Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.
[Kustownica, lata 30.]W Kustownicy był ładny kościołek. Chodziłam do niego z mamą tylko przez dwa, może trzy lata, nie więcej. Księdza tam nie było i z drugiego kościoła ksiądz dojeżdżał. W trzydziestym którymś roku go zrujnowali i zrobili banię — łaźnię. Ludzie do niej chodzili, choć płakali, ale chodzili. 1937 rok jak przyszedł, tak wszystko zrujnowali, zmietli. Na tym miejscu, gdzie był kościół, pobudowali szkołę. A ta bania przepadła. Zrujnowali i koniec. Jak nie stało kościoła, my z mamą modlili się w domu, żeby okno było zakryte, żeby nikt nie słyszał. Wszystkie pieśni my śpiewali w czasie wojny, bo dużo ludzi się zbierało. Babka jedna za księdza stała, bo księdza już nie było. Najpierw zbierali się u nas w domu. U nas domek stareńki taki był, mały. Potem modliliśmy się już po większych domach, na przykład u chrzczonej mojej matki. Dwa Niemce przyszli, pytali, co tam się dzieje, kto tutaj prowadzi — a tam babka siedziała. Niemcy postali, ale nie modlili się nic. Zabrali się i poszli. A my po nich wyszli, jak domodlili wszystko.
Regina Antonowicz
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Torczyn, lata 30., lata 40.]Rodziców swoich nie znam. Rodzice moi byli represjonowani w 1937 roku, ja miałam wtedy półtora roczku. Zostało nas wtedy czworo dzieci. Starsza siostra, Regina, miała osiem lat, Eugeniusz 7 latek, Leopold 4, i ja, najmłodsza, 1,5 roczku. Chacinę naszą i majętność całą, wszystko to skonfiskowano i sprzedano. A nas na wychowanie zostawili dziadkom, dziaduniowi Janowi Zygiert i babci Antoninie. Oni byli już starsze ludzie, i niedługo my z nimi byliśmy, bo 10 latek miałam, jak babcia umarła, a 13 miałam, jak dziadek umarł. Życie było trudne. Po śmierci dziadków chacina rozwaliła się, i my z tej starej chałupy wybierali, co tam jeszcze nadawało się, żeby można było wybudować jeszcze jakąś chałupinę. To my we wsi wybudowali.
Walentyna Bals
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
To był 1992 rok, odwilż taka, i ja poszłam do KGB zapytać o los swoich rodziców. Najpierw trzeba było pisać takie pozwolenie na to. Potem powiedziano, że ojciec został aresztowany jako szpieg polsko-niemieckiego kontrwywiadu i przywódca szajki. A było tak, że tatuś kupił taki radioodbiornik, i ludzie ze wsi, bo to była nowinka na ten czas, przychodzili w niedzielę i słuchali, czy jest może nabożeństwo, albo polski język, albo jakaś informacja z Polski. To mu zaliczyli, że dostawał informacje z Polski. Pięć osób wtedy aresztowali, w tym takiego stryjecznego brata tatusia. Jeszcze był taki Niemiec, Kin, oni mieli wiatrak, i rodzice tego Kina wyjechali podobno do Ameryki. Ten syn też został zaliczony do tej szajki. Dwóch z tej szajki to byli panowie Rozbicki i Zygiert, to oni, zdaje się, kiedyś byli w polskim wojsku. Pięć osób, ich rozstrzelali na siedemnasty dzień po aresztowaniu w Żytomierzu. A mamusię na ten siedemnasty dzień, zdaje mi się, zabrali. Przyjechali w nocy, siostrzyczka starsza opowiadała o tym, miała osiem lat i dziecko coś zapamiętało. Przyjechali samochodem w nocy, zapukali do drzwi. Mamusia pyta, kto to: - My przywieźli męża do gminy, i jeżeli pani chciałaby zobaczyć się z mężem, to rano możecie się spotkać. Mamusia pewnie, zbiera się, leci. Starsza siostra, Renia, płacze, a mamusia mówi: - Reniuś, nie płacz, dziecko. Mamusia zobaczy się z tatusiem i zaraz powróci. I siostra widziała, jak otworzyli samochód, wtedy nazywało się to czarna wrona, i mamusię zabrali, i po dziś dzień. To w tych dokumentach w archiwum znalazłam. Jak raz 28 czerwca to dzień moich urodzin. W tym roku to ja już miałam dwa latka, i 28 czerwca taki rozkaz był, i ją wywieźli do Kazachstanu.
Walentyna Bals
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
W 1931 roku tatusia wzięli do więzienia. Tata miał niespełna 36 lat. To była dla nas katastrofa. Był w więzieniu półtora roku. Mamę też wzięli, ale była w więzieniu znacznie krócej. Kiedy zabierali mamę, chcieli nas oddać do domu dziecka. Ale zabrała nas ciocia Frania, nie pozwoliła nas zabrać. Byliśmy bez mamy może miesiąc, może półtora. Tata bardzo dużo pracował, bo wtedy nie było wielu ludzi zdolnych do pracy. Ojciec z tego wysiłku zaczął tracić wzrok. Trafił do szpitala w Tomsku. Po leczeniu wrócił do domu, żeby dalej odpoczywać i wtedy go zabrali. W więzieniu całkowicie stracił wzrok. Do domu wrócił w 1933 roku zupełnie niewidomy. Umarł w 1937 roku. Miał dopiero 42 lat. Był bardzo chory, między innymi na płuca. W 1937 roku bardzo dużo ludzi zabierali do więzienia. Nie wiadomo, jakby to było, gdyby tata nie umarł. Po śmierci taty życie dla nas było bardzo ciężkie. Mama zaczęła pracować, ale płacili jej bardzo mało. Nasze mieszkanie zostało skonfiskowane i musieliśmy mieszkać na kwaterze. Przydzielili nas do malutkiego domku, gdzie mieszkała staruszka, do jednego pokoju. Dowiedziała się o tym pewna Polka i zabrała nas do siebie.
Jadwiga Baranowskaja
[Żytomierz, Nowy Zawód, Huta Justynówka, lata 30. XX w]Nie wychowywałam się przy rodzicach. Nie miałam jeszcze sześciu lat, gdy mój ojciec był represjonowany. Mama została sama, nas, dzieci, było troje, potem czworo. Po tym, jak ojciec był represjonowany, wyjechaliśmy do Żytomierza, mieszkali tam krewni ojca. Akurat zaczynał się głód. Nie mieliśmy gdzie mieszkać, nie mieliśmy co jeść. Opowiadać o swojej biografii – to aż serce boli. Jedna siostra była już dorosła, więc pojechała gdzieś do pracy, na zarobek. A nas troje młodszych, bo był jeszcze brat urodzony w 1927 roku, mama oddała do domu dziecka. W domu dziecka byliśmy niedługo, siostrę i brata gdzieś wywieźli, siostrę do obwodu połtawskiego, bo potem ją odnaleźliśmy, a brata – nie wiadomo. A mnie zabrała z domu dziecka ciotka, siostra mego ojca. I zamieszkałam u nich, pasłam bydło, pomagałam. Wszystkim się zajmowałam i dzieci pilnowałam. Do szkoły poszłam dopiero, mając dziewięć lat, bo komu było potrzebne posyłać mnie do szkoły – kto by wtedy bydlątka pasł? Ale był tam taki przewodniczący rady wiejskiej, Doładij, on mnie przyuważył i powiedział, żeby mnie dać do szkoły. Poszłam do szkoły, bardzo lubiłam się uczyć i bardzo pilnie się uczyłam. Jak jeszcze nie chodziłam do szkoły, a pasły ze mną dzieci, co chodziły, to ja od nich nauczyłam się czytać i pisać. I kiedy poszłam do szkoły, w pierwszej klasie byłam tylko trzy dni, od razu przenieśli mnie do drugiej.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Żytomierz, Huta Justynówka, 1930–31]Zaczęli wtedy nakładać podatki, trzeba było oddawać ziarno, a to było zaraz przed głodem. I zmuszali, żeby iść do kołchozu. Mój tato nie mógł się z tym pogodzić, powiedział, ze do kołchozu nie pójdzie. No i wyszło tak, że wyjechaliśmy do Żytomierza. Tato zabrał całą naszą rodzinę i pojechaliśmy do miasta. Co mogliśmy wziąć na tę jedną podwodę? Nic. Wszystko zostawiliśmy, dom zostawiliśmy, wszystko. Przyjechaliśmy do Żytomierza i jedyne, co nam zostało, to konie. Przyjechaliśmy, wynajęliśmy mieszkanie, to jeszcze przyszli złodzieje i ukradli te konie. Zostaliśmy już bez niczego. Tato się załamał, powiedział: – Nie będę już dalej żył. I poszedł do siostry, jego siostra mieszkała na Malowance, jednej z dzielnic Żytomierza. Powiedział nam, że idzie do siostry, i poszedł, ale na drodze zrobiło mu się słabo i umarł – w samym centrum Żytomierza. A my czekamy na niego, aż wróci. Nie przychodzi drugi dzień, na trzeci poszliśmy do tej ciotki, pytamy, czy tam był, a ona mówi, że go nie było. Zaczęliśmy go szukać i powiedziano nam, że znaleźli człowieka. I to był on. Umarł, w samym centrum, koło apteki – jak usiadł odpocząć, tak już nie wstał. A dowiedzieliśmy się już na trzeci czy czwarty dzień, to już go pochowali i nawet nie wiemy, gdzie jego grób. Szukaliśmy, pytaliśmy, niczego się nie dowiedzieliśmy, bo wtedy tak znajdowali ludzi… Tu ktoś umarł, tam ktoś umarł, zabierali wszystkich i chowali w jednej mogile… Ja i do dziś nie wiem, gdzie pochowany jest mój ojciec, nie wiem, nie znaleźliśmy go nigdy.
Marcelina Baszyńska
[Nowy Zawód, lata 30. XX w.]Jakie to nasze życie było, gdy rozdzielili naszą rodzinę, rozrzucili po całym świecie? Ta moja siostra, jak wróciła z domu dziecka, z obwodu połtawskiego, to też było… Ja mieszkałam u ciotki w Nowym Zawodzie, a ją przywiózł wychowawca stamtąd, bo samej by przecież nie puścili. Przychodzą do mnie i mówią, że jest, że ją przywieźli do innej ciotki, do siostry mamy w Hucie Justynówce. Mówią: – Przywieźli twoją siostrę. Biegnę, jak przybiegłam, było tam już mnóstwo ludzi. Jak to na wsi, pozbiegali się wszyscy, żeby zobaczyć, jak to się one będą witać. Przybiegłam, objęłyśmy się i tak płakałyśmy! Mówię do niej: – Czemu nie pisałaś, przecież mogłaś pisać! A to ja do niej napisałam list i wysłałam zdjęcie mamy. I pokazuje mi tę fotografię, że to ja jej przysłałam. I jak milczy, to moja siostra, a jak zacznie mówić, to nie moja siostra. Wie pani, jak ona wtedy mówiła? W tym połtawskim dialekcie, tak miękko, nie po naszemu. I pyta się wychowawca: – To twoja siostra czy to nie twoja siostra? A ja strasznie płaczę i mówię: – Jak milczy, to moja siostra, a jak mówi, to nie moja siostra. Wszyscy ludzie płakali, gdy się z nią spotkałyśmy, to tyle lat minęło, odkąd się widziałyśmy. Takie to nasze życie było.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, 1928-29]Kolektywizacja zaczęła się gdzieś w 1928-1929 roku. I to gonili do tego kołchozu, nikt nie szedł sam, zaganiali. O, taki obrazek: zabrali krowy, zabrali konie, wszystko zabrali, a doglądać ich nie miał kto. Zabrały ich kombidy, Komitety Biednych, i powiedzieli: - Idźcie i karmcie je. Na zimę siana nie zebrali i to doprowadziło do głodu. I to było straszne, bo nikt niczego nie siał, ziemię zabrali, nikt niczego nie chciał robić. Jako przewodniczących kołchozów przysyłali starych komunistów, po froncie, z pierwszej wojny, ale w większości wybierali tych najbiedniejszych i najbardziej leniwych, tych, co nic nie mieli. Tacy u nas byli przewodniczący. Pili tylko i - proszę mi wybaczyć - za kobietami się oglądali. A wszystkich normalnych zesłali i tak się narobiło.
Narcyz Baszyński
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, 1932-33]Nasza rodzina była taka raczej pracowita. Mieliśmy swoje gospodarstwo, budynki i tak dalej. Aż tu zaczęła się kolektywizacja, zaproponowali ojcu: - Idź do kołchozu. Tata widział, że żadnej perspektywy w kołchozie nie ma. Oddał więc to gospodarstwo, została nam jedna krowa i jeden konik. A sam ojciec poszedł do wycinki lasu, ścinał drzewa. Zwalał wielkie dęby i tak sobie pracował. A oni zdecydowali, że skoro nie chce iść do kołchozu, tylko poszedł do pracy do liespromhospu, to jest wróg ludu - i do więzienia. Ojca aresztowali, a rodzina - rodzina wroga ludu - na Syberię! I cała polityka. Bez sądu, bez śledztwa, bez niczego. Tata przyszedł z pracy, zjadł kolację i się położył, widzę to jak dzisiaj. Cały dzień ciągał piłę i siekierę, a tam dęby takie. I tylko skończył kolację, słońce zaszło, zaczęło się ściemniać, a ja siedziałem koło stołu i wyglądałem przez okno, i widzę: jakiś człowiek z rusznicą idzie! I już ich dwóch czy trzech wchodzi do domu pod bronią. - Wstawać! Ojciec wstał. - Ubierać się! Ubrał się. - Czapkę brać! Wzięli go za ręce i na dwór. I na tym koniec. Zawieźli go do więzienia w Nowogrodzie Wołyńskim.
Narcyz Baszyński
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, 1933 / Karelia]Wezwali nas, był mróz, minus 30 stopni, akurat zaczęły się mrozy. Śnieg. Przyszła, jak wcześniej do ojca, milicja: - Zbierać się, rzeczy zabrać tyle, ile uniesiecie. Dali podwody, kto nie mógł iść, siadł na podwody, a tak to szli ludzie. I pieszo zagnali nas aż do Nowogrodu Wołyńskiego. W Nowogrodzie Wołyńskim zamknęli nas, to były magazyny, cement jeszcze leżał. Zamknęli nas, mrozy, bez niczego, na trzeci dzień wypuścili, załadowali do wagonów towarowych, w których wozili bydło, cement, cegły, komu jaki się trafił wagon. Zamknęli i wieźli, nie wiem, dwa czy trzy tygodnie, pewnie to były trzy tygodnie. Tam też był mróz, gdy nas dowieźli, dali tylko namioty, po jednym na 15 rodzin - długi taki namiot. Śnieg rozgarnęli, podłogi żadnej nie było, postawili dwa piece i nary zrobione z zamarzniętych desek, takich toporem wyrąbanych. I wszystko. Wrzątku można było jeszcze dostać. Zanim dojechaliśmy - nasza rodzina, to jest mama, mamina mama i Ceńkowych dzieci dwoje, bo żona jego uciekła - to dziewczynka mała, co u nas była, Zosia, trzy czy cztery lata miała, jeszcze w wagonie umarła. A babcię dowieźli już tam, do obwodu murmańskiego, i wieźli już do tych baraków, i po drodze umarła, to w śniegu zakopaliśmy. A nas dowieźli.
Narcyz Baszyński
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Karelia, 1933]Byliśmy tam więc i tak się udało, że krewni nasi dostali dla nas bilety na statek. Ale pieniędzy starczyło tylko na dwa bilety. I to Polacy nam pomogli, właśnie Polacy; Polak Polakowi to pomagał na zesłaniu. Pojechaliśmy do tego portu, mamy dwa bilety i mama mówi: - Jesteś większy, jakoś dasz sobie radę, a z tym małym co. A co, jeśli go ze statku wyrzucą? Idź, synku, może jakoś to będzie. Idź z powrotem. Poszedłem. A trzeba było iść nie tam, gdzie stała straż, trzeba było iść przez góry, z 15 kilometrów się przedzierać tam, gdzie była zona. Poszedłem tam. A oni pojechali, popłynęli statkiem do Leningradu i z Leningradu już pociągiem na Żytomierszczyznę. A tam już przekazali, że ich szukają. Mama była nielegalna, dziecko w jedno miejsce dała, sama w innym się chowała, nie meldowała się i tak przeżyła. A ja zostałem na Północy. Byłem tam jeszcze 6 czy 7 miesięcy, proszę sobie wyobrazić, ile mnie tam wyzywali, obrażali, zamykali, grozili. A przecież miałem 11 lat. I wiedziałem, że ucieknę. Wiedziałem już, gdzie stoją straże. Uważnie wszystkiego pilnowali. Bo w drugą stronę, w tajgę, tam lasy i błota nie do przejścia, tam nikt nie uciekał, nikt by nie przeszedł. A z tej strony droga, droga w górach, można było się przedostać, choć trzeba było się przeprawić przez rzekę. Jak się rozlewała, przejścia nie było, ale jak wyschła, można było zrzucić ubranie i tak przejść. Pomyślałem: "A niech tam - albo zginę, albo ucieknę". I proszę sobie wyobrazić: ani pieniędzy, ani porządnego ubrania, ani jedzenia, bez znajomości języka rosyjskiego, bo uczyłem się po polsku, mówiłem po ukraińsku. Dostałem się na statek, wskoczyłem i schowałem się w maszynowni. Chwała Bogu, ludzie tam byli dobrzy, zobaczyli nędzarza, byłem wtedy nędzarzem, zostałem tam u nich w maszynowni, pozamiatam, posprzątam, a oni mi trochę jeść dadzą, każdy po kawałku, bo im też dawali normę. Tak pływałem po Onedze, prawie do Archangielska dopłynęliśmy, potem po Ładodze, sztormy były. Po miesiącu byliśmy w Pietrozawodsku, tam wyszedłem na pokład popatrzeć. Był postój, chciałem zobaczyć, gdzie jesteśmy, i od razu mnie złapali. Zaczęli dopytywać, a ja drugi raz uciekłem. Przyjechałem do Leningradu. Przywykłem, że stoi jeden pociąg, jest jedna stacja, a tam sześć dworców. Musiałem dotrzeć na Ukrainę, do Żytomierza.
Narcyz Baszyński
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Ukraina]Z trzydziestu uli, które mieliśmy, został tylko jeden. Największy. I ten ul właśnie nas ratował. W 1936 roku, jak już zaczęło się wysyłanie ludzi do Kazachstanu, jak zaczęli wyznaczać ludzi — to do każdej rodziny wysyłali policjanta. Żeby nikt nie uciekał. Zabierali paszporty i wysyłali policjanta. U rodziny obok naszego ula był taki policjant. Przechodził często obok tego ula i patrzył. Wypatrzył te pszczoły, piękny ul. I zaczął namawiać ojca, żeby ten jemu sprzedał ul. Rodzice, nie wiem, obiecali mu czy nie, ale sprzedali ten ul komuś innemu. I kiedy ten policjant o tym się dowiedział, przyszedł, zobaczył, że już nie ma pszczół i ula i powiedział, że nas załatwi teraz. I po niecałym tygodniu, chcesz, nie chcesz, i nas wysłano do Kazachstanu.
Włodzimierz Całko
Jak to się mówi: chcesz, nie chcesz, a musisz iść do kołchozu. Od razu my nie weszli. Dużo Dąbrowickich nie poszło. Poszło więcej Białorusinów. Ale potem, to my musieli iść i poszliśmy do kołchozu. Od razu było nie bardzo, źle było. Ten prezes, predsiedaciel, to był nie za bardzo dobry gospodarz. Prawda, praca była, jak w kołchozie. Ziemię zabrali, konia zabrali, wóz i pług – co było, to wszystko do kołchozu zabrali. Od razu było gorzej, bo swego nic nie było. Dali 40 arów i siej, co chcesz, kartofla czy ogródek. A potem zarabiali więcej, dawali kartofla, zboże. Pamiętam, że jak len sieli, to dawali. Za siemię dawali masła, to lepiej było, potem już można było żyć. Pewnie, że nie na swoim, ale jakoś się przyzwyczaiło.
Irena Cybulska
IV. Represje stalinowskie w Związku Sowieckim w latach 30. [Kamionka, lata 30.]I taki czas przyszedł, jeszcze do wojny było, że zabierali wszystkich Polaków mężczyznów. Przyszli w nocy do nas: „Sobirajte sia”. A mama już wiedziała, bo to w drugich wsiach brali już mężczyzny, to mama bardzo zaczęła płakać. Mnie było siedem lat, a siostra starsza, brat starszy. A mama chorowała sercem. Mama bardzo płakała. Jak już oni poszli, mama mówi do nas: „Klękajmy dzieci, módlmy się Bogu... My już ojca na pewno nie zobaczymy”. My pomodlili się Bogu, zaczęło rozwidniać się. Taka była we wsi rada – sielsowiet. Mama poszła tam, tam już pełna maszyna tych mężczyznów, na maszynie już gdzieś ich odprawiać mieli. A tatko mój klęknął na kolana na tej maszynie i mówi: „Pilnuj dzieci, proszę cię. Wrócę się, ciebie nie zapomnę całe życie. Tylko pilnuj dzieci”. Jak już jego zabrali, powieźli, przeszło tydzień, powiedzieli, że ich w tiurmy pozabierali. To jak już powiedzieli, że można coś w domu szykować, zanieść, to zbierali się, po siedem, osiem, dziesięć kobiet – i szli piechotą tam. Po sześćdziesiąt kilometrów. To przyjdą tam, to oni przyjmą co mama przyniesie, chleb, słoninę, czy co tam... To trza poczekać, bo tam kolejka, bardzo dużo ludzi idzie, wszystkie chcą coś oddać, bo wiedzą, że głodne. To mama już wsiada, już zbierają się do domu. A czasem mówiła, że wyprowadzili ich, tatko taki zmęczony, głodny... I bili ich jeszcze. Jak przynieśli koszuli, to wszystka w krwi. I takie wszy, o – takie wszy. Brały się od tego głodu, brudu. Jak mama przyniosła te bielizny, to trzeba gotować w kuchni i parzyć. Kobiety cały rok chodziły, powiedzieli im później, że ich już odwieźli w drugie miasto. I tak my tego tatka nie doczekali się, nie doczekali się... Gospodarkę zabrali, zabrali krowy, zabrali świnie, konie, ziemię i wszystko. Jak żyć? Nie ma nic. Poduszki pozabierali, wszystko. Jak my biedowali... Jeść nie było co.
Feliksa Frankowska
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP, Dzieciństwo, dom, rodzina,
Jak Stalin umarł, to jedynie pamiętam, że go niektórzy żałowali, ale myśmy nie żałowali, choćby za to co robili  NKWDziści.  Myśmy go wcale nie żałowali, a nawet wyklinali. Mojego brata, przecież, w 1937 roku zabrali.  Mama dzień i noc płakała. Na szczęście bratu udało się przeżyć i  wrócił. Był przez 17 lat na Kołymie, całe młode życie. Jak go zabrali, miał 18 lat.  Mówił później, że oskarżono go o to, że  w którymś roku rzekomo wysadził most w powietrze, ale jego wtedy jeszcze nawet na świecie nie było. Ludzie, którzy z nim siedzieli mówili do niego: - Kazimir – bo tak miał na imię – ty się nie przyznawaj do niczego, mów, że nic nie wiesz. Z kolei ten, który go przesłuchiwał mówił: - Żal mi twojej młodości, bo jak się nie przyznasz, to cię rozstrzelają. Lepiej się przyznaj. No i brat się podpisał pod protokołem. Od razu po tym jak złożył podpis wrzucili go w kolumnę marszową i wywieźli, a tych, co się nie chcieli przyznać, m.in. mojego wujka i krewnych – od razu rozstrzelali, jeszcze w Tomsku.Oj, dużo ludzi zabierali, brali jak leci. Trzech moich wujków zabrali i rozstrzelali w Tomsku. A zabierali ich po linii NKWD. Do tej pory nie wiemy, za co. Nikt nam nie mówił, bo twierdzili, że to nie nasza sprawa. W zasadzie wszystkich Polaków pozabierali, Rosjan jeszcze nie tak wielu, ale Polaków, zwłaszcza tych, co się przy kościele zbierali, to wszystkich. A rozstrzeliwali w Tomsku, na Kasztaku. Jamy kopali i masowo chowali. Ale to ja z opowiadań znam, bo sama tego na oczy  nie widziałam.
Józefa German
[Szortandy, Kazachstan]Tak, żeby jawnie i głośno wypowiadać się na różne tematy, to nie można było. Był nawet u nas taki człowiek, który wchodził na dach i podsłuchiwał, co ludzie mówią, a potem donosił. A potem zabierali tych ludzi, na których doniósł, w tzw. trudarmię, w Karagandę. Wielu takich ludzi było, donosicieli. I takich, których zabrali. W związku z tym baliśmy się buzię otworzyć. Nie daj Boże powiesz to, co nie trzeba, i wpadniesz wtedy na dobre. Tato nam zawsze powtarzał, żebyśmy z nikim o niczym nie rozmawiali. Dlatego że mogą w takim wypadku ojca zabrać do trudarmii albo brata. Z nikim nie można było nam rozmawiać, tak byliśmy zastraszeni. I robiliśmy, jak tato mówił. Wszyscy się bali, takie były czasy. Tak „wesoło” nam było.
Jelena Gudyma
dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[Korostowa, lata 30.]Jak ja - niech mi Bóg wybaczy - strasznie nienawidzę tych komunistów! Oni jeszcze w młodości, w dzieciństwie dali mi się we znaki, bo patrzyłam, jak wyniszczają moich rodziców. Nie to, że bili czy karali, tylko wszystko zabierali: - Dawaj, dawaj, dawaj. To nie to, że jakiś materac porządny był, tylko słoma nakryta takim pokrowcem własnej roboty, to i to wzięli, bo trzeba podatku. Jaki podatek, kiedy nikt nie pracuje za pieniądze?! Tata pracował w kołchozie, tam wziął awansem jakąś kaszę czy coś innego, a gdy pod koniec roku przyszło do rozrachunku, to usłyszał: - Ty już przecież brałeś, już nie masz co brać. - I wszystko.
Anna Hryciw
[Konstantinowka, Kazachstan]Raz na miesiąc trzeba było meldować się u komendanta, że jest się na miejscu, nigdzie się nie uciekło. Bo byliśmy przecież przesiedleńcami, wrogami narodu. Przesiedleńców traktowano jak więźniów. Byliśmy pod komendanturą. Jeśli, na przykład, chciało się pójść do sąsiedniej wioski, trzeba było zgłosić się do komendanta i poprosić o pozwolenie. Chodziło się do okolicznych wiosek, żeby trochę zarobić. Miałam wtedy jedenaście lat, chodziłam ze starszymi, sama byłam mała, nosić ciężkich rzeczy nie mogłam, tak więc zbierałam jagody, ale już nie nosiłam. Chodziliśmy po jagody, komendant o tym nie wiedział, ukrywaliśmy to przed nim. Uważaliśmy, jak szliśmy do lasu, żeby nikt nas nie widział, bo przecież nie wolno było chodzić. Wczesnym rankiem idziemy, na boso. We dwójkę. Zbieramy w lesie cały dzień jagody i z tym, co nazbieramy, jak już zajdzie słońce, możemy iść do domu.
Maria Jacuk
[Ukraina, Maryjska ASRR, lata 30.] U babci i dziadka Karpińskich było cztery syny i trzy córki. Cztery syny były represjonowane i zaginęły w łagierach w czasie represacji. Nasza rodzina bardzo dużo ucierpiała od tej komunistycznej władzy w latach 30. Mój ojciec był dobrym majstrem, pracował w Odessie, myśleli rodzice, że tam nie będzie takich represacji, to wyjechali do Maryjskiej ASRR. Siedem czy osiem było rodzin, które pojechały tam na pracę. I ojca zabrali, i my tak ostali się, to bardzo daleko, bo to aż za Moskwą. Ni bliskich, ni krewnych. Matka w imieniu tych żon, co ich mężów aresztowali, poszła do dyrektora fabryki, jego nie było, ale był sekretarz. I to porządny był człowiek. On podszedł, objął za plecy i mówi: - Jeśli u was jest rodzina na Ukrainie, to wracajcie tam. Inaczej zabiorą was jak waszych mężów, a dzieci zabiorą do domów dziecka. I one was nie będą znać, ani wy ich. Wyjeżdżajcie, pożyczcie pieniądze, ja wam mówię, i wyjeżdżajcie stąd. I tak zrobili. Mama poduszki wzięła i w tych poduszkach mnie zakopała. A mróz był do 40 stopni. A jedzenie, chleb, to tu trzymała pod ubraniem, koło piersi. Tak my dojechali do Moskwy. Później z Moskwy tak do Kijowa. W Kijowie już była wiosna, a na mamie było ubranie ojca: garnitur, palto mamine, z wierzchu ojca palto. Jak wyszli z wagonu, to wszyscy ludzie dziwili się, co to takie, skąd przyjechali ci ludzie. No widzą, że to zupełnie nie od dobrego my w takim stroju. Ojciec, jego jak mieli gdzieś odprawić to on rzucił list, taki na kawałku papieru. Było napisane w tym liście: "Bronia, bierz dziecko i jedź tam do rodziny. Ja jak zostanę żywy, ja was znajdę". I to, przez te kraty, ta karteczka, prosto złożona była kącikiem i rzucona. Ktoś z ludzi podjął ją, przeczytał i rzucił. I ona doszła.
Czesław Karpiński
Dziadunio Chorążewski miał siedem i pół hektara. Dobre gospodarstwo, taki mocny był gospodarz. Jego dzieci pracowały na fabryce, tak, że żyli nieźle. Ale to wszystko zabrali mu, jego wypędzili z chaty, na ulice wyrzucony był. Jedno, że nie zabrali go do Syberii, tylko dzięki temu, że kiedyś w czasach rewolucji to różne tutaj władze zmieniały się. Byli czerwoni, biali, byli zieloni, to petlurowcy. I przyszli petlurowcy. Zagnali do stodoły wszystkich Żydów, zebrali ludzi ze wsi i powiedzieli, żeby oni zabili ich pałkami. A dziadunio mój był sołtysem i wyszedł on naprzód. Już z pałkami ludzie zebrali się, ludzie swoje, i już oni będą zabijać, a ichnie wszystko zabierać sobie. I on powiedział: - Ludzie, co wy robicie? Opamiętajcie się! Dzisiaj petlurowcy, jutro przyjdą komunisty. I tak z wami to wszystko będzie. Mówił, żeby człowiek myślał głową, a nie emocjami. I taka cisza stała się. Później jeden rzucił tę pałkę, drugi, rozeszli się, otworzyli tę stodołę. Ci mężczyźni Żydzi wszyscy wyszli, poszli po domach. To jak Żydzi przyszli do władzy, jak dziadunio posadzony był na furę, żeby wywozić jego na stację do Sybiru z rodziną, to nie dali jego, powiedzieli: - Nie. On dobry człowiek. On nas i nasze dzieci od śmierci uratował.
Czesław Karpiński
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP, Żydzi i Zagłada,
[Siostry - sieroty pozostają w wiosce w czasie wywózek – Huta Lubarska, Związek Radziecki, lata 30.]Tam już nie było we wsi nikogo, bo tych Polaków wszystkich wywieźli. Nie było już nikogo, my tylko sieroty zostali się tam w tej wiosce, że nas nie zabrali. A jeśliby nasi rodzice byli, to i nas by nie było tam. A tych wszystkich wywieźli, a my sieroty, to my zostali, bo u nas wszystko zabrali, a my goli i głodni. To my ostali się. Cóż oni nas? To oni nas już nie zabrali. My żyli tam do trzydziestego piątego roku, jak ojciec był. A jak ojciec umarł, to my już rozeszli się. My poszli po świecie.
Katarzyna Kisielewska-Zielińska
[Przesiedleńcy na miejsce wywiezionych Polaków, ich gospodarowanie w kołchozie – Huta Lubarska, ZSRR, lata 30.]A nam nasłali przesiedleńców dużo. U tych chat, gdzie tych Polaków wywieźli, to tam byli już przesiedleńcy. Nawieźli dużo przesiedleńców. Oni sami Ukraińcy byli, i z Doniecka byli, potem byli jeszcze skądś, no dobrze już nie pamiętam. To dużo takich rodzin nawieźli tam, i oni w kołchozie tam pracowali. Ale zobaczyli, że tam u nas piasek bardzo, na Żytomierzu, że tam jak dobrze nie obrobisz ziemi, to nic nie będzie rodzić. No to oni tam pobyli coś rok czy dwa, czy trzy, a potem ujechali znów do siebie. Z Doniecka, da, z Doniecka byli, potem jeszcze skądś byli. Ich tam zasiedlili i oni tam długo nie byli. Parę lat pobyli tam, w tym kołchozie popracowali, a potem pojechali. Ten kołchoz już rozszedł się, potem tam zrobili leśnictwo. I teraz tam jest las. Tam już tej wioski nie ma, my kiedyś jeździli tędy, to jeszcze chata nasza stojała, a zaraz już lat dziesięć, jak my już tam nie byli, to pewnie i chaty już nie ma.
Katarzyna Kisielewska-Zielińska
U nas zabrali męża najstarszej siostry mojej mamy. Wywieźli go na północ, aż pod Archangielsk. Żona odwiedzała go tam dwa razy, ale on już nie wrócił. Umarł tam z głodu i mrozu. A taty mojego nie zabrali, dlaczego – nie wiem. Wtedy w nocy przychodzili, wchodzili do chaty z psem, pytali się gdzie taki a taki mieszka. Mówiliśmy, że za ścianą, czy dalej. Bo dom był długi, dziesięć mieszkań w nim było.
Walentyna Kuriata
Zaczęli zaganiać do kołchozów. Jeżeli ktoś miał dużo bydła, to zabierali. Jak ktoś miał jedną krowę, to zostawili. Konie zabierali wszystkie. Zaczęły się kołchozy i tatę w 1938 roku zabrali. A my zostaliśmy. Zaczęła się wojna. Przyszedł głód.
Maria Markisz
Męża aresztowali w 1937 roku. Przez kilka miesięcy nie było o nim żadnej wiadomości. Ledwie co zdążyłam wrócić z pracy w fabryce zapałek. Usiadłam na łóżku, obok posadziłam dwuletniego synka. Wtem pukanie do drzwi: - Wzywa was NKWD na przesłuchanie w sprawie męża. Powiedzieli, że złożę tylko zeznania, że wiedzą, iż mąż jest niewinny i że będę mogła wrócić do domu. Po prostu wstałam, nawet dziecka nie pocałowałam, powiedziałam tylko, że wychodzę i pojechałam z nimi. Tak. Podstępem ludzi brali...Okazało się, że mnie posadzili. I wcale nie wzywali na przesłuchania, tylko raz zabrali. Siedziałam tak od lipca do lutego w tomskim więzieniu, a potem zebrali etap i pognali nas wszystkich na północ. Nie było żadnego śledztwa, dopiero jak ładowali nas do wagonów, to dali dokumenty - masz, podpisz, ale co żeśmy podpisywali, tego nikt nie wiedział. Dopiero przy staraniach o rehabilitację okazało się, że według aktu oskarżenia razem z innymi podkładałam bomby, podpalałam składy. A przecież ja nigdy w życiu bomby na oczy nie widziałam, magazynów też nie. Ja tylko trzy lata w fabryce zapałek pracowałam. Męża rozstrzelali na długo przed moim aresztowaniem. A synka odnalazłam dopiero po 20 latach. Ale to już był obcy człowiek. I ten moment spotkania był najcięższą chwilą w moim życiu.
Stiepanide Meiram
Po dowiezieniu na miejsce całego etapu, pognali wszystkich do łaźni. A tam nam golili wszystkie włosy, od stóp do głów. Najgorsze, że do tego wyznaczali samych mężczyzn, siedzących już w łagrze. Mogli przecież wyznaczyć więźniarki, ale specjalnie przydzielali do tego mężczyzn, a ci mieli ubaw i tylko chichotali. Pobudka była o 6 rano, a do pracy wychodziliśmy, zdaje mi się, o 7. Przez ten czas zdążyliśmy jeszcze zjeść 300 albo 400 gram bałandy, a jak żeśmy już zaczęli pracować, to nawet 600 dawali. Później obowiązywała zasada: ile normy wykonasz, tyle jedzenia dostaniesz. Bywało i tak, że ci, którym nie starczało, z głodu rzucali się na tych, którzy odchodzili od kotła. I nawet jak ta bałanda się rozlała, to ją łapczywie zżerali, nie patrząc na to, że jest wymieszana z ziemią i że ich biją. Wracaliśmy z pracy mokrzy i wychodziliśmy mokrzy, nie było się gdzie wysuszyć, bo w baraku był  jeden piecyk zrobiony z beczki. Wielu umierało, często przywoziliśmy zwłoki. Byliśmy nawet zadowoleni, jak umierali w pracy, bo wtedy nie musieliśmy ich ze sobą taszczyć, tylko oni sami ich zabierali. Oj, wielu umierało, wielu, a najwięcej mężczyzn, zwłaszcza tych wykształconych, po prostu nie przywykli do takiej pracy.Był z nami w łagrze ksiądz, Polak. Razem z nami piłował na lesopowale, tak jak my ubierał się w buszłat i żył jak wszyscy łagiernicy. Za bardzo nie było jak z nim rozmawiać, ale czasami po pracy przychodził do nas i podnosił nas na duchu. Mówił, żebyśmy nie traciły wiary, pracowały dla innych i nie obrażały się na swój los, ale co się z nim później stało, niestety, nie wiem.
Stiepanide Meiram
[Kamieniec Podolski, Ukraińska SRR, lata 30.] Ojciec po więzieniu zmienił nazwisko, musiał. Bo powiesz "Wojciechowski" i od razu: - O, to Polak! Ja też, powiem "Adela" i zaraz: - O, to pani jest Polką? Mówię zawsze, że tak, jestem Polką. No ale jaka ja tak naprawdę Polka, skoro ja nawet nigdy w Polsce nie byłam, ani razu? Ale to przecież tradycja, z pokolenia na pokolenie, to ja już teraz nazwiska zmieniać nie będę, przecież rodzice ochrzcili mnie w kościele i powinnam o tym pamiętać, wszystkiego tego przestrzegać.
Adela Mołoda
[Szydłowce, Kamieniec Podolski, Ukraińska SRR, lata 30.] Mama z tatą, oni tak w ogóle to mówili po polsku. Ale z nami już nie rozmawiali, bo już nie można było, bo zabraniali, i baliśmy się. Proszę zrozumieć, jaki to jest strach. Strach, że taką łatkę człowiekowi przyczepią, takiego nagadają, że ty nigdy niczego takiego nie zrobiłbyś, a tu od razu wyrok. I od razu jesteś albo szpieg, albo jeszcze gorzej, jeden Bóg wie, jak nas wtedy nazywali.
Adela Mołoda
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
[Szydłowce, Kamieniec Podolski, Ukraińska SRR, lata 30.] Co drugi dzień przychodził śledczy. A tu kupa dzieci i mama, i nic więcej, no nic absolutnie, tylko to, co mama gdzieś poszła, zarobiła - tym żeśmy żyli. I tak dręczyli nas, dręczyli, dręczyli, każdego razu przychodzą i pytają, czy mamy jakiś związek z Polską, czy listy dostajemy. Może kiedyś babcia, dziadek. Może kiedyś coś tam było, jacyś krewni, wie pani, ale to wszystko minęło i ja tego nie pamiętam. Tak czy siak, mamy siostra, druga siostra i dwaj tatusiowi bracia - też byli katolikami - i ich też zesłali, pierwszym transportem na Syberię. I tam już oni pomarli, i nie wrócili już. Ciocia jedna wróciła i stryjenka, ale to ze strony ojca.
Adela Mołoda
[Szydłowce, Kamieniec Podolski, Ukraińska SRR, lata 30.] Zabrali ojca, a myśmy się tak męczyli, niczego nie było, nawet kartofli, wszystko nam zabrali. I jeszcze przychodzą i szukają, szukają w ogrodzie, czy czasem gdzieś czegoś nie zakopaliśmy. I tak szukali, póki ojca nie wypuścili, bo zrozumieli, że nie ma się do czego przyczepić. A podatki jakie były, za to i za to, a płacić nie ma z czego. Zostawili tylko krowę, to mama w nocy prowadziła ją 12 kilometrów i sprzedała - wymieniła czy sprzedała - bo przecież dzieci były, trzeba było je karmić. I tak przeżyliśmy trzy miesiące, i ojca wypuścili. Wypuścili i potem we wsi rozkułaczyli jednego człowieka, to był bogaty człowiek. No jak, bogaty - pracował, to i był bogaty. Bo jakby nie pracował, to by nie był bogaty. Na wsi trzeba na ziemi harować, żeby być bogatym. A ten człowiek tyle ojcu pomagał, wszystko, co trzeba było. Bo to była bogata rodzina, też katolicy. Rozkułaczyli ich więc i wygonili prosto na ulicę. Dom zabrali, wszystko skonfiskowali i tak ich zostawili. A ojciec pamiętał, jaki dobry był ten człowiek, że dał mu pierwszego konia, żeby mógł zacząć gospodarować. I wiedział też ojciec, że poniesie karę, jeśli mu pomoże, że jego też mogą ukarać. Ale zabrał ich do siebie. I wtedy znów zaczęli go prześladować. A tych ludzi wywieźli do Kazachstanu. A jego, za to, że wziął ich do siebie, że przygarnął kułaka, że ujął się za takim wrogiem narodu, zabrali znów do więzienia. To powieźli go już nie do rejonu, a do Kamieńca, i tam siedział 6 miesięcy.
Adela Mołoda
[Szydłowce, Kamieniec Podolski, Ukraińska SRR, lata 30.] A jak ten mój ojciec jeszcze siedział w więzieniu. Czego to jego nie zabrali, nie zesłali? Jak to jego nie zesłali i nas wszystkich? Nie rozumiem, czy były tam jakieś rozmowy, czy nie były, czy powiedział w końcu, co trzeba. Ale siedział, długo bardzo siedział, i gdy go już wypuścili, tak płakał, takie łzy. I bez jednego zęba wyszedł. Wszystko mu wybili. Gdy go już wzięli na śledztwo, na ostatnie, gdy już doszli, ze nie ma tu czego szukać, nie ma niczego, żeby się przyczepić, żeby jakieś związki z Polską były. Ale ja nie rozumiem, ja mówię uczciwie, że my nic nie mieliśmy, żadnych krewnych, żeby coś z Polski pisali. Bo byli tacy ludzie u nas na wsi, mieli tam rodzinę, to nawet przechodzili przez tą rzekę, kontrabanda na to mówili, że chodzili tam i komunikowali się, i coś nosili, tam i siam. To takie było. Ale ja tylko słyszałam o tym. A w naszej rodzinie tego nie było, żeby chodzili czy pisali. I ot z tego powodu. Tata jak wrócił, powiedział: - Ja dużo bym chciał powiedzieć, ale dałem słowo, wzięli ode mnie podpis, że ja niczego nie będę mówił, jak się znęcali.
Adela Mołoda
Za Stalina nie dotknęły mnie żadne represje. Gdy byłem w wojsku, pracowałem przez pewien czas jako sekretarz w tajnej jednostce. Odwiedził nas kiedyś pułkownik z Ukrainy, Ponomarczuk. Zapytał, jak to możliwe, że Polak pracuje w tajnej jednostce. Moi przełożeni odpowiedzieli, że mają do mnie zaufanie. Ale po tym incydencie odszedłem z tajnej jednostki na własne życzenie. Skoro zaczęto mówić o braku zaufania, nie miałem ochoty wykonywać nadal tej pracy, chciałem też uniknąć ewentualnych konsekwencji.W wojsku byli też inni Polacy, nie prześladowano nas. Ja byłem sierżantem, byli też szeregowi. Przewodniczący Komsomołu w batalionie był także Polakiem. Nie mam powodów do niechęci wobec ówczesnej władzy. Jestem Polakiem, zawsze się podawałem za Polaka, pracowałem całe życie w przemyśle zbrojeniowym, gdzie piastowałem kierownicze stanowisko.
Kazimierz Orestowicz - Rzestowicz
dotyczy także: Codzienność powojenna, Represje sowieckie po 1944 roku, Tożsamość narodowa,
Przyjechaliśmy do Kazachstanu w 1936 roku. Rok później ojca zabrali i zostaliśmy sami. No, uważali, że jest przeciwko władzy, dlatego że się modlił, był wierzący. I za nic więcej. Ojciec został rozstrzelany. Potem napisali nam, że został zamordowany, ale kiedy… Dopiero wtedy, gdy Stalin zdechł, wtedy Chruszczow rządził. Próbowaliśmy się dowiadywać, co zrobili z moim ojcem, pytaliśmy władzę. I napisali nam odpowiedź — wybaczcie, ale został przez pomyłkę rozstrzelany. Miesiąc po aresztowaniu męczyli go jeszcze, męczyli, męczyli, a potem rozstrzelali. Przez pomyłkę osądzili i rozstrzelali. Wybaczcie, to przez pomyłkę, niewinny był — tak pisali. No i co nam po tym? Nam od tego, że oni się pomylili i ojciec był niewinny, lżej się nie zrobiło. 44 ludzi wtedy aresztowali i rozstrzelali. Przez pomyłkę. Bez powodu aresztowali i zamordowali. Za to, że jeden z nich był dyrektorem szkoły polskiej i uczył w niej polskiego, na skrzypkach grał. Okropne to było, rozstrzelali i nie wiedzą za co, pomylili się… A my musieliśmy to przeżyć. Kompensację dali — rosyjskimi rublami wypłacili parę tysięcy na pochówek, żeby mszę po latach zakupić. Jakby chcieli w ten sposób za śmierć ojca zapłacić. A teraz pomocy nie ma, mówią, że nie ma takich ustaw, które by dawały pomoc tym, których rodzina doświadczyła represji.
Stanisława Ostrowska
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Dubnicka, lata 30.] A te bolszewiki nie chcieli, żeby polska szkoła była. Oni wtenczas Polaków jak tylko mogli, tak dusili. Zabierali ich i kto tylko trochę lepiej żył, to zsyłali go na zsyłki. Wszystko co było — zabierali do kołchozu. Nawet i księdzów pomęczyli, pozabierali ich. Poubijali ich pewno te bolszewiki, bo nie wiadomo, gdzie ich podzieli.
Kamila Parda
[Dubnicka, lata 30.]Moje dziadki są z Polski, przyjechali tu, a później tutaj ojciec i mama narodzili się, porośli, pożenili, i tutaj żyli. U mamy było jedenaścioro dzieci. Później cztery zmarło. Ojca zabrali w 1937 roku NKWD, a mama ostała się jedna i nas siedmioro. Żyli my aż w lesie, nie było wiosek, a tylko porozrzucane chaty. Później już stali te kołchozy, już mamę zapisują w kołchoz! A u mamy siedmioro dzieci — nie można było wtenczas w kołchoz iść, wsio małe! Tylko jedna była córka większa. To później przyszli, rozrzucili nam chatę. Zwalili kryszę i wsio! Byli u nas taka szopka, tylko dla drzewa, z dziurami, to mama zawiesiła takimi prościelkami i my tam żyli w tej szopce.
Kamila Parda
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
Z naszej wsi, Pietropawłowki, zabrali w 1938 roku 38 mężczyzn. Wszystkich mężczyzn ze wsi zabrali - i młodych i starych, nawet siedemdziesięcioletnich. Naszego ojca też zabrali. Wszystkich - jako wrogów narodu. Miałam wtedy osiem lat. Tej nocy - to było zimą, w lutym - kiedy przyszli do wsi, nasz tato miał nocną zmianę jako wartownik przy składach z ziarnem. Przyszedł do domu - mieszkaliśmy jeszcze wtedy na chutorze - i mówi do mamy, że do wsi przyjechało NKWD i wszyscy mężczyźni po kolei są wzywani do kantoru w kołchozie. Gdyby tata wiedział, że wszystkich zabiorą, mógł ubrać narty i uciec, przeczekać parę dni w ukryciu. Tata nie zdążył zjeść śniadania, pod nasz dom zajechało NKWD. Weszli i mówią, że muszą zrobić u nas rewizję. Mój brat w tym czasie był w armii, zaciągnął się jako ochotnik. I miał broń w domu. Zabrali to. Potem poszli na strych. A nasz tata szył z owczych skór kożuchy. Ludzie przynosili mu skóry, a on szył. I to wszystko leżało na strychu. Zabrali i to. Pognali ich na piechotę 70 kilometrów do Kriwaszejna. Niektórzy po drodze umarli, nie mieli siły iść, tym bardziej że byli bici przez konwojentów. Z Kriwaszejna pognali ich dalej do Kołpaszewa, a tam ich rozstrzelali. Naprzeciwko naszego domu mieszkał nasz wujek, brat ojca, był krawcem, jeździł też po okolicznych wsiach i szył ludziom różne rzeczy. Kiedy tatę zabrali, nie przyznawał się do rodziny. My głodowaliśmy, jedliśmy pokrzywę, a on był bogaty, jednak nam nie pomógł. NKWD nie zabrało go, bo wtedy wujka nie było w domu - był wtedy w innej wsi. Wtedy zabierali tylko Polaków i Łotyszy, a on pojechał pracować do wsi rosyjskiej. I uratował się. A NKWD nie przyjechało po raz drugi.
Nina Romanowska
Życie materialne w kraju było wszędzie takie samo. W kołchozach ludzie nic nie zarabiali. Kiedy zaczęła się kolektywizacja, ojcu zaproponowano przyłączenie się do kołchozu. Odmówił i kazano nam odjechać. Ojciec dostał jakieś pieniądze za dom, to był 1929 lub 1930 rok. Przyjechaliśmy do Bijska i już tu zostaliśmy.Poruszaliśmy się wszędzie konno, wtedy nie było tu samochodów. Zorganizowano związek zawodowy woźniców-koniarzy, wszyscy bracia tam pracowali.Chodziłem do szkoły w Bijsku do 1943 roku. Nie chciano przyjąć mnie do pionierów, nie wiem dlaczego. Do Komsomołu wstąpiłem w wojsku, a do partii się nie udało.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
Za Stalina trzeba było milczeć, nic więcej. Chcesz żyć - milcz. Pamiętam, jak zabrali brata, Flora. Przyjechali milicjanci, przeprowadzili rewizję, ojcu skonfiskowali kożuch barani i dwa worki materiału. Ojciec miał strzelbę-dwururkę, ją też zabrali.
Nikołaj Romańczuk
Powstały tak zwane trójki - jeden sędzia i dwóch reprezentantów. Przykładowo jeden sąsiad doniósł na drugiego, że tamten powiedział "swołocz" na Stalina. Sądzono go we trzech i skazywano na dziesięć lat. W skład trójek wchodzili na ogół miejscowi aktywiści.
Nikołaj Romańczuk
W 1937 roku zaczęły się aresztowania. Powodem nie była narodowość, po prostu trzeba było zaaresztować jakiś procent ludności. Mój starszy brat, Antoni, został aresztowany w sierpniu. Później ogłoszono go "wrogiem narodu" i rozstrzelano, podczas gdy on nawet nie umiał się podpisać. Po miesiącu przyjechali i zabrali całą jego rodzinę, wsadzili ich do małego pokoiku wraz z innymi represjonowanymi. Ojciec pojechał po nich i przywiózł ich tutaj. Miesiąc później w ich domu zamieszkał komendant milicji - widać potrzebne mu było mieszkanie.Panowała prawdziwa samowola. Drugiego brata, Flora, i szwagra, Aleksandra, zabrali z pracy. Piłowali drewno, byli stolarzami. Po pewnym czasie napisali do nas z obozów maryninskich. Dowiedzieli się, za co ich zabrano - okazało się, że dostali po pięć lat za bezrobocie. Napisali do Kalinina i prosili nas o przysłanie im zaświadczeń z pracy. Przesiedzieli tam rok i jedenaście miesięcy. Mama umarła, gdy miałem dziesięć lat; po tym, jak rozstrzelano starszego brata i przyszła odpowiedź od Kalinina, że rozpatrują sprawę Flora. Zabrano też mojego wuja. Jego starszy syn wrócił z pracy i dowiedział się, że ojca zabrała milicja. Poszedł go szukać i już nie wrócił - przepadł bez wieści.Mój kolejny brat, Piotr, gdy zaczęły się represje w 1937 roku, zabrał całą swoją rodzinę, załadował swój dobytek na konia i odjechał stąd. Wyjechał do pracy w kopalni węgla kamiennego w obwodzie kemerowskim. Wrócił tu w 1939 roku, gdy wszystko się uspokoiło i przestali mordować ludzi.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[humor dotyczący kolektywizacji]Spotkał się Ruski z Polakiem. Polak taki ciekawy: — Jakżesz tam u was w Rosji? Jak wy tam żyjecie w tych kołchozach? A Ruski mówi: — Żyjemy — o! U nas wszystkiego — o! I nawet całe wagony idą tutaj ze zbożem i wszystkiego nam ślą tutaj! Polak uśmiecha się tak i mówi: — Wątpię. A Ruski: — Da, da, i wątpię też na wagony ślą.
Helena Rozumko
Urodziłam się ja w 1934 roku. Wioska Dubnicka. Tam moi rodzice żyli, jeszcze wtedy wioski zgromadzonej nie było, rozrzucona była po lesie. Moi rodzice żyli pod lasem, jezioro było, ot. Ojciec pracował w lesie, jak mówił, nie wiem jak to po polsku powiedzieć – leśnik w lesie. Było u nas ośmioro dzieci, ośmioro dzieci, to mama koło dzieci gospodarkę prowadziła. I w 1937 roku ojca zabrali. Było nas ośmioro dzieci. I… „jako siemia wroga, nigdzie nie ruszysz się”. Mamie było bardzo trudno. Ten ósmy najmłodszy, jeszcze był w kolebce, umarł. Zostało nas siedmioro. Później było tak, że ściągali do jednej gromady ludzi. Przyszła brygada, rozwalili mieszkanie, a nas — dzieci — to tam gdzieś do szopy. Później czekać, kiedy od nich ktoś przyjdzie, przewiezie. Byli tacy przyjaciele ojca, była taka wioska Dubrowa. I mama ich poprosiła i oni przewieźli, co tam rozwalone z chaty, i pokazali miejsce, które będzie nasze. Tam przywieźli i złożyli tę chatę. A już zima będzie, kto piec zrobi? Mama sama, a cegieł nie było. To ona tylko glinę i siano i takie koty kręciła, i suszyła na słońcu i z tych kotów zlepiła piec. No i tak dalej, trudno było tej mamie, ale my rośli.
Wiesława Rymek
[Ukraińska SRR, rejon Malin, lata 30.]Mój dziadek, Feliks, i babcia też zostali zesłani. Babcia wróciła, a on już, biedny, nie. O dziadku mówili, że wcześniej służył u pana, u nas tak się mówiło, "pan", nie wiem, jak to było naprawdę, "pan", "hrabia" był w każdym razie. I dziadek był u niego rządcą. Mama opowiadała, że dziadek był do tego stopnia akuratny, porządny, że nigdzie nie było ani pyłka. Mówiła, że pracował tak, że nigdy go w domu nie widzieli, wychodził, gdy dzieci spały, i przychodził, gdy dzieci spały. Był bardzo porządny, uczciwy, i bardzo lubił go pan, u którego służył.
Jadwiga Sołowej
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Ukraińska ZSRR, Żytomierszczyzna i obwód charkowski, 1935-41]Urodziłam się 8 lutego 1937 w rejonie malińskim, obwód żytomierski, wieś Huta Łaganowska. W 1937 roku, w grudniu, aresztowali mojego ojca, nazywał się on Franek Wojciechowski, i po miesiącu rozstrzelali go w Żytomierzu. A mamę z nami dwoma, to byłam ja i Zosia, wysłali do obwodu charkowskiego, gdzie mieszkałyśmy do początku wojny - na tej zsyłce. A podczas wojny wróciłyśmy z powrotem do Malina, tam, gdzie się urodziłam. Mama pracowała bardzo ciężko, nie mieliśmy mieszkania, nawet nie wiem, gdzie mieszkałyśmy - aż do samego 1947 roku nie mieliśmy własnego mieszkania. Miałam chyba jakieś 10 lat, gdy pojawiła się u nas własna chata, maleńka, niedorobiona. Ale wtedy już mieliśmy ojczyma, drugiego ojca. Mama podczas wojny pracowała, zbierała żywicę z drzew, tak że wszystkie palce miała poobdzierane do żywego mięsa. A mnie i starszą siostrę moją zamykała mama w domu na cały dzień. Siedziałyśmy cały dzień zamknięte w domu. Były nas dwie takie rodziny, mama i rodzina taty brata, razem ich rozstrzelali, razem wysłali. I jak wieczorem mama przychodziła z pracy, starsze dzieci wybiegały na ulicę i troszkę się tam bawiły, a takie jak ja, a ja miałam tylko rok, to my w ogóle nie widzieliśmy słońca, w ogóle nie wychodziliśmy na dwór. Mama opowiadała, że byłam tak chuda, że na biodrach sterczały mi kości, jak po jakimś Buchenwaldzie. Bo nie widziałam ani pożywienia, ani powietrza. Potem wróciliśmy w strony rodzinne, i mając cztery lata, przeszłam pieszo 100 kilometrów do babci, tutaj, do rejonu korosteńskiego. Dwa tygodnie nie wstawałam z łóżka, bo miałam odbite nogi. To już pamiętam, ten okres, jak szliśmy do babci, pamiętam wyraźnie całe fragmenty.
Jadwiga Sołowej
[Ukraińska SRR, rejon Malin, lata 40.]Mama opowiadała, że po tej zsyłce było jej na tyle ciężko, że byli pewni bogaci ludzie, którzy nie mieli dzieci, prosili ją, żeby oddała im starsza córkę. - Tak czy inaczej one umrą u ciebie z głodu, to oddaj nam jedną. Mama powiedziała: - Niech umrą razem ze mną, ale nikomu ich nie oddam. Mama zmuszona była wyjść drugi raz za mąż, za wdowca z trójką dzieci. Oczywiście, że gdyby był nasz tata, to umiałabym mówić po polsku, mielibyśmy polską rodzinę i wszystko tak, jak powinno być. Jak to mówią, nie nasza wina, a nasza bieda. I dlatego ja oczywiście nie znam polskiego, choć bardzo bym chciała. Mój syn mówi po polsku, wnuki mówią. A dla mnie już za późno na naukę.
Jadwiga Sołowej
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
Tutaj na Żytomierszczyźnie było bardzo dużo Polaków. I tam, skąd pochodziła moja mama, we wsi Zarzecze, w rejonie korosteńskim, tam byli sami Polacy. I do dzisiaj tam mieszkają. Był tam kościół, do którego moja mama w dzieciństwie chodziła. Stoi tam nadal, ale kopułę zwalono i zrobiono tam jakiś dom dziecka. Nikt się o niego nie upomina, bo Polaków tam już nie ma. Zostały mamine siostry, mają po 90 lat, ponad 90, a tak - wszyscy się rozjechali. Młodzi porozjeżdżali się po miastach. Ale było tam bardzo dużo Polaków. Urodzili się tam wszyscy moi dziadkowie i pradziadkowie, bo przecież kiedyś to były polskie ziemie, a potem ci Polacy, co pojechali do Polski, to pojechali, a ci, którzy zostali, to zostali na dobre, i tak z pokolenia na pokolenie. Mamy ojca brat, wujek, był zesłany razem z babcią. Rodzony brat mamy, Adolf, też był skazany i wysłany aż nad Morze Ochockie, gdzieś tam, daleko, i tam ze statku zmyło do morza wszystkich więźniów, i zginął. Potem jeszcze jeden brat mamy, Józek, uciekł do Polski, zdążył. Walczył podczas wojny i w jakimś tam mieście rozstrzelali polskich oficerów - to on był między nimi, został rozstrzelany na Ukrainie jako polski oficer. Mamy siostrę, Teofilę, zesłali do Kazachstanu, i tam zmarła, żyje tam jeszcze jej córka. A syn wyjechał do Polski. Cała nasza rodzina, wszyscy byli represjonowani, wszyscy co do jednego. W czasie wojny nie było u nas ani jednego mężczyzny, którego można by wziąć na front. A z taty strony ta sama historia.
Jadwiga Sołowej
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Ukraińska SRR, rejon Malin, lata 30.]Rodziców zesłali w 1935 roku, mnie jeszcze nie było wtedy na świecie, była starsza siostra. Rodzice po miesiącu uciekli i wrócili tu. A po dwóch latach czy po ilu tam ja już się urodziłam, tatę znów znaleźli i zabrali. Zabrali ich dwóch braci, te dwie rodziny zawsze były razem, przez wszystko razem przeszły. Zabrali ich i po miesiącu zostali w Żytomierzu rozstrzelani. Pewnie za to, że uciekli ze zsyłki. A nas zabrali i wysłali na to samo miejsce, skąd rodzice uciekli, wtedy mama miała jedno dziecko, a teraz już było nas dwoje. I u tego taty brata tak samo, też z rodziną wysłali, żonę, dzieci zabrali i zesłali. A podczas wojny już nikt nie miał głowy do nas, zesłańców, i wtedy wróciliśmy do Malina, skąd nas zabrali.
Jadwiga Sołowej
[Prykordonna Ułaszanka, pow. Sławucki, lata 30.] W 1919 roku już zakryła się granica Polski. To my popadli tak, że mieszkanie nasze popadło do Ukrainy, a stodoła, chlewy, to wszystko do Polski. To zrobili tak, że gdyby nasze mieszkanie popadło do Polski, to byliby my u Polszczy, a tak - zrobili poza naszym wszystkim granicę i my żyli tam do 1933 roku. Zrobili u nas zastawy, gdzie ochraniali granicę. W naszym mieszkaniu - duże mieszkanie było - była zastawa. I żył u nas naczelnik zastawy, w naszym mieszkaniu, z żoną i dziećmi. U nas brat Marian był, pasł konie, i te konie poszły w szkodę w żyto. On zasnął i poszły konie, szkodę zrobiły. Ojciec mówi do niego: - Ja tobie dam! Ja tobie pokażę! A mamy rodzice i bracia - to wcześniej jedna ziemia była i gospodarstwo - oni popadli do Polski, a my popadli do Ukrainy. Marian myśli: - Pójdę do wujka i tam troszku pobędę, godzinę, dwie. Potem przyjdę, tatkowi złość przejdzie, nie będzie bić. Jak on tam poszedł, to nie wolno mu było tam zostać. NKWD zabrało mamę. Mama siedziała 6 miesięcy, zabrali do tiurmy, i mama 3 miesiące siedziała w tej tiurmie za to, że my szpiony. Jakby nie ten naczelnik zastawy u nas był, to ja nie wiem gdzie by nas wywieźli. Mamę on zabrał stamtąd, ten naczelnik, z turmy.
Czesława Tyska
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Prykordonna Ułaszanka, pow. Sławucki, lata 30.; Fastów po 1950] Ja nie pamiętam kolektywizacji, ale po rozmowie coś wiem. Ja wiem, bo ja w kołchozie pracowała też. Pozabierali wszystko! Wszystko pozabierali. Zachodzili do mieszkania, ot, i kto tam schował jakiś garnek fasoli czy tam co, zabierali wszystko i odprawiali do Rosji. Przez to u nas taki głód był. Wszystko, wszystko zabrali. A jak było, gdy my pracowali już po wojnie - tak ciężko pracowali, ja nie wiem jak - wszystko zabierali, wywozili, a nam... Pracujesz cały dzień - stawiają tobie pałoczki, trudodzień nazywa się to, trudodzień. I na ten trudodzień dawali nam ziarna 200 gram. Całe lato pracujesz, i pójdziesz, i 50 kg na plecach przyniesiesz ziarna tego. To straszne było. A jak pracowali po wojnie - mołotarka taka, zboże mełło tak, całą dobę. A mój brat był bryhadierom w kołchozie. Kto idzie, kto nie idzie, a ja muszę iść do tej pracy. Nie było ni niedzieli, ni święta, nic nie było. Do pracy, do pracy i do pracy. Po samej wojnie zebrali przed żniwami zebranie, klub, w 1947 roku. Zebrali te zebranie i posadzili, kto nie wypracował trudodni - normy. O tyle, taka była norma, ja już nie pamiętam dokładnie, jaka. A byli tacy, że małe dzieci mieli, mąż na froncie - nie ma, z frontu nie przyszedł, dwoje dzieci. Nie mogę tego mówić, to strach! To takie było, że nie wiem. Posadzili dwie kobiety do aresztu. Zebranie zrobili i zakryli drzwi, spędzili nas wszystkich. Wszyscy ponajadali się cebuli z kwaśnym mlekiem. Okna zakryte, drzwi zakryte. A ona siedzi w areszcie, i u niej dwa syna, i nie wyrobiła normy. I druga też tak samo. A mąż z frontu nie przyszedł. Idzie wieczór, idzie krowa już do domu na obiad, a ona: - Oj, trzeba krowę zapędzić. - Szto? Siedź! Ty podsudima, ty wrag naroda! Ty nie wyrobiła trudodni!
Czesława Tyska
dotyczy także: Codzienność powojenna,
[Jabłonne, lata 20.] Nas rozkurkurlili, rozgrabili wsio komunisty. Pozabierali wszystko, matkę i ojca zabrali w tiurmu. Ojciec siedział tam w Żytomierzu więcej jak rok pewnie, ja nie pamiętam. A mnie 3 lata było wtedy, i była siostra starsza ode mnie z 1920 roku, i brat z 1918 roku. Nas troje ostało się. Mali jeszcze byli wtedy. I matkę, i ojca zabrali w tiurmu, potem matkę puścili, bo ojciec powiedział, żeby odpuścili, bo dzieci mali. A my żyli w Jabłonnym, Czerwomiejsko rejon, żytomierska obłaść, 20 km za asfaltem, my żyli tam. Wioska Jabłonne była. Matkę odpuścili. Nas posłali ludzie: - Idźcie, uprosicie choć jedną krowę dla dzieci. To jedną oddali, a te cztery zabrali w kołchoz. Potem odpuścili w 1931 czy 1932 roku ojca z tiurmy. W 1935 wysyłają nas wszystkich aż na Donbas. Doniecka obłaść była kiedyś tam, jak nas przywieźli. A mnie 7 lat było już wtedy. Tam ja do szkoły chodziła i siostra chodziła, i brat chodził do szkoły. To ja już polskiego nie uczyła się. Zabronili w szkołach prepodawać po polsku. Siostra dwie klasy zakończyła po polsku, a brat pięć po polsku, jak nas wysyłali na Donbas.
Janina Wengłowska
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
W 1937 represowanyj był ojciec znowu. Wszystkich tych, co wysyłali, to represowali. U mamy było dziewięć dusz w rodzinie: siostry i sześć braci, i wszystkich porozsyłali! W te i te strony porozkydali, te w Kazachstany, te w charkowską obłaść, po wszystkich stronach nas rozsyłali. U ojca były tylko dwa braty i ojciec. To jednego na rewolucji zabili, już jak ta wojna była, to był zamordowany. A drugi to toże wysłany w obłaść inną, ale nie razem z nami. Po wsiom świecie rozkydali. W Sybiry był jeden brat wysłany. Toże tam represowali, zabrali w tiurmy. Przyjechali my po wojnie tutaj, dobili się jakoś. Tak my krowę prodali, i najęli taką osobę, co by pomogła nam urządzić się, bo ja nogami nie chodziła sama.
Janina Wengłowska
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Kołybajiwka, lata 30.]Kołchoz robili: takie kusoczki małe, takie kawałki ziemi tylko zostawiali, a i to było dobre. Przeżyli my 1932 i 1933 rok. Taki straszny był głód, tu była taka mordownia ludzi, bo oni wszystko zamęczyli. Gdzie u kogo było pod dachem kawałek chleba, albo jakieś ziarno. Także do pieca patrzyli, takie piece ruskie były, tam chleb piekli. I z garnkiem, co było w garnku, to zamiatali. I zabierali do miasta, wywozili. Ludzie z głodu puchli i wszystkie padali. Po prostu padali, jak muchy, nie mogli żyć. I chorzy byli. W każdej chacie jeden, dwa, jeden, dwa zmarli. W tamtej chacie, gdzie nasza studnia była, to zmarło czworo: ojciec, matka, córka i syn. Umierali, po dwoje, po jednym. Ale my jakoś z mamą przeżyliśmy.
Rafaela Wróblewska
dotyczy także: Wielki Głód na Ukrainie,
[Kołybajiwka, lata 30]Te Janczyki [dawniej Kołybajiwka] to małe były. To wszystko dokoła, to była nasza wieś. Ta droga nazywała się Drużecka, kiedyś była Lenina. Tam była kniazini Drużecka, tam było pole przy drodze, żadnej chatki. Tam gdzie teraz kościół stoi, szpital, kantor, to wszystko był plac, tam stało ziarno kniazini. Jak kniazini uciekała, to wszystko zostawiła i wszystko zabrał kołchoz. U nas w wiosce nie było Żydów, tylko Polacy i trochę Ukraińców. To oni kołchoz zrobili, pod ich władzą był. Oni naczelnikami byli. Z miasta do nich przyjeżdżali, a potem do wioski z drugiej przyprowadzili, pełno ludzi, Ukraińców. Jak wróciliśmy z Kazachstanu, to było pełno ludzi. Ale zabudowy nowej nie było. W naszych chatach oni mieszkali.
Rafaela Wróblewska
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Kołybajiwka, lata 30]Byli tutaj Rawscy, matka, syn i córka, oni zmarli z głodu. Jej znaleźli w garnuszku trzy kilogramy ziarna, nie wiem, czy jęczmień, czy co, i dali im za to trzy lata więzienia, syn i córka zmarli. A dwie córki były za mężem. Byli dalej Stachelscy, Topolscy, Jagodzińscy, całą wieś pamiętam. Żeby znaleźli tylko garstkę, jak schował, to gdzieś jest schowane więcej. Znalazł nawet kubeczek, to znaczy, że gdzieś jest schowane. To do więzienia i więcej nie wrócił. Był chłopiec, jego siostra zmarła i chłopiec został, sierota, 14-15 lat. Pracował przy moście na zachód, budował kolejowy most na zachód do Borszczowa. Dali mu pieniądze za budowę mostu, aresztowali, ale on przecież nie winowat. Bili, dopytywali, po twarzy, potem wyrzucili go. Wszystko boli, całe ciało zbolałe. Spotkałam go, jak szłam z pogrzebu, a on mi mówi: - Ja będę tutaj umierał.
Rafaela Wróblewska
Jesienią 1937 roku, jakoś tak we wrześniu, aresztowali ojca i dali mu wyrok 10 lat. Ojca nie widziałam przez następne 12 lat, nawet nie wiedziałam później, gdzie on jest. Z tego, co nam mama opowiadała, to w momencie gdy wychodziła za niego za mąż, była bardzo młoda. Miała 15 lat, a on był od niej o 13 lat starszy. Kiedy go aresztowali miała około 17 lat. Myśmy mieszkali na wsi, a jego trzymali w więzieniu w Kamieńcu Podolskim, odległym o 25 kilometrów. Gdy mama przychodziła do tego więzienia, to nawet strażnicy się z niej śmiali, bo taka była wychudzona. - Czego ty tu chcesz, dziewczynko? - pytali. Ale ona chodziła nocami po te 50 kilometrów, ale ojca szybko osądziła trójka NKWD i zesłali go na daleki wschód. Po tym już niczego o nim nie wiedziała, zwłaszcza, że nie było prawa do korespondencji. Nie wiedziała czy żyje, czy nie, bo przecież wtedy bardzo wielu rozstrzeliwali na miejscu bez żadnego sądu.
Maria Zawackaja
[Dubnicka, lata 30.] Przed wojną nie było kościoła, ruinowali go, spalili. Ale już zapriestili do kościoła, jak już była rozkułaczka. Wpierw, jeszcze był chłop tutaj jeden, Kowalczyk, to on prowadził nabożeństwo, a potem już jego zabrali NKWD, to mama jeszcze do wojny prowadziła nabożeństwa. W każdą niedzielę i święta zbierali się wszystkie, młode i stare, na mszę. Na Wielkanoc, na Boże Narodzenie i na Nowy Rok to zbierali się po chatach. Jak msze czytali i to, co w kościele się prawi, i pieśnie, i jakie tam inne święta, to te święta zawsze objawiali. A jak kto chory był, to mama chodziła zawsze i modlitwy odmawiała.
Stanisława Zysk
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Dubnicka, 1937] Już mnie może było ze trzy latka, jak maminego brata zabrali w 1937 roku. A jego żona mnie zabierała czasem do siebie, bo ja była sama najmniejsza w domu. To było latem, to on siano kosił tam gdzieś. Zapytali ją: — Gdzie twój Pioter? A ona mówi, że siano robi. Oni pojechali i przywieźli jego. Tolko ona mu coś przyszykowała, zabrali go i już go ona więcej nie widziała. Ona po wojnie go szukała, bo niektórzy wracali. Była wojna i jakoś im się udało wrócić. To ona wsio szukała, podawała w rozezgi, to mówili, że on w 1943 roku jeszcze był żywy, tylko od tyfusu pomyrł.
Stanisława Zysk
[chutor koło Kopyla, 1930]Rano najechało całe podwórze furmanek. A u nas podwórze i dom piękne były. Mieliśmy psy dwa. Mniejszego ojciec od razu zabrał do sieni, bo się bardzo rzucał. Ojciec odemknął stodołę i zabrali nam zboże, siano, dwie krowy. My w okno patrzyli, jak wszystko zabierają, a pies tak wył... Całą noc potem wył. A z naszych sąsiadów pięć rodzin wywieźli. Buraki, Śniewicze, Mazurkiewicze, Bardziejewicze, Lubnowskie, ot — pięć. Nie wrócili oni już nigdy. Małe dzieci im tam poumierały. A nasza rodzina została.
Helena Żyszkiewicz