Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem
Jak byliśmy na studiach, to tylko katedra i święty Antoni, tylko te dwa kościoły były otwarte. Oni stawili na czatach takich komsomolców i łapali, ze studiów wyrzucali, kogo zobaczyli. To myśmy w niedzielę szli na siódmą godzinę, bo na siódmą nikt nie stał. Mieliśmy wspaniałego księdza, ksiądz Rafał. Jeden, jedyny na całe województwo lwowskie, a nigdy nie odmówił, zawsze pojechał - czy chrzcić, czy spowiadać, czy jakiejś pomocy. Mój brat brał ślub w katedrze i dzieci chrzczone, ksiądz przychodził do domu. To, co zabronione, to bardziej drogie jest człowiekowi.
Krystyna Angielska
[Kustownica, lata 30.]W Kustownicy był ładny kościołek. Chodziłam do niego z mamą tylko przez dwa, może trzy lata, nie więcej. Księdza tam nie było i z drugiego kościoła ksiądz dojeżdżał. W trzydziestym którymś roku go zrujnowali i zrobili banię — łaźnię. Ludzie do niej chodzili, choć płakali, ale chodzili. 1937 rok jak przyszedł, tak wszystko zrujnowali, zmietli. Na tym miejscu, gdzie był kościół, pobudowali szkołę. A ta bania przepadła. Zrujnowali i koniec. Jak nie stało kościoła, my z mamą modlili się w domu, żeby okno było zakryte, żeby nikt nie słyszał. Wszystkie pieśni my śpiewali w czasie wojny, bo dużo ludzi się zbierało. Babka jedna za księdza stała, bo księdza już nie było. Najpierw zbierali się u nas w domu. U nas domek stareńki taki był, mały. Potem modliliśmy się już po większych domach, na przykład u chrzczonej mojej matki. Dwa Niemce przyszli, pytali, co tam się dzieje, kto tutaj prowadzi — a tam babka siedziała. Niemcy postali, ale nie modlili się nic. Zabrali się i poszli. A my po nich wyszli, jak domodlili wszystko.
Regina Antonowicz
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
W 1936 roku wyjechał od nas ostatni ksiądz. Nazywał się Banaś i był proboszczem u św. Bartłomieja. Później ludzie sami odprawiali msze, a w 1939 roku, na Świętego Piotra i Pawła, zamknęli kościół. Później były tam różne składy i w końcu zrobili muzeum ateizmu. Kto mógł, to jeździł do Lwowa, do Stryja, do Sambora. Gdzie kto mógł, a inni nie jeździli w ogóle. Niektórzy chodzili do prawosławnej cerkwi. Ludzie starali się odebrać kościół, ale był taki Wencz, zastępca burmistrza, i on powiedział: - My wam kościół oddamy, jak mi na dłoni włosy wyrosną. Nikomu włosy nie wyrosły, ale kościół oddali. Ludzie napisali list do Ojca Świętego jak miał przyjechać do niego Gorbaczow. Papież mu powiedział i jak tylko Gorbaczow wrócił, to od razu oddali kościół. Zadaje mi się, że to było w 1988 roku. Trzeba było wtedy zebrać dwadzieścia osób i zrobić taki komitet, ale każdy się bał. Ludzie się bali. Jak ktoś pracował jako mechanik, to bał się, że pracę straci. No, ale się udało. I ten Wencz potem powiedział: - Możecie podziękować Gorbaczowowi, że wam kościół oddali.
Władysław Aurzecki
[Torczyn, lata 40.]Mnie ochrzcili, jak Niemcy weszli. Do Wołodarska mnie zaprowadzili, i pamiętam, jak mnie tam ochrzcili. Miałam już 9 czy 10 latek. A we wsi to tak było: dzieci zbierały się, i to tak od chaty do chaty. Jedna niedziela - do tych poszli, różaniec, modlimy się, godzinki czy gorzkie żale - do drugiej chaty. Do nas często przychodzili, ale najwięcej to młodzież przychodziła, bo był duży pokój u dziadków. Ale zawsze na różaniec, na godzinki, na gorzkie żale - cała wioska zbierała się, modlili się. W wiosce mieszkali też Ukraińcy i Niemcy, to jeszcze Ukraińcy rozmawiali po polsku, i Niemcy rozmawiali po polsku. My na ten czas po niemiecku dobrze rozmawiali, teraz ja już nic nie umiem w tym wieku, ale wtedy to rozumieli, wszystko rozmawiali.
Walentyna Bals
dotyczy także: Stosunki polsko-ukraińskie,
Po wojnie jeszcze trochę kościół był. Później księża wyjechali, widocznie ich postraszyli i bali się o swoje życie. Później ludzie sami odprawiali msze i kościół istniał do 1949 roku. W kościele był skład papierów. Oddali te drukarnie i był skład papierów. Poniszczyli ołtarze, popalili. Ławki były eleganckie, dębowe, jak to w kościołach - wszystko zniszczyli. Część do sądu zabrali, część gdzieś tam, a resztę poniszczyli. Było muzeum ateizmu, to już było przed samym powrotem kościoła, 1987-88 rok. Kościół oddali w 1989 roku. Jak raz wrócił ksiądz i na początku grudnia oddali kościół. Bardzo dużo było kłopotów z tym oddawaniem. Wtedy parafianie pisali listy i żadnej odpowiedzi nie otrzymaliśmy. Wybraliśmy taki moment, że kiedy jeden z księży z Sambora miał jechać do Ojca Świętego, napisaliśmy list i daliśmy przez niego. I wtedy Ojciec Święty poruszył to pytanie, jak to jest z tym oddaniem kościoła. I wtedy Gorbaczow... Przyszedł list, zdaje się, że z Moskwy, żeby kościół oddać. Z początku nie chcieli, nie wiedzieli komu oddać, chcieli jakieś pieniądze... Oni wtedy stracili trochę pieniędzy, żeby to muzeum ateizmu wybudować... U nas byli tacy ludzie, którzy zajmowali się tą sprawą i powiedzieli: - Wy nam więcej zniszczyliście ołtarzy, ławek, organy wywieźliście gdzieś do Gruzji, więc jak możecie żądać pieniędzy za remont?
Zdzisław Baran
dotyczy także: Odrodzenie Kościoła i polskości po 1990 roku,
Mama opowiadała mi, jak jeździli często do Tomska do kościoła, choć w tajdze był kościół. Zawsze w niedziele przychodził do nas ksiądz na obiad. Przychodził również organista, młody chłopak. Polacy w tajdze wszystkie święta organizowali wspólnie, razem świętowali. Moja mama miała bardzo ładny głos, sopran. Wszyscy lubili jak śpiewała, oczywiście po polsku, ale też po rosyjsku i po ukraińsku. Kiedy uczyłam się w szkole, kościoła w tajdze już nie było. Został zniszczony. Jednak u nas w domu mówiliśmy pacierz ? nielegalnie. Żyliśmy tak, jak nasza babunia i dziadek. Rodzina była religijna. Mama śpiewała w kościele w Tomsku, były tu organy. Potem i w Tomsku zamknęli kościół, zrobili w nim jakieś składy.
Jadwiga Baranowskaja
[Nowy Zawód, Żytomierz, lata 20. –40. XX w.]Mnie chrzcili w kościele w Nowym Zawodzie. A do pierwszej spowiedzi przystępowałam tutaj, w kościele katedralnym w Żytomierzu, gdy miałam już 16 lat, podczas okupacji niemieckiej. Bo wcześniej przecież nie można było, kościół był zamknięty, w ogóle kościoły były zamknięte. A jak za Niemców ten ksiądz Lisicki przyszedł, Boże, jak on się starał wszystkich tych ludzi nawrócić do religii! I szli ludzie, starzy, młodzi, coś do niego ciągnęło ich. On był takim człowiekiem, że i ze starym pogadał, i z młodym, i wyjaśnił każdemu. I mówił, że co tam nie było, mimo że nie dawali chodzić do kościoła, nie wolno czuć za to złości, nie wolno gniewać się na to, jak było. Bóg, mówił, dał nam to wszystko, żebyśmy to przeżyli, żebyśmy wszystko to przeżyli.
Marcelina Baszyńska
[Nowy Zawód, Żytomierszczyzna, lata 30. XX w.]Chciałabym jeszcze opowiedzieć o księżach, o tym, jak kiedyś było. Mieszkaliśmy pod samym lasem. I była droga obok, szlak, którym ksiądz jeździł do Pułyn, na mszę. My, dzieci, już wiedziałyśmy, że on tam jedzie, a on bardzo lubił dzieci. I gdy już wracał z powrotem, to my już wiedziałyśmy, o której godzinie on będzie wracał. W lesie były takie wielkie zrąbane dęby, dęby wielkie jak stół, te pieńki takie wielkie. Rodzice wychodzili i na tych pieńkach zaścielali obrusy, i nakrywali je jak stoły, i wszyscy tam siedzieli za tym stołem, jedli, pili, ale wódki nie pili, tylko jakiś kwas czy coś takiego. A wokół same dzieci. I ksiądz jechał bryczką, bryczka taka szykowna, koń i uprząż takie piękne, on wychodził i my wszyscy podchodziliśmy do niego, on nas błogosławił, my go całowaliśmy w rękę. A potem miał taką skrzyneczkę specjalną, tak bardzo misternie zdobioną, i stamtąd wyjmował cukierki, pierniki, i obdzielał nimi wszystkie dzieci, jeszcze i rodziców obdzielił, na stole im zostawił. A potem, na końcu, wołał tych najmniejszych i tam, gdzie była czysta trawa, to on nabierze tych słodyczy i nasypie. I dzieciaki sobie zbierają, a on będzie stał i czekał, aż póki nie pozbierają wszystkich, i jeszcze wszystkich po głowie pogładzi. I tak my czekaliśmy każdej niedzieli, bo to było dla nas takie święto.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, lata 30. -50.]Kościół jabłonecki zamknęli jakoś w 1936 roku, majątek zniszczyli, a w 1941 roku, jak przyszli Niemcy, otworzyli go z powrotem. Potem gdzieś do 1951 roku był otwarty i znów zamknęli, kopułę zdjęli, zrobili tam klub młodzieżowy. A jednak była u nas silna tradycja polska: mimo że władza sowiecka i że represje były, młodzież do klubu nie chodziła tańczyć. Postał tak klub z rok i zrobili sklep, a nie klub.
Narcyz Baszyński
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, lata 20. -30.]Za księdza Jaroszewskiego, jeszcze w moim dzieciństwie, religii uczyła taka Agnieszka, ona była z Polski. Jak przechodził front, to ona została u mojej babci ze strony mamy i potem prowadziła u księdza taką szkółkę niedzielną. Uczyła katechizmu, po polsku rozmawiać, do spowiedzi się przygotowywać, a rozmawiało się u niej tylko po polsku. Dzieci w większości rozumiały po polsku. Bo mieszkali tam ludzie pobożni, nie pijanice. Jak to kiedyś mówili - gospodarze. To oni starali się, jak jeszcze nie była szkoła otwarta, to najmowano nauczycieli, przede wszystkim do polskiego. I rodzice w większości po polsku mówili. Nasi rodzice na przykład mówili po polsku, babcia mówiła po polsku. Ale jak już spotykali się z kimś, to mówili po ukraińsku. Tylko u babci, maminej mamy, Gongały, było surowo: tylko po polsku, dlatego że tam księża bywali. Tam się przychodziło i nikt po ukraińsku nie śmiał mówić, tam języka ukraińskiego nie było, wszystko po polsku. A już w szkole mówili po ukraińsku. Na targu mówili po ukraińsku. Potem nastała sowiecka władza. Przyjeżdżał naczelnik z powiatu i mówił po ukraińsku albo po rosyjsku. U nas pierwszy przewodniczący rady miejskiej to był Rosjanin, były żołnierz armii rosyjskiej, Blok się nazywał. To on zbierał ludzi i mówił po rosyjsku, a tu już wszyscy do niego po ukraińsku. I tak zaczęli uciskać język polski.
Narcyz Baszyński
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, lata 20. -30.]Były pewne tradycje religijne. Każde Boże Narodzenie to była osobna historia, wszystko po religijnemu, jak w książkach było napisane, jak przekazywane było z pokolenia na pokolenie. A już zwłaszcza Wielkanoc była zupełnie inna i Zielone Świątki zupełnie inne. Surowy post był i wszystkich tych religijnych nakazów się przestrzegało. Było tam w piątek nie jeść tłustego, to się nie jadło, pościć, to pościć. Pamiętam, że jak jeszcze byłem mały, jak już się zaczynał post, to babcia była głównym rewizorem, "mięsa nie jeść", wszystko tak, jak było zapisane, tak i robiliśmy.
Narcyz Baszyński
Szykany były. Jak chłopcy szli do świętej komunii, to trzeba się było z tym chować, żeby w szkole nie wiedzieli, bo mogły być grubsze nieprzyjemności. Tak się robiło po cichutku. Była u nas dobra nauczycielka, która przygotowała. Były mundurki i biskup (niestety, już nie żyje), on przyjął te dzieci. Jak człowiek chciał, to wszystko można było zrobić. Prawda, trzeba było się chować, nie można było pokazywać, ale potem, to już coraz lżej... Teraz we Lwowie mamy chyba ze cztery kościoły. Jest kościół Marii Magdaleny, chociaż to nie jest jeszcze prawdziwy kościół, bo bolszewicy zrobili tam organową salę i do dziś nie chcą oddać. Tylko w niedzielę są nabożeństwa. Więc jest kościół Marii Magadaleny, św. Antoniego, katedra łacińska, i na okolicy Lwowa jeszcze dwa kościoły mamy. W województwie lwowskim jest kilkanaście kościołów, do których chodzą ludzie. Prawda, Polaków mało. Chodzą i Ukraińcy, widać podobają im się te księża, czy może się przyzwyczaili do tego, że to tak, jak za Polski... Księża kształcili się w Rydze, na Łotwie, tam było seminarium. Są też księża z Polski i miejscowi są, z różnych stron.
Józef Bernard
Z początku chodziliśmy do kościoła. Najpierw do kościoła, pomodlić się przed lekcjami, a potem przychodzimy do szkoły i mamy śpiewać hymn Związku Radzieckiego. Potem już nie wolno było chodzić do kościoła. A potem kościół został zamknięty. Potem krzyże były zdejmowane. Ja mieszkam niedaleko kościoła ojców jezuitów, tam jest teraz cerkiew, a przedtem było muzeum ateizmu. To był nasz kościół parafialny. Jak przychodzę teraz do cerkwi, to rozmawiam z księdzem ukraińskim, mówię mu, że tutaj moja mama ślub brała, tutaj jestem chrzczona, tutaj szłam do pierwszej komunii. Teraz jest bardzo ładnie odnowiona ta cerkiew. I jak przychodzę do cerkwi, zapalam świece - w kościele my świec nie palimy. Tu się pali świece za zdrowie i za dusze zmarłych. Jak zapalam świece, to zawsze się patrzę i przypominam sobie, jak to było.
Maria Bilczuk
[Zamykanie kościołów w Kamieńcu Podolskim]W Kamieńcu były pozamykane kościoły, ale w Kietagrodzkim nie był zakryty. Katedra była zakryta, tam muzeum było. Jak byłam w siódmej klasie, to przyjechałam tam na eskursi. To tam ołtarz Matki Boskiej był, jak z prawej strony zachodzicie. Matka Boska tak stojała na stole. To ja nigdzie nie chodziła w muzeum, Ruskie wszystkie chodziły, inwentary oglądały. A ja koło Matki Boskiej stojała, nigdzie nie chodziła. Tak mi brakowało po prostu, koło Matki Boskiej stać. A tam zaraz kapliczka była zakryta, mówią, że to dawne, prawosławne.
Wanda Bilecka
[Postawy, lata 50. –70.]Od razu jak zabrali bolszewicy kościół, to składali ciastka, wódkę, wino i tak dalej. Ludzie przez okno, bili, łamali i kradli. Nie ma rady. Potem zsypali tam nasiona — len. I czyścili len od trawa, od wszystkich. Ale deszcze jak szli, to dziurawe, i to rosło, nasiona. Nie ma rady. Potem zostawili tak i gospodarze byli gołębie, wrony i kawki. I tak stał.
Marian Bumblis
Modliliśmy się - to zaszliśmy do jednego mieszkania pomodlić się, to do drugiego. Jak i dzisiaj, tak i wtedy się modliliśmy. Było ciasno, ale już nie było tak strasznie. Chwała Bogu, woda już była czysta w studni, sól już była. Już nie było tak strasznie. Ale kościoła nie było, niczego nie było. Modliliśmy się w domu, i do tej pory wszyscy po domach się modlą. Kto może, zbiera się w jednym domu w niedzielę, drugiej niedzieli w innym. Kto może, kobieta czy staruszek. U nas staruszek to wszystko organizował, on był tym księdzem takim. Dzieci chrzciliśmy, babka u nas taka była, to ona dzieci chrzciła. Wszystkie dzieci są ochrzczone. Nie ma się czego wstydzić, wszystkie dzieci u nas ochrzczone. A jak tu przyjechaliśmy, to wszystko zabronili, wszystko zniszczyli, kościoły porozbierali już po wojnie, i cerkwie tak samo, oj, wiele porozbierali, a takie były piękne kościoły i cerkwie. Rajiwka, tam taki kościół był piękny, z cegły, ale rozebrali go, kto to taki nakaz dał - nie wiem, ale rozebrali, a dużo takich kościołów było. Jak budowali wsie, to i kościoły budowali, a teraz nigdzie tych kościołów nie ma. Nie wiem, kiedy były budowane, ale były już zbudowane, gdy przyjechaliśmy z Andriejewki do Szortandów. W 1937 czy 193 je pobudowali, to były piękne kościoły. Ale potem je zabrali. W Rajiwce na przykład był taki piękny kościół, krzyż taki na słońcu błyszczał. Widziałeś go i cieszyłeś się, że już niedługo ci iść do kościoła.
Jekaterina Chlubnaja
[Katedra w Łucku zamknięta, w zamian kościół na cmentarzu – Łuck, od lat 40.]Kiedy kościół zakryli – był zakryty. Katedra jeszcze pracowała, była czynna, do 29 października 1948 roku była czynna katedra, jak sowieci przyszli. A potem oni zakryli katedrę tą, i dali nam kościółek na cmentarzu. Dali kościółek, to było 31 października 1948 roku. Tak, że nam jak tutaj mszę zabrali, to my pisaliśmy, wszystko, żeby nam dali chociaż na cmentarzu. To oni nam oddali. I tamże my byli. I jak Niemcy byli i jak byli raz Sowiety przyszli, to msze na cmentarzu odprawiali się.
Maria Chudociopłowa
Rodzice byli wierzący, chodziliśmy do kościoła, cały czas. Był ksiądz Wojciech Olszowski, który mi nawet dawał ślub. Później był Łotysz, Pawilonik czy jakoś tak. Ochrzcił naszą starszą córkę, a młodszego syna zawiozłam chrzcić do Polski, do Puław, do Kaplicy Czartoryskich na górce.
Stanisława Ciwka
Tutaj ksiądz był taki, Kłosowski. A w kościele dachu nie było, i nawet ławki popalone były. Ja sama jeździła, piasek woziła. I pamiętam, jeździł ksiądz po wsiach i zbierał, kto co da: kto zboże, kto mleka, kto masła. Ot, mój tatuś, to na przykład te drzwi okował, co tam teraz jeszcze są. Jeszcze, zdaje się, z Nowego Miasta kowal przychodził, ja dobrze już nie pamiętam. Wszyscy rzucili się, pomagali. Nasz sąsiad chodził, deski piłował. I raz przychodzi ksiądz do ojca, i mówi: – Wy znajecie, trzeba na jutro konia z wozem, żeby piasku przywieźć, dlatego że trzeba coś zacementować. I tatuś mówi:– Proszę bardzo. I ksiądz też od siebie pomagał, i chodził po wsiach jak żebrak. I tym ludziom, co pracowali, może nie tak dużo, ale zawsze coś dawał.
Wanda Denisowa
[Życie religijne w Kazachstanie]W Kazachstanie zbierali się zawsze na majowe nabożeństwo. Każdy dzień chodzili, nawet jak była wojna. U nas tak było, że trzeba było okna zasłonić, żeby nikt nie widział, że różaniec idzie w chacie, bo do sielsowieta jak dojdzie, to może się strachować i będą karać. To my chodzili każdy raz, majowe nabożeństwo — każdy dzień chodzili. Czerwcowe nabożeństwo też. A w jesień — różańcowa, też w każdy dzień chodzili. Ja przywykłam do polskiego. Idzie msza — ja sama nie mogę, żebym ja sama wszystko mówiła, a ot — jak ktoś mówi, to ja za kimś już mogę. Kościół w Kazachstanie postroili już jak wojna kończyła się, to daleko od nas był — 35 kilometrów. No, autobus chodził, o szóstej chodził, rankiem, i o czwartej chodził już do nas. Ja też jeździłam — każdą niedzielę.
Filomena Domańska
[Stara Krasnoszora, lata 30., 40. i współcześnie]Niemców było więcej, Polaków mało. Do Polski, jak teraz odjechali, to nie jechało pięć familii: Drozdki, Lechockie, Zielińskie, Zielonki i Derczyki. Do kościoła chodzili. I Niemcy chodzili, i Polaki. Modlili się. Pół mszy było po polsku, pół po niemiecku. Potem, jak śpiewali na wejście do kościoła, to my zaśpiewali jedną zwrotkę, i Niemcy po niemiecku śpiewali. A bywało, że jak śpiewali, to my po niemiecku z nimi, a oni po polsku z nami się godzili. Księża byli dwaj, jeden po niemiecku mówił, a jeden po polsku. To był nasz ksiądz Jan, ksiądz Mościcki. On zmarł, a ja go zapamiętałam. Obok miejsca, gdzie nasz kościół, była plebania. Ale ona spaliła się, i wszystko spaliło się. Cała wioska leciała i bronili, i straż pożarna była, i wszystko zgorzało, rozbiło się. A teraz mówią, że coś mają robić, budować. Dom Polski mają budować, tak ksiądz nam mówił, ale to z Polski ma być.
Ewa Drozdek - Korablowa
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Polska mniejszość poza granicami II RP,
Każdego roku, mniej więcej w Wielkim Tygodniu, mnie wzywali do siebie. A ja rozumiałem o co chodzi, chcieli, żebym pracował razem z nimi. Jaka to praca? Donosić, mówić wszystko... Ich było czterech takich, co mnie wzywało. Naprzód jeden mnie wzywał, no i przychodziłem tam do nich. Jedno i to samo: abym ja pomagał im. Żebym jak zobaczę, kto przyjechał do kościoła i rozmawia z księżmi, to im mówił... A ja mówię: – A skąd ja będę wiedział, kto to jest? Mało ludzi jest, którzy sobie rozmawiają z księżmi? – Wy znajete, to inaczej się ubiera taki człowiek, inaczej wygląda i jak wy zobaczycie, to mnie dacie znać. Ja mówię: – Dobrze, dobrze. I na tym się kończyło. Coś dwa razy on mnie wzywał. Później się zjawił drugi, gorszy. To był jakiś dyrektor tiurmy, u nas we Lwowie, przy Janowskim Cmentarzu. Później on tu przychodził i po prostu: – Przyjdziecie do mnie o dziewiątej na ulicę... – tam KGB było. Ja tam przychodził o tej godzinie i on zaprowadził mnie do pokoju: – Siadajcie. No i zaczął mi opowiadać sprawy różne polityczne, życiowe takie i mnie prosił, żebym ja jemu pomagał. Ja mówię: – Jak ja mogę pomagać? Ja jestem prosty człowiek, niewykształcony, co ja mogę pomagać. Ja się na tych rzeczach nie znam. – Dobrze, dobrze, dużo nie trzeba. Powiecie nam tylko: kto przyszedł, kto był i zaraz zadzwonicie do mnie. Ja nigdy nie wykonywał tego. Raz mi przyszedł i mówi: – Czego wy nigdy nic? Ja mówię: – Ja nic złego nie widzę. Co ja będę dzwonił? Bo ja wiedziałem: zacznę, wejdę w to – to jest moja śmierć. I ja nigdy, ni jednego razu, nic na nikogo nie powiedział.
Antoni Dudak
[Leonki, lata 30.]Wigilia była zawsze. Sianko, opłatki, losy ciągnęli z sianka. Jeżeli długie wyciągniesz, to będziesz długo żyć, jeżeli krótkie, to krótko. Siano krótkie, to mało. W rodzinie taki zwyczaj był. Wielkanoc — pieśni śpiewali. Ja urodzony na Wielkanoc, akurat na Wielkanoc w 1930 roku. Na Wigilie kolędy śpiewali. Gdy się Chrystus rodzi i na świat przychodzi, ciemna noc w jasnościach promienistych brodzi…
Antoni Dziśko
Jak Polacy wyjeżdżali, to kościół u nas, w Jagielnicy, był już nieczynny. Później w tym kościele zrobili takie różne komory, potem zrobili tam salę gimnastyczną dla szkoły — jak budowali nową szkołę, to tam była sala gimnastyczna. Wtedy już był Gorbaczow, zaczęła się u nas przebudowa i już można było coś robić. Był u nas taki pan Jasiński i on z jeszcze innymi ludźmi zaczęli odnawiać ten kościół. Kościół został oddany, chociaż on nie był wcale zabrany na podstawie dokumentów. Nie mieli funduszy, żeby go odnowić. Jeszcze przed wojną były tam takie duże płyty cementowe na podłodze, później był beton, później podłoga na sali gimnastycznej. Zerwali tę podłogę i to wyglądało gorzej jak w stajni. Na otwarcie kościoła ludzie poszli, nacięli siana, rozrzucili po podłodze i na tym sianie modliliśmy się przez dwa-trzy lata. Nie było za co odnowić tego kościoła. Przypomnieliśmy sobie, że na froncie kościoła jest emblema Lanckorońskich. Dowiedzieliśmy się, że w Rzymie jest jeszcze potomczyni tej rodziny. Napisaliśmy do niej i ona sfinansowała odbudowę kościoła. Został pięknie odbudowany, wytynkowany wewnątrz i na zewnątrz. Tylko tam zostało bardzo mało Polaków.
Stefania Felendysz
[Głębokie, Białoruska SRR, lata 70.]Dzieci prześladowane były. Kiedy dzieci nasze chodziły do kościoła, im zapraszczali chodzić. Ja wodziła do kościoła, a nauczyciele przychodzili i mówili: — Wyprowadź z kościoła! Nie można chodzić do kościoła. No, ja mimo wszystko zaprowadziła zawsze, a tak straże stawili w kościele: nie puszczaj dzieci. Tak było. No, ale wszystko jedno — kto chciał, to jakoś choć kiedyś przyprowadził. Mało dzieci było w kościele, mało. No nasze chodzili.
Teresa Furs
[Mińsk, lata 80.]W dokumentach dopatrzyli się, że [córka] nie komsomołka. A taż by nie przyjęli nie komsomołki. Wtedy wezwała rektor: „Maria to jest taka mądra dziewczyna. Co takiego, że to nie komsomołka?”. Potem dzwonili tutaj do Głębokiego do szkoły: „Co takiego, tak się uczy i nie komsomołka”. Odpowiedzieli, że do kościoła zawsze chodzi, to nie wstąpiła. Za to taka rozumna, że do kościoła chodziła, a nie wstąpiła.
Piotr Furs
Księdza wywieźli i już nam więcej księdza nie dali. Kościoła nie zamknęli, ludzie nie dali zamknąć. Przez 25 lat było bez księdza, a potem, przez trzy lata, chodził ksiądz Aronowicz, ale tylko pięć razy do roku. A tak, to ludzie sami odprawiali. Ludzie krzyżem leżeli na tej posadzce. Sowieci chcieli zabrać ten kościół, mówili, że nie zburzą, tak jak zburzyli tamten garnizonowy kościół, ale filharmonię zrobią. Ale ludzie nie wierzyli, nie chcieli żadnych filharmonii, żeby z naszego pięknego kościoła zrobić jakieś przedstawienie. Krzyżem leżeli, żeby im nie dać dostąpić do drzwi.U nas była taka zasada: ten, kto mieszkał w samym mieście, to chodził w każdą niedzielę. Na dziewiątą rano były godzinki. Była fisharmonia, stała pod amboną i pani Bojko grała na fisharmonii, a my śpiewałyśmy godzinki. A potem, o pierwszej, była suma. Na sumie przyjeżdżali: wioska Grandzicze i wioska Przysiółki. I też ludzie z miasta dochodzili. A na sumie taki był porządek: na główny ołtarz łożyło się biblię, Ewangelię, tak, jakby dla księdza. A zamiast księdza łożyło się ornat na ołtarz. Był chór, bardzo duży chór. Bardzo dobrą rolę grał. Był chór, był organista, pan Jerzy. I był starszy pan, pan Grotulewicz najpierw, a kiedy zmarł, to był pan Kieziukiewicz (?), z tej wioski, z Przysiółka. W ławce odczytywał z mszy świętej to, co ksiądz miał mówić. A my mówiliśmy to, co naród mówi. I tak modliliśmy się, śpiewaliśmy, bo był chór. Najwięcej śpiewaliśmy, organista grał. Nie można było komunii udzielić.A najgorsza chwila: kiedy już można było cztery razy do roku księdzu Zaranowiczu (?) mszę odprawiać w naszym kościele, to w wielki piątek przyszedł do nas, w wielki czwartek, a w wielką sobotę już nie przyszedł. I bocznymi drzwiami, żeby tutaj nie otwierało się, po czarnemu, po cichutku – żeby ciało Chrystusa odprowadzić do grobu. Ksiądz przyszedł i nas, kobiet, przyszło może dwadzieścia, może więcej. A nie było żadnego mężczyzny. To było dniem. Ja już naszemu zakrystianowi mówiłam, że teraz, to ich wszystkich dużo, ale kiedy trzeba było krzyż święty nieść przed ciałem Chrystusa, to nie było komu nieść. I byłoby bez krzyża, ale ksiądz Zaranowicz przyniósł. I każdy płakał.
Krystyna Gaponik
Kiedy my tutaj przyjechaliśmy, to w Kamieńcu kościoła nie było. To my w Czerniowce z mamą jeździli, do Baru jeździli, tam gdzie bliżej, ale najwięcej do Kitajgrodu jeździli, tam kościół był. Potem jakoś stało się, że ja odeszła od wiary. Chcę powiedzieć, że wiary mocnej u mnie nie było, matka uczyła mnie modlić się, ale żeby mocno wiara była… To było po prostu posłuszeństwo. Mama powiedziała: – Wstawaj, będziemy modlić się. I ja wstawałam, modliłam się, ale nie było jakoś, że ja to muszę, że to dla mnie potrzebne i Pan Bóg czeka mojej modlitwy. Takiego nie było, czemu nie było? Dlatego, że bardzo widziałam dużo takich przykładów, że modlili się dużo, a robili dużo zła. Na jednym zobaczyłam, na drugim zobaczyłam, trzy, czy cztery przykłady, i ja odeszłam od Pana Boga, odeszła od wiary i przestała jeździć do kościoła. Potem maja mama bardzo ciężko zachorowała i mówi: – Ja bym chciała wyspowiadać się, ale jak ja nie mogę pójść sama. Ja mówię: – Ja przyprowadzę ci księdza do domu, niech cię wyspowiada. Mama mówi: – Jak to ma być? Co tobie powiedzą, że ty przyprowadziła księdza? Ja już wtedy nie bała się niczego. Ja wiem, co powiedzieć – mówię. I wtedy ksiądz Roman Twaróg przyjechał, to już 18 lat, jak on proboszczem w katedrze. Tylko ten kościół był wtedy, ta kaplica. Ja przyszłam i przyprowadziłam go do domu, potem sam już przychodził, kiedy trzeba, mamę wyspowiadał. Kiedy mama zmarła on też przyszedł i mówi: – Masz przyjść do kościoła, bo za matkę będzie odprawiać się msza. Ja przyszłam do kościoła, a ksiądz podszedł do mnie: – Masz wyspowiadać się i przyjąć komunię za matkę. Wtedy ja też nie pomyślałam, że co tam mogą mnie powiedzieć, że ja poszłam spowiadać się. Było ciężko, bo jedna byłam u matki i matka u mnie jedna. My ciągle byliśmy we dwoje, nigdy nie rozłączaliśmy się. Ciężko było, taka strata najbliższego człowieka. Ale kiedy ja wyspowiadałam się i przyjęłam komunię, i szłam z kościoła, to ciężko mi było, ja płakałam, ale to już był chyba i z radości nawet. Ja szłam i tak, jakby kamień z pleców mi spadł, tak mi było lekko iść, bo ja zaczęłam wierzyć, chodzić do kościoła.
Julia Gawriłowa
[Nieśwież, lata 40.-90.] Ksiądz Kołosowski u nas został się jeszcze młodym księdzem - klerykiem był. Dwóch kleryków było i dziekan. Potem jak tych rozstrzelali, on jeden został. Za niego batiuszka zastąpił się. Batiuszka poszedł do tych Ruskich, dał za niego, można powiedzieć, głowę swoją. Swoim życiem za niego zaręczył, powiedział, że on dobry i nic takiego nie zrobił. Tak on żył i pracował z nami. U nas kościół pracował - nie zakrywali. On miał wyjechać do Polski, dokumenty były już wyrobione i miał w poniedziałek już wyjechać. Odprawił mszę w niedzielę. W poniedziałek rano - już rzeczy spakowane, wszystko, i miał wyjechać do Polski - przyszli do niego ludzie na pożegnanie i stali płakać: - Proszę księdza, cóż my będziemy bez księdza robić? Jak kościół będzie? Siedział, nie wiedział, co robić. - Potem - on mnie to opowiadał - stałem przed obrazem na kolanach i modliłem się, co mnie robić! I bał się zostać tutaj, że jego mogą zabrać, wywieźć i rozstrzelać - już były Ruskie. - I pomodliłem się i mnie jakby Bóg coś powiedział. Ja sobie tak pomyślałem, jak i Bóg powiedział: "Raz ginie owczarnia, to niech ginie i pasterz". Tak i ja pomyślał. Zginie owczarnia, zginie i pasterz. Czego ja rzucam owczarnię, żeby ona ginęła, a ja sam uciekam? Wszystko to odłożył, wszystko rozpakował z powrotem i tak został, i do samej śmierci żył z nami. My już wszyscy trzymaliśmy jego, jak mogli. I jedzenie było u niego zawsze, kto co mógł! Pieniądze, jeżeli tam mieli, dawaliśmy na remont kościoła. Jego wyrzucili z tej plebani, to on sobie wybudował w garażu domek. Pomagaliśmy, nawet mój mąż był kierowcą, to wszystko, co było trzeba, przywoził, podwoził, odwoził. Nosiliśmy tym majstrom jedzenie pod kościół, gotowaliśmy po kolejce: jeden dzień jeden, drugi dzień drugi - i karmiliśmy tych ludzi. Dawaliśmy pieniądze, jak kto mógł, jak kto mógł! Kościół do porządku doprowadziliśmy razem.
Bronisława Gniećko
[Czerniowce]W dzieciństwie jechaliśmy tylko dwa razy na rok do Czerniowiec, kiedy nas brali do kościoła. Pierwszą komunię miałam w Czerniowcach. Ksiądz Krajewski mi dawał. Miałam wtenczas 12 lat. Katechezy nie było wtedy, tylko nauka mojej babci. Trzeba było całą noc jechać pociągiem. O 12.00 trzeba było podejść tam na stację, o 4.00 pociąg i aż na rano był w Czerniowcach. Dla dzieci było męcząco, ale kiedy święta byli, wujek, moja mama, babcia jechali do Czerniowiec, ażeby poświęcić jedno jajko. I to po kryjomu. I to jajko w kieszeni przynosili w białej serwetce. Jaki zapach miało to jajko... Jakie było dobre to jajko... Bo trzeba było jedno jajko podzielić na wszystkich po bardzo malusieńkiemu kawałeczku. Jakie to było dobre!
Anna Hryńczuk
Nie było uroczystości związanych z przystąpieniem do pierwszej komunii. Ksiądz Krajewski przyjeżdżał często do nas z moim wujkiem. Wujek mieszkał w Czerniowcach i ksiądz kolegował się z nim i on przyjeżdżał na wioskę. Trzeba było wyspowiadać babcię, bo babcia już była chora. To on starał się przyjechać z wujkiem do nas na wioskę. Z mamusią przyszliśmy do niego do Czerniowiec, poprosiliśmy, to on nam otworzył kościół i to było po kryjomu. I było bez mszy. Tylko musiałam zostać u wujka na drugi dzień, żeby przyjść do kościoła i przyjąć komunię pierwszą. Nie było dzieci, tylko ja jedna byłam. Tu w Czerniowcach to było zorganizowane, u nas mieszkało państwo Fifar, dwie siostry z bliźniaków, które uczyli dzieci polskiego, a ksiądz po kryjomu tam katechezę z nimi prowadził. To oni mieli pierwszą komunię, a ja nie miałam. Nie miałam białej sukienki, nie miałam niczego. Bocznymi drzwiami weszliśmy do kościoła i tam była taka pierwsza spowiedź. A na drugi dzień była komunia już. Byłam na mszy i była komunia i ot tak – moja pierwsza komunia.
Anna Hryńczuk
[Narocz, po wojnie]I mamę w 1985, i tatę w 1988 roku bez księdza chowali. Kościół odmykali, zanosili do kościoła ciało, różańczyk odmówili. Pomodlimy się, pośpiewamy i na cmentarz. Na Litwę do Wilna często jeździli. W Komajach nie zamykali kościoła, był ksiądz taki — staruszek. Siostry moje też w Komajach ślubowali się, jedna w Konstantynowie. Chrzciny, śluby wozili to do Komaj, to do Konstantynowa. A chrzcić — tylko na Litwę. Do Konstantynowa nie wozili. I śluby też do Hoduciszek, 40 kilometrów.
Alina Jacyna
[Narocz, po wojnie]Kiedy zmarł już nasz ksiądz, nie dawaliśmy zabrać kościoła. Zbierali się ludzie co niedzielę, nie dopuszczali nikogo. Kościół otwierali, choć księdza nie było. Potem nie zezwalano, żeby do kościoła wchodzić, to chodzili ludzie naokoło, po drodze krzyżowej. Pilnowali, wieczorem i w nocy chodzili, żeby nie zabrali kościoła. Przyszło wezwanie, żeby zdać pieniądze na ubezpieczenie jakieś za kościół, bo inaczej go zamkną. W ciągu jednej doby miały się te pieniądze znaleźć w Mińsku. To już nie jeden człowiek mógł zapłacić. Zbierali się wtedy po wioskach, na rowerze czy na koniach lecieli, zbierali pieniądze — po trochę z każdej wioski. I na następny dzień już powieźli te pieniądze, ubezpieczenie, dlatego, że inaczej zamkną kościół. Po kolei pilnowali kościoła. Na przykład wioska Kupa tydzień, po dwóch, po trzech ludzi. Potem ludzie z drugiej wioski chodzili, pilnowali. Może tam słuchy jakieś, może ktoś powie, jeden od drugiego usłyszał, że przyjadą, będą już zamykać, będą łamać drzwi, wtedy ludzie pod drzwi do kościoła i stoją tam. Brali psa, żeby szczekał, żeby słyszeli, że ktoś jest. Mężczyźni pracowali, więc głównie kobiety tam chodziły. Kobiety wykrzykiwały męskie imiona, że niby wśród nich i mężczyźni są, i tego psa drażniły, żeby szczekał. Jeden drugiemu szybko hasło dawał, kto na rowerze dojechał, kto był z bliższej wioski, kto z Kobylnika na miejscu przybiegł. Zbierze się osób pięćdziesiąt albo sto i już stoją na ganku — i nie wpuszczą w kościół.
Alina Jacyna
[Łyntupy, Święciany]Do Łyntup do kościoła się chodziło. Przed samą wojną był ksiądz Kazimierz Rejko, a po wojnie był też Kazimierz, który nagle raptem zmarł. On był z Łodzi. Bo wpierw tu były dwa kapłany w Łyntupach, ale do Polski wyjechali. Grzegorczyk! Kazimierz Grzegorczyk, tu pochowany. Różne pogadanki szli, że któści, cóści dopomógł, bo on jeden żył. Przyjeżdżał do mnie. Jak był po kolędzie, ja z nim często rozmawiał. On modlił się za mnie, pytał, jak uciekałem, jak mnie NKWD ranili, strzelali. A potem, jak już jego nie stało, długo księdza nie było. Nie było i nie było, chodzili do Święcian. I śluby brali. Ja sam ślub brałem w Święcianach. I dzieci chrzcić wozili do Święcian, do Litwy. Tam księdze przyjmowali. Po polsku dobrze rozmawiali niektórzy i oni nas ocalali już – te litewskie księdze. A potem już my wystarali się i przyjeżdżał ksiądz staruszek, ale i on zmarł. W komitecie był. I Jan Szutkiewicz przyjechał z Grodna. On kościół odremontował. A teraz to już z Polski księża.
Jan Jakubowicz
[Konstantinowka, Tajynsza, Kazachstan, lata 50.–60.]Modlić musieliśmy się nocą. Nie można było pokazywać swojej wiary. Zbieraliśmy się po domach, szliśmy do jakiejś chaty, zamykaliśmy okna, zakrywaliśmy je jakąś zasłoną i wtedy się modliliśmy, śpiewaliśmy. Jak trzeba było ochrzcić dziecko, to robiła to staruszka z modlitewnikiem. Ksiądz przyjeżdżał albo do Tajynszy, albo do Czkałowa. Wtedy nocą babka chodziła i mówiła wszystkim, że będzie nabożeństwo. Ja sama córkę chrzciłam w Tajynszy, nocą autobusem tam z nią pojechałam. Jak była Wielkanoc, to każdy co miał przynosił do jednego mieszkania i razem się zbieraliśmy. Jeden dał chleba, drugi jajka i tak żeśmy świętowali potajemnie tyle lat.
Józefa Jakuszewska
Zabraniali się modlić, ale jak świętowaliśmy nasze święta, niedzielę, Boże Narodzenie i inne uroczyste dni, to władza niby nie była przeciw. Chodziliśmy po domach, wybieraliśmy jeden dom, i tam zbieraliśmy się modlić, jak gospodarz nic nie mówił, to do niego przychodzili. W niedzielę chodziliśmy do takiego, czy w jakie święto, aż pokąd kościół pobudowali, ale to już teraz, a wcześniej po chatach chodziliśmy.
Tadeusz Jakuszewski
[Nieśwież, 9 V 1963] Brałam ślub kościelny, i to brałam w takim czasie, że pracowałam w szkole. Ale odkryto kościół tutaj w Baranowiczach. Przyszliśmy rano do kościoła - jeszcze jakaś para była ze wsi z nami. My nawet świadków nie wzięliśmy. A to my na wieczór chcieli wziąć ślub, a ksiądz podszedł do nas i mówi: - Teraz nikogo nie ma - my byli w kościele rano - ta para będzie brać ślub. Idźcie i stańcie wy, będzie ślub. I my wzięli ślub, pamiętam, 9 maja - to dzień pobiedy u nas nazywają - 1963 roku.
Irena Jankowska
[Nieśwież, lata 40.-90.] W naszej wiosce nie było kościoła. Tam ładny kościół w Nieświeżu Radziwiłła - Radziwiłł postroił ten kościół. On pracował, całą wojnę pracował. Tam w Nieświeżu był jeden ksiądz, on był z Baranowicz - tam urodził się: ksiądz Kołosowski, Grzegorz Kołosowski. Tam pochowany w Nieświeżu. On przebył w tym kościele 52 lata. I przebył wszystką wojnę. Gospodarz dobry był. Jego wszyscy wspominają tak dobrze. Jego chowali w czasie mrozu - taki mróz był silny, taki mróz. I kiedy jego pochowali, tyle narodu za nim jechało! Jego lubili i on wszystkich lubił. Na niego nigdy donosu żadnego nie było. On nic nikomu przykrego nie zrobił. On wszystko starał się, żeby zrobić dobrze i on jeden był gospodarzem w tym kościele 52 lata i przeżył długo, i tą wojnę przebył. Budował ten kościół i ratował jego, i remontował jego, wszystko robił. Jego parę razy brali, aresztowali, ale wypuszczali. Pamiętam jeden raz na Boże Ciało czy na Zielone Świątki - wielkie święto, dzieci do pierwszej komunii były - to jego zabrali, ale batiuszka, prawosławny, za niego rozpisał się i go wypuścili. A ludzi nabrało się w Nieświeżu dużo do kościoła na mszę świętą, a księdza nie było. Powiedzieli: - Zaraz przyjdzie. I za niego rozpisał się batiuszka i jego puścili.
Irena Jankowska
[Karaganda, Kazachstan, lata 50.–2008]Zbierali się ludzie w domach prywatnych, własnych mieszkaniach. Jak zbliżały się święta, to się ustalało, u kogo będzie uroczystość, żeby wcześniej było wiadomo. Czasami pojawiał się ksiądz i wtedy on odprawiał mszę, ale jak nie było księdza, to ktoś go zastępował, ktoś spośród tych zebranych. Księża tutaj przyjeżdżali z różnych stron. Byli wśród nich Polacy, którzy wcześniej tu byli więzieni, byli księża katoliccy z Ukrainy. Ważnym księdzem był ksiądz Bukowiński, który tutaj dla katolików, Polaków, dużo zrobił, dużo pomógł. Ale czasami zdarzały się donosy, nie wiem, może to nawet sami Polacy donosili. Ale nikt się nie bał ryzykować za wiarę, ludzie spotykali się tak samo wcześniej, jak i później. W latach 90. powstał tu zwyczajny kościół dla katolików. Najpierw kaplica, potem kościół powstał i odtąd zbieramy się wspólnie, mamy swoje miejsce. Są msze po rosyjsku, ale bardzo dużo ludzi tutaj to Polacy i msze są częściowo po polsku dla nich. Oni znają polski, bo modlili się zawsze po polsku, a z rodzicami też często rozmawiali tylko po polsku, jak ja.
Anatolij Jankowski
dotyczy także: Odrodzenie Kościoła i polskości po 1990 roku,
Był 1947, albo 1949 rok. W Miorach był ksiądz Ryszard Stohandel. Ja go pamiętam. Wyszedł on na mszę świętą, sumę miał, ludzie byli w kościele, ale już nie było tak wiele ludzi. I ten ksiądz odprawił sumę. A może to byli nieszpory?.. Była niewielka przerwa, a potem nieszpor. I już nie wyszedł. Ludzie szepczą, gdzie ten ksiądz podział się. A tymczasem te, które już wiedzieli, że aresztowali księdza w Pohoście, ubrali księdza Ryszarda jak kobietę, zawiązali jemu chustę na głowę, założyli wielką spódnicę i wywieźli z Mior. Niedaleko cmentarza było przejście. Długo chował się, ale nic z tego nie wyszło. Głowę potracił swoją. On nie wytrzymał tego wszystkiego. Zachorował psychicznie. Jak wyszedł, widziałam go i rozmawiałam z nim. Nawet nosiłam mu produktów. On już taki normalny, ale źle jemu... Kościół miorski zamknęli wtedy. Ziarno sypali do tego kościoła. U nas na Narodzenie Matki Boskiej, 8 września, nabożeństwo było. No, to idziemy do kościoła, a tam wozami do kościoła wiozą to ziarno i Matkę Boską już prawie zasypują. Ludzie sprzątnęli z kościoła wszystko, powynosili rzeczy kościelne do zakrystii. I maszyny wjeżdżały do tego kościoła. Potem kościół opuszczony był, zamknięty, bolszewiki rządzili nim. To trwało chyba siedem lat. U nas księży nie było, a na Łotwie byli. Pieszo chodziliśmy do Przydrujska za Dźwiną, tam już Łotwa była. My z mamą pieszo chodziliśmy na Boże Ciało, wieczorem wyszliśmy i pieszo do tego Przydrujska, to jakie kilometrów czterdzieści. I doszliśmy, i nazad przyszliśmy. No i tak przeżyliśmy ten czas... A na Wielkanoc święcone mężczyźni na koniach wozili, jeździli konno. No i tak jakoś przeżyliśmy. Później, jak przyszła odwilż, przy tym Gorbaczowie, wtedy zaczęli starać się o kościół, jeździli do Moskwy. Z Moskwy przyjechali, ale jeszcze długo kościoła nie oddawali. A potem wystarali się o księdza Grabowskiego. On wyszedł z więzienia. Do więzienia on nie z Mior poszedł a z Hermanowicz, ale jemu już nie dali pracować w Hermanowiczach, dali go do Mior. Miał czterdzieści lat. Siedem lat był w łagrach, w lesie pracował, walił las bolszewikom. Mówił z ambony: – Różni byli w tym więzieniu przestępcy, i zabójcy, wszystko było, ale kiedy klęczałem i modliłem się, to jeden i drugi ściszali się i mówili: cisza, ksiądz modlitsia.   Ksiądz Grabowski był taki energiczny. Kościół wyczyścili, wymyli tam wszystko. A  szczury tam byli wielkie i małe myszy byli. Potem, przez rok może, ksiądz kościół wymalował. No, i modlili się. Ksiądz Grabowski był Polak z naszych Kresów, on był z Lidy, tam się urodził, tam jego rodzice byli, jego matka. Ta polskość trochę zachowała się, znaczy, tylko od kościoła. A teraz już w kościele nie ma polskości. Teraz tylko jedna msza polska, rano o ósmej w niedzielę, a trzy następne białoruskie i o dziesiątej, i o dwunastej, i o szóstej wieczorem. Teraz już tylko tyle, że u nas jest ksiądz Polak, ale to tymczasem.
Genowefa Janukowicz
Jak majowe, to nikt nie mógł iść z krzyżem, tylko takie poważane ludzie. Czy śpiewać różaniec, czy mówić litanię. Pośrodku wsi żyli tacy uważani gospodarze, u nich była duża rodzina. U nich zawsze w domu duży krzyż stał. I jak majowe, to oni szli z jednego końca wsi i ludzie podchodzili i śpiewali. A potem, bliżej drugiego końca, była kobieta, taka uważana, bogata staruszka. Ona tak pięknie była ubrana, czysto. Wychodziła i zaczynała litanię, i odśpiewywali tę litanię aż do krzyża. Jest taka modlitwa: "O nadziejo, ucieczko nasza! O Matko Przeczysta i Niepokalana. Matko Jezusa, Matko grzeszników! Do kogóż wołać będziemy na tej ziemi wygnani, któż otrze łzy cierpiącym, kto biednych uratuje? O  Matko, na usta nasze, ciągle Twe imię powraca". To długa modlitewka, ona zawsze pod krzyżem była odmawiana. No, a potem  jeszcze Anioł Pański. I szli, śpiewali pieśni. Aż do końca wsi. I każdy jak przed swoim domem, to odchodził już, aż do końca zachodziło z dziesięć, piętnaście ludzi.    
Stefan Jodkowski
[Kościół parafialny w Czerniowcach]Ratowaliśmy kościół, jak my mogli. Szukaliśmy każdy raz kogoś, żeby nam pomógł, który ma wpływ u państwa, w zarządzie, i tak my ratowali kościół. Przyszli, chcieli zrobić już w kościele parafialnym, u naszym kościele, chcieli zrobić salę sportową. Ale kluczy byli… Ksiądz był taki przestraszony, że bał się swojej cieni. Był ksiądz Krajewski, zmarł już, już go nie ma. Byli tutaj księża, którzy się zostawili. Nie wyjechali do Polski, a zostawili się tutaj, żeby utrzymać kościół po polsku, i utrzymali. I przyszli zabierać kluczy, bo chcieli salę sportową robić, a kluczy byli u kobiety, nie ma już ich, u Fiferki byli kluczy. U Olgi Fifer byli kluczy. Olga Fifer była gotowa oddać rzeczy, no nie kluczy.
Leopold Kałakajło
Tutaj przed wojną Polska była. Kiedy my przyjechali, to jeszcze w mieście było napisane – „apteka”, a na drugim – „mięso”, a tam jeszcze napisano – „manufaktura”. A później to wszystko pomieniali, że Polska nie tu. Tam my wiedzieli, my sobie chodzili do kościoła. Przyjechaliśmy w 1949 roku, a w 1960 roku kościół był zakryty. To Sowiety tak zrobili, taki naród. I po ukraińsku, po polsku – wszystko było zakryte. U nas rodziła się Ircia 22 października 1957. To jeszcze było wszystko dobrze. A w 1960 roku zakryli już kościół. A Lorcia urodziła się w 1960 roku, 19 marca, to chrzcili w mieszkaniu.
Michalina Kamińska
Chodził, a jakże! I przy Niemcach chodził, i przy Sowietach chodził. A później Sowieci kościół zamknęli, roku nie pamiętam. Ziarno było sypane w tym kościele. Pełno ziarna było nasypane. Gdy kościół był zamknięty, ludzie modlili się po domach. Religia już była zakazana, że nie wolno było modlić się. Księdza zabrali. Ksiądz Górski - on 20 lat otrzymał, ale siedział 10, to na pewno siedział. Wypuścili go, kiedy podpisali akt z Niemcami, żeby uwolnić tych wszystkich jeńców niemieckich. To bardzo pomogło i wszystkich później jeńców odpuścili, i wszystkich tych Polaków, i księży, i kto tam był  politycznie osądzony, ich wypuścili. A później ziarno wywieźli, oddali kościół parafianom i później kościół już odemknęli.
Władysław Karol
[lata 30.]Przed wojną chodzili do kościoła, no nie tak często. To było 9 kilometrów. Ale zawsze modlili się w domu. Zimą to na lodzie można było bawić się, a o jedenastej trzeba było modlić się. To pamiętam, że jak trochę za dużo zabawił się, to otrzymał od ojca, że spóźnił się. To tak w każdą niedzielę. I tak uczyli w wierze. I przed snem, i jak wstajesz z rana — pomodlić się.
Piotr Kojrowicz
Ogromne wrażenie wywarła na mnie osobowość ojca Antona [niemieckiego proboszcza kościoła katolickiego w Tomsku]. Kiedy odprowadzał mnie po chrzcie, powiedziałam mu, że następnego dnia mam operację. Dał mi telefon i powiedział, żebym zadzwoniła, kiedy tylko będę go potrzebowała, a on przyjdzie. Wcześniej dla mnie ksiądz, to był ktoś nieosiągalny, a tymczasem tak bezpośrednio zwrócił się do mnie, ze zwykłą ludzką pomocą. ... No, i pomógł mi przełamać te moje uprzedzenia, że ksiądz, to jak wyższe naczalstwo. Teraz regularnie chodzę do kościoła.
Ludmiła Kostyniewa
[Iwieniec, lata 70.]Jak zaczęli wszędzie kościoły otwierać, to jeździłam i do Drewnej, i do Rubieżewicz, i do Rakowa, i w Mińsk raz pojechałam do dzieci. W Mińsku jeszcze księży nie było, tylko tak kościoły pootwierane były. My zachodzili, Boże mój, tak zniszczone było w tym kościele, zrabowane. Stoją tylko ściany. Strach było patrzeć. U nas tutaj w czerwonym kościele książki były napakowane – leninskije księgi poprzywozili. Ale powiedzieli, że będą oddawać kościoły, to my tam pracowali. Ja każdy dzień poszłam i tam książki my wiązali. Przyjechał dyrektor tej biblioteki i powiedział: – Cóż, nie ma gdzie podziać książek. A mój syn pracował jako naczelnik kołchoza. Jak przyjechał, to powiedziałam: – Książki powiązaliśmy, a nie ma gdzie dać. A on mówi: – Czemu? – Dyrektor mówił, że będzie budować jakiś budynek, a potem zabiorą. On mówi: – Matka, ty jemu powiedz, niech on do mnie zwróci się, ja jemu dam piwnicę. Wrzucę te książki, jak mało będzie, to drugi podwał i trzeci dam. Tam dwa podwały to na pewno będzie, bo tych książek cały kościół był. My przez dwa tygodnie chodzili wiązać te książki. I tam w Mińsku, gdzie te podwały, tam woda zachodziła. Tam woda naszła i zatopiła te książki. To ten dyrektor mówi: – Czort ich bierz, do lasu wywieziem i wszystko będzie w porządku!
Krystyna Wanda Kot
[Panka]W domu mówiliśmy po ukraińsku, bo mama była Ukrainką. Modlić uczyłem się od rodziców, taty, mamy. Mama była Ukrainką, ale znała "Ojcze nasz". Chociaż tak nie mówiła dobrze, jak ja mówiłem, bo ja uczyłem się też z książeczki do nabożeństwa. Wszystkie modlitwy po polsku. Polskiego też uczyłem się w szkole. I przed wojną chodziliśmy do kaplicy, na majówki. Kaplica była zbudowana w 1882 roku, ma więcej niż 100 lat. Sowieci nie mogli zamknąć tutaj kaplicy, bo nasi rodzice nie pozwolili. Dyżury ludzie robili. Ojciec też dyżurował. Po dwóch, po trzech. Wzięli taki metalowy dysk z maszyny, dzwon zrobili. I jak widzieli, że przyjechali jakimiś samochodem, żeby zamknąć kaplicę, to oni uderzali w ten dzwon. Ludzie zbiegali się. Najpierw ludzie sami chodzili, a potem ksiądz czasem przyjeżdżał, na pogrzeb, na mszę świętą. W Czerniowcach też nie zamknęli kościoła, chodziliśmy święcić tam jedzenie. Tam było dwóch księży. Obok, w Storożyńcu zamknęli kościół. Klucze zabrali i zrobili tam magazyn, potem archiwum. A teraz zrobili remont i oddali klucze. Jest kościół.
Kazimierz Krasowski
Wcześniej nie było tych kościołów, po tym, jak ten ksiądz u nas umarł. Pierwszy, co był, to on już nie mógł po wioskach jeździć, a potem, jak już przyjechał ten Jan, to pobudowali ten kościół. Jeździliśmy wszyscy, pomagaliśmy, budowaliśmy wszystko. A tu z chat nie pojadą, wszyscy w pracy, kaplica daleko. A u nas tu nie było gdzie, to ja już wzięłam do siebie, jak Krzysztof ten przyjechał, to u mnie w chacie modlili się. I Mirosław przyjechał, wszyscy u mnie byli, i Jan też: chrzcił, spowiadał, śluby dawał, wszystko w chacie. Wcześniej nie było kościoła, wszystko było potajemnie, po chatach modlili się. A kościół pobudowali, to i jest on teraz. To za Jana pobudowali kościół. On tak za następnym miastem mieszkał. Po domach jeździł, pojedzie potajemnie, przywiozą do domu, cicho ludzie poprzychodzą, bo przyjechał ksiądz, to idą się modlić, on wszystko to tłumaczył. A za pierwszym razem to ja nie widziałam tego księdza. Przyjechał do mojej kumy, a ja byłam na bazie. To ja mówię do dziewcząt: - Dziewczęta, wydojcie za mnie krowy, to ja choć pójdę zobaczę tego księdza, choć do spowiedzi pójdę. One mówią: - Akurat tam będzie on ciebie spowiadał. A ja mówię: - No jak to, żeby on mnie nie wyspowiadał! No i poszłam. W chacie było dużo ludzi. Ale mówię sobie: - Zajdę i ja. Nie wiem nic, pierwszy raz do księdza przyszłam, i stoję tak w drzwiach. A on do mnie mówi po ukraińsku: - Czego tak stoisz w drzwiach i trzęsiesz się jak cielę? Podchodź bliżej. A ja wtedy mówię do niego po polsku: - Ja nie rozumiem, co robić, niech mi ojciec powie, co robić. Nie rozumiem, jak do ojca podejść bliżej. On mówi: - No, proszę, proszę, podejdź bliżej. Podeszłam, a on pokazuje, żebym klękła na kolana. Klęknęłam. On mówi: - Modlić się umiesz? Po ukraińsku on też ładnie mówił. - Tak, umiem. - A jak będziesz się modlić, po rusku, czy po polsku? Ja mówię: - Ja po polsku, ja po rusku nie umiem się modlić. Ja naprawdę po rusku nie umiem się modlić. - A tata twój gdzie? Ja mówię: - W Kelerowce. Tata jeszcze wtedy żył. On mówi: - No dalej, pomódl się, posłucham Zaczęłam się modlić. On mówi: - Starczy. To co ty chcesz? Ja mówię, że chcę, żeby mnie wyspowiadał. - A ty wiesz, co to takiego spowiedź? Ja mówię: - Powiedzcie mi, bo skąd ja mam wiedzieć? I on mnie wtedy wyspowiadał. Wychodzę i mówię do dziewcząt, że się wyspowiadałam. A one: - Nie może być! - Zobaczymy, jak będziemy szły do komunii. Poszłam do komunii, on mi daje opłatek, a im aż oczy powyłaziły. I tak musiały mi uwierzyć. Od tego czasu zaczęłam brać księdza do siebie do domu. Tak zaczął Jan do mnie jeździć, i dał nam ślub, i dzieci mi ochrzcił, i pobierzmował, i ja jestem bierzmowana, i wszyscy, wszystkie dzieci.
Maria Krynicka
Nie chodziliśmy do kościoła. Nie było kościoła. Mnie ochrzczono w 1931 roku i potem od razu zamknęli kościół w Dołbyszu. Mój chrzest był ostatni, i potem już nie chodziliśmy. A jak była już wojna, był kościół i chodziliśmy. Siostra, która urodziła się w 1937 roku, nie była ochrzczona, i mogliśmy ją wtedy ochrzcić. A potem znowu nic nie było. Czy do spowiedzi, czy na Wielkanoc albo inne święto, trzeba było jechać do Żytomierza. A to ponad 20 kilometrów, trzeba było iść pieszo, wychodziliśmy o trzeciej nad ranem, żeby na rezurekcję zdążyć.
Walentyna Kuriata
[Fastów, po 1944]Jak kościół zamknęli, nigdzie nie chodziliśmy modlić się. Do pani Józefy z Kijowa ksiądz Jan Krapan przyjeżdżał, i my tam zbierali się w kilka osób. Dziesięć kobiet, żeby nikt nie wiedział, i tam zbieraliśmy się. A jeden raz przyszli do niej milicjanty, ona mówi: - Ja katoliczka. Z początku my na cmentarzu zbierali się, a potem pod kościołem na ulicy, na podwórku kościoła pod ścianą, a potem już oddali kościół. To my same pierwszą ubrali kaplicę. Z mężczyzn mój mąż był jeden, a potem inni mężczyźni przyszli. Przywiedli do porządku kaplicę. Bardzo dużo ludzi chodziło do kościoła, do kaplicy. Mikrofon postawili, żeby wszyscy mogli słuchać, a potem już zaczęli kościół do porządku przywodzić. Straszno, bardzo dużo brudu było, aż do dachu. I sowy tam były, i gołębie, i wróble, wszystko tam było. A potem już wszyscy pomagali, każdy starał się coś tam zrobić. Z początku, gdy jeszcze nic nie było, pani Józefa przynosiła z domu stoły, obrusy białe. A potem przyjechali pracownicy z Polski i zaczęli pracować w kościele.
Aloiza Kurowska
dotyczy także: Odrodzenie Kościoła i polskości po 1990 roku,
[Salino, lata 60.]Mama poszła w kołchozie do pracy w Salino. Tam już lepiej płacili, już lepiej żyć było. Ludzie jednak różni byli. Pisali donosy na mamusię, że ktoś dopomaga, że ona żywi troje dzieci, że u niej jest co zjeść. Donosili też, że do kościoła chodzi, na chórach śpiewa, że poszła do kościoła, kiedy trzeba było iść do kołchozu. Kiedy były święta, mama mówiła, że niech ją do więzienia wezmą, ale na Boże Narodzenie i na Wielkanoc do kościoła musi iść.
Olga Liplanska
dotyczy także: Codzienność powojenna, Represje sowieckie po 1944 roku,
W bolszewickim czasie starałem się nielegalnie chodzić do kościoła. Żeby, jak po rusku mówią, nie drażnić gusiej. Żeby było cicho i nikomu nie przeszkadzało. Nawet do spowiedzi wielkanocnej jeździłem do sąsiedniego litewskiego kościoła w Zarasai. Dwóch księży tam było — jeden Litwin, a drugi stary Polak. Wot, do tego Polaka starałem się do spowiedzi dojść. I tu przyjeżdżałem już wtedy radosny, światły, z humorem. Żona cieszyła się: — O, dostałeś dobry humor w Zarasai.
Jan Masalski
Żytomierz, 2 poł. lat 30.] To ja zawdzięczam swoim rodzicom, że jak nie było kościoła, to tato co niedzielę brał książki i taki krzak bzu był, to w niedzielę szedł pod ten krzak daleko i zawsze śpiewał sobie czy godzinki, czy jakieś modlitwy. Zawsze sobie brał książkę do nabożeństwa, i tam siedział. I mama nasza była taka pobożna, można powiedzieć, że bardzo pobożna rodzina była.
Jadwiga Matwiejczuk
[Żytomierz, 1937 – lata 40.] Przed wojną katedra cztery lata była zamknięta zupełnie. Tam było archiwum. Potem, jak przyszli Niemcy, otworzyli, a archiwum gdzieś wywieźli. Nie wiem, czy w ogóle zostało zniszczone, czy gdzieś je wywieźli. Potem zrobili troszkę remont w tym kościele. Ale za czasów niemieckich, to nie było u nas księdza. To niemiecki ksiądz przyjdzie, to czeski ksiądz przyjdzie na niedzielę. Pamiętam, jak ja była u spowiedzi u księdza niemieckiego. Tylko pamiętam to, co ja mówiła! To była pewno Sobota Wielkanocna, bo ja przyszła już na rezurekcję, na wieczór. I była u spowiedzi u niego. Co ja mu mówiła, może on tam także nic nie rozumiał, ale mówił mnie: – Bij się w piersi, żałuj za grzechy. A ja tegoż nie rozumiała. Krzyczał do mnie ten Niemiec, żeby ja biła się w piersi! O, to ja tak zapamiętała: – Bij się w piersi. A jaka tam pokuta była, także ja nie pamiętam nawet. Po wojnie już zabrali ten kościół seminaryjny, jak my jego nazywamy. Zabrali i zrobili tam dom kultury! Tam byli koncerty i wszystko było! A był tylko jeden kościół czynny, ten katedralny.
Jadwiga Matwiejczuk
[Żerebeckie, lata 30.] Jak kołchozy przyszły, to wszystko zabierali u ludzi, nawet chleb na półce, wszystko do kołchozu. Do szkoły chodziłam, czterech klas nawet nie skończyłam, bo już głód zaczął się. Zaczęły dzieci strasznie umierać z głodu. Ojciec poszedł do Żytomierza do pracy. Urządził się i tam dostawał trochę chleba. Dostawał i musiał 60 kilometrów piechotą chodzić, żeby ten chleb nam zanieść. Potem, już w 1937 roku, straszne były areszty. Księży, kościoły zamykali. To u nas był ksiądz jeden na całą Ukrainę - Stanisław Jachniewicz. W 1937 roku była jego ostatnia msza na Piotra i Pawła. I mama jeszcze chciała moją siostrę Bronię do pierwszej spowiedzi przyprowadzić, ale ksiądz mówi: – Pani to niech przyjdzie na tygodniu. Dlatego, że bardzo dużo ludzi na Piotra i Pawła przyszło na odpust. A w tygodniu już go nie było, bo w nocy już aresztowali, zabrali, i został gdzieś daleko, daleko. I tam daleko zginął ten ksiądz Stanisław Jachniewicz. To był ostatni nasz proboszcz, aż do 1941 roku, jak już przyszli Niemcy. Wojna przyszła, to księża przyjeżdżali do nas z Polski, ale też jednego z nich zabili tutaj, księdza Stanisława.
Maria Mazur
dotyczy także: Wielki Głód na Ukrainie,
[Żerebeckie, lata 20. i 30.] Nie było u nas we wsi gdzie poświęcić pokarmów na Wielkanoc, żeby święcone było. A w Moskwie był ksiądz, to wybierali jednego tam kogoś, dawali coś, przeważnie chleb i sól, bo jajka to już wozić nie można. On jechał do Moskwy i święcił, przywoził, i ludzie brali sól, chleb, opłatki. Nie pamiętam roku żadnego, żeby nie było opłatka na Boże Narodzenie i święconego nie było, sól i chleb święcone byli. Jak był ksiądz, to obowiązkowo chodziliśmy do kościoła, ale już w 1937 roku, jak zabrali księdza, to już cztery lata nie było księdza u nas. Cztery lata przychodzili my jeszcze, bo nie zamknęli kościoła, to przychodzili do kościoła modlili się, a potem zrobili tam archiwum w kościele. To ludzie na cmentarzu zbierali się, modlili się tam. A potem w domach zbierali się na różaniec, na modlitwę wspólną zbierali się, w mieście nie, ale na wsi tak. W mieście to już w domu tylko sami my modlili się.
Maria Mazur
Ojciec był u mnie grekokatolikiem. A matka była Polka, rzymskokatolicka. Ojciec nazywał się Iwan, ale nazywali go Janek, nikt nie mówił na niego Iwan. Zawsze był Janek. Chodziliśmy do cerkwi greckokatolickiej także. Ale do rzymskokatolickiego także chodziliśmy. Katechetą był ksiądz Urbański, a proboszczem ksiądz Kasperowski. Miałam trochę taką szarpaninę. Jedną niedzielę prowadzą mnie do kościoła, a drugą do cerkwi. Ale mi wszystko jedno, pan Bóg jest jeden na świecie, nie ma dziesięciu bogów. W mojej klasie w szkole było trzy Ukrainki, trzy Polki i 26 Żydówek. Ja byłam najstarsza z rodzeństwa, za mną było pięciu braci. W 1940 roku matka szła do szpitala na kolejne rody, to ja mówiłam: — Mamusiu, jak będzie chłopak, to niech mi mamusia nie przychodzi do domu! Ultimatum postawiłam. Opiekowałam się tymi dziećmi. I z pieluchami, szyłam im wszystko. Mówili, że przy komunizmie trzeba mieć siedem profesji — to pewnie mam więcej, jak siedem.
Barbara Medyńska-Michajłow
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
[Szydłowce, Ukraińska SRR, lata 20.] [Łuck, Ukraińska SRR, ok. 1949] Ludzie we wsi dobrze wiedzieli, kto Polak, a kto Ukrainiec. Nie po języku, a po świętach. Ale tak powinno się było robić, że Wielkanoc na przykład - wiedzieliśmy oczywiście, że polską Wielkanoc trzeba obchodzić - ale rosyjską, ukraińską Wielkanoc też obchodziliśmy. Bo czy ja to wiem, które święto sprawiedliwe, czy jedno, czy drugie? Taka jakaś była równowaga, a może nie równowaga, tylko każdy bał się w duchu, że Boże, może to święto tak wielkie, że też je obchodzić trzeba. Tak robiła większość ludzi. Byli i tacy, co pracowali, byli tacy, co nie wierzyli, nie uznawali, nawet wśród Polaków, ci wszyscy komuniści. I u nas tak było, mój pierwszy mąż był partyjny, więc córkę ochrzciłam cichutko, gospodyni z domu przyszła, wzięła swego brata, po cichu poszliśmy do kościoła. A mąż powiedział, świętej pamięci: - Ja wyjeżdżam w delegację, ty jesteś ochrzczona, to ochrzcij i dziecko. I było tak, że cały czas się baliśmy. Nie było wtenczas ani cerkwi, ani kościoła otwartego, nie było gdzie chodzić.
Adela Mołoda
dotyczy także: Stosunki polsko-ukraińskie,
Wcześniej, po deportacji, surowo zabraniano wierzyć w Boga, modlić się. Ale my mimo wszystko modliliśmy się. Mama nauczyła nas modlić się. Modliliśmy się mimo wszystko po domach. Nie było kościołów, kapliczek, nic. Potem, w latach 90., z dwóch pomieszczeń, gdzie wcześniej klasy były (w byłej szkole), zrobili nam na kaplicę. Teraz można się modlić, a wcześniej było to zabronione, nawet okna się zakrywało, zamykało, żeby nikt nie widział. Na Wielkanoc, żeby poświęcić paschę, zawsze zbieraliśmy się wszyscy w jakimś domu jednym i święciliśmy. Stawialiśmy obrazki i figurki Chrystusa, Matki Boskiej, i święciliśmy. Wszyscy się wtedy zbieraliśmy. Modliliśmy się wtedy i teraz się modlimy zawsze po polsku. Rozmawiamy po ukraińsku, rosyjsku, a modlimy się po polsku. Mama mnie tak uczyła. Po polsku: Ojcze nasz, Zdrowaś… — wszystko po polsku. Dzieci były chrzczone przez babcie. Tak chrzczone były dzieci, póki pierwszy ksiądz do nas nie przyjechał legalnie. A wcześniej księża też przyjeżdżali, ale tak, żeby nikt o tym nie wiedział. Chowali się od władz, dlatego że zamykano ich w więzieniu. Bo propaganda była, że Boga nie ma i koniec kropka. Ale księża przyjeżdżali i ukrywali się od władz. Jeśli ktoś chciał się wyspowiadać, to też po kryjomu chodził do księdza na spowiedź. A kiedy można było już wierzyć, to wszystko stało się legalne, na widoku. Ci księża, którym udało się przetrwać w więzieniu i nie umarli, to mimo wszystko znów tutaj, do nas, wracali.
Maria Mucharskaja
dotyczy także: Odrodzenie Kościoła i polskości po 1990 roku,
[Borek, lata 50.]Było Boże Narodzenie i tatuś nam powiedział: „Nie idźcie do szkoły, święto jest”. Przyszliśmy do szkoły na jutro, a nauczycielka pyta: „Czego nie byli w szkole?”. A my jej powiedzieli, że święto było. Nas zostawili po lekcji, a krótki dzień był przed Bożym Narodzeniem i 5 kilometrów trzeba było chodzić do szkoły. Potem tato przychodził do szkoły do nich.
Weronika Naumczyk
[Krasław, lata 60.]Jak dzieci podrastały, chodziły do szkoły, to bały się wyjść z domu, jeżeli miały iść do kościoła. Oni wychodzili z domu i nie szli od razu, a szli naokoło domu. Syn obejdzie dookoła, żeby nie było widać, że on do kościoła poszedł... Obserwowali i donosili do szkoły potem. Ja córkę wodziłam i zawsze ona była w kościele. Ona chodziła do muzykalnej szkoły i nauczycielka jej mi mówi: „Prawda, że Ola siedzi w ławce i ze staruszkami śpiewa w kościele?”. Ja mówię: „Prawda”. Ja córce nie powiedziałam o tym, że tak pytali, nie chciałam jej psuć nastroju... I syn bał się bardzo. Nasz syn już duży był bardzo. I on tak popatrzył po strony w kościele, kto jego widzi. Nauczycielka była jedna w kościele i spotkała się z moim synem. Potem ona podeszła do mnie i mówi: „Syn widział, że byłam w kościele, żeby on nie powiedział w szkole...”. Nauczycielka była religijna, tutaj niejedna była taka. Chustkę zawiąże i obwiąże się, żeby jej nie poznali... Bali się wszyscy, którzy pracowali.
Weronika Naumczyk
[Kazachstan, Sofijewka, Astana, lata 40.-50.]Rodzice byli katolikami. Do kościoła nie chodzili, tam we wsi nie było przecież niczego. A ja chodziłam już tutaj. Jak wyszłam za mąż, to tu mieszkałam, tu chodziłam do kościoła. W domu żadnych świąt religijnych nie było, biednie żyliśmy, to i nie było czego świętować.
Rosa Niestierenko
Jeden raz byłam na wycieczce od szkoły swojej. Mnie, jako bardzo dobrą uczennicę, wzięli do Grodna i pierwszy raz jechałam pociągiem. A u nas w Grodnie był zoologiczny ogród. I wtedy raz my przyjechaliśmy pociągiem do Grodna - ci nasi polscy nauczyciele i grupa dzieci. I tutaj chodziliśmy po Grodnie; lody nam kupili, bo mieliśmy trochę pieniędzy. Nie wiem, skąd wzięli, bo pieniędzy w domu prawie nigdy nie było. No, i chodziliśmy po tym naszym zooparku, zoologicznym ogrodzie. Dla nas to było coś dziwnego. I te małpy, i te lwy, i te tygrysy - to wszystko my oglądaliśmy, jeden raz, w Grodnie, przed wojną. A potem już do Grodna jeździliśmy. A od nas do Grodna dojechać, to była niełatwo. Dlatego, że połączenia żadnego nie było, tylko trzeba było iść na pociąg do Skidla. To trzeba było o trzeciej godzinie w nocy wychodzić, po ciemku, iść po tych drogach naszych i przychodzić na godzinę siódmą, chyba, na tę stację kolejową i siadać do takiego pociągu. A pociąg taki był, że... Tam kiedyś jedna kobieta z nami poszła. Tak bała się, że tak stanie w tym pociągu i te deski tak odejdą, i ona upadnie. Ona cały czas tak stupała, czy trzyma się ta deska - tak się bała. No, i my wtedy przyjeżdżaliśmy do Grodna, i tutaj coś sprzedawaliśmy, no, i potem wracaliśmy. No, i znowu pieszo do domu, prawie dwadzieścia kilometrów.
Genowefa Ostrowska
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem,
U nas był taki ksiądz, Aranowicz. On u nas był w Kamionce i w czasie Niemców, a potem przyjechał do Grodna i jego aresztowali - już nasi, tutaj, ruskie władze - i on był w lagrze. Po wielu latach wrócił tutaj, do Grodna, i potem, jak kościół farny tu był zakryty, a działał w Grodnie tylko jeden kościół Bernardynów, to on tam był właśnie księdzem. A ten farny kościół chcieli bolszewicy zniszczyć, bo zniszczyli kościół, który był zbudowany za czasów Witolda. Taki, Czerwona Fara nazywał się. Jak teraz stoi ten kościół farny, to naprzeciwko stał drugi kościół. To tamten kościół zniszczyli - farę Witoldowi. Wprost zerwali. I chcieli farny. To tam ludzie przychodzili i leżeli cały dzień. No, jakoś wiedzieli, kiedy chcieli tam zaminirować. Leżeli ludzie tam całymi dniami, koło tego kościoła, na tych schodach. Kościół wytrzymał. Kościół stoi i dziś. A za Witolda ten kościół zniszczyli. Chyba w 1900... Chyba w 1962 roku. Nie pamiętam, w którym, ale jest zniszczony.
Genowefa Ostrowska
Przyjechaliśmy do Kazachstanu w 1936 roku. Rok później ojca zabrali i zostaliśmy sami. No, uważali, że jest przeciwko władzy, dlatego że się modlił, był wierzący. I za nic więcej. Ojciec został rozstrzelany. Potem napisali nam, że został zamordowany, ale kiedy… Dopiero wtedy, gdy Stalin zdechł, wtedy Chruszczow rządził. Próbowaliśmy się dowiadywać, co zrobili z moim ojcem, pytaliśmy władzę. I napisali nam odpowiedź — wybaczcie, ale został przez pomyłkę rozstrzelany. Miesiąc po aresztowaniu męczyli go jeszcze, męczyli, męczyli, a potem rozstrzelali. Przez pomyłkę osądzili i rozstrzelali. Wybaczcie, to przez pomyłkę, niewinny był — tak pisali. No i co nam po tym? Nam od tego, że oni się pomylili i ojciec był niewinny, lżej się nie zrobiło. 44 ludzi wtedy aresztowali i rozstrzelali. Przez pomyłkę. Bez powodu aresztowali i zamordowali. Za to, że jeden z nich był dyrektorem szkoły polskiej i uczył w niej polskiego, na skrzypkach grał. Okropne to było, rozstrzelali i nie wiedzą za co, pomylili się… A my musieliśmy to przeżyć. Kompensację dali — rosyjskimi rublami wypłacili parę tysięcy na pochówek, żeby mszę po latach zakupić. Jakby chcieli w ten sposób za śmierć ojca zapłacić. A teraz pomocy nie ma, mówią, że nie ma takich ustaw, które by dawały pomoc tym, których rodzina doświadczyła represji.
Stanisława Ostrowska
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
W momencie, kiedy przyjechałam do Tomska, zobaczyłam, że jest tu mnóstwo cerkwi. Sama nie wiedziałam, do której mam iść. A że znajome chodziły do kościoła katolickiego, to poszłam z nimi i powiedziałam o wszystkim księdzu. Mama Polka, a ojciec Ukrainiec, więc ja nie wiem, jakiej jestem religii. A on bardzo mądrze odpowiedział, że to wszystko jedno gdzie się chodzi, bo Bóg jest jeden i ważne żeby się modlić, choćby w domu, w kuchni. Tak mi się ta odpowiedź spodobała, że zostałam, zwłaszcza że mama Polka, i kościół polski.
Sofija Paliwoda
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
[Dubnicka, Lelczyce, lata 30.–90.]Wsio my obchodzili, wszystkie święta my świętowali. My znali każde święto jakie tylko było, nie pracowali nigdy w takie dni świętowe. Modlić się — nie było kościoła, to zbierali się do chaty. Nawet i w post na gorzkie żale — zawsze. Choć nie było kościołów, my w Boga wierzyli. Obchodzili my zawsze takie kolacje postne. Kaszki gotowali jakieś jęczmienne, rybkę — i Wigilię sprawiali. A jak już kościół stał i już księdze byli z Polski, to my chodzili do kościoła. Każdy coś brał postnego, poprzestawialiśmy stoły w zakrystii i tam się zbieraliśmy.
Kamila Parda
Przed wojną ja nie chodziła do kościoła. Rodzice chodzili do kościoła przed wojną. Później, przed wojną, jak już kościół rozbili, kościół już tam czy rozbili, czy spalili — i już wsio zakryte było, już zapreszczono było i modlić się, przestrzegali wszystkich, żeby nie modlili się, żeby nie wierzyli, że Boga nie ma. No ale po mieszkaniach to my modlili się. Dzieci u mnie ochrzczone wszystkie, jak tylko rodzili się, to nosili tutaj u nas — tej Stasi matka, ona znała wsio, bo ona była w kościele, to ją te babki wsie wołali takie, i ona z wody chrzciła. A później, już poslie wojny, i w Żytomierzu był kościół, to wsie, kto mógł — to wsie wozili w Żytomier. Ja swoje dzieci wszystkie woziła w Żytomier i w kościele pochrzciła. A teraz wnuki już u mnie, moich dzieci dzieci, to gdzie daleko żyją — to tam w cerkwiach one. Bo mój syn Polak, ale żony Ruskie, to tam i kościołów nie było blisko, to tam jeden syn w cerkwi, drugi syn w cerkwi pochrzcił. A ja, taco ze mną żyła doczka i jej dzieci — to my w kościele tutaj.
Antonina Parda
[Fastów, lata 30. - 1990] Na początku można było chodzić do kościoła. Mama chodziła, tatusio chodził i bracia, trzech braci, wszyscy chodzili do kościoła Chodzili i kościół był. A potem rozrucha się stała - wojna jak stuknęła, kościół zabrali, zrobili cerkiew, cerkiew była tutaj. A poszli i cerkwie - skład zrobili. Wtedy jaszczyki tam składali, wszystko, wszystko nosili do kościoła. A my do Swiatoszyna pod Kijów jeździli, ja też jeździła. Ksiądz przyjeżdżał z Kijowa i na mieszkania chodził, do Bączkowskich. To ja mamusię tam woziła, bo mama chora bardzo była. A kościół był rozruszony, nigdzie nie chodzili, nie było gdzie chodzić. Do Swiatoszyna my jeździli. Tam domek zrobili, gdzieś najęli mieszkanie i tam ludzie jeździli i modlili się. Mój mąż był prawosławny, Ukrainiec. Kuszcz Michaił Timosiejewicz, prawosławny. W 1918 roku urodzony, a ja w 1920. Nie było gdzie brać ślubu. Chyba gdzieś cerkiew podziemną trzeba było znaleźć? Bo jak syna ja chrzciła - syn pierwej rodził się, w 1947 roku, co ciężkie były takie lata - to na dom batiuszkę poprosili, bo on chorował. Batiuszkę ja poprosiła i ochrzcili jego w domu. Syn jest ukraiński, bo mąż Ukrainiec. A ja pisała się Ukrainka - i wszystko, paszport ukraiński, bo jakby Polką tak zapisała się. I była ja Ukrainka, wszystko skrywali, skrywali. A córka w 1955 roku urodziła się. Nie było kościoła, to ja ją w Żytomierz zawiozła i tam ochrzciła w kościele.
Halina Patryak
Kościoła nie było. Pierwszy kościół pojawił się w Tajynszy, Ja pracowałem już jako kierowca, zbierała się kupa babć ze wsi, na dwa samochody, przewodniczący kołchozu dawał ciężarówkę, ładowały się i jechaliśmy do Tajynszy. Wszyscy na pakę, jak barany, i woziłem ich tam. Modliliśmy się, oczywiście. Nasza mama rodzona nas nauczyła, nawet teraz pamiętam modlitwę, co mnie jej mama nauczyła. I młodsze rodzeństwo uczyła, i wszyscy ludzie tak dzieci uczyli. Na początku nie zbieraliśmy się, nie pozwalali. Była u nas rada wiejska, i przewodniczący był taki, że prześladował ludzi. Nocą zbiorą się babki, to on porozgania wszystko. A one mimo to się zbierały. Jak rozganiali, to nocą się zbierały, modliły. A jak już nie tak mocno prześladowali, to w tę niedzielę na przykład w naszym domu zbierają się babki, a na drugą niedzielę w innym. A potem na wszystko pozwolili, dali chatę osobną, co teraz jest w nim kaplica, teraz już wszystko wolno.
Iwan Pawłowski
[Zasimołka, lata 30.] Przed wojną nie było kościoła, był zamknięty. Przy Sowietach ani kościoła, ani cerkwi nie było. Tu, gdzie żyłem w 1920 roku, jak Polacy szli na Kijów, w lesie była wieś i tam oni postawili kościół drewniany. Podczas wojny tam w tej wsi byli partyzanci. Jak Niemcy wojowali z partyzantami, to zapalili ten kościół w 1943 lub 1942 roku. Tam był cmentarz, gdzie stały jeszcze pomniki z 1920 roku. Dużo tam jest nagrobków Piątkowskich, jest taki stary i tam po polsku napisane. Tam dziś ojciec pochowany, matka, siostra. Pamiętam jak pierwszy raz poszedłem do spowiedzi. Mama zaprowadziła mnie do tego drewnianego kościoła. Ksiądz mnie pyta, po co przyszedłem. Ja jemu mówię: – Mama mnie przysłała. A on: – Po co przyszedłeś? Grzechy masz? – Nie mam. – To po co przyszedłeś? – Matka kazała. Mały byłem. Ksiądz dał jakąś modlitwę.
Stanisław Piątkowski
[Wilno, od 1962]Najgorsze dla mnie były lata 60. Wszystkie stare zabytkowe cmentarze tylko polskie były, nie było litewskich. Chodziły bandy, komsomolce. Szła cała granda po 15 osób przez cmentarz i po drodze przewracali różne krzyże, pomniki, otwierali grobowce, a ja biegłam za nimi, żeby nie dopuścić do tego. Oni mnie grozili nożem nieraz, że mnie tam pochowają, że będę tam razem leżeć, jeżeli nie przestanę ich prześladować. Wzywałam milicję, ale co tu milicja może, jak chyba celowo to były takie szkoły rosyjskie, które miały za cel zniszczyć krzyże.
Jadwiga Pietkiewicz
dotyczy także: Tożsamość narodowa, Codzienność powojenna, Stosunki polsko-litewskie,
[Wilno, po wojnie]Miałam przygodę, kiedy pierwszy raz pojechałam do Częstochowy. Ksiądz przekazał mi tyle obrazków z pieczęciami, że mnie zatrzymali na granicy. Zabrali z pociągu, przetrzymali kilka godzin za to, że obrazki święte przewoziłam, a to przecież najgorsze! Religijne przedmioty to było to samo, co pornografia. Nie wolno było wwozić nic, ani książki religijnej, ani obrazka. Wysadzili mnie z pociągu i musiałam taksówką jechać do domu. Zabrali ode mnie wszystkie te obrazki i przez pięć lat nie miałam prawa wyjeżdżać do Polski.
Jadwiga Pietkiewicz
dotyczy także: Tożsamość narodowa, Stosunki polsko-litewskie, Codzienność powojenna,
[Kalinowka, lata 40.–60.]Absolutnie nie można było wierzyć! W szkole, wszędzie mówili, że Boga nie ma, że cała ta religia to jakieś wymysły. Boga nie ma, naszym Bogiem jest Lenin, Stalin… Stalin i nikt więcej! Tak właśnie było. A mimo wszystko obchodziliśmy każde święto religijne, modliliśmy się do Boga, świętowaliśmy święta religijne. Po domach potajemnie się spotykaliśmy, kobiety porozumiewały się w następujący sposób: — Dziś u mnie będzie śpiewanie… Kiedy chciały się pomodlić wspólnie, mówiły „śpiewanie”. — Gdzie dziś będzie śpiewanie? — Tam a tam, u tej i tej. Tam się wszyscy spotykali i jeśli był wieczór, to jeszcze okna zasłaniają, na wypadek, gdyby dyżurny chodził po wiosce — żeby nie zainteresował się, po co się tu spotkaliśmy. Bo jak się zorientuje, to zaraz posądzą o antysowieckie nastroje… Ale wszystko jedno, spotykaliśmy się, modliliśmy się, śpiewaliśmy piosenki religijne, obchodziliśmy święta, jakkolwiek, ale obchodziliśmy. Coś się zawsze przygotowało… Dzieci były chrzczone także potajemnie. Księdza nie było, pierwszy pojawił się dopiero, dokładnie nie pamiętam, ale mniej więcej w 60. latach. A do tego czasu nie było żadnego duchownego, po prostu któraś ze starych babć, oczytana, chrzciła dzieci. Był taki mężczyzna, stareńki, który, kiedy była kolektywizacja, zmuszał ludzi, aby wstępowali do kołchozu. Pierwszy był za kolektyw… A potem raptem stał się duchownym. Nawet ja dwójkę swoich starszych dzieci u niego chrzciłam. Zapraszało się go do domu, on chrzcił dziecko, a potem małe przyjęcie się organizuje… A potem, po nim, była stara babuleńka, Matejicha, ona ochrzciła następną dwójkę moich dzieci, a potem, kiedy pojawił się ksiądz, on ochrzcił jeszcze raz.
Maria Pisawodskaja
[Łohiszyn, po 1944]Obraz z naszego kościoła zabrali do cerkwi. W cerkwi pracował taki człowiek, który sprzątał i dzwonił. Nasi chłopcy umówili się z nim, w nocy wleźli do cerkwi i zabrali obraz. Potem przechowywano go w kościele, a później z kościoła zabrali go do sąsiadki, która trzymała go w kufrze. W cerkwi zobaczyli, że nie ma obrazu i u Sowieta mówili, że im ukradli obraz. Ale on został u nas i już nikt nie pozwolił go zabrać. Później biskup ten obraz wziął do odnowienia, odmalował go i wstawił do nas.
Anna Pryputniewicz
[Łohiszyn, 1944–90]Nasz Kościół ocalał. Jak chcieli nam go zabrać, to starsze kobiety siadały pod drzwiami i pilnowały. Księdza wtedy nie było, dopiero w 1957 roku wypuścili go z więzienia. Ksiądz, kiedy chodził do chorych, to musiał chodzić bez sutanny, więc ją podwiązywał. Ja i jedna sąsiadka chodziłyśmy z nim, pomagałyśmy. Ksiądz nam napisał msze po łacinie i nieszpory, więc je śpiewaliśmy. Prawie każdego wieczoru ksiądz prosił, żeby z nim iść, bo mężczyźni nie chodzili. Kiedy nie było księdza, sami odprawialiśmy msze w kościele. Był tutaj taki człowiek, Stefanowicz, który dzieci chrzcił, ślub dawał. Nie był duchownym, ale nawet ksiądz mówił, że jak go nie ma, to można samemu dziecko ochrzcić.
Anna Pryputniewicz
Wszystkie kościoły mieliśmy tutaj zamknięte. Ludzie spotykali się potajemnie w domu przy ulicy Makruszyna. Trzeba było jednak zmieniać te domy, żeby nikt niepotrzebny się nie domyślił. Dojeżdżał do nas ksiądz Pawlus z Nowosybirska, Litwin. Odprawiane były msze, był tam ołtarz, śpiewaliśmy pieśni. Czasami ksiądz nie mógł przyjechać, ale myśmy tam i tak się zbierali. Tylko ze chrzcinami trzeba było czekać aż będzie ksiądz. A oprócz tego Litwina przyjeżdżał jeszcze ksiądz z Omska i inni. Na początku lat 90. musieliśmy sami chodzić do władz i powtarzać, że Gorbaczow zezwolił zwracać kościoły, ale nie bardzo chcieli nam oddać. Bo w naszym kościele w Tomsku już dawno zdjęty był krzyż, Rosjanie zrobili teatr, przetrzymywali bezpańskie psy... Czego tu nie było? I nie chcieli oddać budynku, ale w końcu się udało, kiedy im powiedzieliśmy, że już dawno nie ma Stalina, i że wystarczy już ich rządów w kościele, który budowali jeszcze nasi przodkowie, Polacy-katolicy. Nawet im powiedziałam wtedy, że się ich nie boję, że już przecierpiałam swoje w ich rękach, ale teraz się nie boję.
Anna Riepko
[Iszkołdź, rejon baranowicki, ZSRR, druga połowa lat 40.]Kościół w Iszkołdzi działał, aż ksiądz wyjechał do Polski, to było gdzieś może w 1946 roku, ksiądz Kuryłowicz. Chodziliśmy do kościoła, była tam taka pani, która prowadziła majowe nabożeństwa, różaniec, w dni świąteczne śpiewali pieśni nabożne, kościelne i tak modlili się ludzie wszyscy. Później zamykali kościół i wszyscy rozchodzili się po domach. A majowe, przy krzyżach, codziennie wieczorem. I tak przechodzili lata, aż przyjechał do Połoneczki ksiądz Rosiak Jerzy i zaczął też przyjeżdżać tu do kościoła
Regina Rybałtowska
Teraz mamy dobrze, bo jest ksiądz, jest msza, chodzę na katechezę, nigdy nie opuszczam. Bo chciałoby się wiedzieć, że tu jest jakaś siostra pochowana, tu jakiś ksiądz, chciałoby się wiedzieć. Bo kto nas uczył? Nikt nas nie uczył, nikt. A wiedzieć człowiek chce. Dobrze, że teraz dzieci te małe, one już wszystko wiedzą. A myśmy co wiedzieli? Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga Ojca. Tyle nas rodzice nauczyli w domu po polsku. A teraz już uczą modlić się po ukraińsku. Ale moje dzieci umieją po polsku, a już wnuki – to tak, jak uczą. Po polsku msza to jest u nas w ostatnią niedzielę miesiąca tylko.
Weronika Sawczuk
dotyczy także: Odrodzenie Kościoła i polskości po 1990 roku,
Byli partyjni, byli komuniści, byli komsomolcy młodzi. Jak stała kapliczka obok nas, tam, gdzie my mieszkali, to szli i rozbijali wszystko ci, co byli w komsomole. I tą kapliczkę rozbili. Myśmy się tak patrzeli, ja jeszcze w domu byłam, dziewczyną byłam. Rozbili tę kapliczkę, i jeden wpadł pod pociąg; drugi jechał samochodem, i na słupie koło drogi odrąbało mu głowę. Inny spadł z konia, zabił się. Tak, że Bóg pokarał ich wszystkich, czterech ich było, i wszystkich ukarał. Nawet mój sąsiad, stamtąd, gdzie teraz mieszkam, od storożynieckiej strony, to on też niszczył tę kapliczkę, i oszalał, rozum mu odjęło. A głównej kaplicy nie zniszczyli, bo Polacy dyżurowali, pilnowali, żeby nie rozbili. W nocy były dyżury, żeby nikt tam nie poszedł. Bo ci partyjni, komsomolcy, oni by zniszczyli. A tak dyżurowali, i nikt nam kaplicy tej nie rozbił, tej, co teraz do niej chodzimy. Ale mniejsze kapliczki to wszystkie zniszczyli.
Weronika Sawczuk
[Celinograd, lata 60.]Tutaj ludzie zbierali się nieoficjalnie w mieszkaniu u kogoś. Tam się modlili. Nawet moja mama przyjeżdżała ze wsi do Celinogradu, aby się tu modlić. Księża przyjeżdżali potajemnie i roznosiła się wiadomość, że są. Ludzie mówili sobie na ucho, powtarzali, sami szukali kontaktu. Na tych spotkaniach gromadzili się nie tylko Polacy, byli też niemieccy katolicy, ale wszyscy widywali się potajemnie, najczęściej w nocy. Czasami były donosy i aresztowania przez KGB. Specjalnie to było robione, żeby ludzie się bali. I rzeczywiście się bali. Najgorzej było w uroczystości, bo wiadomo było, że takie spotkanie musi być, ale to wszystko organizowało starsze pokolenie — babcie i dziadkowie. Oni byli takimi przewodnikami tych katolików, oni tę wiarę tutaj trzymali.
Jan Sawicki
[Baranowicze, lata 80.]Było w kościele pewnego razu, na Boże Narodzenie, myśmy w zakrystii postawili dzieci w białych sukieneczkach z bombonierką, z kwiatami, żeby księdza pogratulować z Bożym Narodzeniem. W tym czasie wchodzi taki od spraw religii z Mińska, ze stolicy. A myśmy jego nie znali, kto to taki. I on wszystko słyszy i mówi: - Wy nie macie prawa zajmować się nie swoimi dziećmi. Dzieci nie wasze, dzieci gosudarstwa. A był taki Cześ i mówi: - Jak to gosudarstwa? Won! I on jego za kark i wypchnął. I z tej zakrystii wyszedł ksiądz: - Co się stało? Co się stało? A on mówi tak i tak. To ksiądz na to: - Wy nie wiecie, kogo wy wypchnęli, trzeba zobaczyć, pójść, dogonić i porozmawiać z nim. Ja poszłam z siostrą księdza. Myśmy jego dognali, zaczęliśmy rozmawiać - nie dało się rozmawiać. On wyjmuje i pokazuje, że on od spraw religii. A my mówimy, że nam zepsuli uroczystość. - My chcieli księdza pogratulować, a wy nam zepsuli to wszystko. A on mówi: - Wy nie macie prawa księdza pozdrawiać. Ja pojadę i wsio będziecie mieć. Pojechał do Mińska. To było Boże Narodzenie, a już na Trzech Króli księdzu zabrali pozwolenie odprawiać mszę świętą. Już ksiądz nie miał prawa. Przychodzi do kościoła, do ołtarza i mówi: - Nie mam prawa odprawiać mszę świętą. Msza święta będzie słuchana przez radio ze Świętego Krzyża. Kładzie ornat na ołtarz, wszyscy płaczą. Msza była słuchana. A potem była niedziela adoracyjna i była procesja z pustym baldachimem. Wszyscy zamiast śpiewu, to płakali. W czasie tej procesji ksiądz był w domu, patrzył przez okno. I ja tak mówię do tej kobiety, która była sekretarką w kościele: - Słuchaj, trzeba coś mówić, nie możemy płakać przy żywym księdzu. Ona mówi: - Czemu sama nie możesz powiedzieć? Powiedz ty! I ja wtedy poszłam do zakrystii, wzięłam mikrofon i mówię, że my płaczemy, a ksiądz żywy, potrzeba jego bronić i że kto chce księdza bronić, to proszę przyjść dzisiaj wieczorem o siódmej godzinie i będziemy decydować, co robić? I tego wystarczyło. O siódmej godzinie przyszło tyle ludzi - nazbierało się cały kościół! I zadecydowali jechać do Moskwy. Wtedy jeszcze nie było tych republik, jak teraz. I powiedzieli, że kto może jechać, to zaraz zgłosić się, a kto nie może, proszę złożyć pieniądze na ofiarę, dla tych, co pojadą. Zebrali bardzo dużo pieniędzy, więcej niż trzeba. I siedemdziesiąt trzy osoby zgłosiły się jechać. Pojechali do Moskwy, a tam nikt nie chciał ich przyjmować. Nasi mówią: - Nie chcecie, to my pójdziemy z plakatami na Plac Czerwony. Pobali się. Nasi krzyczeli: - Dajcie nam Gorbaczowa! Dajcie nam Gorbaczowa! No, nie wyszedł Gorbaczow. Później zaczęli ich straszyć: - A gdzie ty robotasz? - Robota z łopaty. Byli śmiali ci faceci. Męczyli, męczyli, a w końcu powiedzieli: - Jedźcie do domu, a my rozbierom się. Za jakiś czas ktoś do Was przyjedzie i to rozpatrzy. Za miesiąc przyjechał taki inteligentny mężczyzna, taki kulturalny. Zebrał komitet - komitet wtedy był trzydzieści osób - w tym domu władzy, w ratuszu. A ludzi może trzy tysiące koło ratusza stało. I było zebranie. To władza miejscowa bardzo czerniła naszego księdza: że on nie ma wykształcenia, że to nie wystarcza seminarium duchowne, że mało, że znajdziem drugiego księdza. A ten słuchał, a nasi parafianie go bronili. I na koniec ten, co przyjechał, powiedział: - Ale masz autorytet! Od dzisiejszego dnia masz prawo odprawiać mszę świętą. I tak dostaliśmy znowu księdza.
Teresa Sienkiewicz
[Udzielanie Sakramentów w okresie ZSRR – Pińsk, lata 50.-80.] A ślub, jak syn się żenił, dawał im ksiądz ukradkiem. Wtenczas przecież nie wolno było dawać ślubów. Przyszedł ksiądz do nas, mówimy: - Proszę księdza, tak i tak, jak nam ze ślubem. A o mówi: - Ja przyjdę wieczorem do kościoła, na tą godzinę - nie pamiętam, która to była, czy dziesiąta czy dziewiąta, bo to już było w styczniu - i dam ślub. I przyszliśmy, on już czekał nas. Tylko weszliśmy do bramy, drzwi się od razu zamknęło na klucz, drzwi w kościele też na klucz i on dał w kościele ślub. Przy ślubie tylko ja byłam, mąż był, syn i synowa. I tak brali ślub jeden syn, i drugi syn.Dzieci też chrzcił. Urodzili się bliźnięta u synowej, to on przyszedł tutaj i mówi: - To ja ich w domu ochrzczę. Przyszedł do domu, zaciągnęło się sztory, zapaliło się świece i on wszystko poświęcił. Bo w ten czas nie wolno było chodzić do kościoła. Dzieciom ze szkoły w ogóle nie wolno było chodzić do kościoła. A pierwszą komunię, jak dzieci wzięli? Przyszykowałam synów w domu. I jednego, i drugiego w domu nauczyłam. Pacierz umiał, katechizm poczytałam i to wszystko. Poszliśmy do kościoła, siedzieliśmy w pierwszych ławkach. Jak ksiądz zaczął dawać komunię, to syn razem ze mną wstał, podszedł, przyjął komunię i z powrotem. Baliśmy się. Nie tyle się bali o siebie, ale bali się, żeby ksiądz nie miał nieprzyjemności.
Albina Smołko
(Konstancja, Barszczów, obwód tarnopolski Ukraińskiej SRR, lata 50.)U mnie była stryjenka. Ona na majowe nabożeństwo zbierała starsze kobiety i parę młodych dziewcząt. Modliliśmy się. Trzeba było pozamiatać podwórze. Stryjenka figurkę Matki Boskiej miała. Jaka by praca nie była na ogrodzie, to ona już wszystko zostawiała, a na wieczór stawiała bukiety przy figurce Matki Boskiej i już majowe nabożeństwo było. My jeszcze małe byłyśmy, a ona miała dużo książek do modlenia się. Dawała nam do ręki, odkrywała stronę, gdzie litania do Matki Boskiej i czytałyśmy, bo starsze kobiety znały na pamięć. Czasem nawet codziennie babka zbierała kobiety w domu, to gorzkie żale, to drogę krzyżową, to majowe nabożeństwo odprawiała. Codziennie kobiety musiały iść do niej na modlitwy. Było cztery, pięć kobiet starszych, i trzy małe dziewczynki. Zawsze śpiewały. A w niedzielę to jeszcze więcej kobiet było, może dziesięć. Ale mężczyźni nie przychodzili modlić się. I tak i dzieci, i kobiety w każdą niedzielę. Bo do kościoła było daleko, tylko w Borszczowie był kościół, a bliżej nie. I tylko raz w miesiącu była w niedzielę msza. W Kamieńcu nie było kościoła, ludzie jeździli do Borszczowa i Czerniowiec.
Aniela Smotrykowska
[Kamieniec, Barszczów, lata 50.]Z Kamieńca wszyscy ludzie jeździli do kościoła do Borszczowa. Bo w Kamieńcu nie było nic. Całe autobusy jeździły, nie można było wsiąść to tego autobusu. Cała nasza rodzina jeździła. Dwie msze już później były, rano suma i potem na wieczór. Co niedzielę była msza. Ale najpierw msza była tylko raz w miesiącu. Ludzie pilnowali, nie zgodzili się, żeby zamknąć kościół. Kościół był w samym centrum Borszczowa, naprzeciwko komitetu gminnego i to im zawadzało. Ludzi dużo zawsze tam przychodziło. Chcieli zamknąć kościół, ale ktoś powiedział ludziom, że chcą kościół zamknąć, to ludzie spali tam, nocowali przy kościele i nie dali zamknąć.
Anatolij Smotrykowski
[Ukraińska SRR, rejon Malin, lata 40.]Mama piekła czasem babkę, a tak nie było świąt religijnych. Mama nauczyła nas co prawda modlić się po polsku, pamiętam to z dzieciństwa. Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga - o te modlitwy znam od samego dzieciństwa. Matka nauczyła mnie tego i sama czasem się modliła. Widziałam, że czasem wieczorem się modliła. Miała różaniec, leżał w szafie. I moje dzieci też nauczyła modlić się po polsku, też te trzy modlitwy. A tak - nie obchodziliśmy świąt katolickich, bo mieszkaliśmy w ukraińskiej wsi, gdzie nie było żadnego Polaka, absolutnie. Mama była jedna jedyna, samiusieńka.
Jadwiga Sołowej
dotyczy także: Polska mniejszość poza granicami II RP,
[Ukraińska SRR, rejon Korosteń, 1942]Zostałam ochrzczona podczas wojny, nawet nie wiem, kto mnie chrzcił, choć sam moment pamiętam. To było, gdy już wróciliśmy do babci, jak przeszliśmy te 100 kilometrów pieszo. Przyjechał wtedy jakiś ksiądz. Kiedyś opowiadałam o tym naszemu księdzu tutaj, w Fastowie, i on powiedział, że to mogli być nawet niemieccy księża. Pamiętam, że staliśmy na dworze w kółku, ksiądz podchodził do mnie, i coś mi na czole kreślił. Tak pamiętam swój chrzest, a miałam wtedy pięć lat. Oczywiście chrzczono mnie w kościele, w katolickim kościele, mama na nic innego by nie pozwoliła. Pamiętam, że moją matka chrzestną była Helena Zielińska, a ojcem - Szymon Myszowski. Takich to miałam chrzestnych.
Jadwiga Sołowej
Mówili, że Boga nie ma, żeby do kościoła nie chodzić. No, i nie chodzilimy, nie można było. My pracowali. Jeżeli ty pójdziesz do kościoła, znaczy, że ty wróg! Starsi, którzy już nie pracowali, ci więcej chodzili. Ja nie byłam komunistką i mąż też nie był. No, ale jeśli ty pójdziesz do kościoła, to z pracy mogą ciebie... Bardzo było srogo, żeby nie chodzili. Kiedy był Gorbaczow, już można było.U nas, w Belmontach, księdza nie było. Jak zmarł, to nie dali nowego już. Ludzie sami chodzili i modlili się. A we wsi i majowe sprawiali, nabożeństwa wszystkie. Tak było.
Łucja Sorokina
dotyczy także: Codzienność powojenna,
Nauczanie religii - ja uczyłem, jeszcze uczyli inni. Religii się uczyło i przychodziło do kościoła jawnie, raniutko, na mszę świętą - przychodzili, przebierali się. I do zdjęcia chodzili przy Komunii Świętej. Potem zabronili to zdjęcie, żeby robić, to choć zabronili, to się robiło, jakoś zapłaciło się. Tak, że to nie ustawało. U Ukraińców gorzej, bo oni więcej się Sowietom poddawali. No i oni nie mieli swojego duchowieństwa. Duchowieństwo siedziało w więzieniu, a byli księża rosyjscy, rosyjskie duchowieństwo. A jak jakiś ksiądz się podpisał i został, do tego patriarchatu rosyjskiego, to musiał tak służyć, jak jemu kazali.
Józef Stadnik
W kościołach było normalnie, wszystko było, Sowieci się do liturgii nie pchali. Oni dobrze wiedzieli, że tam nie ma żadnej polityki. Oni tylko patrzyli, żeby młodzież nie chodziła, a młodzież coraz więcej chodziła. W szkole karali, wyrzucali z wyższych nauk. Dokąd jeszcze chodził do dziesiątej klasy, to tam noty mu złe stawiali, to i owo, ale w polskiej szkole zawsze było tak, że byli swoi nauczyciele. Oni mu noty złej nie postawili. Niby tam mu stawiali, ale potem nic. Niby to mówili, ale rodzice o tym wiedzieli, dzieci milczeli, a potem stawiało się noty takie, jak należy. Tak, że jeszcze można było się zgodzić. Tylko tych "Leninów" starali się w szkole wpajać dzieciom, już na temat rosyjski, sowiecki, na temat komunizmu i tak dalej. No, jakoś nasze dzieci się nie dawali. W szkole to wysłuchali, w szkole wysłuchali wszystko, a w domu rodzice robili swoje.
Józef Stadnik
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
[Czkałowo, Kazachstan/ZSRR, lata 50. i 60.]Zbieraliśmy się w domkach, ale nas rozganiali i nie dawali się modlić ani spotykać. Bardzo dużo ludzi posadzili do więzienia, jak złapali za religię. Ale na przykład w święta ludzie się po cichutku spotykali, świętowali, w Wielkanoc chleb święcili. To wszystko jakoś się odbywało, księdza zastępowała zawsze jakaś starsza kobieta, która miała modlitewnik i tam modlitwy na każdą okazję. Udawało się, bo nie spotykaliśmy się ciągle w tym samym domu, tylko w różnych, po nocy. Aż dopiero po uzyskaniu niepodległości przez Kazachstan udawało się tu budować kościół katolicki i już wszystko się zmieniło, bo jest tu też ksiądz z Polski i on wszystko nam organizuje. Msza jest po polsku codziennie, ale trudno codziennie chodzić, bo tu Polacy już starsi, chorzy i nie zawsze mogą przyjść. A katolików niemało, chociaż dużo katolików wyjechało, dużo Niemców wyjechało, a właśnie Niemcy się z nami przyjaźnili.
Leontyna Striekowskaja
Dużo było pozakrywanych kościołów, ale nasz był otwarty. Była tam Matka Boska Łaskawa i ona tak nas obraniała, że nasz kościół był zakryty tylko wtedy, kiedy proboszcz leżał w szpitalu. Ornat na ołtarzu wisiał, a my chodzili modlić się. Zawsze byli proboszcze i zawsze chodziliśmy do kościoła i modlili się.
Teresa Struj
[Lata 60.] Ja w cerkwi brałam ślub, bo mąż był Ukrainiec i katolików tu w ogóle nie uważano. Troje dzieci było ochrzczonych tu w cerkwi. Nie było autobusu ani samochodu, ani pieniędzy, żeby gdzieś pojechać do kościoła. Nasz kościół był już zakryty. Oni wszystko niszczyli, deptali. Organy były u nas ładne, bardzo ładny kościół był. Ja nie chodziłam tam, jak to wszystko robili, nie mogłam na to patrzeć. Musieliśmy tak cierpieć, nic się nie odzywać i tak żyć. Na Boże Narodzenie ja z dziećmi zawsze szłam do matki. Do kościoła jeździłyśmy do Lwowa, zawsze do Lwowa na Boże Narodzenie. Rano wstałyśmy o szóstej godzinie, łapałyśmy jakiś samochód albo autobus i jechałyśmy. Tam nocowałyśmy u znajomych albo na dworcu.
Stefania Szałyk
Wtedy dzieci do kościoła nie puszczali. A my, jak chodzili, tak i chodzili. Był zawsze otwarty. Podatek trzeba było płacić, więc my płacili i przez to kościoła u nas nie zakrywali. Księdza u nas nie było. Jeden człowiek u nas był taki, który dzieci chrzcił. Chciał nawet uczyć się za księdza, ale jego matka umarła i nie poszedł. Chodzili, sami modlili się, śpiewali. A potem nam już księdza dali. On był w więzieniu długo. A to był ks. Ryszko. U nas umarł i u nas pogrzebany.
Katarzyna Szerniewicz
Ja brała ślub w Pińsku, w katedrze. To my zajechali, maszynę jakąś mój mąż znalazł. Tylko my dwoje i jego matka była. Jego siostra też wtedy ślub brała. Dotąd żyła bez ślubu, bo u nas nie było księdza. Ksiądz Świątek nam ślubu udzielił. Była sukienka biała i welon. Pożyczyliśmy ją - sukienka ta chodziła po całym Łagiszynie. Tam się my odzieli i taki ślub był. Potem ona sukienkę nałożyła i ten welon, i ten ślub jeden po drugim był. Wtedy mało ślubów ludzie brali. Cywilny brali i nie jeździli do katedry. A potem, kiedy już u nas ksiądz stał, to i starsi ślub brali.
Katarzyna Szerniewicz
dotyczy także: Codzienność powojenna,
[Pińsk, lata 1949-54.]Takie nabożeństwa były, gdzie ludzie modlili się sami, odmawiali jakieś litanie, jakieś coś. A ja to byłam taka, że pilnowałam porządku. Przecież kiedy dzieci przychodziły do kościoła, to przychodzili też chłopcy takie, milicja, KGB i podskakiwali, wypytywali. Jak babka przyprowadziła swojego wnuka, to wypytywali: "skąd, z jakiej szkoły?" - żeby dowiedzieć się, żeby potem wyrzucić dziecko ze szkoły. Więc ja go wtedy za szkórkę: - Won stąd! Z kościoła! A czego tutaj tobie trzeba?! Zawsze byłam taka, zawsze ganiałam. Bardzo często przychodzili tacy.
Barbara Szymańska
[Kardynał Kazimierz Świątek - Pińsk, wspomnienie z lat 50. i 60.] Nie ma księdza, nie ma księdza, więc zaczęliśmy się starać o jakiegoś. Ksiądz Świątek odsiedział już dziesięć lat. Kiedy wyszedł z więzienia, to pojechał do Odessy. Kiedy doszło do niego, że wierni starają się o księdza do Pińska, to on wtenczas przyjechał tutaj, do nas. Zamieszkał u takich staruszek, ale widocznie źle gotowały. Gotowały tak, że jego żołądek zaczął boleć i zaczął się źle czuć. On przede wszystkim jak przyjechał, to chciał poznać wszystkie polskie rodziny, no a tu w mieście polskich rodzin, takich, które by zechciały go przyjąć, nie było wiele. Różni byli ludzie przecież. No i jemu powiedzieli o nas - bo przecież ksiądz Ryszko też do nas zachodził przedtem - przyszedł do nas i zaczął tu mieszkać.Jak zaczął mieszkać, to już był jak swój człowiek. To był 1957 lub 1958 rok.
Barbara Szymańska
Chodziliśmy po chatach. Ksiądz mszę świętą odprawiał w chacie, ludzie się zbierali. Ja jeździła z księdzem, jeździła też do chorych. Ksiądz spowiadał w jednym domu, a ja pójdę do drugiego i powiem, że ksiądz przyjechał, i kto chce do spowiedzi, kto tam chory, gdzie trzeba... I przychodzą ludzie, i mówią, że tam jedna chora babcia. I jak my przyszli do jednej chorej babci, ona nawet nie myślała, że jeszcze kiedy ksiądz będzie, to ona jak zobaczyła księdza, to ziemię całowała, nogi całowała księdzu i mnie. I była u spowiedzi. My byli w niedzielę, a ona w piątek umarła. Daleko to my jeździli, jakich kilometrów siedemdziesiąt jeździli, na motocyklu. I tak jeździła z księdzem do chorych. I w ten czas ksiądz spowiada, a ja zbieram ludzi i szykuję do spowiedzi. Czasem ksiądz był, a tam człowiek nie chciał do spowiedzi. Ksiądz mówi: - Ty idź go namawiaj. Ja szła tam namawiać. Poszła daleko, takie hurby śniegu. Poszła  i namówiła tego człowieka. Zgodził się do spowiedzi, ksiądz pojechał w takich saniach. W ten czas nie można było księdza prowadzić tak, jak trzeba. Był jak kałchoźnik, ale wyspowiadał człowieka. I tak jeździli po wsiach, i szykowali tych ludzi do spowiedzi. Do szpitala chodzili w nocy. Wiem, że ktoś znajmy leży, że umiera. Ja, w nocy o drugiej godzinie, pójdę cichutko z księdzem. Ksiądz wyspowiada cichuńko w nocy. A do Pohostu jeździli we dnie, pamiętam. Ksiądz w cywilnym ubraniu, wyspowiadał, ja pilnowała i pojechali. Spowiadali się ludzie, co dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat nie byli u spowiedzi. Ksiądz jeździł do chorych i w nocy, i we dnie, i do wszystkich, i do prawosławnych. Batiuszka był taki, że wódkę lubił i mówi: - Spowiedowaj moich, ojciec Jan. Meni premia a ty spowiadaj. I teraz przychodzą prawosławne do kościoła czasem, którzy nie dojdą do cerkwi. W ten czas dużo przychodziło prawosławnych. A ksiądz jeździł wszędzie.
Teresa Szymko
[Pietrowka, lata 30.-50.]Zbieraliśmy się po domach. Mieliśmy święte obrazy, ale wiary nam zabraniali. Myśmy mieli obraz, mama go chowała, zabraniali, a my wszystko jedno wieczorami zbieraliśmy się i modliliśmy. Mama nas uczyła: jeszcze na Ukrainie, jak nas było sześcioro, i starsze, i młodsze, posadziła na kolana i uczyła się modlić. "Nie pomodlisz się, nie dam jeść". Ktoś powie prawidłowo, ktoś nieprawidłowo, ktoś powie jakieś słowo nie tak. My się śmiejemy, mama nas łaje: - Będziesz zaczynać od nowa tak długo, dopóki nie powiesz dobrze, jeść nie dam. Mama nas tak uczyła, a potem ja się sama dalej uczyłam, jak już otworzyli kościoły, to jeździliśmy 60 kilometrów do Tajynszy, a potem przeprowadziliśmy się do Ałmaty i tam wiele lat jeździłam do kościoła. Teraz już nie jeżdżę, bo stara jestem. Teraz ksiądz przyjeżdża, to ja jestem taka rada, że on przyjeżdża, odwiedza. Zasze daję pieniądze na ofiarę, to za zmarłych, to za zdrowie.
Leokadia Taszewska - Jentunina
[Brzeżany, po 1945] W Brzeżanach była sportowa szkoła. Były zakonnice, dojeżdżał staruszek ksiądz. W 1948 roku dawał mi ślub. Cerkiew pracowała, ale myśmy wzięli cichutki ślub w domu. Po kryjomu, raniutko. Dzieci chrzciłam w cerkwi. Już księdza nie było, wyjechał do Lwowa. Potem jak coś trzeba komuś było, to przyjeżdżał na zamówienie. Tak ludzie i chodzili, czego nie? Boga z serca nikt nie weźmie. Jak człowiek wierzy, to modlić się można zawsze i w domu. Potem już jakoś wywalczyli z trudem ten kościół, odbudowali. To wszystko bardzo dużo pracy kosztowało. Udział braliśmy we wszystkich pracach. Bardzo dużo już poumierało takich, co chodzili do kościoła.
Emilia Teperowicz
dotyczy także: Odrodzenie Kościoła i polskości po 1990 roku,
[Baranowicze, ZSRR, koniec lat 40. XX w.]Nauczyciele dyżurowali, patrzyli, jak ktoś idzie do kościoła. Jedną moją sąsiadkę, przyjaciółkę można powiedzieć - trochę młodszą ode mnie - no to do egzaminów ją nie dopuszczali... Już kończała tą szkołę w dziesiątej klasie i do matury nie dopuszczali przez to, że do kościoła chodziła. No ale jakoś później zdała tą maturę i studia skończyła.
Łucja Turowicz
[Prykordonna Ułaszanka, pow. Sławucki, 1941-1944] Za Niemców zmieniło się, bo odkryli kościoły, odkryli kościoły i cerkwie. Za Niemca u nas tam cerkiew była taka, może z kilometrów pięć, i zaczęły dzwonić dzwony. Jak zaczęły dzwony dzwonić. Boże, wiele łez było. Najbardziej płakały te ludzie, które były takie modlitewne, wierzące - wierzących dużo było. No, było też takich aktywistów, partyjnych takich, że oni tak robili. On tak robił, a żona po swojemu. Zachodzą do mieszkania - obraz jest: Matka Boża, Pan Jezus. Rzucają, wszystko zrywają i palą, i nogami depczą! To wszystko. U nas mama sama obrazy zabrała, tylko zostawiła jedną Matkę Bożą. A te zabrała, zmotała i ja nie wiem, gdzie oni byli, bo jak Niemiec zaszedł, mama wszystkie postawiła na miejsce. Już można było się modlić. Gdy u nas tę prawosławną cerkiew odkryli, to zebrali dzieci po 50, po 60, i wieźli do chrztu. To ten brat mój, Kazik, jak pojechał tam - wzięli jego, żeby on chrzcił - to on pewnie 50 dzieci chrzcił! Cała wioska to jego wszyscy byli chrześnicy.
Czesława Tyska
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
Staraliśmy się zachować język polski. Prowadziłam dzieci do polskiej szkoły, prowadziłam dzieci do komunii. Jak byli Moskale, nie można było prowadzić dzieci w białych sukniach, więc córki szły do kościoła ubrane zwyczajnie, dopiero w kościele je przebierałam. Później do fotografa. U fotografa też ubierałam je na nowo. Nie można było, bo to zaraz byłyby nieprzyjemności w pracy i wszędzie. Mieliśmy wtedy tylko dwa kościoły, katedrę i kościół św. Antoniego. Do kościoła można było chodzić, ale dzieci trzeba było prowadzić tak, ażeby oni nie widzieli. W szkole zabraniali. Moje dzieci dopiero do komsomołu wstąpili wtedy, kiedy trzeba było iść do instytutu, w ostatniej, dziesiątej klasie. A wcześniej one nie były komsomołki. W święta wielkanocne oni posyłali swoich ludzi i patrzyli, kto idzie do kościoła. Ale kościół był czynny. Mieliśmy jednego księdza. Nazywał się Władysław Kiernicki, był w AK, umarł w 1996 roku. "Rafał" - to był jego pseudonim. Chociaż to był jedyny ksiądz, na wszystko miał czas. Teraz jest bardzo dużo księży z Polski, ale Kiernicki był wtedy jeden i zdążył pójść do chorego, i na pogrzeb, i wszędzie zdążył. Teraz już nie tacy ci księża, teraz są bardziej rozpanoszeni.
Elżbieta Wieremiej
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
[Łyntupy]Ja wszystkim komunistom, którzy wierzący byli, po pracy woził dzieci do chrztu. To było najwięcej skryto, nikt nie mógł wiedzieć. Przyjdą w nocy, poproszą. Większy komunista, to zawiozę dalej gdzie. A gdzie jaki taki prosty, roboczy tylko komunista, to do Święcian, do Kołtynian, do Stronowic. Często jeździłem, bo naród wtedy był młody. O Boże mój, ile u mnie jest chrześniaków! Wszystko musiało być skrycie, więc nie mogłem nikogo więcej brać do maszyny. I wszędzie musiałem być kumą.
Eugeniusz Wierzbicki
[Łyntupy]Mnie powiadomili o śmierci księdza Gregorczyka, a koło księdza mało kto tam był. Wszyscy po robocie lękali się chodzić, w partię wstąpiwszy. Kilku nas tam mężczyzn było. Z rana na 9.00 musieli na pracy być, pracowali my, młode my byli jeszcze. Umarł się ksiądz. Trzeba powiadomić do Święcian. Transportu nijakiego nie było do Święcian. I ze Święcian ksiądz też niczym nie mógł dojechać, aż ktoś z młodych pojechał rowerem powiadomić, a on powiedział, że przyjedzie wieczorem, bo wtedy jeszcze wąskotorówka chodziła od Naroczy do Święcian. Po robocie ja i pan Jakimowicz Józef rozebrali zmarłego księdza i umywali. Przyjechał ksiądz. I na następny dzień, jak dowiedzieli się, że ja tam był, to aż za Moskwę mnie odprawili w delegację, żebym nie był na pogrzebie. Tylko wyjeżdżając zaszedł, paciorki zmówił, pożegnał się, pojechał.
Eugeniusz Wierzbicki
Jak już tych księży pomordowali, to przyjechali drudzy. To był ojciec Urban, który należał do Białej. Kiedy przyjechał, kiedy na piechotę szedł, to był młody jeszcze. Na piechotę zawsze szedł, jak majówka była, to każdy dzień był na piechotę. A tak to przywozili go gospodarze. Ojciec mój sam też przywoził jego, w niedzielę. Ale on już zmarł, ojciec Urban. Był tutaj parę razy. Jeszcze myśmy kościoła nie odebrali, to on był, tak po kryjomu. A później zaczęli kościół odbierać. W 1989 roku, mnie się zdaje, oddali nam kościół. To wtedy ojciec Reginald był. Wtedy w kościele był magazyn, zboże takie tam chowali. Nie, nie zboże, a przeważnie takie rzeczy dla sklepów, mąkę. Ołtarz zachował się, ale nie wszystkie ołtarze, bo tam były te boczne ołtarze. To teraz tam figury położyli, ale tam były ołtarze boczne.
Maria Witwicka
[Kazachstan, Woronicz, obwód akmoliński, 1936]My tam mówiliśmy do siebie po polsku, bo się modliliśmy polską mową. Gdyby nie polska mowa, język, modlitwa, to nie mielibyśmy rozmowy polskiej, to nas trzymało, modlitwa. Książeczki były, po ojcu została jednak książeczka, jeszcze mama jedną dostała. Modliliśmy się, śpiewaliśmy litanie, godzinki, pasje w post, krzyżową drogę. Kolędy my lubiliśmy śpiewać. Mało nas było, ale zbieraliśmy się do chaty, to do jednej, to do drugiej. Troszkę pomodlimy się, pośpiewamy.
Rafaela Wróblewska
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
[Kołybajiwka, lata 30]Zaczęli zamykać kościoły od 1932 roku, w 1933 roku jeszcze jeden był. Jak ksiądz Władysław zmarł, to potem już zamknęli, to nie było już żadnego kościoła, wszystkie były zamknięte. W 1933 roku już wszystko było zamknięte. Było to w ukryciu, po domach modlili się ludzie. To był już kołchoz, to były prześladowania, tak, że znowu nie zbierali się. A jak wrócili z Kazachstanu... My tam przywykliśmy modlić się wspólnie, różaniec, krzyżowe drogi, pasje, wszystko śpiewaliśmy wspólnie. Kiedy wróciliśmy, a także inni wrócili, to my z mamą i z innymi ludźmi zaczęliśmy chodzić po chatach, razem. Raz u jednych, raz u drugich. - Co wy robicie? - Za zmarłych modlimy się, za tych, co ich pogrzebali. To już nawet naczelnik nic nie mówił. Chodziliśmy po chatach, bo kościółka nie było, wszystko było zamknięte.
Rafaela Wróblewska
[Po wojnie] Kościół w Dalekich nie był zakryty i w Brasławiu nie był zakryty. A tak, wszędzie był pozakrywany i zbożem zasypany. W Widzach jaki kościół piękny i duży, to zrobili szkołę mechanizatorów. Tak poniszczywszy. Teraz robią tam porządki. W Brodzieniczach kościół był zakryty, księdza [Łapskiewicz] byli posadziwszy do podwału. A potem ksiądz przyszedł z podwału, wrócił się, jeszcze u nas żył na kwaterze w Wymsku. Byli dawszy jemu komnatu, on w domu modlił się, przychodzili ludzie. Ołtarz ustrojony, ot, w komnatce. I chrzcił, i śluby dawał.
Władysława Zasztoft
Jak żeśmy już przyjechali na Syberię, to miałam 22 lata. Dzieci swoje ochrzciłam jeszcze na Ukrainie. Tam był kościół, którego jakimś cudem nie zniszczyli. W tajemnicy wszystkie okoliczne wsie przywoziły księdza. Zbieraliśmy się na otwartym polu. Właśnie w taki sposób chrzciłam swoje dzieci, a było bardzo dużo ludzi, którzy tak robili. Ksiądz szybko odprawiał tę ceremonię, pytał, jak dać dziecku na imię, chrzcił i szedł dalej do następnych. Po prostu baliśmy się, że ktoś może donieść.
Maria Zawackaja
W tym kościele i bójki były, i wszystko. Litwini zabraniali, żeby polskie modlitwy byli. To jeszcze przed wojną było, w jakim 1937 roku. Do procesji Polacy chcą krzyż nieść, a Litwini, ci z "Szaulisa", złamali ten krzyż. Później, zaraz po tej niedzieli, śledztwo: - Kto złamał? A moja ciotka była taka patriotka: - Litwini złamali! Nu, to tam jakieś były nieprzyjemności. Chcieli zniszczyć polskie nabożeństwo, Polacy musieli o wszystko walczyć. Tych Litwinów mało było, ale była organizacja, nauczyciele ci litewscy, ot, żeby zniszczyć polskie nabożeństwo. Polacy się nie poddawali. A ksiądz znał polski język, ale w ostatnich latach już nawet słabo umiał. Opowiadają, że był ksiądz, co doskonale mówił nauki po polsku, proboszcz Jasas, a potem już litewskich księży naznaczali. To ci księża słabo znali  polski język.
Marian Zinkiewicz
[Dubnicka, lata 30.] Przed wojną nie było kościoła, ruinowali go, spalili. Ale już zapriestili do kościoła, jak już była rozkułaczka. Wpierw, jeszcze był chłop tutaj jeden, Kowalczyk, to on prowadził nabożeństwo, a potem już jego zabrali NKWD, to mama jeszcze do wojny prowadziła nabożeństwa. W każdą niedzielę i święta zbierali się wszystkie, młode i stare, na mszę. Na Wielkanoc, na Boże Narodzenie i na Nowy Rok to zbierali się po chatach. Jak msze czytali i to, co w kościele się prawi, i pieśnie, i jakie tam inne święta, to te święta zawsze objawiali. A jak kto chory był, to mama chodziła zawsze i modlitwy odmawiała.
Stanisława Zysk
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Nieśwież, lata 50.–90.] Siedem klas skończyłam, potem poszłam do Nieświeża do nauczycielskiego technikum i je skończyłam. A tutaj był kościół. Chodzili my piechotą do spowiedzi raz w rok czy dwa, czasem pomodlić się. Bardzo lękałam się. W komsomole nie byłam, ale nauczycielka do kościoła chodzić nie może. Odziewałam się chustką, zawiązywałam jakąś spódnicę długą, żeby nikt mnie nie rozpoznał i chodziłam do kościoła wieczorem.
Helena Żyszkiewicz
[Kopyl, lata 30.] W 1936 roku aresztowali księdza. Z mamą my poszli, kiedy ostatni raz on odprawiał mszę. I ktoś jemu powiedział: — Ciebie mogą aresztować. Księdza nie będzie nigdzie, nawet w Mińsku. Księdza więc nie było. Jak narodziło się dziecko, trzeba było chrzcić. Ksiądz wcześniej powiedział: — Dobrze, jak woda święcona jest, a jeśli nie, to chrzcijcie zwyczajną wodą. W książce jest taka modlitwa, czytajcie modlitwę i mówcie: ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, i imię nazywajcie. To będzie chrzest, póki nie zjawi się ksiądz, wtedy on będzie chrzcił. Tylko mówcie, że dziecko ochrzczone z wody. Jak ludzie umierają, jak modlić się, też w książkach było napisane. Moja mama modliła się i święciła mogiłki. I ja tutaj chodziła do znajomych też. Mężczyźni robili trumnę, a kobiety śpiewały pieśni po zmarłych.
Helena Żyszkiewicz