Stosunki polsko-ukraińskie
[Torczyn, lata 40.]Mnie ochrzcili, jak Niemcy weszli. Do Wołodarska mnie zaprowadzili, i pamiętam, jak mnie tam ochrzcili. Miałam już 9 czy 10 latek. A we wsi to tak było: dzieci zbierały się, i to tak od chaty do chaty. Jedna niedziela - do tych poszli, różaniec, modlimy się, godzinki czy gorzkie żale - do drugiej chaty. Do nas często przychodzili, ale najwięcej to młodzież przychodziła, bo był duży pokój u dziadków. Ale zawsze na różaniec, na godzinki, na gorzkie żale - cała wioska zbierała się, modlili się. W wiosce mieszkali też Ukraińcy i Niemcy, to jeszcze Ukraińcy rozmawiali po polsku, i Niemcy rozmawiali po polsku. My na ten czas po niemiecku dobrze rozmawiali, teraz ja już nic nie umiem w tym wieku, ale wtedy to rozumieli, wszystko rozmawiali.
Walentyna Bals
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Żytomierz, 1942]Opowiem, jak już mnie Niemcy wywieźli na polską granicę i jak uciekłam. Najpierw załadowali nas tu, w Żytomierzu, w wagony. Razem, chłopców i dziewczyny, wszystkich razem. I nie było gdzie nie to żeby się położyć, ale gdzie usiąść, tyle nas napakowali do wagonów. Zajechaliśmy gdzieś aż do Polski, przynieśli nam jeść na jakiejś stacji: zatrzymali i rzucili jakąś pieczoną brukiew, ot tak, rzucili do wagonu. Nie mogłam nawet na tę brukiew patrzeć, co dopiero jeść… Gdy już dojechaliśmy na tę granicę, zatrzymali wagony i posłali po jedzenie. Wzięli nas 16 osób, wybrali i powiedzieli: – Pójdziecie po jedzenie. Dali nam jakieś torby i idziemy parami, z przodu patrol i z tyłu patrol. A była ze mną dziewczyna wyższa ode mnie, ja byłam mniejsza, i mówię jej: – Tamara, będę uciekać. A ona na to: – Ja z tobą. – No – mówię – lepiej mnie nie zawiedź. A koło stacji był bazar, baby stały, sprzedawały, co tam kto sprzedaje, wszystko co można. Idziemy przez ten bazarek i Niemcy dwaj z przodu już przeszli, a z tyłu – patrzę – jeden właśnie zapala papierosa. Popatrzyłam na tego drugiego, on coś mówi do niego akurat. A my akurat na samym bazarze, wśród ludzi. I ja skoczyłam między tych ludzi, i ta dziewczyna też. Jakaś kobieta – pewnie nie raz jej przychodziło ratować ludzi – miała wielką chustę i tą chustą mnie nakryła całą, ramiona, głowę, i mówi: – Siedź, nie uciekaj. A mówiła taką łamaną polszczyzną. Postawiła przede mną koszyk, w którym miała rzeczy na handel, i tak samo ktoś ukrył tę dziewczynę. A jak uciekłyśmy, to jeszcze parę osób uciekło w drugą stronę, Niemcy zaczęli strzelać, szukać, ale nas nie znaleźli. Potem jedna kobieta z tego bazaru wzięła nas ze sobą, szła z bazaru do domu, przenocowałyśmy u niej, dała nam po kawałku chleba, słoniny, pokazała, jak iść dalej. I poszłyśmy; przyjdziemy do wsi, ludzie coś robią, pomożemy im. I tak szłyśmy, szłyśmy i przyszłyśmy do jednej chaty, a była już taka pora, że trzeba było kopać kartofle. Zachodzimy do kobiety do chaty, a ona mówi: – Pomożecie mi kopać kartofle. Pomogłyśmy. A miała ona dwóch synów u banderowców. Kopiemy te kartofle, wchodzimy do chaty, a tam tyle chleba napieczone. Ona mówi, że przyjdą dziś chłopcy, zabiorą chleb. A nam mówi: – Wchodźcie na piec. Zalazłyśmy na ten piec, śpimy tam. I przychodzi jeden z tych synów, i mówi do matki: – Nikogo u ciebie nie było? Nikt nie przychodził? Ona mówi: – Nie, nikogo. To była dobra kobieta. – A jak to, ty sama tyle kartofli wykopałaś? A ona mówi, że kopała cały dzień, to i wykopała. Od rana do wieczora czasu dużo. I tu przyszedł drugi, zawołał go, zabrali ten chleb i poszli. Ta kobieta daje nam bochenek chleba, daje coś jeszcze do jedzenia i mówi: – Idźcie, gdzie was oczy poniosą, bo to moi synowie, ale oni są u banderowców. Jak was znajdą, zabiją, a i nie to, że zabiją, a zamęczą. I tak poszłyśmy stamtąd.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
Myśmy mieli swój kościół, oni mieli swoją cerkiew. Potem już te zatargi się zaczęły. Jedni, że my jesteśmy Ukraińcy, a Polacy, to niby nie. Ale wiem, że między swoimi sąsiadami cały czas do mojej mamusi mówiono "pani", "pani Zawadzka". I nawet myśmy chodzili razem do szkoły ukraińskiej na zabawy. Nie było wtedy tego, co ja teraz spotykam. Może we wsiach to było. Między naszymi sąsiadami na święta polskie przychodzili Ukraińcy. Wyszłam za mąż za Ukraińca, prowadziłam dom - tolerancja była. Robiłam polskie święta obowiązkowo: Wigilia musiała być, Boże Narodzenie i wielkanocne święta, i też święta ukraińskie. Mój syn rozmawia w języku polskim, ale może troszkę moja wina z tym, że niedokładnie. Może teraz i mój polski jest już z jakimś osobliwym akcentem. Gdy nastał czas, żeby wnuczki poszły do szkoły, ja mówię: - Synu, ty decydujesz. Mogą pójść do polskiej szkoły. Ale jeszcze wtedy, to nie było takiej perspektywy, jak teraz. Wnuczka starsza ma dwadzieścia lat, młodsza siedemnaście lat. Więc one z języka polskiego znają tylko to, czego ja je nauczyłam.
Maria Bilczuk
Ja byłam Polka i zawsze, całe życie byłam Polka. I nigdy mi nikt nie zwrócił uwagi, że jestem Polką. Raz mi nauczycielka z rosyjskiej literatury powiedziała: - Ty tak nie chowory, bo tut nie polskij sejm! Tak mi powiedziała, że niby tam nie było porządku... A tak, to dzieci bawiły się razem, wszystkie.Mój mąż był grekokatolikiem. Dopóki był kościół, chodziliśmy do kościoła. Mąż umarł dawno, 20 lat temu, ale jego rodzina nigdy do mnie nie powiedziała "ty Polko.." czy coś takiego. Nieraz mówią, że kogoś obrażają, ale mnie nikt i nigdy. O Ukraińcach mam dobre zdanie.
Stanisława Ciwka
[Drohobycz]Ja zawsze mówiłam, że jestem Polką, nigdy tego nie ukrywałam. Zawsze obchodziliśmy polskie święta i ukraińskie tak samo. Najpierw polskie, a potem ukraińskie. Moja córka, jak wyszła za mąż, to tak samo… Ja mówię: — Moje święto jest pierwsze. Jakby twoje było pierwsze, to byśmy twoje obchodzili. Ale tak samo, na polskie święta oni przychodzą do mnie na kolację czy tam na śniadanie na Wielkanoc. Ja do nich też jeżdżę na święta. Nie jest taki bardzo bliski stosunek. Ja nie miałam siostry i myślałam, że ta moja swatowa będzie dla mnie jak siostra. A na weselu ona powiedziała, że bardzo żałuje, że jej syn się tak ożenił. Nie wiem, z czym to było związane, czy to przez to, że ja Polka, czy on miał jakąś inną dziewczynę, z którą nie chciał się żenić. Zięcia mam dobrego, choć Ukrainiec…
Kamila Czajkowska
Gdzieś tak w 1943 roku z osady Kościuszkówka wstali ludzie rano i u każdego Polaka na progu domu, pod kamieniem, była kartka z informacją, że w ciągu 24 godzin ma się wynieść. Ludzie uciekli. Kto mógł, zabrał bydło, kto mógł, wziął kawałek chleba. To była zima, nie mogli wiele ze sobą zabrać. A kto przyszedł później, żeby zabrać jeszcze jakieś bydło, ten został zabity. Zabili moją koleżankę, Samborską, ona miała osiemnaście lat. Przyszła z ojcem, żeby dać bydłu jeść. Jak tamci nadeszli, schowali się pod żłób, ale ich znaleźli i razem zabili.
Stefania Felendysz
Z początku przyszli w 1939 roku Sowieci, później Niemcy. I od tego roku zaczęła się różnica między narodami, zaczęły się ruchy banderowskie. W naszej wiosce było dużo chłopców, którzy nie poszli do wojska i ukrywali się gdzieś w lasach, w polu. Ja bym powiedziała, że oni walczyli z tymi ludźmi, którzy im byli i sąsiadami, i bliskimi, i nawet rodakami. Różnie było. Walczyli z tymi, którzy pracowali w jakichś urzędach albo w miejscowej milicji. Wybijali ich wszystkich, palili gminy, palili różne dokumentacje. Nasza gmina też została spalona. Moja siostra była wtedy sekretarką tej gminy. Zabita była dyżurna, zabity był człowiek, który przyszedł zameldować w gminie, że sprzedał konia. Wszystko było spalone i siostra bała się dalej pracować. Ruskie brali ją do pracy, przyjeżdżali do nas, grozili jej. Ona płakała: — Zabiją mnie, bo jestem Polką. Powiedzieli, żeby znalazła sobie jakiegoś zastępcę. Poleciła jedną Ukrainkę, która bardzo chciała być sekretarką w gminie. I chociaż ona miała dwóch kuzynów banderowców, to i tak ją zabili. Nie pracowała dłużej niż miesiąc-półtora. Wtedy znowu przyszli Ruscy do mojej siostry, na podwórko naszego domu, i powiedzieli: — Będziesz sekretarką w gminie. Ona na to: — Nie będę, boję się, że mnie zabiją. Mama ich prosiła, ja taka mała, pamiętam, że siostra posikała się nawet z tego wszystkiego. I powiedzieli: — Pójdziesz, a jeśli nie, to my ciebie weźmiemy na białe niedźwiedzie, tak że twoja matka nikogo nie zobaczy. Moja druga siostra, starsza od tej o dwa i pół roku, zawsze bała się, że przyjdą ją zabić zamiast tej jako sekretarkę gminy. A one dwa lata już nie nocowały w domach, tylko po różnych wioskach, po sąsiadach, po strychach. Jak zaczynał się wieczór to jedna i druga płakały: — Do kogo ja dzisiaj pójdę na noc? Ta starsza bała się, że przyjdą za młodszą, nie będą wiedzieli, która to, i zabiją ją. I starsza zarejestrowała się na wyjazd do Polski, tak że rodzice nawet nic nie wiedzieli. Później tylko powiedziała: — Ja już wyjeżdżam. Miała 20 lat. I wtedy młodsza, jak już jej postawili takie warunki, że albo Syberia, albo to, też poszła i się zarejestrowała. I to było miejsce ich ucieczki.
Stefania Felendysz
Przeżyliśmy bardzo dużo strachu. Jak w 1945 roku zaczęło się przesiedlanie Ukraińców na wschód, do nas, a Polaków na zachód, to niekiedy stały puste domy, puste studnie. Była wojna, chociaż to nie wojna. Po prostu tych banderowców zostało bardzo dużo w kryjówkach, a ci Sowieci ich szukali. I tak zabijali jedni drugich. Ukrywali się wszędzie, nawet w tej szkole, gdzie się uczyłam. My tak mniej więcej wiedzieliśmy, że są w suterenach. Było nieprzyjemnie. Zabijali bardzo dużo ludzi. Żeby ich nie chować, to przeważnie wrzucali ich do studni w pozostawionych przez wyjeżdżających Polaków gospodarstwach. Rzucali też ciała w okopach pozostałych po froncie. Na Podolu zginęło bardzo dużo ludzi. Niedaleko od nas była taka wioska. Tamtejszy ksiądz tej nocy nie spał w domu, a chował się w kopule kościoła. Siostry zakonne poszły wtedy do domu, bo był bardzo duży mróz. I akurat wtedy napadli na Polaków, zabrali te siostry i około czterdziestu innych osób. Nikt nie wiedział, dokąd ich wzięli. Nie pamiętam, jaka to była data, może to był styczeń. Okazało się, że ich przywieźli do naszego lasu. Wywieźli ich ciała dwadzieścia kilka kilometrów i przysypali śniegiem i różnymi chwastami. To było w 1942 roku, wtedy byli u nas Niemcy. Była fabryka tytoniu, którą kierował Niemiec. Poszli na polowanie i znaleźli tych ludzi, bo był marzec i śnieg zaczynał się już topić. Zobaczyli ciała pod chwastami. Przewieźli je wtedy stąd do Jagielnicy. Mówią, że jedna siostra zakonna miała w pochwę włożony taki długi, zamotany drut kolczasty. Tak ich męczyli.
Stefania Felendysz
Ukraińcy cieszyli się, że Niemcy idą. Z Polakami byli wrogami, bo Polacy ich niby uciskali. Myśleli, że z Niemcami przyszło wojsko ukraińskie, bo niby jakaś ich armia powstała na emigracji. Wydawało im się, że Niemcy zrobią tu Ukrainę, że coś zrobi Stefan Bandera... A Polacy zastanawiali się, jak to będzie – Niemcy przyszli, Polskę rozbili, nie wiadomo czy na długo, czy nie na długo. Pomiędzy sobą tak rozmawiali, zbierali się wieczorem i dyskutowali. Ja podsłuchiwałem, ale mnie zawsze wyganiali. Bali się, że gdzieś coś chlapnę i kogoś przez to aresztują.
Władysław Finster
dotyczy także: Wrzesień 1939,
XX. Stosunki polsko-ukraińskie[Kamionka, 1943]Bidowe ludzie wszystkie byli, jedno drugiemu co miało, to mogło pomóc, a co nie mogło, to nie pomagało. Przyjeżdżali [Ukraińcy], ale nie z naszej wsi, to my uciekali, my nie nocowali w domu. Uciekaliśmy zawsze gdzieś daleko, koło rzeki, a młode to na łódki jadą, na rzeki nocują. Spania nie ma. A my też do Ukraińców, do chlewa, kto dobry przyjmie do mieszkania, tylko żeby tamci nie wiedzieli. Była mama, siostry dziecko było małe, to my uciekali, a mamę przyjmowali sąsiady z dzieckiem nocować. Sąsiad później za parę dni mówi: „Ciociu, nie gniewajcie się, ja nie mogę was przyjąć. Powiedzieli, że wam śmierć i mnie śmierć”. A to znów drugi sąsiad przyjął, bo go tamci nie znali. Taka była bida. A my nad rzeką, tam okopy byli poryte, my w tych okopach przytulaliśmy się. To nie spanie było, to taka bieda, taka nędza była...
Feliksa Frankowska
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
(Torskie i okolice, 1944 r.).To nie partyzanci byli, to banderowcy - to ich się baliśmy. Bardzo się ich baliśmy. Gdy oni przyszli do chaty, to już nie zostawało się żywym. A jak się znęcali, języki wycinali, piersi, wszystko. Byli bardzo mściwi. A teraz jeżdżą do Polski do pracy. Ja mówię: - Jakim prawem ty jedziesz do Polski? Gdybym ja była tam w Polsce, to bym was tak goniła, że byście nogi sobie połamali! Tak bym robiła. Oni nam żyć nie dali. Zostawiliśmy wszystko i uciekliśmy.
Janina Holinata
(okolice Białobożnicy, 56 km na Pd. od Tarnopola, 1944 r.).Brata zabili banderowcy. Zabrano Polaków z 1927 rocznika do wojska, i on był w Białobożnicy. To była rosyjska armia, zabrali ich do wojska. Byli w Białobożnicy, a stamtąd wszystkich młodych Polaków zawrócili, bo oni nie mieli jeszcze nawet osiemnastu lat. Zawrócili ich, i wtedy już banderowcy przymusem ich zabrali. I wszystkich tych z naszej wsi zabili: Bronka zabili, Mańka zabili, Józka zabili. Jednego nie - Jarusia nie zabili, bo jego mama była Ukrainką, a tata Polakiem. To jego nie zabili, a tak to wszystkich, wszystkich... Mańka do tego podli męczyli. Mojego brata przynajmniej tylko zabili, ale zrobił to kolega z klasy. Siedział z moim bratem w jednej ławce i zabił go.
Janina Holinata
Wyszłam za mąż za grekokatolika, Ukraińca; nie rzymsko-, a grekokatolika. Gdy przyjechałam do jego wsi, nazywała się Barszcziw - to również czortkowski rejon, Barszcziw jest dalej - jego mama powiedziała: - Niech już będzie Sowietka, byle nie Polka. Och, w głowie mi się zakręciło - ona nie chce... A ona nic nie wiedziała o tym, że jestem Polką, nic. Ale potem ona się zgodziła na to małżeństwo. No, co zrobić? I nawet swój dom jemu, synowi, zapisała. Powiedziała: - Zabierz mnie, synu, do siebie. Zabraliśmy ją do siebie, ona tutaj zmarła i tu ją pochowaliśmy.
Anna Hryciw
Nasi sąsiedzi, to byli Ukraińcy. Bo Polaków wywieźli i repatriacja była. Oni się do nas dobrze odnosili i my do nich też. Ale na wioskach, to było bardzo źle… Tam napadali, zabijali strasznie Polaków, mówili, że to od Polski się zaczęło. Na wioskach, to ludzie uciekali, kto w czym miał. Bo obcinali nosy, uszy, piersi kobietom... Nawet, jak było tak, że żona Polka, a mąż Ukrainiec, to przychodzili banderowcy i mówili: – Na, ty bery i riż żinku!.. Jak chciał żyć, a jak nie, i jego zabijali. Były bardzo takie straszne rzeczy. To był 1945-46.
Bronisława Iwanicka
W Krechowcach przeważnie żyliśmy bardzo dobrze z Ukraińcami. Na Święta Bożego Narodzenia i Wielkanocne zapraszaliśmy ich do siebie, a potem oni nas zapraszali. Żyliśmy dobrze, nie było tak: ty Ukrainiec, ty Polak. I sąsiedzi ostrzegli matkę: – Bądź ostrożna, bo odbędzie się akcja, będą rżnąć Polaków. A mama mówi: – Dlaczego, co ja złego zrobiłam Ukraińcom? – Mąż był w pułku strzeleckim. On po ukraińsku nie umiał rozmawiać, gdy rozmawiał z sąsiadami, to po polsku tylko rozmawiał. Zawsze śmieli się z niego: – Panie Józef, pan nie może rozmawiać w naszym języku? Wobec tego, że matka to usłyszała, to zebrała to, co mogła zebrać, najęła furę i wyjechaliśmy do miasta.
Władysław Karpiński
[Panka koło Storożyńca, Ukraińska SRR, 1947]I brali do wojska. A tu powstała taka banderowszczyna. Ubiwali ludzi tak strasznie, co oni wytwariali. Chcieli samodilnej Ukrainy. I kto pracował u gminie albo gdzieś pracował, to oni go ubiwali. Tut był kolega — chodził ze mną do szkoły. On był z 1925 roku, ja z 1926. On uczył się na ksiądza 4 lata w Rumunii. Potem, jak przyszli ci Ruski, on tu nie uczył się. I przyszli banderowcy do domu. I pracował w gminie jako sekretarz. I ubili, bo on wszystko wiedział — gdzie są ci, którzy się chowali, nie chcieli iść do wojska. I banderowcy na niego byli źli. I ubili jego. Przyszli do domu i zabrali jego, tak jak był — w kalesonach, w rubaszce, tak jego zabrali na Popielec w marcu. Rzucili jemu na szyję postronek i ciągnęli jego, i tak go wieźli po wsi bosego. To taki mróz był! Co tylko oni z nim nie robili. Powyłamywali jemu ręce. I potem zadusili, i rzucili pod lód. I tak jego zamęczyli. Banderowcy, jak coś gdzieś słyszeli, żeby ktoś gdzieś rozmawiał, nocą przychodzili i ubiwali. Nie patrzyli, czy to matka, dziecko małe. Matka karmiła dziecko i oni zestrzelali matkę, dziecko zostawili się. Jednej nocy 12 dusz ubili. Ja była brzemienna i spała na sianie, bo bojali się w domu spać, i wszystko jedno przyszli. Przyszli, ja już dziecko urodziła. I myślę sobie: „Jak on mnie ubije, to niech i dziecko ubije”. Ja dała pić dziecku, a banderowiec bierze automat i mówi tak: — Jak tylko ty powiesz słowo, to tam pójdziesz gdzie Polak (ten co ubili jego). — Tam pójdziesz gdzie Polak! A do męża mojego mówi: — Ty co, nie miał co brać? A Polkę wziął! A on mówi: — Ja co chciał, to i wziął sobie. Oni przychodzili, niektórych ubiwali, a u kogo nocowali, dawali jeść — tych wszystkich pozabierali na Sybir. Oni siedzieli w tiurmach po 10 lat.
Albina Kaziuk
[Drohobycz, 1943]Jak Niemcy ustępowali, to Ukraińcy chodzili do nich do ratusza i prosili, żeby im dali 24 godziny na zrobienie porządku z Polakami. Później chodzili prosić o 12 godzin, ale Niemcy nie pozwolili. Później mówili: — Dajcie nam choć cztery godziny, żebyśmy zrobili porządek z nimi. Tak było za Niemców. Dobrze, że nasza ulica była polska. Tu u nas mężczyźni wychodzili i pełnili straże. Jedna grupa od wieczora do północy, druga do drugiej rano, następna do trzeciej i do rana. I wtedy nam wszystkim mężczyźni porobili w domach łańcuchy, żeby można było trochę drzwi uchylić i zobaczyć, kto za nimi stoi. Tam zawsze stała sól i woda, a mamusia trzymała siekierę koło drzwi. Nie wiem, jak ona by ją wykorzystała, ale trzymała. Nie wiem, co by było, jakby na nas napadli, ale zawsze można było oblać ich wodą. Nim by się otrzęśli, to może by się uspokoili. To było coś okropnego. Patrzymy przez okno, a tam wioska się pali. Mężczyźni już biegają, kobiety po cichu się przygotowują. Trzeba było być gotowym.
Wiktoria Kisiel
[Drohobycz, lata 40.]Ukraińcy nawet swoich zabijali. W 1946 czy 1947 roku przyszedł taki mężczyzna, powiedział, że ma troje dzieci. Zapytał, czy dam mu co bądź, żeby on je ubrał. Zapytałam, co z jego żoną, a on odparł: — Nasi bandyci ją powiesili. Ja mówię: — Jak to? Wasi swoją powiesili? — Tak. Był już wieczór i ona powiedziała sąsiadce, że jedzie do miasta sprzedać świnię, żeby móc kupić dzieciom buty do szkoły. I w nocy przyszli, i powiedzieli jej, żeby nie sprzedawała świni, oni przyjdą i ją zabiorą. Banderowcy, ci, co w lasach żyli. Ona na drugą noc tę świnię wzięła na furę i odwiozła do miasta. Później przyszli w nocy, on wstała i powiedziała, że już po niej. Mąż powiedział, że on pójdzie. Jego odtrącili, ją w koszuli wyciągnęli na dwór i powiesili u nich na podwórzu na drzewie. Ze mną pracowała jedna Ukrainka i kiedyś powiedziała, że już więcej nie wytrzyma. Zapytałam, co się stało, a ona powiedziała, że przychodzą w nocy, zabierają wszystko, co jest, i nie zostawiają nawet nic do jedzenia. Odpowiedziałam, żeby ich nie wpuszczać, przecież to swoi, wasi Ukraińcy. Powiedziała mi, że oni swoich rżną i biją tak samo. Jak się im nie da, to znaczy, że jest się przeciw Ukrainie.
Wiktoria Kisiel
Przed wojną my nie słyszeliśmy takiego słowa "Ukraina" i Ukraińców nie było - byli Rusini. A jak Niemcy obiecali im Ukrainę, to wtedy była już policja ukraińska. Potem, jak już Niemcy uciekali, to tej policji też dużo jechało z Tarnopola i z polskich województw. Tato mówił, że raz było polskie święto, św. Michała, a tam była taka knajpa, co właściciel był Ukraińcem. A matka tego właściciela była Polką. Tato sobie poszedł na piwo do tej knajpy, no bo to święto. I nagle przyjechali ci policjanci. Zaczęli wypytywać, co to za wioska, jak się nazywa, kto w niej mieszka. Właściciel powiedział, że wioska jest mieszana, że tu i Polacy, i Ukraińcy. A ten policjant na to: - Są tu jeszcze Polacy? Jakby nam pozwolili, to byśmy zrobili porządek w jedną noc i już by ich nie było! A ten właściciel mówi: - U nas tego nie zrobicie. My jesteśmy mieszani, moja mama jest Polką. Nie pozwolimy na to. Tato tego słuchał, ale się nie przyznał, że jest Polakiem. Taki był strach.
Zofia Leśniańska
Po szkole starałam się dostać na studia — na medycynę. Jednak nie udało się. A dlaczego? Dlatego, że w szkole uczyliśmy się wszystkich przedmiotów tylko po polsku. Gdy przyszło mi zdawać egzamina, trzeba było wszystko zdawać po rosyjsku. Były trudności okropne, niemożliwe było zdać. Pytała się mnie nauczycielka, u której zdawałam egzamin: — Gdzie się pani uczyła? — Szkoła polska nr 7. — No to musi pani nauczyć się języka rosyjskiego, wtedy dopiero przyjść zdać egzaminy. Skończyła się na tym moja medycyna.
Aurelia Łozińska
Naprzeciw polskiej szkoły był kościół niemiecki i obok kościoła na tym cmentarzu była kapliczka. Teraz park tam robią, gdzie hotel "Ukraina", ale kiedyś był tam cmentarz. My stale chodziliśmy ze szkoły do tej kapliczki, a Niemcy przywozili pomordowanych przez banderowców Polaków. To ja do śmierci będę pamiętać. Jak oni byli pomordowani... Bez uszu, bez nosów, piersi... I goli byli. Jedna kobieta była aż sina i to dziecko małe, dopiero co narodzone było na piersi. Czarne było, po prostu czarne. Każdy raz, każdy raz Niemcy przywozili tych pomordowanych. I każdy raz my przychodziliśmy. Bo może ktoś rodziców ma, ktoś rodziny ma, żeby wybierali i dlatego oni wszystko wystawiali. A my ze szkoły prosto idziemy tam. Niemcy przywożą w takich paczkach. I my oglądamy. To się nie da opowiadać. Mama bała się tych Ukraińców. My spaliśmy po kukurydzach, w ziemniakach, a przeważnie w kukurydzy, bo tam nie widać. Mama poszyła nam takie worki. Właziliśmy do tych worków. Razem nie szliśmy, tylko jeden tam, drugi tam, a potem rano jeden drugiego szuka. W dzień się nie baliśmy, ale w nocy baliśmy się. My się więcej banderowców bali, jak Niemców i Ruskich.
Irena Matjas-Mikuła
[Szydłowce, Ukraińska SRR, lata 20.] [Łuck, Ukraińska SRR, ok. 1949] Ludzie we wsi dobrze wiedzieli, kto Polak, a kto Ukrainiec. Nie po języku, a po świętach. Ale tak powinno się było robić, że Wielkanoc na przykład - wiedzieliśmy oczywiście, że polską Wielkanoc trzeba obchodzić - ale rosyjską, ukraińską Wielkanoc też obchodziliśmy. Bo czy ja to wiem, które święto sprawiedliwe, czy jedno, czy drugie? Taka jakaś była równowaga, a może nie równowaga, tylko każdy bał się w duchu, że Boże, może to święto tak wielkie, że też je obchodzić trzeba. Tak robiła większość ludzi. Byli i tacy, co pracowali, byli tacy, co nie wierzyli, nie uznawali, nawet wśród Polaków, ci wszyscy komuniści. I u nas tak było, mój pierwszy mąż był partyjny, więc córkę ochrzciłam cichutko, gospodyni z domu przyszła, wzięła swego brata, po cichu poszliśmy do kościoła. A mąż powiedział, świętej pamięci: - Ja wyjeżdżam w delegację, ty jesteś ochrzczona, to ochrzcij i dziecko. I było tak, że cały czas się baliśmy. Nie było wtenczas ani cerkwi, ani kościoła otwartego, nie było gdzie chodzić.
Adela Mołoda
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
Tu był bardzo duży dom, spalił się on. To stali tam Ukraińcy - własowcy w nim. Oni nam pomagali. Taki nasz znajomy był, ich wywieźli na Sybir, a on został się tutaj i krowę przyprowadził. Mieszkał tam na chutorze. Oni byli bogaci, 20 hektarów mieli ziemi, i on został się sam i mówi: - Wszystko jedno, partyzany zabrać mogą, to ja wam przywiozę krowę. I paśliśmy. Tutaj zaraz łąka taka, blisko. I mleko było. Niemcy godzili się na tą krowę. I jeszcze te Ukraińcy im co ukradną! Bo tu zrobili taki szałas i tam konie trzymali. I Ukrainiec mówi: - Panie Raszewski, wystarczy i Niemcom! I nasypie tego owsa, a resztę nam, krowie. A mamusia pojedzie do Lachowicz i samogonki przywiezie, bo im wypić przecież trzeba. I jak zakończyła się wojna, to jeden Ukrainiec przyjechał i mówi: - Ja was się nie boję. No, a cóż my będziemy mówić, że on z Niemcami, tam? Wielki nam kłopot, aby człowiek żył! Fajny taki Ukrainiec był - wysoki, przystojny. Ich dużo było, dziesięć osób. O tu, w tym domu, co spalił się. Tam były trzy mieszkania, Niemcy w dwóch mieszkali, a im dali jedno. I oni z końmi robili, jak służący byli.
Adolfina Raszewska
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
Jeszcze tak trochu było strasznie u nas - naprzeciw sąsiad mieszkał. Ale skąd on się wziął, to my potem same nie wiedzieliśmy, bo tam sąsiedzi mieszkali naprzeciw i on, patrzymy się, za jakiś czas - fura, konie. Skąd to się wzięli, fura, konie? Przecież my jeden drugiego sąsiedzi znaliśmy. I on miał chłopczyka takiego, a moja koleżanka mieszkała po drugiej stronie, trzeci dom. Hilm nazywała się, ona z trochu niemieckiej rodziny. I jej matka do nich trochu chodziła i słuchała. A tam widać się zbierali banderowcy, zbierali się tam i naradzali. I ona raz przychodzi i mówi do mojej matki: - Proszę pani, proszę Władzi nie puszczać, bo oni powiedzieli, że jak oni się dowiedzą, że ona jest Polka, to oni ją zniszczą. Tak ona powiedziała: - Niech pani Władzi nigdzie nie puszcza. No, oni nie wiedzieli, oni myśleli, że moja mama Ukrainka jest. Oni nie wiedzieli, czy Ukrainka, czy Polka. Oni nie wiedzieli kto, bo oni niedawno przyjechali, ale my zawsze Polacy, w domu po polsku, wszędzie po polsku rozmawialiśmy, ale oni mówili tak: - My nie wiemy, czy oni Ukraińcy, czy Polacy, bo jak my by wiedzieli, to my by ją zabrali. Ale trzeba niby zamanić ją do nas, niby żeby ona naszemu synowi pokazała zadanie jakieś i my wtenczas ją weźmiemy. I właśnie ta Hilm, mojej koleżanki matka, mówi do mojej mamy: - Proszę Władzi nigdzie nie puszczać, bo oni mają zamiar Władzię czy zabić, czy co tam. Bo tam się schodzili. A on zawsze wieczór furą gdzieś jechał i stamtąd już oni wracali - pełno na furze było rzeczy różnych, i dywany, ubrania. Widać, że oni po wsiach chodzili, mordowali ludzi i zabierali to wszystko.
Władysława Ridosz
O ile ja pamiętam, nie było tak jak teraz, nie. Były mieszane małżeństwa i takiej nienawiści nie było. Tę nienawiść zrobili dopiero Niemcy, jak przyszli. Bo oni zaczęli oddzielać, że Ukraińcy to są ludzie, a Polacy to są świnie. A przed wojną nie było różnicy. Przecież moja ciocia, mego wujka żona, ona pochodzi spod Lwowa, ona jest Ukrainką, ale też na pół, matka była Polka, ojciec Ukrainiec. Oni przychodzili do nas na polskie święta, my do nich na ukraińskie święta jeździli i nie było żadnych problemów.
Krystyna Ruda
[Banderowcy, po wojnie.] My już stary rocznik, więc nam powiedzieli: pojedziecie w Bieszczady, w sam róg Polski. Czesko-ruska granica. San, Lesko, Sanok, Baligród i Cisna, Brzegi Górne. Na same góry nas popędzili. Tam most pobity, a po moście my szli - to medale nam dali. Tam zakwaterowali nas wreszcie, ale trzeba tam jeszcze iść kilometrów ze 30 do granicy. Szliśmy na samą granicę. Pojawili się banderowcy. Śmiało przychodzili. My ich ruszali, oni nas ruszali. A to byli bandery samostiejnej [niezależnej] Ukrainy. Zawiązała się wojna z nimi, już zaczęli bić się. A wtedy my poszli na ofensywę, szukać ich po górach. Ich tam dwóch, trzech siedzi na górze. Idzie rota, jak mówią, kompania, górę obstrzelają. Idą gęsiego, na 10, na 15 metrów, a oni siedzą na górze. Drabinę dostaw, żeby zaleźć. Dużo naszych poranili. Przyszedł rozkaz, by ofensywę zrobić, ale ja zdemobilizował się w 1947 roku, więc ja nie wiem, jak się skończyło. Nas wzięli i wieźli aż do Niemiec. A w Niemczech dawali 30 kilogramów mąki i 5 kilo cukru, na drogę. Można było tam zostać, ale ja napisałem do ojca, a on odpisał: - Trzy lata nie byłeś w domu, nie chcesz przyjechać? Co było robić? Brat zginął... Pojechałem. A tam, co? Kołchozy. Ziemię odebrali, konie zabrali. Darmo pracowali. Tak uciekłem z Brasławszczyzny i przyjechałem do Łotwy. Tu można było pracować, maszyny remontowałem. Dobrze było. Mało zarabiałem, ale płacili. Ożeniłem się. Domek kupiłem i ziemię wykupiłem, 7 setek. I tak żyję. Dożywam.
Edward Safron
[Ukraińska SRR, rejon Korosteń, 1965]Do mamy we wsi nikt się nie czepiał, tyle, że po prostu ludzie wokół nie lubili Polaków. Gdy wychodziłam za mąż za Ukraińca, jak jego rodzina tego nie chciała! Strasznie tego nie chcieli, bo byłam Polką. Byłam u nich przed tym nie raz i nie dwa, a oni cały czas: - Nie i koniec, żeń się, z kim chcesz, ale nie z nią, bo ona jest Polką. Powiedzieli, że się go wyrzekną, jak się ze mną ożeni, wyrzekną się własnego syna. Bo byłam Polką. Nie wiem dlaczego, ale nie lubili Polaków. W mieście może inaczej, ale na wsi nie lubili Polaków. No i przyjechaliśmy, już po ślubie, do domu, na wieś, ja stałam z jednej strony drzwi, on z drugiej, i nawet nikt nie powiedział "Wejdźcie", już nie mówię, żeby złożyć życzenia. Wszyscy milczeli, jakby nikt nie wiedział, że się pobraliśmy. Moja mama wiedziała, pobłogosławiła nas i wszystko było, jak trzeba, a on przyjechał do domu i co?
Jadwiga Sołowej
Byli przesiedleńcy z Polski, Ukraińcy z Polski - ja nie wiem, z jakich miast, ale byli. To ich nazywali "preselenci", przesiedleńcy. Zajmowali tutaj budynki, które pozostały po polskich rodzinach. We wsiach to było inaczej, był taki czas, że były mordowania, takie już ukraińskie, to Polacy uciekali z wiosek do miasta, zajmowali budynki, no i jednocześnie z Polski przyjeżdżali ci przesiedleńcy. Ja mieszkałam w budynku gospodarzy. To był prywatny budynek, gospodarze byli Ukraińcy, ale stosunki były dobre, nie było żadnej różnicy. To po wioskach takie jakieś nieprzyjemne mordowania były, i tak dalej, a tutaj, w mieście, tak się tego nie odczuwało.
Jadwiga Sołtowska
A święta religijne to wszyscy obchodzili, nie pamiętam takich ludzi, co by nie obchodzili. U nas zawsze obchodzili święta, czy to polskie, czy ukraińskie, obchodzili i te, i te. W mojej rodzinie było tak: polskie święta i ukraińskie, i jedne obchodzili — i drugie. Ukraińcy przychodzili do nas na polskie, my na ukraińskie szliśmy do Ukraińców.
Zbigniew Szczucki
[relacje między Polakami a Ukraińcami w Dowbyszu, w latach 30.]W Dowbyszu Polacy i Ukraińcy dobrze razem żyli. Jak było u Polaków Boże Narodzenie 25 grudnia, to Ukraińcy wszystko przygotowali wcześniej i nie pracowali, tylko coś w domach robili. A jak już 7 stycznia prawosławni mieli święto, to katolicy wstrzymywali się od pracy. Cały miesiąc były święta, jedni drugich zapraszali w gości. I nie byli wrogami, a potem co się po tej wojnie z ludźmi stało.
Janina Szymkowicz
[Prykordonna Ułaszanka, pow. Sławucki, 1943- 1946] Stali bandery prześladować, prześladować wszystkich, ot. Już tam gdzie mój brat był, Marian Sukulski, to jego zaczęli w nocy bić i palić. Zachodzą, mieszkania popalą i już. Raz w te strony, gdzie babcia żyła, przyszli. Poszli my do niej z siostrą: - Babciu, mama mówiła, żebyście szli do nas. A ona mówi: - Nie, jutro przyjdziecie, i ja już pójdę. Wyłażą kurczaki, to ja już zrobię wszystko, i jutro przyjdę. Ale jutro pali się w tę stronę! Już my mieli iść tam, żeby babcię zabrać, ale coś takiego stało się, że mama mówi: - Zjecie obiad i tam pójdziecie. Babci jeszcze tam nie ma, będziecie głodne. Gdyby my poszli, obiadu nie jedli, a poszli do babci, to byliby i nas tam pobili. Babcia moja była taka ładna pani. Wzięła już wązlik taki na śmierć dla siebie, ubranie. Schowała się w maliny, a w tych malinach wzięli nożem - 12 nożem ciosów w brzuch, i zakłuli ją. Wieczór już, spaliło się wszystko, wzięli konie, dwa braty i mama, pojechali. Jak pojechali - ot babcia leży w malinach. Już nie ma babci.
Czesława Tyska
dotyczy także: Wojna sowiecko - niemiecka,
[Prykordonna Ułaszanka, pow. Sławucki, 1943- 1946] Przychodzi dzień to już Niemcy hadziajują. Wieczór, jeszcze słonko nie zaszło, jadą bandery. Tak przez wioskę taka pełna fura jedzie, chyba z dziesięć takich, wszystkich w czarnym. Pojechali przez wioskę w dzień. Przeszło pewnie dwa czy trzy dni. A u nas, tam gdzie popalili wszystkich, byli dwaj Skaleccy. Oni byli leśnikami. Ich tam popalili i nie ma u nich jak żyć. A oni z bratem moim przyjaźnili się. My Polacy, to oni nie pójdą do Ukraińców, tylko do nas. A u nas duże mieszkanie było i oni do nas, do brata mego Kazika przyszli. Był jeden Janek, drugi Stasiek. Ich rodziców bandery pobili i popalili. Oni zachodzą do nas, ale że już z partyzanami znali się, to strach mieli, i chcieli już ujeżdżać. To ja już pamiętam ładnie, bo to w moich oczach było wszystko. Wywieźli ich, bandery, na taką drogę, i taki tern z kolcami, takie drzewa tam były. Zawieźli ich tam i słyszymy: bach, bach, bach! Strzelają ich. Czy oni ich postrzelali żywymi? Wszystkie odzienie zabrali z nich i na ten tern tak położyli, i ciągali ich po ternie żywych pewnie, bo jak już pobite, to po co ich będą ciągać. To już taka pomsta była. Taka krew po tych ternach! Pobili ich tam, popalili. Rano sąsiedzi mówią: - Oni u was byli. Chowajcie, toż wam trzeba pogrzeb robić. Nikt nie pójdzie, ani rodzice, ani nikt. Kto tam pójdzie co zbierać? Ale w końcu my wszystkie dzieci i mama poszli, i jaki garnek gdzieś ostał się, to my te wszystkie kości zbierali. Jak teraz pamiętam, był taki Józek. U niego taki pasek szeroki był żółty. I to mięso nie spaliło się pod paskiem tym. On gruby był. Tak to mięso takie spieczone było. Tymi rękami my wszystko zbierali w te garnki, i zrobili taki jeden grób duży, i wszystko tam złożyli. Teraz tam zrobili taki pomnik duży. Przyjeżdżają z Polski i dbają o to wszystko.
Czesława Tyska
dotyczy także: Partyzanci sowieccy,
Rodzina mojego męża mieszkała w Rokitnem, za Sarnami. Kiedyś, to było takie wojskowe miasteczko, bardzo dużo mieszkało tam Polaków. Oni mieli swój parterowy domek, dwa pokoje z kuchnią i drugie dwa pokoje z kuchnią. Ojciec męża był kowalem, miał swoją kuźnię. I do niego przychodzili rozmaici ludzie, i on im tam wszystko robił, co trzeba. A bał się banderowców bardzo. Więc w mieszkaniu, tam gdzie była sień i spiżarnia, tato zrobił potajemną ścianę. I kiedy przychodzili banderowcy, to chował dzieci za tę ścianę. Bo oni ojcu by krzywdy nie zrobili, bo on był im potrzebny, ale dzieci mogli zabić. Dlatego on dzieci chował.
Elżbieta Wieremiej
Żyli dobrze Polacy z Ukraińcami, do wojny nie było nijakich problemów. Pamiętam, że jak przyszła niedziela, ojciec i mama szli do kościoła i cerkwi. Mamę my odprowadzali do cerkwi, a my do kościoła z tatą. Tak zawsze było. A było i tak, że ja z mamą do cerkwi chodziłem.
Alojzy Zelep