Tożsamość narodowa
Dziewięć domów było w Brukaniszkach, a za laskiem były pierwsze Brukaniszki i tam tylko cztery domy byli. Tam bogaci żyli, więcej ziemi mieli. Mojej koleżanki rodzice pszczoły tam trzymali. W jednym domu mieszkali Rosjanie, starowiery. Poza tą jedną rodziną wszystkie byli swoje ludzie. Dwie Litwinki były we wsi. Żona mojego stryja mówiła, że ona Litwinka, ale po litewsku nigdy nie rozmawiała. Drugiego stryja żona też była Litwinką. Nasi mężczyźni rozmawiali między sobą po białorusku – to taki prosty język polski, wszystkie tak rozmawiali. Nie nauczyłam się nigdy mówić po litewsku, bo nie było mi to potrzebne. To co w pracy było potrzebne, to wszystko wiedziałam. Języka rosyjskiego nauczyłam się prędko. Jak tylko Sowiety przyszli, nauczyciel organizował kursy. My z bratem wzięliśmy gazetę i tylko jedno słowo na całą gazetę przeczytaliśmy: „mama”. A później, jak alfabet poznałam, to już bardzo fajnie. Lekki jest język rosyjski.
Leoncja Andrukianiec
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Kresy przed 1939 rokiem, Stosunki polsko-litewskie,
Były trzy polskie szkoły, uczyły się w nich dzieci tych, którzy nie wyjechali. Prasa była, na przykład z Wilna "Czerwony Sztandar". Kiedy byłam w Leningradzie na przeddyplomowej praktyce - to był 1956 rok - bardzo sympatycznie się odnosili. W stołówce jadłam, jakiś Rosjanin mówi: - Panienko, proszę się nie wstydzić, proszę brać chleb, my zapłacimy. No, ja mówię: - Dziękuję, ja nie jem. Ja przyzwyczajona jestem jeść zupę bez chleba. - A skąd pani jest, bo pani ma taki akcent, pani na pewno jest z krajów nadbałtyckich. Mówię: - Nie, ja jestem Polką, Polką ze Lwowa. O, tego nigdy się nie wyrzekłam, nigdy się nie wstydziłam i zawsze podkreślałam swoją polskość. Dobrze się odnosili. Potem pół roku pracowałam w Rydze, była wymiana biur projektów ze Lwowa. Do Rosjan tam bardzo źle się odnosili, to wiadomo. A mnie powiedzieli, jak widzieli, że Polka: - Jak pani chce coś dobrego kupić w sklepie, proszę mówić po polsku. Bo oni chowali, chowali przed Rosjanami produkty.
Krystyna Angielska
[Ryga, 2008 rok]Ja jestem taki, że u mnie Polska cały czas w głowie, cały czas o Bogu i o Polsce. Jak śpię, śni mi się mapa Polski, kolorowa taka, z górami w środku Polski. No i to wszystko polskie, wszystko. Tak że ja za Polską jestem… I tak nas wychowywali.
Stanisław Bejnarowicz
Były cztery szkoły, ale potem zostały tylko trzy: trzydziesta, dwudziesta czwarta i dziesiąta.  Dziesiąta szkoła jest najstarsza. Wszystko było, za Niemców nawet religia była. Potem, jak bolszewicy przyszli, to już religii nie było, tylko języki: polski, rosyjski, ukraiński. Nauczyciele, to byli starzy lwowiacy, ale potem przyszli nowi... Różni byli ci nowi, no ale nauczyciel jest nauczyciel, uczeń go lubił czy nie lubił, ale trzeba było się uczyć i maturę zdawać. Narzucali swoją historię, ale kto miał rodziców, to pamiętał o wszystkim. Jasne było, jak skorygować tę historię. Bo bolszewicy mówili, że jakby nie oni, to w ogóle życia nie byłoby w Europie Wschodniej. Ale ludzie żyli i pamiętali.
Józef Bernard
Mając dwadzieścia lat wyszłam za mąż. Mąż był prawosławny. No, ale babcia moja - bo mamy nie było, to babcia wskazała: - Jeśli pójdziesz za mąż, to za katolika i będziesz ślub brać w kościele - to oddamy! A inaczej - to nie! No i tak mąż przeszedł na katolika i ślub brali w kościele, i wsio, i dzieci chrzcili.
Wanda Bielanowicz
Za Niemców, właśnie tutaj, do Urszulanek, chyba przez rok uczęszczałam do szkoły. Potem przeniesiono nas, kiedy już wojska radzieckie zajęły czy wstąpiły. Uczyłyśmy się koło kościoła parafialnego, teraz to się nazywa Majdan Szeptyckocho. Tam były kiedyś koszary. Chyba w 1948 roku już dostaliśmy naszą polską szkołę na Placu Mickiewicza. Należę do tych pierwszych, którzy ukończyli dziesiątą klasę tej szkoły. Skończyło nas szesnaścioro osób i właśnie te lata były na pewno najkorzystniejsze dla nas, bo byliśmy zgromadzeni w swojej szkole. Były braki w jedzeniu, w ubiorze, byliśmy głodni i chłodni, i były takie zimy, że trzeba było przynieść jakieś polano z domu, żeby napalić w piecu. Profesor Zdanowicz, nasz polonista, szanowany, lubiany - nie zawsze mogłyśmy go zrozumieć. Ale on nam wtedy odpowiadał, że "bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy" i żadnych wymówek nie było. To, że chcieliśmy, żądaliśmy tej wiedzy, dało nam siłę by wytrwać. Były takie lata, że nie było co jeść, głód był. W czasach niemieckiej okupacji chodziliśmy po zupę na niemiecką kolonię i tam nam wydawali. W czasach radzieckich chodziliśmy do parku naszego, tam staliśmy w długiej kolejce za kawałkiem czarnego chleba. To był przydział i to trzeba było donieść do domu, żeby podzielić się z matką i z bratem. Mój syn już chodził do ukraińskiej szkoły. Polska szkoła była zamknięta w 1957 roku. A mój syn się urodził w 1956. Bardzo dużo osób wyjechało, a ci, którzy zostali... Chyba brakło im siły powiedzieć, że jednak my musimy mieć polską szkołę. Nasz dyrektor tak pilnował, żebyśmy ukończyły tę dziesiątą klasę i nikogo z nas nie chciał puścić gdzieś do technikum, czy co, bo mówił: - Was jest szesnaścioro. A jak będzie mniej - nie będzie dziesiątej klasy.
Maria Bilczuk
dotyczy także: Codzienność powojenna,
Część dzieci poszła teraz do szkół litewskich. Każdego roku Tomaszewski i Kwiatkowski z Macierzy Szkolnej walczą, robią konferencje "Polskie dziecko w polskiej szkole". Część rodziców wysyła dzieci do litewskich szkół, bo myśli, że nie wiadomo kim po nich będą, że będą profesorami. To samo było w czasach sowieckich - niektórzy uważali, że rosyjskie szkoły są lepsze, chociaż były dziesięcioletnie, a polskie były dwunastoletnie. I co im z tego wyszło? Rosjanie mieli swoje grupy, a Polak tam był jak brzydkie kaczątko pośród nich. Oni mieli swoją kompanię, swoich kolegów, i zostawało się na lodzie. A kto kończył szkołę w swoim języku, ten miał swoją kompanię, swoich kolegów.
Ryszard Borejka
[Polska, po wojnie]Do Polski co roku miałam zaproszenie, bo trzeba było mieć zaproszenie z Polski, inaczej nie pozwalali jechać. Zawsze jak urlop miałam, to jechałam. Jednego razu z bratową poszłyśmy na rynek, miałam takie sztuczne kwiaty do sprzedania i jeden chętny był kupić. Ja ile płaciłam, za tyle oddawałam. – A to może taniej? Ja mówię: – Wie pan, jeżeli nie chce kupować, to nie trzeba targować. – Czemu te Rosjanki takie nerwowe? Ja mówię: – Jestem lepsza Polka, jak pan tutaj w Polsce. Bo pomimo, że nie mieszkam w Polsce, to polskiego języka nie zapomniałam. Przepraszał mnie później.
Helena Borejko
Chciałam wyjść za Polaka. Lepiej żyć z człowiekiem ze swojego narodu, bo wtedy nie trzeba się dostosowywać. I wiara ta sama. Nasza rodzina była religijna. Babcia miała polski modlitewnik, modliła się i śpiewała po polsku. Mówiła, że dopóki pacierza się nie zmówi, nie dostanie się posiłku. I nas, dzieci, pilnowała, żebyśmy się modlili. I za nią powtarzaliśmy "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Mario, łaski pełna". A jak już nas buzie bolały od tego powtarzania na głos, to mówiliśmy: "Babciu, ty mów swoje, a my po cichu będziemy się modlić". I tak Boga oszukiwaliśmy. I samych siebie oszukiwaliśmy. Pamiętam taką modlitwę, którą mówiliśmy na Wielkanoc, właściwie jakiś dodatek do modlitwy: "Niedziela ranieńko, słoneczko wschodzi, Najświętsza Maria Panna po niebie chodzi, swojego syneczka za rączkę wodzi". Ci którzy nie mieli babć, o niczym nie mieli pojęcia. To dzięki babciom to się w nas zachowało.W domu rodzinnym mamy mówiło się po polsku. A u nas w domu - mieszkaliśmy z rodziną ojca - to już po białorusku, bo oni byli z guberni witebskiej. Ale modlili się po polsku.
Walentyna Chaniewicz
Ci Niemcy, co ich wywieźli, to też na Ukrainie mieszkali, to nie byli Germańcy, tylko tacy, co u nas mówili: Niemcy. My też jesteśmy przecież Ukraińcami, choć my Polacy. Ale my nie polscy Polacy, a ukraińscy Polacy. A tamci to byli ukraińscy Niemcy. Ktoś tam kiedyś przyjechał na Ukrainę, i naród został się. Dziadek nasz też pisał się Polak, ale - ja nie wiem, on pewnie jakoś przyjechał z Polski, a tata był już ukraiński Polak. A dziadek był chyba z samej Polski. Jak to on pojechał - może jakieś przewroty były, że się tam znalazł. Dziadek przyjechał tu z nami, i tutaj umarł, w Andriejewce. Wszyscy tu w Andriejewce już poumierali.
Jekaterina Chlubnaja
Moja córka pracuje, ma posadę, syn także. Nie mogę narzekać. Mieszkamy osobno, ale wszyscy tutaj. Dopóki mąż żył i dopóki się syn nie ożenił z Ukrainką, wszyscy w domu mówili po polsku. Potem nie miałam już do kogo mówić po polsku. Do kościoła pójdę, to po polsku, i to wszystko. Nasze starsze pokolenie Polaków spotyka się czasami. Ksiądz robi jakieś spotkanie na Boże Narodzenie, na Wielkanoc... Taka pani Jasińska z Anglii przesyła pieniądze księdzu na te nasze spotkania. Ona stąd pochodzi. Mniej więcej trzymamy się razem, jak kiedy, jak wypadnie... Jeździliśmy do papieża, do sejmu polskiego, do senatu... To jest bardzo miłe.
Stanisława Ciwka
[„Polskość” i odrębność p. Wandy przed i po wojnie]Ukraińcy – wszystko jedno, patrzą na ciebie bokiem, bokiem. Bokiem. – O, Polaczka poszła! Zawsze jak idę, to tak mówią, bo ja się ładnie ubierałam zawsze, mamusia zawsze nam szyła wszystko, to my chodziliśmy sobie tak: pantofelki, sukieneczki ładne. – Polaczka poszła! A cholera by was jasna wzięła! „Polaczka”... I też sąsiedzi u nas tacy mieszkali, no różni ludzie są, różni. Komu się kto podoba, komu się nie podoba, no co zrobisz. Idziesz, a oni sobie tam na ciebie markoczą, po swojemu coś gadają. Teraz, jakby ktoś tak mnie powiedział, to ja bym plunęła, ja bym dała. Ja z nikim się tutaj nie patyczkuję, ja idę po ulicy, tak? Może jedna, dwie kobiety mogą przejść, że ja im powiem „Dzień dobry!”. A drugim – nikomu nie powiem, nikomu. Ot, milicja u nas tu wychodzi, papierosy pali. Ja mówię: – Dzień dobry państwu. – O, nasza Polaczka! Ja mówię: – U mnie co, napisane tutaj, że jestem Polka? Nie napisane. Oni mówią, że ja jakoś oddzielam się od Ukraińców i od Ruskich. Od razu widać, że nie to, co trzeba.
Wanda Czajkowska
[Pińsk, lata 30.]Gdy mieliśmy w szkole lekcję religii, to Polacy szli do księdza, a Białorusini do drugiej sali, do batiuszki. A ja uciekałam od batiuszki do księdza, bo mnie się ksiądz więcej podobał. Bo ksiądz pożartował z nami, pośmiał się, coś nam opowiedział, a batiuszka, z tą brodą, tylko modlitwa — i taki nie bardzo nam sympatyczny był. Dlatego ja mówię, że jestem chrzczoną w soborze prawosławnym, a po duchu katoliczką jestem. Oboje rodzice byli prawosławni. Mamusia chodziła do cerkwi, a tatuś nie. A babcia, czyli tatusia matka, przyjeżdżała i chodziliśmy święcić jajka do kościoła katolickiego. Dla mamusi musieliśmy robić wielkanocne święta. U nas zawsze Wielkanoc była katolicka i Boże Narodzenie było katolickie. I Bóg wie, kto rozsądzi, kim my jesteśmy. My sami nie wiemy. Żyliśmy w Polsce, lubiliśmy te wszystkie porządki, dzieci też u nas były wychowane, że tylko polski i polski. Dotychczas w sercu trzyma się to. I moje dzieci też tak samo czują.
Nina Czarna
[Komaje]W dziectwie w domu po polsku się mówiło. I ja do swoich dzieci mówiła po polsku. A potem, jak dzieci już poszły do szkoły, przychodziła nauczycielka: „Proszę przestać rozmawiać po polsku! Z dziećmi nie rozmawiajcie po polsku!”. I nie to, że ja z dziećmi nie chciałam rozmawiać, po prostu już tak wyszło, że dzieci nie mówią po polsku. No rozumieć, oni rozumieją. Ta córka, która u mnie, czytać umie po polsku, a ta moskiewska, rozumieć rozumie, a czytać... Czy umie? Nie umie pewnie.
Irena Grzybowska
[Ryga, lata 90.]Kiedy te nowe czasy Gorbaczowa nastały, odbywała się w starej szkole, w której pracowałam, jakaś uroczystość. Pomyślałam, że w szkole bardzo mało książek polskich jest. Wyszłam przed salę i mówię, że teraz pracuję w polskiej szkole i jeśli by ktoś miał w domu coś w języku polskim, to prosilibyśmy o przekazanie. To potem niektórzy przychodzili do mnie i mówili, że coś niecoś mamy, ale tam babcia jeszcze chce czytać. A potem już poszła taka fala, że te babcie poumierały, to mieliśmy tyle Sienkiewiczów i tych starych klasyków! Przynieśli nam tego, aż za dużo.
Irena Hermane
(Zaleszczyki, 2008 r.).Mnie Ukraińcy nie szanują. Rozmawiam z nimi wszystkimi po sąsiedzku, ale tu mnie nie szanują. Jeden mój sąsiad dziwił się, że obchodzę polskie święto. Odpowiedziałam mu: - A ty świętujesz ukraińskie. Czy ja tobie dokuczam? Ty mnie nie zrobisz Ukrainką! Tata mi umarł jako Polak i ja umrę jako Polka. Swojemu synowi przykazałam, gdy słabo się czułam: - Gdy ja umrę, synku, to niech chowa mnie polski ksiądz. A on mówi: - Mamo, a gdzie ja polskiego księdza znajdę? A ja mówię: - Jest w Czerniowcach polski ksiądz, i jest w Barszczewie polski ksiądz. Ja ciebie bardzo proszę, bo jeśli umrę, a ty nie spełnisz mojej prośby, to ja tobie nie dam spokoju. - Dobrze, mamo, zrobię to dla ciebie.
Janina Holinata
Ja pracowała w szkole – w szkole tylko na ukraińskim języku wszystko. A kto pracował w rosyjskiej mowie, w rosyjskiej szkole, to tam tylko po rosyjsku. To wszystko było albo na ukraińskim, albo po rosyjsku. A z polskimi koleżankami, to już każda poszła swoją drogą: to jedna księgowa, druga  sekretarka – my mało spotykali się. To już my odeszli jedna od drugiej. A Polacy, to teraz, kiedy się otworzył kościół, to już nas troszkę zgromadziło się. My teraz widzimy, kto jest, ilu jest Polaków. Dużo Ukraińców chodzi do nas, w niedzielę jest specjalnie msza o dziesiątej godzinie na ukraińskim języku, a o dwunastej dla Polaków, na polskim języku.   Ciężko było, dlatego, że każdy w domu tylko. My nawet nie wiedzieli, kto jest Polak i ilu tych Polaków. Tylko ci, którzy my znali jeden drugiego, bo do szkoły chodziliśmy. A tak my nie znali i to wszystko rozmawiało po ukraińsku albo po rosyjsku, prawie nikt po polsku nie rozmawiał.   Szesnaście lat temu otworzony kościół. Remont robili, bo tam składy były takie, zawalone było. My chodzili po cegły, jeden drugiemu podawaliśmy, chodzili tam do pracy, pomagali, kto jak mógł i pieniążki my zbierali, dawali na remont. Wtenczas zmieniać zaczęło się. Jak już utworzono ten kościół, to już my wszystkie rozmawiamy, spotykamy się, wychodzimy z kościoła, już jeden drugiego w gości zapraszamy.
Bronisława Iwanicka
[Kupa, lata 30.]Kupa to była polska wioska. U nas nie było prawosławnych. Nie było ni jednego domu, wszyscy byli katolicy. Za polskich czasów już rozmawialiśmy po polsku. Ale w domu takim jakimś mieszanym, bardzo mieszanym językiem mówiliśmy.
Alina Jacyna
Żydzi rządzili u nas wszystkim w trudarmii. Żydzi byli u nas po miastach, oni uciekali od Niemca, bali się. W Kazachstanie ich nie było, ale w Niżnim Tagilu, jak byłem w trudarmii, to wszyscy dowódcy byli Żydami. Pamiętam, jak mnie komendant posyłał po coś, coś tam pisał, ja potem coś dostawałem. To wszyscy byli wtedy Żydzi: Zalzmann, Holzmann, Demel, Megel, wszyscy to byli Żydzi, co pouciekali przed Niemcem. Odnosili się do nas dobrze, sami się bali, że Niemiec przyjdzie z tydzień, za dwa, to im będzie bieda. Ale komendę trzymali Żydzi, chytry taki naród.
Tadeusz Jakuszewski
dotyczy także: Żydzi i Zagłada,
Polska jest tu przez cały czas, to wrodzona rzecz. Inaczej być nie może. Wyrzeknąć się to byłoby, jak mówi się, grzech. Od dziadów pradziadów. Dziadunio szlachcic był. Drugi dziadunio był mieszczanin, nie miał prawa mieć własności, gospodarki, we włości pisarzem pracował. To wszystko od dzieciństwa... Tutaj korzenie... Byli gazety polskie, książki polskie byli. Byli ludzie wierzący. W niedzielę jechali do kościoła, święta – cały czas z kościołem była łączność. I tak to zostało. I teraz z kościołem trzymamy się. Tylko szkoda, że tak już tutaj mało nas zrobiło się. Tak aż smutno...
Tadeusz Janczewski
dotyczy także: Odrodzenie Kościoła i polskości po 1990 roku,
Potem ja przyjechał w dom, odkarmił się. Jak odkarmił się, to idź do wojska. A tam, w wojsku, oj, Boże kochany! Ganiali, prędko... Ty kto? Polak? Jak Polak, to będziesz u nas służyć w Armii Sowieckiej! Kapitan Żuralwow, dowódca. Ja mówiłem, że rodzony w Warszawie - znaczy, że ja Polak. A może ty w Berlinie rodziłeś się? Może Niemiec? Może faszysta? Nie... To napisali, że ja urodziłem się w Grodnie, na ulicy Bilińskiego i nie było problemu. Zrobili ze mnie pół Polaka, pół Białorusa. I dokumenty: demobilizował się. Wojenny bilet dali, że ja urodziłem się w Grodnie. Mama odbierała dokumenty: gdzie ty urodziłeś się? Potem poszedłem do archiwum, gdzie zebrali wszystkie dokumenty z kościoła. Znaleźli moje nazwisko: Kieszkowski Jerzy Marian. Polak, rodził się tam i tam, chrzcił się w Grodnie. I teraz napisali: Polak. I koniec!
Jerzy Marian Kieszkowski
dotyczy także: Codzienność powojenna,
[Rykiszki, 1947-59]Przychodzili do nas ludzie z NKWD z bagnetami i pytali mnie, kto dopomaga, kto przynosi chleb, jak żyjemy, czy przyjeżdża ktoś z zagranicy. Myśleli, że mamusia jakiś szpion jest. I ja bardzo bała się ich, bo mamusię postawili pod automatami do ściany, żeby na mnie nie patrzyła. Wtedy oni mnie brali na kolana, a ja płakała i tylko płakała, i nic im nie odpowiadała. A oni kopali po podłodze. A potem bagnetami wbijali i dziury robili w dachu, żeby deszcz na głowę padał, niszczyli. Robili dziurę i odchodzili. Tydzień przejdzie i przychodzili znowu, i jeszcze mnie pytali: kto przychodzi, kto jeść przynosi, jak wy żyjecie, a czy jakiś przyjeżdża, w jakim języku rozmawiacie. I tak mamusia mówiła wtedy: – Dziecko, żeby ni jednego słowa na polskim języku nie mówić, tylko na rosyjskim.
Olga Liplanska
dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
Wszystko jedno, ja doczekam się swojej Ojczyzny. Doczekam się. Mnie Pan Bóg da doczekać, choć do sto lat. A wszystko jedno, na kolanach, a doczekam się Ojczyzny, bo ją lubię, chcę! Jak polski język usłyszę, płakać chce się. Czemu go nie ma? Jak to tam Polacy siedzą, a tutaj nie przyjdą? Niech zabiorą! Ale prędko to będzie, ja wiem. Wiem, że Polska tu będzie. Tu fundament, tu kamień nasz, polski.
Janina Łojko-Korolewicz
Dzieci wychowywaliśmy razem z żoną. Czytałem im książki różne. Z początku Sienkiewicza W pustyni i w puszczy, a potem wyrywki z Krzyżaków. Czytałem im o bitwie pod Grunwaldem. Dużo czytałem. Książek polskich nie miałem dużo: Kraszewskiego, Sienkiewicza, poetów polskich różnych, ale dostatecznie, żeby dzieciom coś dać. Dla nas tu mieszkających Polska to jak część nieba. My, można powiedzieć, modlimy się na Polskę, bo to dla nas i przykład, i coś bliskiego, miłego. Polska musi być ideałem. Niedawno był w naszym mieście koncert „Mazowsza”. Siedzieliśmy jak w siódmym niebie.
Jan Masalski
[Żytomierz, lata 30. i obecne] Mama wiedziała język polski, wszystko, ale jak dookoła wszystko było ukraińskie, trzeba było i tak rozmawiać, i tak. Mama uczyła nas, my wiedzieli język, ale dogadywali się tak, jak inni ludzie. Nie powiem Ukraińcowi po polsku, bo co on będzie rozumiał? W naszym kościele po polsku co teraz rozumieją ludzie? Tylko po ukraińsku. A kiedyś po ukraińsku w kościele, to dla mnie było coś strasznego! A teraz wszystko po ukraińsku. Nawet dzieci uczą po ukraińsku Ojcze nasz! A toż ja nie wiem, jak to! Dla mnie to tragedia! Ja była chora, przyszedł ksiądz do domu: – Sława Isusu Chrystu. Ja mówię: – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. – A, to już polszczyzna. – Tak, tak proszę księdza, to już polszczyzna. Ja może nie posiadam tak swój język, jak by trzeba było posiadać, ale ja swoje dzieci tak uczę. Ale wstydzą się. Helena moja to jeszcze nie, a Aniela wszystko rozumie, ale jak będziesz ją pytać po polsku, ona będzie odpowiadać po rosyjsku. Poszłam w pierwszy piątek do spowiedzi – ksiądz Władysław Sławiński, nawet doktorat kończył na prawie – ja do niego mówię po polsku, on do mnie po ukraińsku, odpowiada mnie po ukraińsku. Mnie się zdaje tak, że jeżeli ktoś mówi po ukraińsku, to po ukraińsku. Jeżeli ktoś zwraca się po polsku, to po polsku.
Jadwiga Matwiejczuk
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Ryga, 1948 rok]Córka urodziła się, zaraz, w 1943, a to w 1948 było, ona miała jakieś pięć latek czy coś i byliśmy w parku. I tam chłopcy przyszli jacyś, uczniowie z polskiej szkoły, po polsku rozmawiali. A nigdzie przecież nie słychać po polsku, nigdzie. To ja wiem, że ona tak stanęła przed nimi i jakiś kwadrans siedziała i słuchała, chłopcy sobie rozmawiali. — Mama, ja słyszę, oni mówią tak jak my!
Regina Mieszkowska
[Szydłowce, Kamieniec Podolski, Ukraińska SRR, lata 30.] Mama z tatą, oni tak w ogóle to mówili po polsku. Ale z nami już nie rozmawiali, bo już nie można było, bo zabraniali, i baliśmy się. Proszę zrozumieć, jaki to jest strach. Strach, że taką łatkę człowiekowi przyczepią, takiego nagadają, że ty nigdy niczego takiego nie zrobiłbyś, a tu od razu wyrok. I od razu jesteś albo szpieg, albo jeszcze gorzej, jeden Bóg wie, jak nas wtedy nazywali.
Adela Mołoda
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
Za Stalina nie dotknęły mnie żadne represje. Gdy byłem w wojsku, pracowałem przez pewien czas jako sekretarz w tajnej jednostce. Odwiedził nas kiedyś pułkownik z Ukrainy, Ponomarczuk. Zapytał, jak to możliwe, że Polak pracuje w tajnej jednostce. Moi przełożeni odpowiedzieli, że mają do mnie zaufanie. Ale po tym incydencie odszedłem z tajnej jednostki na własne życzenie. Skoro zaczęto mówić o braku zaufania, nie miałem ochoty wykonywać nadal tej pracy, chciałem też uniknąć ewentualnych konsekwencji.W wojsku byli też inni Polacy, nie prześladowano nas. Ja byłem sierżantem, byli też szeregowi. Przewodniczący Komsomołu w batalionie był także Polakiem. Nie mam powodów do niechęci wobec ówczesnej władzy. Jestem Polakiem, zawsze się podawałem za Polaka, pracowałem całe życie w przemyśle zbrojeniowym, gdzie piastowałem kierownicze stanowisko.
Kazimierz Orestowicz - Rzestowicz
dotyczy także: Codzienność powojenna, Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30., Represje sowieckie po 1944 roku,
W momencie, kiedy przyjechałam do Tomska, zobaczyłam, że jest tu mnóstwo cerkwi. Sama nie wiedziałam, do której mam iść. A że znajome chodziły do kościoła katolickiego, to poszłam z nimi i powiedziałam o wszystkim księdzu. Mama Polka, a ojciec Ukrainiec, więc ja nie wiem, jakiej jestem religii. A on bardzo mądrze odpowiedział, że to wszystko jedno gdzie się chodzi, bo Bóg jest jeden i ważne żeby się modlić, choćby w domu, w kuchni. Tak mi się ta odpowiedź spodobała, że zostałam, zwłaszcza że mama Polka, i kościół polski.
Sofija Paliwoda
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
Nie wiem, jaki to jest ten mój język. Tak jak teraz mówię, o taki to i jest język. Liczyliśmy się Polakami. I wszędzie w dokumentach stało, że Polacy, a język - nie polski. My chcieliśmy jechać do Polski, mamy w Polsce syna, wyjechał, żonaty, ma tam dwoje dzieci, szósty rok już tam mieszka. To my też chcieliśmy tam jechać, i test zdawaliśmy tu w Czkałowie. No a co my tam rozumiemy? Żona to lepiej rozumie, a ja po polsku mało rozumiem. I dlatego przechodziliśmy taki test, syn przyjeżdżał, i my też mieliśmy jechać do Polski, Ale się nie udało, sytuacja się taka złożyła.
Iwan Pawłowski
dotyczy także: Przyczyny pozostania w ZSRR,
[Zasimołka, lata 30.] W domu rozmawiałem z rodzicami po ukraińsku. Polskiego nauczyła mnie mama. Ona służyła u pana i chodziła do szkoły przed rewolucją. Dobrze znała łacinę. Mama umiała dobrze czytać i po polsku. Ojciec nie umiał. Liter polskich mama mnie nauczyła i czytałem po polsku, nie za dobrze, ale trochę rozumiałem.
Stanisław Piątkowski
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Wilno, od 1962]Najgorsze dla mnie były lata 60. Wszystkie stare zabytkowe cmentarze tylko polskie były, nie było litewskich. Chodziły bandy, komsomolce. Szła cała granda po 15 osób przez cmentarz i po drodze przewracali różne krzyże, pomniki, otwierali grobowce, a ja biegłam za nimi, żeby nie dopuścić do tego. Oni mnie grozili nożem nieraz, że mnie tam pochowają, że będę tam razem leżeć, jeżeli nie przestanę ich prześladować. Wzywałam milicję, ale co tu milicja może, jak chyba celowo to były takie szkoły rosyjskie, które miały za cel zniszczyć krzyże.
Jadwiga Pietkiewicz
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem, Codzienność powojenna, Stosunki polsko-litewskie,
[Wilno, po wojnie]Miałam przygodę, kiedy pierwszy raz pojechałam do Częstochowy. Ksiądz przekazał mi tyle obrazków z pieczęciami, że mnie zatrzymali na granicy. Zabrali z pociągu, przetrzymali kilka godzin za to, że obrazki święte przewoziłam, a to przecież najgorsze! Religijne przedmioty to było to samo, co pornografia. Nie wolno było wwozić nic, ani książki religijnej, ani obrazka. Wysadzili mnie z pociągu i musiałam taksówką jechać do domu. Zabrali ode mnie wszystkie te obrazki i przez pięć lat nie miałam prawa wyjeżdżać do Polski.
Jadwiga Pietkiewicz
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem, Stosunki polsko-litewskie, Codzienność powojenna,
Ta granica to jakieś nieporozumienie, w moim rozumieniu. Ja to wszystko rozumiem, ja nie jestem taka, żebym nie rozumiała, że nie ma granicy. Jest granica, ale w moim sercu nie ma tej granicy. Mnie bardzo żal tej starej Polonii, tych Polonusów starych, że tak wszystkie tradycje zanikają. Jest taka książka Brzeżany na starej pocztówce – Brzeżany mają dużo sympatyków. Tamten świat to mój świat. Gdyby tej granicy nie było, ale cóż... Ja zawsze mówię, że się urodziłam w okupowanej Polsce. Wtedy jeszcze Jałty nie było, granicy nie było wyznaczonej. Okupacja to okupacja, jedna, potem druga. Ja się nie godzę z tym, że mi ciągle pisano, że ja się urodziłam w Związku Radzieckim. Nie. Ale tak jest. Życie ma swoje realia. Całe życie w niewoli. A teraz tylko to, że Polacy przyjeżdżają, że mamy swoje towarzystwo. A to tu cały czas to było nie moje. Tylko pójdę sobie na cmentarz – to moja Polska.
Aleksandra Popławska
[Łohiszyn, lata 20. i 30.]W Łohiszynie wszyscy byli Polakami, nie rozmawiali jednak po polsku, ale — po swojemu. W domu też po swojemu mówiliśmy. Tylko jeden człowiek, który mieszkał na chutorze, był prawdziwym Polakiem, z dziećmi rozmawiał po polsku. Nazywał się Szkit.
Anna Pryputniewicz
W tysiąc osiemset którymś tam roku zaczęły się migracje ludności z obwodu tomskiego w to miejsce. Rząd carski decydował o przesiedleniach. Tam, na Zachodzie, zabrakło ziemi, więc kazano przesiedlić wszystkich tutaj. W obwodzie tomskim mieszkało wielu Polaków. Mój dziadek pochodził z okolic Wilna czy Grodna, dokładnie nie wiem. Przywiózł z Tomska tutaj, na Ałtaj, swoją rodzinę. Babcia już nie żyła, dziadek przyjechał z piątką dzieci. Cała piątka się tu wychowała, założyli rodziny. Wraz z dziadkiem i dziećmi przyjechał tu ksiądz, by pomóc im się urządzić. Później przyjeżdżał co jakiś czas.Mnie ochrzczono w 1928 roku. Nie było kościoła, ale zebrano nas, dzieci, i ochrzczono. Ksiądz przyjechał, ochrzcił nas, pomieszkał kilka dni i odjechał. W 1934 lub 1935 roku pojechałem z ojcem na grób dziadka, znajdowała się tam niewielka kapliczka. Za życia ojciec pilnował tego, by obchodzić święta katolickie, później zajęła się tym siostra. Po 1937 roku religia była zwalczana, żadnej nie uznawano, nawet Tatarom zamknięto meczet. Tylko jedna cerkiew została, przed wojną była zamknięta, ale na czas wojny ją otworzono. Stały dwie cerkwie - z jednej po wojnie zrobiono przedszkole, a drugą zburzono.Moi rodzice rozmawiali bezbłędnie i po polsku, i po rosyjsku. Ja po polsku potrafię powiedzieć "Matka Boska" i "psiakrew" - więcej nic.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Polska mniejszość poza granicami II RP,
Dostałem wezwanie do wojska w listopadzie 1944 roku, gdy wojna zmierzała już ku końcowi. Ci z oddziału specjalnego pytali mnie, skąd ja, Polak, wziąłem się w Armii Sowieckiej. Skąd jestem? Z Ałtaju? Kim byli moi przodkowie, moja rodzina? Później nasz generał powiedział: "Chłopaki, tacy z was Polacy, jak ze mnie Francuz". W 1946 roku zastosowałem się do rady generała i w rubryce "narodowość" zacząłem pisać "Rosjanin". Od razu dano mi spokój.Na front nie wysyłano od razu. Pół roku spędziłem w Bijsku w jednostce szkoleniowej, później wysłano mnie z pewnym medykiem do Omska po lekarstwa. Kiedy wróciłem, mój oddział odszedł już na front, a ja zostałem tu. Skończyła się wojna, a mnie wysłano na służbę do Estonii. Tam spędziłem prawie siedem lat, uzyskałem stopień sierżanta i zostałem radiotelegrafistą.Po mojej demobilizacji dostałem list od Stalina - przyznano mi stopień podporucznika. Trzeba było odmłodzić wojsko, starych zwalniali. Wezwano mnie znowu do Bijska. Nikt nie pytał oficerów o to, czy chcą być ponownie wcieleni do wojska. Znowu znalazłem się w Estonii, a później wysłano mnie na Północ, pod granicę fińską.Wróciłem jesienią 1958 roku. Przeprowadzono redukcję wojska o 1200 osób, załapałem się na nią. Wróciłem do Bijska i poszedłem do pracy w firmie budowlanej. Przepracowałem w niej prawie trzydzieści lat.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Codzienność powojenna, Wojna sowiecko - niemiecka,
Rodzice już poumierali, to byli Polacy, katolicy. Ale u nas nie było kiedyś takiego, żeby rozmawiali po polsku. Tylko po ukraińsku się rozmawiało. I dziadkowie tak samo między sobą tylko po ukraińsku rozmawiali. Może kiedyś to i mówili po polsku, ale za moich czasów to już tylko po ukraińsku. W domu nigdy-nigdy nie mówiło się po polsku. Ale uważaliśmy się za Polaków, a jakże. Ja przecież też piszę się jak Polka, prawdziwa Polka, choć wtedy to ja nie wiedziałam tych wszystkich rzeczy. Ale teraz już wiem! Krew nasza polska, nie ukraińska, nie było u nas Ukraińców, ani mama, ani tata nie byli Ukraińcami, i babcia Polka, i dziadek Polak, i z mamy strony, iż taty strony. Ale po polsku nikt nas nigdy nie uczył.
Weronika Sawczuk
Nie ukrywałam swojej narodowości, na odwrót, wszyscy inni się wyrzekli, a ja nie. Dziś jest bardzo dużo Polaków, którzy są Ukraińcami, a teraz szukają swoich korzeni, chcą tego dowieść, żeby dostać Kartę Polaka. A ja nigdy tego nie ukrywałam, nigdy absolutnie, w dokumentach także. Wszystkim mówiłam, że nie jestem Rosjanką, nie jestem Ukrainką. Mówiłam, że jestem Polką! Ja jestem dumna z tego, że jestem nie Ukrainką, a Polką.
Jadwiga Sołowej
[Ukraińska SRR, rejon Malin, lata 40.]Mama opowiadała, że po tej zsyłce było jej na tyle ciężko, że byli pewni bogaci ludzie, którzy nie mieli dzieci, prosili ją, żeby oddała im starsza córkę. - Tak czy inaczej one umrą u ciebie z głodu, to oddaj nam jedną. Mama powiedziała: - Niech umrą razem ze mną, ale nikomu ich nie oddam. Mama zmuszona była wyjść drugi raz za mąż, za wdowca z trójką dzieci. Oczywiście, że gdyby był nasz tata, to umiałabym mówić po polsku, mielibyśmy polską rodzinę i wszystko tak, jak powinno być. Jak to mówią, nie nasza wina, a nasza bieda. I dlatego ja oczywiście nie znam polskiego, choć bardzo bym chciała. Mój syn mówi po polsku, wnuki mówią. A dla mnie już za późno na naukę.
Jadwiga Sołowej
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
O jakim języku polskim można tu mówić, skoro w naszej wsi nie było żadnych Polaków, mama była sama jedna i wszędzie Ukraińcy, ona sama zapomniała polskiego. Mama, umierając, była sparaliżowana i wtedy przeszła na polski. Mnie nie było, ja mieszkałam wtedy w Kazachstanie, ale siostra opowiadała, że mama coś mówiła, a ona nic nie rozumiała! Jedna sąsiadka była tam ze Lwowa, to siostra ją poprosiła: - Ania, chodź, przetłumaczysz, co mama chce, bo ona mówi po polsku i ja jej nie rozumiem! Coś takiego stało się w głowie, że wszystko u mamy wróciło. W naszej rodzinie mówiło się tylko po polsku, do samej tej zsyłki, nie do pomyślenia byłoby coś innego. Mama skończyła polską szkołę, cztery klasy. A już z nami po polsku nie mówiła, nie mogła, bo rodzina była ukraińska, ja była jedna i Zosia jedna, a troje dzieci cudzych, no - nie cudzych, a ojczyma, i oni już byli Ukraińcami. To jak miała mama mówić po polsku, do nas dwóch po polsku, a do reszty po ukraińsku, i tak w jednej rodzinie? Oczywiście, że nie mogła z nami rozmawiać po polsku, ani uczyć nas nie mogła, ani mówić, nic.
Jadwiga Sołowej
[Ryga, 1939–46]W wieku ośmiu lat, w roku 1939, zacząłem chodzić do szkoły polskiej, a dokładnie to była polska szkoła podstawowa nr 5 w Rydze. I po roku już zaszły zmiany, bo przyszły do nas Sowiety i Łotwa była dołączona do Związku Radzieckiego. Dali nam nowe pomieszczenie dla szkoły. Przemieścili nas. Tam się uczyłem rok, bo w roku 1941 zaczęła się dla nas wojna, bo Niemcy napadli na Związek Radziecki. W tym okresie Niemcy zamknęli naszą szkołę polską i edukacji polskiej nie było na Łotwie aż do roku 1943, kiedy to udało się otworzyć szkołę polską. Była otworzona, ale z takimi ograniczeniami, że uczniów przyjmowali do lat 14 i program był tylko do klasy czwartej. Oczywiście, nauczyciele sabotowali to zarządzenie, bo uczniowie mieli u nas po 16–18 lat... A program nauczania był wyższy niż na poziomie klasy czwartej. Kiedy fronty już podchodziły do Łotwy, to szkoła znów była zamknięta i do końca wojny szkoły polskiej w Rydze nie było. W 1946 roku znów była otworzona szkoła polska. To już była pełna szkoła średnia i nazywała się oficjalnie średnia szkoła ryska nr 12.
Leon Spałwis
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
W kościołach było normalnie, wszystko było, Sowieci się do liturgii nie pchali. Oni dobrze wiedzieli, że tam nie ma żadnej polityki. Oni tylko patrzyli, żeby młodzież nie chodziła, a młodzież coraz więcej chodziła. W szkole karali, wyrzucali z wyższych nauk. Dokąd jeszcze chodził do dziesiątej klasy, to tam noty mu złe stawiali, to i owo, ale w polskiej szkole zawsze było tak, że byli swoi nauczyciele. Oni mu noty złej nie postawili. Niby tam mu stawiali, ale potem nic. Niby to mówili, ale rodzice o tym wiedzieli, dzieci milczeli, a potem stawiało się noty takie, jak należy. Tak, że jeszcze można było się zgodzić. Tylko tych "Leninów" starali się w szkole wpajać dzieciom, już na temat rosyjski, sowiecki, na temat komunizmu i tak dalej. No, jakoś nasze dzieci się nie dawali. W szkole to wysłuchali, w szkole wysłuchali wszystko, a w domu rodzice robili swoje.
Józef Stadnik
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Pysarewka, lata 30.] Żyłam niedaleko Żytomierza. Mama była Polką, a tata Ukraińcem. Nas dzieci było siedmioro i mama wszystkich nazwała polskimi imionami: Dominik, Wojciech, Kazik, ja - Aniela, Teofila, Filusia i Roman. 12 kilometrów chodziliśmy do szkoły, a do kościoła, żeby być na rano, na mszę wychodziliśmy wieczorem poprzedniego dnia. Moi rodzice żyli w niemieckiej koloni. Tata chodził na pracę do Niemca. Niemcy byli bardzo dobrzy. Tata tam pracował i tam tak było, ze jak dobrze pracujesz, to tobie i chleba, i piwa, i krupy, i wszystko dali.
Aniela Sysolatina
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Pridajne k. Krasławia]Po polsku rozmawiali my w domu, a później już po rusku. Wszyscy my mówili po polsku, a jak polskie szkoły zakryli, to i polski język zaczął przepadać. Jak przyszli Ruski, to po ruski zaczęli rozmawiać, po łotyski; ale mało było Łotyszy, więcej było Polaków. Mało Polaków ostało się. Wyjechali w Polszę. Wiele Polaków wyjechało w Polszę. A ostały się Łotysze i Ruskie, Białoruskie.
Józef Tymachowicz
Moja Małgosia wyszła za Ukraińca, który jest z mieszanej rodziny. Jego matka - Polka, ojciec - Ukrainiec. Ale ponieważ matka jest Polką, to miał prawo wyjechać jako repatriant. Oni rozmawiają po polsku. Małgosia zna ukraiński, zna rosyjski. A druga córka wyszła za Polaka. Tu dużo dzieci powychodziło za Moskali, za Ormianów, Bóg wie za kogo, bo nie było Polaków. Bardzo dużo jest takich, którzy rozmawiają tylko po ukraińsku, po rosyjsku, wstydzą się mówić po polsku. Może dlatego, że ja wyszłam za Polaka, u nas był cały czas język...
Elżbieta Wieremiej
Skończyłam pierwszą klasę jeszcze przed wojną. Bo myśmy szli do szkoły mając sześć lat, ale potem Moskale cofnęli nas z powrotem do pierwszej klasy. Wtedy były jeszcze szkoły polskie. Niemcy nam szkoły pozabierali, pozabierali na szpitale, poniszczyli szkoły. Ja chodziłam do szkoły Kordeckiego, numer 18. Później uczyliśmy się prywatnie, w mieszkaniach, a ósmą klasę skończyłam w trzydziestej szkole. To była szkoła z mieszkalnego budynku zrobiona. Jeszcze wtedy byli nauczyciele Polacy. Teraz nasza szkoła, dziesiątka, biedniejsza stała, polscy nauczyciele poszli pracować do konsulatu. Jest bardzo dużo ukraińskich nauczycieli, którzy źle mówią po polsku. W szkole więcej słyszy się ukraiński język. A dzieci wychodzą ze szkoły i rozmawiają po rosyjsku.
Elżbieta Wieremiej
Staraliśmy się zachować język polski. Prowadziłam dzieci do polskiej szkoły, prowadziłam dzieci do komunii. Jak byli Moskale, nie można było prowadzić dzieci w białych sukniach, więc córki szły do kościoła ubrane zwyczajnie, dopiero w kościele je przebierałam. Później do fotografa. U fotografa też ubierałam je na nowo. Nie można było, bo to zaraz byłyby nieprzyjemności w pracy i wszędzie. Mieliśmy wtedy tylko dwa kościoły, katedrę i kościół św. Antoniego. Do kościoła można było chodzić, ale dzieci trzeba było prowadzić tak, ażeby oni nie widzieli. W szkole zabraniali. Moje dzieci dopiero do komsomołu wstąpili wtedy, kiedy trzeba było iść do instytutu, w ostatniej, dziesiątej klasie. A wcześniej one nie były komsomołki. W święta wielkanocne oni posyłali swoich ludzi i patrzyli, kto idzie do kościoła. Ale kościół był czynny. Mieliśmy jednego księdza. Nazywał się Władysław Kiernicki, był w AK, umarł w 1996 roku. "Rafał" - to był jego pseudonim. Chociaż to był jedyny ksiądz, na wszystko miał czas. Teraz jest bardzo dużo księży z Polski, ale Kiernicki był wtedy jeden i zdążył pójść do chorego, i na pogrzeb, i wszędzie zdążył. Teraz już nie tacy ci księża, teraz są bardziej rozpanoszeni.
Elżbieta Wieremiej
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[1951–54, Tallin]Ja byłem taki oddany kościołowi i wziąłem ze sobą do wojska książeczkę do nabożeństwa. W niedzielę, w czasie nabożeństwa, w letnie przeważnie czasy, narzucałem prześcieradło na siebie, niby to śpię, a sam czytam. I to zauważył nasz komandir oddzielenia, zerwał prześcieradło, chwycił mnie z rąk książkę i krzyczał, że wot kakije w samej naszej sowieckiej armii kniżki czytajut. I oddał do zempolitu. A ja taki natrętny. I chłopcy zebrali się z naszego postawskiego powiatu. Szesnastu chłopców mówiło: — Idź, proś, oddaj. Poszedłem. A oni w niedzielę siedzą, zebrał się pułkownik, komandir bataliona i wyższe. Zempolit był major, a podpułkownik siedział, starszy, ja muszę od razu zwrócić się do niego. A już przemówiwszy, śmieją się. No i ja do tego majora: — Mnie prośba k wam, wy znajecie. — A znaju, znaju, poszli, samyj, w kabinietu. Oddał. Iż to młodość i durość. I niosę tę książeczkę i spotykam komandira oddzielenia. A ja — Ach ty bezwiarak, z samej Ukrainy. Pażałsta, kniżku. Jak ja durny to powiedział, to on biegiem znowu do niego, dołożył, że oddał. Ja wtedy wyleciałem, za toaletą schowałem do ziemi, zakopałem. No i wtedy przylecieli i rewizja w moich rzeczach. Nic nigdzie nie znaleźli: — Kuda dzieł? Oddaj. Kuda dziewał?. A tam na ulicy liczne rzeczy, papiery różne, akurat ognisko paliło się. — Nie rób z nas durniów! Nie znaleźli i z wojska przywiozłem tę książeczkę.
Eugeniusz Wierzbicki
[Służba w wojsku 1951–54, Tallin]Ot młodość, głupota. Zebrało się nas szesnastu chłopców: — My będziemy przyjmować rosyjską przysięgę? My chcemy służyć w Polsce! Będziemy się starać, żeby nas do Polski odprawili. A to za Stalina było. No i przyszli tam nad bałtycki zalew, położyli się i jeden taki z Komaj pisał podanie do konsulstwa polskiego, żeby nas przeprowadzili, że nam ciężko, że my nie rozumiemy ruskiego języka. A tak naprawdę czasami po polsku dobrze rozmawiać nie mogli niektórzy z nas. Napisaliśmy. Jak my potem przeżywali, przestraszyli się, nie tylko, że nas, że rodziny poniestarzają, że z sowieckiej władzy niezadowoleni jesteśmy, że nie chcemy służyć. Przysłali z kontrrazwiedki takich różnych i nas wywoływali po godzinę, trzy, cztery. Wychodziliśmy mokrzy. I po polsku rozmawiali, a niektórzy z nas wcale nie umieli po polsku: — To kakoż ty Polak? Oj, a my to wszystko przeżywali. Ale nic, zrozumieli, że niegramotne durnie. Tylko zabrali tego, który pisał i dziesięć lat dali mu więzienia. A nas, durniów, tylko po innych oddziałach rozrzucili. Ale tamten, któremu dziesięć lat dali, wrócił wcześniej niż my do domu. Stalin umarł, była amnestia i jego wypuścili.
Eugeniusz Wierzbicki
[druga połowa lat 50.]A do wojska jak zabierali, to wszystkich Białorusami zrobili. Dlatego my wtedyż tam i walczyli, żeby do Polski, żeby nasze dokumenty nie zmienili. Toż my Polaki, a tu napisane — Bielarusy. I kto wrócił się z wojska do naszego rajona, do Postaw, wszystkie zrobili paszporty Bielarusy. To ja skombinował, pojechał do Litwy i zameldował się od razu do krewnych. W Litwie przepisał się i dostał paszport, gdzie wpisali — Polak. Tam nie pytali się, jaka nacja. Żyd, to Żyd napiszą, Gruzin, to zapiszą Gruzin. Wydali litewski paszport, potem zamienili tutaj na białoruski, ale zostało się, że Polak. A tutaj Polacy, jak oni walczyli, jak oni upierali się! Nic nie dało, piszą nachalnie: Białorusy.
Eugeniusz Wierzbicki
Ja byłam w Polsce dwa razy. Raz byłam, jak poświęcili kapłanów w Krakowie. Raz byłam pięć, raz trzy dni. Pierwszy raz tak jeździłam, bo chciałam wiedzieć ten kościół świętego Stanisława, bo ja czytałam książki. Ksiądz Alojzy powiedział, że pojedziemy. Zabrał nas do Krakowa. Zaprowadził do Krakowa, do seminarium, gdzie uczą się kapłani i ten kościół jest. - Ale tam nie leży święty Stanisław, gdzie on jest pogrzebany? - Ja ciebie zaprowadzę, tam gdzie on leży. I zaprowadził mnie do tego dużego kościoła. Taki duży kościół, wszyscy zbratani. I tam ksiądz Stanisław leży. Potem przyjechałam do swoich i powiedziałam, że czytałam wcześniej książki, a teraz sama to widziałam.
Rafaela Wróblewska
Kiedy weszliśmy już na te nasze tereny, do swoich, to broń zamelinowaliśmy, a przeszliśmy do cywila (po cywilnemu mieliśmy ubranie). Młodzi ludzie byliśmy wszyscy w tym czasie, to nikt nie chciał iść na front. Nie tylko Polacy. Białorusini też wtedy siebie nie nazywali Białorusinami. Oni nie byli de facto Białorusinami, mówili, że oni są Polacy, tylko są wyznania prawosławnego, albo nazywali siebie "tutejsi". Stosunek był bardzo dobry, oni byli ustosunkowani jak najlepiej i my, młodzi ludzie - więc każdy, nie tylko Polacy, ale także ci miejscowi tak zwani. Ja wróciłem w młodym wieku do nich. Przychodziliśmy do swojej wioski, a z wywiadu wiemy, że tu nikogo nie ma. A ten ma mamę, ten ma mamę, pięciu czy sześciu, przyszli, mama dała bochenek chleba, osełkę masła, sera. No i tak się ukrywaliśmy.
Witold Wróblewski
dotyczy także: Partyzanci sowieccy,
[Baranowicze]Przyszli w nocy mamę zabierać do obozu. Zabierają mamę, mama wychodzi. Na pewno już na śmierć idzie. - Córeńko, wiem, że masz takie szczupłe plecki. Ale wiem, że mnie bardzo kochasz i dasz sobie radę. Pamiętaj, i to najważniejsze: pamiętaj po pierwsze, żeś Polka, pamiętaj, że masz tych dwóch chłopców, o których musisz dbać. I pamiętaj, że w miarę możliwości musisz zdobyć wykształcenie. No i chyba tego wszystkiego, to wszystko pamiętałam i mamy słowa wszystkie się spełniły. Wykształcenie mam, chłopcy wykształcenie mają, żem Polka - pamiętam.
Elżbieta Wrzosek
U nas, na Ukrainie, zwłaszcza wśród starszego pokolenia, rodzice byli przeciwni małżeństwom Polaków z Ukraińcami. Ja już nawet miałam wszystko prawie załatwione i chciałam wyjść za mąż za chłopaka, którego kochałam, ale ojciec był kategorycznie przeciw. Polki musiały wychodzić tylko za Polaków. Teraz oczywiście tego już nie ma.
Maria Zawackaja
[Łuck, lata 90.]Kiedy organizowało się to całe towarzystwo i jakoś — ja nie pamiętam, jak to się stało — ja przyszła do kościoła. I w kościele powiedzieli, że chcą organizować taki chór polskich pań, panie takie już starsze. I ja my tam zebrali taki chór i troszeczkę, dwa razy w tygodniu chodzimy na ten chór. Spotykamy się trochę, jakaś taka troszeczkę rozrywka jest i przyjemnie bardzo. Chór Towarzystwa Kościuszki. Repertuar — polski repertuar, więcej wszystkie, tam parę piosenek jest ukraińskich, ale w ogóle to my śpiewamy Polskie kwiaty, Szła dzieweczka do laseczka. Później Ułani, ułani. Bardzo dużo polskich piosenek, więcej polskich, bo my jeździmy do Polski, my wiemy, że ludzie rozumią te polskie stare piosenki, chcą usłyszeć te starsze.A tak dlatego, żeby mówili, że my z Ukrainy przyjechali, to my śpiewamy Wołyń, jest taka piosenka Za naszą Wołyń.
Halina Zubowicz
dotyczy także: Odrodzenie Kościoła i polskości po 1990 roku,