Polskie podziemie zbrojne
[Brasławszczyzna, lata 1941-1943]Stróżem na warcie ja był, na zadania tam chodzili, kontrazwiedką chodzili, walczyli. Akcja - wiemy, że Niemcy pojadą, to trzeba było popilnować, żeby ich rozbroić. Pociąg w Duksztach raz rozbroili, na front jechał, w Rosję, przez Dukszty. Wzięli, zatrzymali, rozbroili. A tam na front wieźli produktów. I my nabrali. A Niemców, to tam mało było. Tylko stróże, ten, co lokomotyw prowadził. No, my lokomotywę zatrzymali, ogień pokazali, znaczy, że poderwać możem, żeby stał. No, on stał, my zabiegli. W parowozach nie było Niemca, tylko dalej, w wagonach byli Niemcy, stróże. Naskoczyli my. Oni uzbrojeni, pistolety. Oni widzą, że my grupa, w piętnaście osób zabiegli pociąg. Tak oni już widzą, że im nie walczyć. No, zdali się. My odpuścili ich i pociąg pojechał, a my amunicji nabrali, produktów było i papierosy tam byli. W jednym miejscu most chcieli poderwać. Czekali, czekali, tam nam podpowiedzieli, kiedy pójdzie pociąg. Przeszło, może piętnaście godzin, nic nie doczekali i znów rozminowali i poszli po drugich sprawach.
Antoni Aleksandrowicz
[Wołyń, Tarnopolszczyzna, 1941-44]A trzeba mi powiedzieć, że na Ukrainie Zachodniej my jako partyzanci prowadziliśmy walkę nie tylko z wojskami niemieckimi, prowadziliśmy walkę na śmierć i życie z nacjonalistami ukraińskimi. Tam, gdzie były polskie wsie, nawet miasteczka, wszystko było spalone, wymordowane. Mógłbym opowiedzieć o takich rzeczach. Przeszliśmy z partyzantką 4 tysiące kilometrów tymi lasami. Sytuacja była tam straszna. Z Niemcami walczyliśmy, gdy już nas zauważyli, a tu każdego dnia, każdej chwili trzeba było być gotowym. Zginęli w walce z UPA moi przyjaciele, zginął nawet brat cioteczny, Franek.
Narcyz Baszyński
Potem Żydów u nas dużo bili. Pierwej, to szli oni spokojnie na te śmierć. Tutaj taka u nas mogiła żydowska jest. I potem, jak jechać na Baranowicze – słup biały stoi – tam też leżą... Pamiętam, przyjechali pod wieczór Niemcy, i policjanci też już byli. I stali zabierać młodych i starych, i wszystkich. Do maszyny, do maszyny, no wsio! Myślimy, że gdzieś to powieźli rozstrzelać, chyba? No i my chowali się. A potem nic. I, ot, rano – a tu było getto, ot, gdzie ten rów idzie – zaczęli strzelać, i automaty, i kulomioty. Nas wygnali kopać mogiłę. Ja nie była, nie kopała w nocy, tylko brat. Jeszcze brat był w domu, więc zabrali brata do tego kopania. Potem rano przyszedł i mówi: – Kopaliśmy żywym mogiłę, sto metrów na dwa. Sto długości, dwa szerokości. Potem wracamy do domu, a tam policjant i nasze – jak to mówili – deputaty stoją. I nas zabrali tam, gdzie wykopali tę mogiłę. I bardzo dużo Żydów stali wozić wozami, już nieżywych. Wyrzucali, my zasypali i wszystko.
Wanda Denisowa
dotyczy także: Żydzi i Zagłada,
Zaczęłam pracować w 1939 roku w grudniu — taka z warkoczykami, z piegami na nosie, berecik na bok, lalka w tornistrze. Wciągnął mnie najstarszy brat, bo byłam wygodna dla konspiracji, pamięć miałam nie najgorszą i można było doniesienia nie pisać, a podyktować tylko. Byłam łączniczką. Czasami trzeba było kogoś przeprowadzić, a ja znałam wszystkie drogi przez lasy, na piechotę, koniem… Różnie było. Punkt kontaktowy był za Brzozówką koło Niemna, to w cztery godziny trzeba było dojść 28 kilometrów. Byłam wysportowana, na nartach zawsze, na koniu. Różnie było: na wozie, pod wozem. Trzeba było przeprowadzać, trzeba było coś tam doręczyć, różnie było. Brat wciągnął nas wszystkich i potem ja musiałam jeszcze niektóre koleżanki sobie dobrać, i tak chodziłyśmy we trzy. I tak idziemy, takie dziewczyny — podlotki z warkoczykami. Ale one chodziły ze mną towarzysko. — Dziewczynki, ja na chwileczkę tutaj wyskoczę. One były tylko tak, żeby uwagi nie przyciągać. Moimi obowiązkami było kogoś przechować, kogoś przyprowadzić, doniesienie zanieść, obserwacja. Wojsko tutaj zatrzymywało się, partyzanci czerwoni zatrzymywali się, to ja musiałam mniej więcej wiedzieć, jaki tabor, ile wozów, ile koni tutaj jest, ilu ludzi, kto tutaj jest. Do tego dochodziło szycie bielizny, robienie rękawic i innych rzeczy takich. W moje obowiązki weszło dostarczanie medykamentów. A ponieważ dyrektor w szpitalu był Polak, więc ja miałam swobodną rękę. I ja to stale dostawałam przez kogoś tam…
Maria Dobrzyńska
[Pużanki, ok. 1943]Tu było cudownie u nas, polszczyzna była. Rankiem przychodzi partyzant i mówi: – Gosposiu, proszę robić obiad na piętnaście osób! No i wszystko mięso, co mieliśmy, prosiaka przecież niejednego tutaj na wsi się miało, to mama bierze, płytę rozpala, stawia kotły i gotuje zupę. A na noc kładą się i słomy takiej przynoszą z gumna, rozścielają na podłogę i śpią wszyscy. My trzy dziewczynki na piecu. Tatuś ciągle coś robił, mama gotowała obiady. Trudne to było życie, ciężkie życie tu na wsi. Partyzanci zjadali wszystko. I ubranie im dać, i buty. „Waligóra” był, „Grunwald” i „Mrówka”. Szkoda było potem, rozgromili ich, rozstrzelali, powywozili.A „Mrówka” to do naszej Marysi zalecał się: to taki ładny chłopak był. Młodzi byli chłopcy jak szli do partyzantki. Przychodzili, to gdzieś tam tańce otworzą. Zosia taka patefon miała, oni tańczą z nimi tam… A na ranku wszyscy podnoszą się i „Kiedy ranne wstają zorze...” śpiewają. Wstają i tu na podwórko w szereg, tych dwunastu, co nocowali, i śpiewają.
Romualda Kuleszo
Ja byłam jeszcze młoda. Tatuś poszyje polskim partyzanom buty, położy mi do takiego kosza - o, taki kosz pleciony, z taką rączką - ja tak wezmę, a tatuś buty położy do tego kosza. Mama zawiąże mi fartuch na plecy, a ja idę do lasu po jagody. Tatuś mówi: - Idź tą drogą, idź tą drogą, tam, tam.... A ja idę. - Tam ciebie człowiek spotka. A ja idę, myślę: - Ech, a jak spotkają te partyzany, co my ich nie lubimy? Bo jak przyjdą, to wszystko grabią, wszystko, co jest, i nie patrzą, czy kądziel, czy nici do tkania, płótno - wszystko, wszystko zabierają sowieckie partyzany. A te przyjdą, poproszą: - Może wy popierzecie nam? Po polsku mówili. My popierzemy, potem ja to wezmę do koszyka i wyniosę na drogę.
Janina Łojko-Korolewicz
dotyczy także: Partyzanci sowieccy,
Kiedy już Niemcy przyszli, pewnego razu ojciec zawołał mnie i powiedział: — Rower w porządku? Ja mówię: — W porządku. — To wiesz co, bracie? Masz tobie list i wieź do Dagdy. A Dagda to było miasteczko na północy. — Wieź do Dagdy, zajedź do szpitala. Tam jest brodaty doktor, takim a takim nazwiskiem. Oddaj jemu, ale tak, żeby nikt nie widział. Ja byłem ciekawy: — Tato, a kto to taki? — Nie twoja sprawa, musisz milczeć. Tak ja do dzisiejszego dnia nie wiem, czy ojciec był w AK, czy nie.
Jan Masalski
[majątek Wojtkuszki, powiat dryświacki, 1943 rok]A my w konspiracji byli. To bardzo było potajemnie, że nie wiedzieliśmy kolega kolegę. Ot, ja tylko wiedziałem, że mój brat i ten sam Besakirski był, u którego ja byłem, ale on był już starszy, a tak — gdzie, kogo, nikt nic nie wiedział. Besakirski, on mówi: — Wstąpisz do polskiej Armii Krajowej, to w razie potrzeby to już będziemy, nas zawołają. Ja mówię: — Dobrze. I tak my zaciągnięci, i bracia. Czekaliśmy, gdyby już coś wybuchło i zapotrzebowaliby nas. A gdy Rosyja zaszła, to te polskie, część ich zabrano i do Kaługi ich wywieźli, do Kaługi.
Longin Michajłowicz
[Stołowicze]No było parę miesięcy względnego spokoju, a potem, jak mama pracowała już w AK, to już, to już było cały czas na nerwach. Cały dom okrążony tym świeceniem do góry, taki wielki był talerz dziesięciometrowy i bardzo często świecił, tak że aż oświetlało całe niebo. Reflektory jakieś, co świeciły, samoloty. I stała budka, i żołnierz stał, a ja sobie w koszyku - a miałam kosz dość duży - ja byłam mała, ale niosłam sobie na przykład ze 200 paczek papierosów. I sobie wychodziłam. - Do wsi, do wsi? - Tak, tak, do wsi. Że niby idę tam po produkty, potem ze wsi wracam i niosę gdzieś. Nawet dowierzali mi do takiego stopnia, że ja coś niosłam, coś zapisanego, ale z wierzchu tam miałam jakieś parę ziemniaków, coś w tym koszyku. I w domu u nas zawsze było pełno papierosów, jakiejś broni. I w pianinie tak się otwiera z tyłu - tam był dość duży schowek. I tam ten cały schowek był zawsze zapakowany - papierosy, naboje, jakieś rewolwery. Wszystko tego pełno. I ja nie wiem, skąd to się brało, ale wiem, że ja dość często chodziłam na wieś z tym koszykiem i to nosiłam.
Elżbieta Wrzosek