Wielki Głód na Ukrainie
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, 1932]Jak posadzili ziemniaki tej wiosny, jakoś w końcu kwietnia czy na początku maja, zaczęły się deszcze. Przez cały miesiąc padał deszcz. Posadzili na wiosnę wszystko, co trzeba, i wszystko to przepadło. Bydło pozdychało. Zaczął się głód. Jedliśmy korę, kwiat akacji jedliśmy, lipy. Myśmy się uratowali, wszyscy u nas przeżyli jakimś cudem. Po pierwsze uratowało nas to, że babcia, która jeszcze żyła, z ogrodu - a ogród mieliśmy wielki, jeszcze dziadka, dziadek mój, Feliks, był miłośnikiem ogrodnictwa - zaprawiła wielką ilość gruszek, jabłek i tak dalej, nakisiła kapusty, ogórków, zapasy porobiła takie. I to nas ocaliło. Bo mieliśmy krowę, ale krowę zabrali, wszystko zabrali, i na końcu już żeśmy popuchli. Mama miała pierścionek, poszła, sprzedała, coś kupiła i jakoś wyżyliśmy. Ale już wszyscy byli napuchnięci, a w każdym domu po dwoje, troje ludzi umierało albo i wszyscy. Straszne to. Strach mi i dziś o tym opowiadać.
Narcyz Baszyński
W 1947 roku u nas był głód straszny, ludzie umierali. Susza była, nieurodzaj. Pamiętam, że pszeniczka była mała, nie kosili jej, tylko wyrywali i snopki robili. Nieurodzaj wielki. U nas były dwa wielkie głody. W 1933 roku, mówi się, że 10 milionów Ukraińców zmarło. A ja to pamiętam wszystko. Zabierali wszystko. Przychodzili do domu, taka brygada i zabierali wszystko. Fasolka, malutka, ale zabierali. I dzieci zostawały głodne. A potem w 1947 roku, tak samo. Już tak nie zabierali, bo już nie było co zabierać.
Stanisław Gorodecki
[Korostowa, obwód chmielnicki, 1933 r.]Na ulicy, na ulicy ludzie umierali. W 1933 roku miałam osiem lat, brat miał dziesięć. Tylko patrzyłam na to, jak ludzie idą po ulicy i umierają. Strasznie umierali. U brata ojca było sześcioro dzieci, one bardzo głodowały, bardzo głodowały. Był głód, strasznie było. Ludzie umierali pod płotem. Szli, prosząc: - Zlitujcie się, zlitujcie się. Dajcie cokolwiek... Więc coś tam dawali. Mamie żal było i dawała.
Anna Hryciw
[Dołbysz, 1933 rok]My wtedy nie głodowaliśmy, mieliśmy krowę. Chociaż nie było chleba, mleko pozwoliło nam przeżyć. Ludzie głodowali, chodzili i prosili o chleb, puchli, umierali. Kiedy miałam dwa lata, to był 1933 rok, byłam takim wymoczkiem, poszłam na pole i chciałam wianek na głowę upleść. Zaczęli mnie wszędzie szukać, myśleli, że ktoś mnie ukradł, ale znaleźli mnie w tym życie. To było na polu dziadka, jak skosili potem to żyto, znaleźli pełno ludzkich szczątków. Straszne to były czasy, nie ma nic gorszego niż głód, kiedy nie ma co jeść.
Walentyna Kuriata
[Żytomierszczyzna, 1932–1933] Mnie było dwa latka. Wiem tylko, że mama nasza, jak tata nasz poszedł już do Żytomierza – on na rodzinę, na dzieci kartki dostawał na chleb – mama za dwa tygodnie pójdzie do Żytomierza i przyniesie trochę tego. Było tak, że ludzie krowy pojedli, porżnęli, pojedli, a mama nasza nie. Żeby nie ukradli tej krowy, to na noc brała do chałupy, razem z dziećmi ta krowa była, żeby ją nie ukradli. I na wiosnę już, jak ocieliła się ta krowa, to już było mleko, to już mama była szczęśliwa, że dzieci już nie umrą z głodu. Mama opowiadała, że byli Zielone Świątki, była jakaś zimna wiosna, to mama poszła sama paść krowę, niech dzieci troszku pośpią. A była kura jedna, że jajko czy dwa zniosła, chleba nie było, tylko mleko. Mleko to gotuje się przed ogniem tak, mama tak rozbiła te jaja w tym mleku i mówi: – Dzieci najadły się, a ja taka zadowolona, że oni już nie będą głodne. Ale na jesień już my przyjechali tutaj, mama zaraz poszła do pracy. Bieda była, bardzo bieda była, ale jakoś wyżyli.
Jadwiga Matwiejczuk
[Żerebeckie, lata 30.] Jak kołchozy przyszły, to wszystko zabierali u ludzi, nawet chleb na półce, wszystko do kołchozu. Do szkoły chodziłam, czterech klas nawet nie skończyłam, bo już głód zaczął się. Zaczęły dzieci strasznie umierać z głodu. Ojciec poszedł do Żytomierza do pracy. Urządził się i tam dostawał trochę chleba. Dostawał i musiał 60 kilometrów piechotą chodzić, żeby ten chleb nam zanieść. Potem, już w 1937 roku, straszne były areszty. Księży, kościoły zamykali. To u nas był ksiądz jeden na całą Ukrainę - Stanisław Jachniewicz. W 1937 roku była jego ostatnia msza na Piotra i Pawła. I mama jeszcze chciała moją siostrę Bronię do pierwszej spowiedzi przyprowadzić, ale ksiądz mówi: – Pani to niech przyjdzie na tygodniu. Dlatego, że bardzo dużo ludzi na Piotra i Pawła przyszło na odpust. A w tygodniu już go nie było, bo w nocy już aresztowali, zabrali, i został gdzieś daleko, daleko. I tam daleko zginął ten ksiądz Stanisław Jachniewicz. To był ostatni nasz proboszcz, aż do 1941 roku, jak już przyszli Niemcy. Wojna przyszła, to księża przyjeżdżali do nas z Polski, ale też jednego z nich zabili tutaj, księdza Stanisława.
Maria Mazur
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[rejon Kamieńca Podolskiego, Ukraińska SRR, 1933]Ile miałam lat? — z dziewięć, jak przyszedł głód 1933 roku. To było na Ukrainie. Strasznie cierpieliśmy wtedy. Zupełnie nic nie było do jedzenia. Nic nie było. Mama chodziła po ludziach, prosiła o cokolwiek. Zbierała obierki od ziemniaków. Weźmie, pomyje te obierki, pomyje, ugotuje na wodzie, pomiesza łyżką, pobije, posoli i my to jedliśmy. Zeszłoroczne, zgniłe warzywa wykopywaliśmy spod ziemi, zgniłe były, my je gotowaliśmy i jedliśmy. Tak było na Ukrainie w 1933 roku, gołodowka taka. Tak nazywaliśmy: gołodowka. Ludzie mięso ze zdechłego bydła jedli, tak, u kogo bydło zdechnie, krowa albo jakieś inne, gospodarze wywlekają to gdzieś za wioskę, a ludzie biegną za nimi, rozbierają tę krowę między sobą na części, zdechłą. Wszystko mięso i gotują, i jedzą. Ale my mięsa ze zdechłych zwierząt nie jedliśmy. Obierki jedliśmy, ale zdechłego mięsa nie. Ojciec do młyna chodził. I tam, gdzie się mieliło, na podłodze był pył od mąki. On zbierał ten pył i przynosił do domu, a mama z tego robiła coś na kształt klusek, takie kółka. A w nich był tylko piasek i ten pył — i wszystko. Ona te „kluski” upiecze, do wody wrzuci i jak zupę jemy od razu. Umierali ludzie, mówili, że z głodu umierają. Tak, umierali. Puchli, z głodu puchli.
Jewdokija Rożek
[Kołybajiwka, lata 30.]Kołchoz robili: takie kusoczki małe, takie kawałki ziemi tylko zostawiali, a i to było dobre. Przeżyli my 1932 i 1933 rok. Taki straszny był głód, tu była taka mordownia ludzi, bo oni wszystko zamęczyli. Gdzie u kogo było pod dachem kawałek chleba, albo jakieś ziarno. Także do pieca patrzyli, takie piece ruskie były, tam chleb piekli. I z garnkiem, co było w garnku, to zamiatali. I zabierali do miasta, wywozili. Ludzie z głodu puchli i wszystkie padali. Po prostu padali, jak muchy, nie mogli żyć. I chorzy byli. W każdej chacie jeden, dwa, jeden, dwa zmarli. W tamtej chacie, gdzie nasza studnia była, to zmarło czworo: ojciec, matka, córka i syn. Umierali, po dwoje, po jednym. Ale my jakoś z mamą przeżyliśmy.
Rafaela Wróblewska
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Kołybajiwka, lata 30]Ojciec był szewcem. Stryjowie ojca byli majstrami, robili w mieście fajertony [wozy]. Dali ojcu taki fajerton. Byli takie fajertony, że jedne były odkryte, inne zakryte. Ładna kolaska, para koni, do kościoła się jechało. A takie wozy do pracy były w domu. Zimą wozili, i latem też. Ojciec miał pola 6 hektarów. Kołchoz wszystko zabrał. Po śmierci ojca mama jeden rok potrzymała, a potem zabrali wszystko. Ziemię zabrali w 1932 roku, a w 1933 roku był głód, bo zabrali wszystko. I nam też dostało się, bo chleb też zabierali. Chodzili nawet po mieszkaniu, po pokojach. i szukali, co było. Z bronią przychodzili, przyjeżdżali z miasta po dwoje, po czworo. Chodzili, ludzie bali się. Wymiatali wszystko. Co zostawało do jedzenia? Nic, w ziemi zakopywaliśmy, co zakopaliśmy, to było. Była taka maszynka mięsna. Przekręcaliśmy i tam ziarno zmieliliśmy, i kaszę gotowaliśmy. Mama gotowała dla nas wszystkich.
Rafaela Wróblewska
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Poliny k. Żytomierza, lata 30.]Nie było co jeść – głód. Z kartofli łupinki smażyli na płycie i jedli. A ojciec przyniósł kawałeczek chleba, podał dzieciom, a sam spuchł. Po trzysta gram dawali chleba kukurydzianego, z kukurydzianej mąki. A mama też biednieńka, nie wytrzymała, pomarła. To on ten chleb dzielił na nas, a sam taki kawałeczek jadł.
Zofia Zaleska-Galenius