Odrodzenie Kościoła i polskości po 1990 roku
Po wojnie jeszcze trochę kościół był. Później księża wyjechali, widocznie ich postraszyli i bali się o swoje życie. Później ludzie sami odprawiali msze i kościół istniał do 1949 roku. W kościele był skład papierów. Oddali te drukarnie i był skład papierów. Poniszczyli ołtarze, popalili. Ławki były eleganckie, dębowe, jak to w kościołach - wszystko zniszczyli. Część do sądu zabrali, część gdzieś tam, a resztę poniszczyli. Było muzeum ateizmu, to już było przed samym powrotem kościoła, 1987-88 rok. Kościół oddali w 1989 roku. Jak raz wrócił ksiądz i na początku grudnia oddali kościół. Bardzo dużo było kłopotów z tym oddawaniem. Wtedy parafianie pisali listy i żadnej odpowiedzi nie otrzymaliśmy. Wybraliśmy taki moment, że kiedy jeden z księży z Sambora miał jechać do Ojca Świętego, napisaliśmy list i daliśmy przez niego. I wtedy Ojciec Święty poruszył to pytanie, jak to jest z tym oddaniem kościoła. I wtedy Gorbaczow... Przyszedł list, zdaje się, że z Moskwy, żeby kościół oddać. Z początku nie chcieli, nie wiedzieli komu oddać, chcieli jakieś pieniądze... Oni wtedy stracili trochę pieniędzy, żeby to muzeum ateizmu wybudować... U nas byli tacy ludzie, którzy zajmowali się tą sprawą i powiedzieli: - Wy nam więcej zniszczyliście ołtarzy, ławek, organy wywieźliście gdzieś do Gruzji, więc jak możecie żądać pieniędzy za remont?
Zdzisław Baran
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Żytomierz, po 1991]Dziwne mi się teraz wydaje, że księża mówią, że niby powinno się teraz mówić w kościele po ukraińsku. A ja się z tym nie zgadzam. Ksiądz mi wyjaśnia, że jak będzie po ukraińsku, to więcej ludzi przyjdzie. To nieprawda! W taki sposób nikogo się nie nawróci. A ilu już wtedy nie przyjdzie? Ja na przykład już tego w duszy nie przyjmę. Ja wiem, że ksiądz powinien odprawiać po polsku. Niech ten ksiądz się nie kłopocze, nie martwi, że go nie zrozumieją. Nie zrozumieją jego języka, ale zrozumieją go duszą. Bo gdy ksiądz mówi mi o mękach Pana Jezusa, gdy opowiada o tych bożych prawach, gdy mówi to po polsku, ja go duszą słyszę i rozumiem. A gdy mówi do mnie po ukraińsku, nijak to do mnie nie trafia.
Marcelina Baszyńska
Ja przyjechałam kilka lat temu do kościoła w Jagielnicy i dziewczynkom, które już teraz są na studiach, przywiozłam elementarze z naszej polskiej szkoły. Rozdawałam je dzieciom i te dziewczyny powiedziały, że bardzo chciałyby się nauczyć po polsku. Zaprosiłam je do mojego starego domku, który tam jeszcze stał. Zapraszałam tam dzieci, bo nie było gdzie ich uczyć, ale to była druga wioska i nie bardzo to wychodziło. Wszyscy bardzo chcieli się nauczyć. Kiedyś pojechałam i słyszę, że siostra zakonna rozmawia z nimi po ukraińsku. Zapytałam jej, dlaczego rozmawia z nimi po ukraińsku, jak oni chcą nauczyć się polskiego. A ona na to: — To niech babcie ich uczą. Te babcie same już nie znają. Te dzieci naprawdę chodziły do kościoła, bo chciały nauczyć się języka polskiego. Były z mieszanych rodzin i mogły chodzić i tu, i tu. I to wszystko jakoś porzucili. Nawet chodzą takie słuchy, że ludzi jest bardzo mało i chcą tam w kościele zrobić teraz muzeum. Bardzo szkoda, nie wiem, jak to może być. Byłam teraz na mszy, odpust jest 15 sierpnia, a ja byłam 13. Był ksiądz z Polski i on odprawiał mszę po polsku. To już dobrze. W zeszłym roku przyszedł ksiądz, też z Polski, i zapytał: — W jakim języku chcecie mszę: po ukraińsku czy po polsku? Nasi powiedzieli, że po polsku. Później rozmawiałam z nim prywatnie i powiedział: — Boże, jak to dobrze wyszło, ja dwa dni uczyłem się tej mszy po ukraińsku i myślałem, czy mi się uda.
Stefania Felendysz
[Krasław, język polski w domu, chwila obecna]Ot, tak, jak ja teraz mówię, u mnie dziewczęta mówią. Ale już między sobą, to moja córka więcej po łotewsku mówi z dziewczętami. A ja mówię: - Jak chcecie rozmawiajcie, a tylko jak przy mnie, u mnie tu, to po polsku, żeby nie zapomnieli. Agata chodziła do polskiej szkoły, do przedszkola, a ta mała nie chodziła, sama przez siebie się nauczyła. Czytać umieją po polsku i modlić się umieją. Pacierza po polsku uczyli się. Teraz w szkole trzeba łotewski język znać. A teraz one umieją, jedna i druga, po polsku, po łotewsku i po angielsku
Weronika Grundane
[Czkałowo, lata 90.]Polacy stąd teraz wyjeżdżają. Nie chcą tu mieszkać, bo tu nie ma zajęcia dla nich. Młodzi nie mogą nic zrobić. Starzy zostają, bo co im zostało. Po wojnie ludzie zaczęli lepiej żyć, rozwijały się kołchozy, były dni pracy i za to dawali, co dawali — pszenicę, jęczmień, żadnych pieniędzy, tylko jedzenie. Można było przeżyć już potem. A później to Związek Radziecki się zmienił, nastał Kazachstan, kołchozy polikwidowali i teraz ludzie nie wiedzą, jak zarobić pieniądze, jak żyć. Tyle co się dla nas, Polaków, zmieniło, to że kościół jest nowy, że polski ksiądz, że wiarę normalnie można wyznać. Ludzie się radowali, że jest kościół, pomagali budować. Ale poza tym Polakom się nie zmieniło nic, bo chcieli wyjechać do Polski, ale nie udawało się. Niemcy wyjechali do Niemiec, ale Polacy do Polski nie. Mój syn pracuje w Rosji, tam mógł wyjechać i tam został. Nie myśli wracać. Bo kto żył bogato, to dalej żyje bogato, a kto biednie, temu się nie polepszyło.
Józefa Jakuszewska
Polska jest tu przez cały czas, to wrodzona rzecz. Inaczej być nie może. Wyrzeknąć się to byłoby, jak mówi się, grzech. Od dziadów pradziadów. Dziadunio szlachcic był. Drugi dziadunio był mieszczanin, nie miał prawa mieć własności, gospodarki, we włości pisarzem pracował. To wszystko od dzieciństwa... Tutaj korzenie... Byli gazety polskie, książki polskie byli. Byli ludzie wierzący. W niedzielę jechali do kościoła, święta – cały czas z kościołem była łączność. I tak to zostało. I teraz z kościołem trzymamy się. Tylko szkoda, że tak już tutaj mało nas zrobiło się. Tak aż smutno...
Tadeusz Janczewski
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
[Karaganda, Kazachstan, lata 50.–2008]Zbierali się ludzie w domach prywatnych, własnych mieszkaniach. Jak zbliżały się święta, to się ustalało, u kogo będzie uroczystość, żeby wcześniej było wiadomo. Czasami pojawiał się ksiądz i wtedy on odprawiał mszę, ale jak nie było księdza, to ktoś go zastępował, ktoś spośród tych zebranych. Księża tutaj przyjeżdżali z różnych stron. Byli wśród nich Polacy, którzy wcześniej tu byli więzieni, byli księża katoliccy z Ukrainy. Ważnym księdzem był ksiądz Bukowiński, który tutaj dla katolików, Polaków, dużo zrobił, dużo pomógł. Ale czasami zdarzały się donosy, nie wiem, może to nawet sami Polacy donosili. Ale nikt się nie bał ryzykować za wiarę, ludzie spotykali się tak samo wcześniej, jak i później. W latach 90. powstał tu zwyczajny kościół dla katolików. Najpierw kaplica, potem kościół powstał i odtąd zbieramy się wspólnie, mamy swoje miejsce. Są msze po rosyjsku, ale bardzo dużo ludzi tutaj to Polacy i msze są częściowo po polsku dla nich. Oni znają polski, bo modlili się zawsze po polsku, a z rodzicami też często rozmawiali tylko po polsku, jak ja.
Anatolij Jankowski
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
Starszym emeryturę płacą, niewielką, ale przeżyjesz. My nieprzyzwyczajeni do wielkiego. Chleba jest za co kupić. A i do chleba jeszcze kupisz cokolwiek. Sklepy pełne są wszystkiego, tylko kupuj. Pierwej nie było, trzeba było w kolejkach stać, a teraz jest. Łukaszenko – jego nie chwalą, ale on nie daje wysprzedawać fabryk. On mówi: rozprzedadzą wszystko, a potem ludzie będą bez pracy. Nie będzie gdzie pracować. Wot i trzyma. Trzeba ludziom dać pracę: niech u siebie pracują. A i tak ludzie wyjeżdżają.
Genowefa Janukowicz
[Sprawa zwrotu kościoła katolikom – Równe, około 1989 roku]A tut ja już pracowała na kościele. Jak tylko kościół nam stali dawać, i jak już ta komisja zebrała się tutaj, to ja poszła – bo mąż umarł już, ja sama została się, to co będę. To ja tut na kościół poszła pracować. My jeździli i w Kijowie dobiwali się, i tutaj chodzili. Ja także chodziła tutaj. Ja trzy lata tut pracowała, to ja tu wszystko wiem, co tu gdzie postrojone, dlatego, że ja dzień w dzień chodziła tutaj. My pod krzyżem stajali, cały miesiąc stajali pod krzyżem, głodowali. Potem głodowali, nie jedli, nocowali tutaj i modlili się bardzo dużo. No i prosili Pana Boga, żeby nam jakiś dał etot kościół, to nam ten kościół nie dali, co nasz był kiedyś. Bo w tym kościele to ja ślub brała i siostra sama mniejsza także w tem kościele, jeszcze ksiądz Kaszuba był, ksiądz Kaszuba ślub dawał. No ależ to nam nie dali, bo tam zrobili organnej muzyki salę, no takie moje życie było.
Katarzyna Kisielewska-Zielińska
W katedrze nie było księdza, był komitet. W 1980 roku prezes komitetu zmarł, miał 87 lat. Było zagrożenie, że mogą zabrać ten kościół. Wtedy zostałem wybrany prezesem i pracowałem przez dobrych parę lat, może sześć. W styczniu 1988 roku przyszedł do katedry ksiądz Tadeusz Kondrusiewicz. Był proboszczem przez rok i pojechał do Rzymu. Z Rzymu przyjechał biskupem. Przebył rok i znowu pojechał do Rzymu. Przywiózł nominata teraźniejszemu Aleksandrowi Kaszkiewiczowi, a sam dostał nominata na Moskwę. I gdzieś z rokiem 1991 czy może 1990, Kaszkiewicz zaczął prowadzić naszą diecezję i naszą katedrę, a Kondrusiewicz został metropolitą moskiewskim. Teraz jest już w Grodnie jedenaście parafii.
Alojzy Komiaga
Dzieci są katolikami. Ale kiedyś nie chodzili, bo nie można tak zwyczajnie było. Ja szedłem do kapliczki, a dyrektor szkoły mówił do dziecka: - Czy to twój ojciec chodzi do kapliczki? I już. Dzieci nie chodzili do kapliczki, czy na religię. Ale do Czerniowiec braliśmy dzieci na mszę. Nie było tak dobrze, jak teraz. O, wczoraj 15 dzieci było u pierwszej komunii! Ja byłem raz w Polsce w 1991 roku na spotkaniu z Janem Pawłem II. To było w Lubaczowie. Przyjechaliśmy do granicy, od granicy szliśmy pieszo do Lubaczowa. W połowie drogi zatrzymaliśmy się, zanocowaliśmy, a rano poszliśmy dalej, o 6.00 byliśmy na miejscu. Widzieliśmy, jak Jan Paweł II jechał samochodem i byliśmy na mszy.
Kazimierz Krasowski
[Fastów, po 1944]Jak kościół zamknęli, nigdzie nie chodziliśmy modlić się. Do pani Józefy z Kijowa ksiądz Jan Krapan przyjeżdżał, i my tam zbierali się w kilka osób. Dziesięć kobiet, żeby nikt nie wiedział, i tam zbieraliśmy się. A jeden raz przyszli do niej milicjanty, ona mówi: - Ja katoliczka. Z początku my na cmentarzu zbierali się, a potem pod kościołem na ulicy, na podwórku kościoła pod ścianą, a potem już oddali kościół. To my same pierwszą ubrali kaplicę. Z mężczyzn mój mąż był jeden, a potem inni mężczyźni przyszli. Przywiedli do porządku kaplicę. Bardzo dużo ludzi chodziło do kościoła, do kaplicy. Mikrofon postawili, żeby wszyscy mogli słuchać, a potem już zaczęli kościół do porządku przywodzić. Straszno, bardzo dużo brudu było, aż do dachu. I sowy tam były, i gołębie, i wróble, wszystko tam było. A potem już wszyscy pomagali, każdy starał się coś tam zrobić. Z początku, gdy jeszcze nic nie było, pani Józefa przynosiła z domu stoły, obrusy białe. A potem przyjechali pracownicy z Polski i zaczęli pracować w kościele.
Aloiza Kurowska
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Czkałowo, Kazachstan/ZSRR, lata 90.]Teraz jest tu ksiądz, teraz możemy swobodnie chrzcić, możemy się modlić i wcale tego nie ukrywać. Mamy polskiego księdza, nikt się nie boi chodzić do kościoła. Kazachowie chodzą do swojego meczetu w Czkałowie, my możemy chodzić do kościoła. Msza polska jest codziennie odprawiana i całe rodziny chodzą. Święta są uroczyste i jest tak, jak powinno. Głównie Polacy chodzą do kościoła. Chodzili kiedyś i Niemcy, ale ich już nie ma, wyjechali do siebie, myśmy zostali i kilku Kazachów-katolików.
Nina Kutasiewicz
Tam była misja męska, kościół katolicki, koło kościoła dom parafialny. A cerkiew prawosławna stała przy placu Moskiewskim. Kiedy Rosja zabrała te ziemie, przy pierwszym czy drugim rozbiorze, to kościół, co tu w centrum był, oddali prawosławnym. Ten kościół był jakiś czas jeszcze czynny, a potem zamknęli jego. I już przy Sowietach tam była sportiwna szkoła. I dopiero w 1991 czy w 1992 roku oddali katolikom kościół. Ten kościół stał zamknięty prawie dwieście lat, ale się zachował. Zaczęły się w nim rozchodzić ściany. Tedy ksiądz Józef pojechał do Polski, wezwał ludzi, którzy ten kościół odbudowali. Składki my tam składali, po dziesięć rubli, po dwadzieścia. Udało się kościół odnowić. Chodziliśmy tam w czasie wakacji, pracowaliśmy, pomagaliśmy majstrom, które przyjechali z Polski.
Zdzisław Masłowski
[Kamieniec Podolski, po 1990] Czytam to wszystko w książeczce do nabożeństwa, czytam raz, drugi, i są takie słowa, których nie rozumiem, nie wiem, co znaczą. My z mężem, jak już postanowiliśmy po otwarciu kościoła wziąć ślub, chodzić na mszę i wszystko, to ja mu powiedziałam: - No jak to, słuchamy kazania, słuchamy tego, co ksiądz mówi, Pismo Święte czyta, i nie rozumiemy, jak baran na malowane wrota się patrzymy, i nic nie rozumiemy. I wtedy przez jedną zimę wzięliśmy z mężem polski elementarz, nauczyliśmy się najpierw liter, potem czytaliśmy wszystkie te modlitwy, które znamy jeszcze z dzieciństwa, Ojcze Nasz, Wierzę w Boga, Zdrowaś Mario. Czytaliśmy, i liter się uczyliśmy. Ja po cichutku czytałam, on po cichutku czytał, i jakoś się nauczyliśmy. Ale są takie słowa. Dziś aż płakałam, no co to za słowo, co ono znaczy, jak ja mam je zrozumieć? Odmawiałam litanię. Każdego dnia odmawiam litanię, modlitwy poranne, Koronkę do miłosierdzia.
Adela Mołoda
Wcześniej, po deportacji, surowo zabraniano wierzyć w Boga, modlić się. Ale my mimo wszystko modliliśmy się. Mama nauczyła nas modlić się. Modliliśmy się mimo wszystko po domach. Nie było kościołów, kapliczek, nic. Potem, w latach 90., z dwóch pomieszczeń, gdzie wcześniej klasy były (w byłej szkole), zrobili nam na kaplicę. Teraz można się modlić, a wcześniej było to zabronione, nawet okna się zakrywało, zamykało, żeby nikt nie widział. Na Wielkanoc, żeby poświęcić paschę, zawsze zbieraliśmy się wszyscy w jakimś domu jednym i święciliśmy. Stawialiśmy obrazki i figurki Chrystusa, Matki Boskiej, i święciliśmy. Wszyscy się wtedy zbieraliśmy. Modliliśmy się wtedy i teraz się modlimy zawsze po polsku. Rozmawiamy po ukraińsku, rosyjsku, a modlimy się po polsku. Mama mnie tak uczyła. Po polsku: Ojcze nasz, Zdrowaś… — wszystko po polsku. Dzieci były chrzczone przez babcie. Tak chrzczone były dzieci, póki pierwszy ksiądz do nas nie przyjechał legalnie. A wcześniej księża też przyjeżdżali, ale tak, żeby nikt o tym nie wiedział. Chowali się od władz, dlatego że zamykano ich w więzieniu. Bo propaganda była, że Boga nie ma i koniec kropka. Ale księża przyjeżdżali i ukrywali się od władz. Jeśli ktoś chciał się wyspowiadać, to też po kryjomu chodził do księdza na spowiedź. A kiedy można było już wierzyć, to wszystko stało się legalne, na widoku. Ci księża, którym udało się przetrwać w więzieniu i nie umarli, to mimo wszystko znów tutaj, do nas, wracali.
Maria Mucharskaja
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Postawy, lata 90.] A wtedyż trzeba było remont zrobić w kościele. Toż nikt nie zrobił, więc ludzie sami zbierali, jak mogli, jakie pieniądze i robili wszystko sami, tak i odnowili. A tam wcześniej strasznie narobione było, gdzie ołtarz, to ustęp był zrobiony. No, ale składali i dalej składamy zawsze, jak co trzeba, teraz zegarek taki do kościoła kupili. Przyjemnie tam jest, póki my jesteśmy.
Janina Owsiuk
Z początku staraliśmy się, żeby nam oddali kościół. Nie chcieli dać. Ale jak już przyszedł taki jakiś zakon, że oni kościoły oddają, to nasze ludzie zorganizowali się i zaczęliśmy chodzić po urzędach, żeby nam jeden kościół oddali. No, to nie chcieli oddawać. Żeby ja nie skłamała - szesnaście lat temu. A jak ja raz pracowała na kolei i u mnie był taki bilet, że ja mogę bezkosztownie jechać, ja wzięła sobie urlop i z córką my pojechali do Moskwy. Pojechaliśmy do Moskwy i tam Wandzia poszła do tego urzędu, porozmawialiśmy z naczelnikiem i ten podzwonił tutaj, żeby nam oddali jakiś kościół. A potem on się pytał: - Jaki wam oddać kościół? Bo oni tej fary nie chcieli nam oddać, żaden kościół nie. Dużo ludzi starało się za ten kościół, a oni nie, nie i nie. Nie damy wam kościół żaden. A kiedy my już do Moskwy pojechaliśmy, z tym naczelnikiem porozmawialiśmy i on tutaj podzwonił, my wtenczas powiedzieli, żeby nam dali na górce kościół. No, i tam na górce teraz mamy kościół. Szesnaście lat już ten kościół pracuje.
Władysława Ridosz
Jak pójdę do kościoła w Polsce, u nas jeszcze kościołów nie było, jak pójdę do kościoła, to tak płaczę, tak płaczę, że siedzi z jednego boku szwagier i na mnie: — Czego beczysz? Tam siedzi jakaś pani: — A co się stało, że tak pani płacze? Ja mówię: — Tak się stało, że tutaj ludzie żyją z Bogiem i w kościół mogą iść, a my nie mamy gdzie iść. Jak jest niedziela, to z swoim chłopem tylko pochodzisz po sklepach, popatrzysz, jak coś trzeba kupić, ale nie zawsze, bo nie zawsze jest pieniędzy. To tylko tak przejdziesz, czas potracisz w tę niedzielę, w wolny czas. A na wieczór już ten chłop woła: — Z kolegami posiedzieć, piwo popić! O takie te nasze niedziele, bo nie modlimy się, bo nie ma gdzie. No a później dali nam tutaj pozwolenie na księdza, na kościół, no to ja już pisała. Jak to mówię, ja niehramotna, ale te nasze babki z wioski do mnie zwracali się, że pisz, proś, żeby nam dali księdza. Bo gdzie indziej, w Homelu, dali. Powiedzieli, żeby zebrać ludzi, i my chodzili po chatach, i zbierali, Homel nam pozwolił. No jak być bez księdza? Z Mozyra trzy miesiące przyjeżdżał ksiądz Józef. On tak ranienko przyjadzie do nas, na rano służbę odprawi nam. A odprawiali służbę po ludzkich chatach, bo nie było gdzie. Tam gdzie kto większe mieszkanie miał, tam zbierali się. I jeszcze służba idzie, to już jedna poleci, bilet kupi do Mozyra, bo on mówi: — Tam w Mozyru już na mnie ludzie czekają w kościele.
Wiesława Rymek
Teraz mamy dobrze, bo jest ksiądz, jest msza, chodzę na katechezę, nigdy nie opuszczam. Bo chciałoby się wiedzieć, że tu jest jakaś siostra pochowana, tu jakiś ksiądz, chciałoby się wiedzieć. Bo kto nas uczył? Nikt nas nie uczył, nikt. A wiedzieć człowiek chce. Dobrze, że teraz dzieci te małe, one już wszystko wiedzą. A myśmy co wiedzieli? Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga Ojca. Tyle nas rodzice nauczyli w domu po polsku. A teraz już uczą modlić się po ukraińsku. Ale moje dzieci umieją po polsku, a już wnuki – to tak, jak uczą. Po polsku msza to jest u nas w ostatnią niedzielę miesiąca tylko.
Weronika Sawczuk
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Brzeżany, po 1945] W Brzeżanach była sportowa szkoła. Były zakonnice, dojeżdżał staruszek ksiądz. W 1948 roku dawał mi ślub. Cerkiew pracowała, ale myśmy wzięli cichutki ślub w domu. Po kryjomu, raniutko. Dzieci chrzciłam w cerkwi. Już księdza nie było, wyjechał do Lwowa. Potem jak coś trzeba komuś było, to przyjeżdżał na zamówienie. Tak ludzie i chodzili, czego nie? Boga z serca nikt nie weźmie. Jak człowiek wierzy, to modlić się można zawsze i w domu. Potem już jakoś wywalczyli z trudem ten kościół, odbudowali. To wszystko bardzo dużo pracy kosztowało. Udział braliśmy we wszystkich pracach. Bardzo dużo już poumierało takich, co chodzili do kościoła.
Emilia Teperowicz
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
Wcześniej więcej do katedry się chodziło, a teraz do Marii Magdaleny. W niedzielę jest tam tylko jedna msza święta, bo tam jest sala organowa i Ukraińcy tego kościoła oddać nie chcą. Mimo, że Juszczenko podpisał, że wszystkie kościoły oddać wiernym, to oni nie oddają. Nawet ławki przestawić nie pozwalają. Nie wiem, dlaczego ci Ukraińcy tacy złośliwi. A szczególnie dyrektor tej sali organowej bardzo nieładnie się zachowuje. Ludzie siedzieli i głodowali w tym kościele. Mamy takiego biskupa, nazywa się Leon Mały, on cały czas chodzi i dobija się, ażeby można było odprawiać msze w święta, i żeby były rekolekcje. Ale nie można, tylko jedna msza, od dziesiątej do jedenastej, najwyżej do wpół do dwunastej. Jak były nabożeństwa majowe, to ludzie się modlili pod kościołem, bo oni do kościoła nie wpuścili. A przecież to polski kościół, jeszcze przed wojną moja mam w tym kościele ślub brała.
Elżbieta Wieremiej
[Łuck, lata 90.]Kiedy organizowało się to całe towarzystwo i jakoś — ja nie pamiętam, jak to się stało — ja przyszła do kościoła. I w kościele powiedzieli, że chcą organizować taki chór polskich pań, panie takie już starsze. I ja my tam zebrali taki chór i troszeczkę, dwa razy w tygodniu chodzimy na ten chór. Spotykamy się trochę, jakaś taka troszeczkę rozrywka jest i przyjemnie bardzo. Chór Towarzystwa Kościuszki. Repertuar — polski repertuar, więcej wszystkie, tam parę piosenek jest ukraińskich, ale w ogóle to my śpiewamy Polskie kwiaty, Szła dzieweczka do laseczka. Później Ułani, ułani. Bardzo dużo polskich piosenek, więcej polskich, bo my jeździmy do Polski, my wiemy, że ludzie rozumią te polskie stare piosenki, chcą usłyszeć te starsze.A tak dlatego, żeby mówili, że my z Ukrainy przyjechali, to my śpiewamy Wołyń, jest taka piosenka Za naszą Wołyń.
Halina Zubowicz
dotyczy także: Tożsamość narodowa,