzi, tak samo moja matka dostała zaproszenie na nauczycielkę tutaj, w Krzemieńcu. Dla nas to było wyzwolenie. Jak tutaj są zielono-białe góry, bo białe są skały tutejsze, wapienne, tak tam w Humaniu też były góry zielone, a oprócz tego były granity różowe. Poczuliśmy się po prostu od razu jak u siebie. Za 5 minut już się jest w górach, za 15 minut już na Górze Bony. Wszędzie można chodzić. W Warszawie, we Lwowie nie można chodzić po klombach, ani kwiatków zrywać, ani nic. Myśmy w Warszawie czuli się dobrze tylko na Siekierkach: tam była sobie taka łączka nędzna i tam można było sobie wszędzie chodzić. Mój brat miał 12 lat, a ja 9. Od razu pierwszego dnia pobytu w Krzemieńcu byliśmy na szczycie ruin. Wszędzie były cudowne warunki dla młodzieży.
Irena Sandecka
[Drohobycz, II RP, lata 30.] Co sobotę chodziło się do kina, zależy gdzie jaki film był. Tu „Sztuka” była, a tam była „Wanda”. Kosztowało 50 groszy. Jak był film nie bardzo dozwolony dla młodzieży, szło się do kina i bało się, czy gdzieś nie ma jakiegoś nauczyciela, niech Pan Bóg broni. Mogły być bardzo wielkie nieprzyjemności. Nam nie pozwalano wieczorem spacerować po corso. Corso to była ulica Mickiewicza. Wychodziło się tutaj na spacer, naturalnie dziewczynki z prywatnych gimnazjów także spotykało się. Byli tacy profesorowie, którzy specjalnie chodzili. Kiedy powiedzmy prof. Krawczyszyn, to był matematyk taki, zjawiał się, to już tam dawano znać: — Chowajcie się do bram, bo Krawczyszyn idzie! A jeszcze gorzej jak dyrektor, Tadeusz Kaniowski, bo on czasem sam chodził. Głównie ci dwaj chodzili. Dyrektor-Polak i Krawczyszyn-Ukrainiec. Dyrektor był bardzo srogi. Miał taki szczekający, wysoki głos, a był maleńkiego wzrostu — „Pikuś”. On nie uczył. Nauczyciel geografii to był Żyd — „Magellan”. Prawie wszystkich przezywano. Tylko Schulza nikt nie przezwał, nigdy. Żadne przezwisko do niego nie przystało. Był bardzo lubiany. Schulz był człowiekiem przede wszystkim niesłychanie skromnym. Należał do ludzi, których się nie widziało i nie słyszało. Zawsze w tym schludnym, szarym garniturze gdzieś tak po korytarzu szedł. Nigdy głośno nie rozmawiał. Był nadzwyczajnie sprawiedliwy. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie każdy uczeń obdarzony jest talentem do rysowania, ale nigdy nie wyrządził nikomu żadnej krzywdy. Co do robót ręcznych, to już prędzej, bo tam wszyscy powinni byli jednakowo umieć, ale on był bardzo sprawiedliwym człowiekiem i bardzo dobrym człowiekiem. Nigdy nie unosił głosu. Wiadomy jest jeden jedyny przypadek, który opisuje Chciuk w „Atlantydzie”. Jednego razu podczas lekcji jakiś uczeń coś nabroił i wyprowadził Schulza z równowagi. To było bardzo ciężko. I Schulz dziennikiem klasowym uderzył tego ucznia w plecy. Strasznie go uderzył. To już to była sensacja na całe gimnazjum.
Alfred Schreyer
[Drohobycz, II RP, lata 30.] Na święta państwowe zawsze zbieraliśmy się w sali gimnastycznej. I z początku ja tylko śpiewałem w chórze, a w starszych klasach to już dyrygowałem. Chór śpiewał tylko hymn „Jeszcze Polska…”. A podczas świąt narodowych to w przeddzień był tak zwany capstrzyk. To szliśmy na Truskawiecką do koszarów. Tam wydawali nam karabiny i mieliśmy takie półwojskowe mundury z pasem, ale czapka gimnazjalna. I był taki marsz z pochodniami w przeddzień święta 3 maja i 11 listopada, który zaczynał się w rynku przez ulicę Mickiewicza dookoła. Pierwszy raz zatrzymywaliśmy się od razu koło kościoła. Tam był pomnik nieznanego żołnierza, grób nieznanego żołnierza. To był faktycznie pomnik ku czci zwycięstwa pod Grunwaldem. Taki stożek z kamieni zrobiony i tablica. Potem pan towarzysz z obkomu powiedział, żeby to zabrać, bo to polskie. — Z kim ty walczyłeś podczas wojny? Przecież to Krzyżacy byli! Przecież to byli Niemcy! A tam, z kim tam było mówić… To tam szło się z orkiestrą, naturalnie orkiestra wojskowa. W Drohobyczu stacjonował 3 batalion 1 pułku podhalańskiego, a 1 i 2 batalion był w Samborze. A potem przysposobienie wojskowe. No i tak: — W lewo zwrot! Prezentuj broń! I ten hejnał na trąbce, i potem dalej. To było bardzo uroczyste wszystko. Potem koło starostwa to samo. Starosta wychodził na balkon, tam znowu był ten hejnał i już. To było w przeddzień, a w dzień świąt wszyscy uczniowie gimnazjum chodzili do swojej świątyni. 3 maja i 11 listopada. Więc chodziliśmy my do tej wielkiej synagogi, do centralnej, Polacy do kościoła i Ukraińcy do cerkwi. Przy tym zawsze nabożeństwo odbywało się, ja pamiętam, w języku hebrajskim. To pamiętam, że zawsze w tej modlitwie proszono o zdrowie prezydenta Polski. W tej modlitwie były takie słowa. I przychodzili przedstawiciele władz do synagogi. Siadali w pierwszym rzędzie. Nawet był taki starszy sierżant, on zawsze przychodził do synagogi z szablą. Tego nie wolno. Kto to chodzi z szablą do synagogi?
Alfred Schreyer
[Pińsk, lata 30.]Obchodziło się post. W domu pościliśmy trzy dni w tygodniu: środa, piątek i sobota. Środa i sobota, to się jadło z mlekiem, a już w piątek to nawet mleka nie było. I tak cały czas, jak byłam w domu u rodziców. W wielką sobotę jeszcze się sprzątało i nikt nic do ust nie brał, dopóki nie poszło się do kościoła, do Grobu. Jak przyszliśmy z kościoła, wtenczas mogliśmy zjeść, ale też postnie. Świątecznego nic nie można było. Świąteczne się dostawało rano, po rezurekcji. Jak się przychodziło, to już stół nakryty i można było jeść, co kto chciał. Bardzo uroczyście w domu było.Proszę sobie wyobrazić, że mamusia wypiekała dwa pudy mąki, a dwa pudy to 32 kilo mąki. Piekła babki, różne mazurki: i cytrynowy, i migdałowy, i orzechowy. I piekła specjalnie babki dla biednych ludzi. Chodzili w ten czas biedne ludzie, to specjalnie piekła, że jak przyjdą, żeby było co dać. A już z mięsa musiała być szynka cała. Nie tak jak teraz kilo, dwa, ale cała szynka i cała cielęcina. I świątkowało się cały tydzień.
Albina Smołko
Mama nie pracowała, była sierotą. Ich ojciec w 1914 roku poszedł na austriacką wojnę i nie wrócił, a ich było siedmioro rodzeństwa. Mama skończyła tylko cztery klasy i to uczyły ją siostry zakonne: pisania, rachunków... Ale umiała czytać, pisać i rachować, sama sobie dawała radę. Jak była już troszkę starszą dziewczyną, to wzięli ją usługiwać. Między innymi usługiwała w żydowskiej rodzinie - był u nas taki Żyd Margoszec. Miał swoją garbarnię. Zrobili mojej matce śliczne wesele. Ona jeździła z nimi wszędzie: do Przemyśla, w góry do Jaremcze i wszędzie. wydzielili jej taki domek i myśmy mieszkali w nim do 1939 roku.
Zofia Stecka
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
Były tańce, ale odbywały się po domach. Szliśmy do czyjegoś domu i były tańce, potem na drugiej ulicy, potem na trzeciej... Potańczysz trochę tu, a potem tam, potem jeszcze gdzie indziej. Pewnie, że tańce były. Był także klub, ale do klubu mało kto chodził, bo płaciło się tam za wstęp, a w domach nie trzeba było płacić.
Aleksandra Stiepanowicz
W dzieciństwie bosa chodziłam, a nogi się pokłują, cierpną... Tych nóg się nie myło, to krew z nich ciekła, nie można było ich wyleczyć. Mama mówi do mnie: - Umyj je, to kupię ci bułeczkę. A bułeczki Żydzi sprzedawali. - Nie chcę żadnej bułeczki, bo jak myję, to boli. Chodziliśmy nieubrani - jak była jedna koszula, to nie było wierzchniej, a jak była wierzchnia, to nie było spodniej. O, tak było.
Aleksandra Stiepanowicz
[Maciukowo, lata 50.]Wesele trwało prawie trzy dni. Pierwszego dnia był panieński wieczór. Następnego dnia pojechali do kościoła. U nas byli goście, bawili się. Rodzina była ważna. Ojciec grał na skrzypcach, stryjek na cymbałach. Wesoło bardzo było. Później, jak wyzwoliciele przyszli, przychodziły dziewczyny do nas na wieczór, na sioło. I wraz chłopcy przychodzili. To ojciec brał skrzypki, co na szafie leżały, drugi cymbały na stół i zaczynali grać, tańczyć. Wesoła była młodość.
Teresa Struj
[Pysarewka, lata 30.] Żyłam niedaleko Żytomierza. Mama była Polką, a tata Ukraińcem. Nas dzieci było siedmioro i mama wszystkich nazwała polskimi imionami: Dominik, Wojciech, Kazik, ja - Aniela, Teofila, Filusia i Roman. 12 kilometrów chodziliśmy do szkoły, a do kościoła, żeby być na rano, na mszę wychodziliśmy wieczorem poprzedniego dnia. Moi rodzice żyli w niemieckiej koloni. Tata chodził na pracę do Niemca. Niemcy byli bardzo dobrzy. Tata tam pracował i tam tak było, ze jak dobrze pracujesz, to tobie i chleba, i piwa, i krupy, i wszystko dali.
Aniela Sysolatina
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
Tatuś, wróciwszy z Ameryki, kupił mały majątek. Póki tam ustroiliśmy się, żyliśmy przy dziadkach. Dom mieli duży, jak folwark, i tam była polska szkoła. Gdy mamusia umarła, zostaliśmy się z ojcem. On ponownie się ożenił. Macocha była bardzo dobra, porządna kobieta, też z polskiej rodziny, z rodziny powstańców. Do pierwszej klasy chodziłam do szkoły w domu dziadków. Potem poszłam do szkoły litewskiej. Wówczas po obiedzie przychodziła do nas polska nauczycielka. Trochę pisać nauczyliśmy się, trochę historii...
Janina Szumiłło
[lata 30.]Do wojny nic nie było zabrane i każdy miał swoją ziemię, więc pracowali i wszystko starali się zrobić, żeby jak trzeba było zasadzone, zasiane, zebrane... I matula była dobra gospodyni. Bo nigdy nic nie było zepsute... Prosiaka zakroją przed Bożym Narodzeniem, potem jeszcze kiedyś na wiosnę, to i coś rozhodowała, coś wędziło się i tam gdzieś na strychu wiesiło się wędzone, żeby dłuższy czas było w lecie. No i my mieli baraninę, mleko zawsze było i krowy dwie...
Franciszka Szustrowa
Ojciec we Lwowie pracował, naprzód w Instytucie jako instruktor od obróbki szkła. Później był tutaj jeden Niemiec, który miał sklep, sprowadzał wszystko z Niemiec i tutaj tylko sprzedawał. Uważał ojca za konkurenta. Dyrektor Izby Przemysłowo-Handlowej, gdzie ojciec pracował, polecił więc, żeby ojciec otworzył swoją pracownię, wtedy będzie miał równe prawa z tym panem. I tamten tylko handlował, a ojciec uczył młodych ludzi. Kiedy otworzył te kursy, wziął z lwowskich sierocińców chłopców, potem dziewczęta i nauczył ich dmuchania i obróbki szkła.
Wacław Szymański
Cały czas podtrzymywaliśmy związek z Warszawą. Jak tylko można było jechać, to żeśmy jeździli na wakacje… Moja żona była Polką, córką gospodarczego kierownika konserwatorium. Tam mieszkała i potem się uczyła w konserwatorium. Matka jej umarła, potem ojciec. Skończyła studia i kazali jej zwolnić mieszkanie. Przyjechała tutaj, do znajomych, którzy mieli ten dom i razem z nimi mieszkała. Właściciel domu umarł wcześniej, a ona przyjechała tutaj, żeby jego żona nie była sama. W 1955 roku, jak myśmy się pobierali, ta pani jeszcze żyła. Na weselu była. A potem umarła i przepisała ten dom na moją żonę. Z żoną znaliśmy się pięć lat, później się pobraliśmy. Było bez wesela, bez kościelnego ślubu, bo wtedy nie wolno było. Ja pracowałem jako kierownik laboratorium, ona jako kierownik oddziału, no i nie wolno było brać kościelnego ślubu, wzięliśmy cywilny. A potem, po wybuchu Ukrainy, wzięliśmy ślub w kościele.
Wacław Szymański
Urodziłam się w 1933 rok. Tatuś był Polak, mamusia też. Nas było osiem dzieci. Tatusia zabrali na wojnę. No, tatuś na wojnie zginął w 1944 roku. I my zostali się sami. A mnie było 12 lat. Mama była z dziećmi, harowała i wsio. A i z Niemcami po polsku porozmawiała, i była dobra. Nas nikt nie dusił. A Sowiety nas nie brali, bo my byli żebrakami. Tylko z kołchozu ganiali. Wsio zabrali i nie dawali przejść, bo my do kościoła chadzili, święta świętkowali. Tak było, tak ganiali.
Teresa Szymko
[Dykuńka, obw. Żytomierski, lata 20.]Na Ukrainie też było ciężko. Brat był mały, miał wszystkiego 15 lat. Był przodownikiem pracy, dużo, dobrze pracował. Do Kazachstanu nas przywieźli jako dzieci. Byliśmy trochę bogatsi, mieliśmy swojego konia, pług, sialiśmy, mama nas przyuczała, pomagała wszystko robić. Brat, biedny, ani jednej klasy nie skończył. Mama bardzo ciężko pracowała, bo ojciec był niedobry dla niej, jeszcze z dzieciństwa pamiętam, jak ją obrażał. I bratu przyszło pracować. Ojciec dużo chorował, to miał chory żołądek, to coś innego. Pił, i pracować - nie pracował. Biedny brat musiał wcześnie pomagać mamie, i orać, i kosić. Mama mówi: - Idzie za pługiem, orze, a głowy mu zza pługa nie widać. A ja, mówi mama, łzami się oblewam - kosi mój maleńki synek. Miał piętnaście lat, kosić trzeba było, a on kosy nie mógł podnieść. Pyta się mamy: - Mamo, czy ja dobrze koszę? Mama mówi, ze dobrze. On ani jednej klasy nie skończył, mądry była sam z siebie, żadnej szkoły nie kończył.
Leokadia Taszewska - Jentunina
Brat ojca miał dwoje dzieci - siedmioletnią córkę Bronisławę i trzyletniego chłopca. Kiedy zmarła jego żona nie chciał się po raz drugi żenić. Ustalił tylko z moim ojcem, że skoro ten ma żonę, a dzieci potrzebują opieki kobiety, to moja mama będzie też doglądała jego dzieci. Niestety jego syn, a mój stryjeczny brat był chorowity i zmarł. Została tylko córka. I tak wychowywaliśmy się razem.Mieliśmy linijkę i konia wyjazdowego, którym jeździliśmy do kościoła lub gdzie indziej. Jednej niedzieli do kościoła jechał ojciec, drugiej wiózł nas stryjek. Byliśmy dość religijni.Stryj z ojcem podzielili między siebie ziemię, ale żyli i pracowali jakby gospodarzyli na jednym. Jednak gdy przyszli Sowieci, to przestraszyli się, że mogą zostać wywiezieni - tzn. oni i cała rodzina - na Syberię. Postanowili więc rozdzielić ziemię, by nie było jednego dużego gospodarstwa. I tak u stryja zostało piętnaście hektarów, i u ojca piętnaście.
Bolesław Turonek
[Nowa Mysz koło Baranowicz, Polska, lata 30. XX w.] Chodziłam do szkoły, byłam prymuską... uczyła mnie pani Lesicka, pani Lesicka. Ja bardzo dużo czytałam w szkole. Od małych lat, jeszcze do szkoły nie chodziłam, już czytać umiałam i bardzo lubiłam te "Płomyczki" i tak dalej. Potem już poważne, już Kraszewskiego czytałam, jak chodziłam gdzieś do czwartej klasy, i rozumiałam to, co czytam.
Łucja Turowicz
[Jabłonne, lata 20.] Przed zesłaniem dobrze my żyli. U nas wszystko było: cztery krowy, dwie pary koni. I kuźnia była, co ojciec sam konie kukułali. Bohato my żyli. Dom drewniany - sam ojciec budował. U ojca było mniejsze mieszkanie, to ziemi dokupili i tam nowe mieszkanie pobudował. Jabłonne było i potem zrazu wioska niemiecka, Kowodir nazywała się. A Niemcy toże na wszystko specjalisty takie byli, wszystko umieli, pomagali.
Janina Wengłowska
[Jabłonne, lata 20.] Nas rozkurkurlili, rozgrabili wsio komunisty. Pozabierali wszystko, matkę i ojca zabrali w tiurmu. Ojciec siedział tam w Żytomierzu więcej jak rok pewnie, ja nie pamiętam. A mnie 3 lata było wtedy, i była siostra starsza ode mnie z 1920 roku, i brat z 1918 roku. Nas troje ostało się. Mali jeszcze byli wtedy. I matkę, i ojca zabrali w tiurmu, potem matkę puścili, bo ojciec powiedział, żeby odpuścili, bo dzieci mali. A my żyli w Jabłonnym, Czerwomiejsko rejon, żytomierska obłaść, 20 km za asfaltem, my żyli tam. Wioska Jabłonne była. Matkę odpuścili. Nas posłali ludzie: - Idźcie, uprosicie choć jedną krowę dla dzieci. To jedną oddali, a te cztery zabrali w kołchoz. Potem odpuścili w 1931 czy 1932 roku ojca z tiurmy. W 1935 wysyłają nas wszystkich aż na Donbas. Doniecka obłaść była kiedyś tam, jak nas przywieźli. A mnie 7 lat było już wtedy. Tam ja do szkoły chodziła i siostra chodziła, i brat chodził do szkoły. To ja już polskiego nie uczyła się. Zabronili w szkołach prepodawać po polsku. Siostra dwie klasy zakończyła po polsku, a brat pięć po polsku, jak nas wysyłali na Donbas.
Janina Wengłowska
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Bucewicze, lata 30.]Tamtego życia nie chce się wspominać. Przed 1939 rokiem, chociaż to była Polska, a ja nic przeciw polszczyźnie nie mam, sam jestem Polakiem, ale życie, nie daj Boże, jakie było ciężkie. Wielkie byli podatki, opłata za ziemię, a swoboda była dana Żydom i państwu, które byli bogaci. U nas ziemia była przy krzakach, przy lesie, a już siły nie było, ojciec jeden. A ziemię jak zapuścisz, wtedy urodzaj nijaki, a musisz opłacić. Nie starczało chleba czarnego. A pracować musieli, od ciemno do ciemno. Swobody nie było, człowiek był uciśniony, na przykład w takich Komajach, to wioseczka maleńka, było pięć policjantów. Z pudełeczka zapałek ludzie każdą rozkrajali na połowę, żeby dwa razy zapalić. Zauważył to policjant, wsio — aresztowani. Cóż, na takiej wioseczce to tyle policjantów, pokazuchę trzeba zrobić, że pracują. W magazynach wszyscy byli Żydzi. Co rolnik ma, jajka, masło — to sprzeda to im — za bezcen. Kto więcej kupi? Oni żyli w takim dostatku. A musisz kupić i nafty, bo światła nijakiego nie było, i sól, i drugie takie. Oj, zaciśnięty był w tamte czasy naród.
Eugeniusz Wierzbicki
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem, Żydzi i Zagłada,
[Kupieczów, początek lat 40.]Było jakoś święto, czy rosyjskie, czy jakie to — jaż mała, tylko wiem, troszeczkę pamiętam. Te Ruskie, te partyzanty, wyszli, zaczęli strzelać, a gdzieś leciał niemiecki samolot. I on zobaczył, że tam jest partyzany. On tak przeleciał nad tym Kupieczowem, poleciał do Kowla gdzieś tam i przylatuje już sześć czy siedem, i zaczęli bombardować. Zbombardowali cały Kupieczow z ziemią. Ja tylko pamiętam, że my poszli w gości do jakiejś tam sąsiadki i wali się wszystko szkło, okna się… Mama wzięła tak mnie pod siebie i tak wyłaziła z tego mieszkania. Wyleźli z tego mieszkania i tam od razu stojali te rosyjskie czy sowieckie partyzanty. Tam był schron i nas w schron wszystkich chowali. Bo oni latali, wiedzieli, że tam jest partyzany.
Halina Zubowicz
dotyczy także: Partyzanci sowieccy,