Polska mniejszość poza granicami II RP
[Huta Justynówka, Żytomierszczyzna, lata 20. –30. XX w.]Moja rodzinna wieś nazywała się Huta Justynówka. To była wieś, w której mieszkali prawie sami Polacy. Byli także Ukraińcy, ale przeważnie Polacy. To była prosta, zwyczajna wieś, wydobywali tam kiedyś rudę, stąd nazwa. Miałam tam i wujków, i ciocie, i do dziś mam krewnych. Wieś była w rejonie dowbyskim, czyli marchlewskim. Ludzie tam głód przeżyli, straszny to był głód, tylu ludzi umarło. A teraz w tej wsi można policzyć na palcach domy, w których jeszcze ktoś mieszka.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Żytomierz, Nowy Zawód, Huta Justynówka, lata 30. XX w]Nie wychowywałam się przy rodzicach. Nie miałam jeszcze sześciu lat, gdy mój ojciec był represjonowany. Mama została sama, nas, dzieci, było troje, potem czworo. Po tym, jak ojciec był represjonowany, wyjechaliśmy do Żytomierza, mieszkali tam krewni ojca. Akurat zaczynał się głód. Nie mieliśmy gdzie mieszkać, nie mieliśmy co jeść. Opowiadać o swojej biografii – to aż serce boli. Jedna siostra była już dorosła, więc pojechała gdzieś do pracy, na zarobek. A nas troje młodszych, bo był jeszcze brat urodzony w 1927 roku, mama oddała do domu dziecka. W domu dziecka byliśmy niedługo, siostrę i brata gdzieś wywieźli, siostrę do obwodu połtawskiego, bo potem ją odnaleźliśmy, a brata – nie wiadomo. A mnie zabrała z domu dziecka ciotka, siostra mego ojca. I zamieszkałam u nich, pasłam bydło, pomagałam. Wszystkim się zajmowałam i dzieci pilnowałam. Do szkoły poszłam dopiero, mając dziewięć lat, bo komu było potrzebne posyłać mnie do szkoły – kto by wtedy bydlątka pasł? Ale był tam taki przewodniczący rady wiejskiej, Doładij, on mnie przyuważył i powiedział, żeby mnie dać do szkoły. Poszłam do szkoły, bardzo lubiłam się uczyć i bardzo pilnie się uczyłam. Jak jeszcze nie chodziłam do szkoły, a pasły ze mną dzieci, co chodziły, to ja od nich nauczyłam się czytać i pisać. I kiedy poszłam do szkoły, w pierwszej klasie byłam tylko trzy dni, od razu przenieśli mnie do drugiej.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Żytomierszczyzna]W dzieciństwie mówiliśmy w domu po ukraińsku, oczywiście, dlatego że ten język polski… tylko jeszcze moja mama w tych czasach mówiła po polsku. A już my chodziliśmy do ukraińskich szkół i już ta władza sowiecka się zaczęła, i Polaków zaczęto prześladować. Prześladowali, nie wiem właściwie dlaczego, czego oni od tych Polaków chcieli? Ale ja uważam się za Polkę. W rodzinie ze strony ojca była u nas taka ciocia, ona kiedyś u pana, u Polaka, pracowała jako guwernantka. To ona po polsku wszystko umiała. I taka była schludna, akuratna. Jak zobaczyła dziewczynę, która sama sobie nie umiała zrobić porządku z włosami, to zaraz brała i obcej dziewczynie pomagała się ogarnąć. Ona rozmawiała ze mną tylko po polsku, jak u niej byłam. I była ona, jak to u nas mówią, prawdziwa, zahartowana Polka. Moja mama była Sabina, a tatę mego zwali Wincenty. To też przecież polskie imiona. Zawsze jak gdzieś powiem moje, Marcelona, to pytają: – A co to za imię? Jedna siostra miała na imię Filomena, a druga Paulinka, a brat, ten, co nie żyje, nazywał się Janek. I taka to była nasza rodzina.
Marcelina Baszyńska
[Nowy Zawód, Żytomierszczyzna, lata 30. XX w.]W Nowym Zawodzie bardzo przestrzegano tych polskich obyczajów. To naprawdę była polska wieś, tam mówiono po polsku, było tam polskie technikum. Byli tam księża, kościół bardzo porządny tam był. Księża tam mieszkali, budynek do dzisiaj stoi. I ten kościół jeszcze jest. Dużo ludzi tam wtedy przyjeżdżało do kościoła i z Polski przyjeżdżali, tak, jeszcze w tamtych czasach przyjeżdżali tam ludzie z Polski. Bo to były polskie ziemie, był tam taki Szlender, on był sam z Polski, a tam kupił majątek. To tam ścieżki takie wysadzone choineczkami były w tym majątku, tak pięknie było. Zjeżdżali się ludzie z całego obwodu na msze, jak się odprawiało, to przyjeżdżali i z Pułyn, i z Dowbysza – dużo ludzi przyjeżdżało. I polski język bardzo długo tam przetrwał.
Marcelina Baszyńska
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, lata 20. -30.]U nas we wsi nie było Ukraińców, w ogóle ich nie było. To była polska wieś. Polacy mieszkali w skupiskach, budowali sobie kościół, szkołę, drogi. Była też u nas polska szkoła, chodziłem tam do pierwszych trzech czy czterech klas. A potem już wszystko zamknęli. W szkole oczywiście była bieda, ale na lekcjach nauczyciele mówili tylko po polsku. I podkreślali, ze trzeba znać język polski i język ukraiński, a że byli tam u nas obok Niemcy, to i niemiecki nawet. Mówili, że jeśli będziemy znać więcej języków, to będziemy rozumniejsi.
Narcyz Baszyński
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, lata 20.-30.]Ojciec mój nazywał się Jan Feliksowicz Baszyński, urodzony w roku 1899, aresztowany, rozstrzelany. Mama, Janina Francowna Baszyńska, też Polka. Pochodzili ze wsi Jabłonnne. Był u nas kościół i dzieci uczono języka polskiego, polskich tradycji. I co ciekawe, dbano o nasze nazwisko, Baszyńskich. Taki przykład: byłem jeszcze mały, gdy pojechaliśmy na targ, tata, mama i ja - maminej spódnicy uczepiony. Mama zaszła do Żyda kupować materiał na koszule. Zaszła i zrazu nie było tego materiału, który chciała. Potem przywieźli i ten Żyd mówi: - Pani Baszyńska, proszę wejść, jest ten materiał, co pani chciała. A mama, w związku z tym, że już wydała pieniądze, bo coś innego kupiła w międzyczasie, mówi: - Nie mam pieniędzy, nie mogę już tego u was kupić. A on, ten Żyd, mówi: - Proszę wejść, proszę wejść. Czyja pani jest synowa? - Feliksa Baszyńskiego. - Ooo, to zacni ludzie. Proszę wejść, co pani chciała? - No, chciałam to i to. - Tnij materiał - mówi Żyd do żony. Dali mamie towar: - Proszę wziąć, jak będzie pani miała pieniądze, to mi pani odda. A do żony mówi tak Żyd: - Ci ludzie przyniosą, zobaczysz. Mama poszła, znalazła tatę na rynku, mówi, że tak i tak. Tata dał jej pieniądze i mówi: - Idź, oddaj. A Żyd do żony mówi: - Widzisz, czy nie miałem racji? To uczciwi ludzie.
Narcyz Baszyński
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, lata 20. -30.]Za księdza Jaroszewskiego, jeszcze w moim dzieciństwie, religii uczyła taka Agnieszka, ona była z Polski. Jak przechodził front, to ona została u mojej babci ze strony mamy i potem prowadziła u księdza taką szkółkę niedzielną. Uczyła katechizmu, po polsku rozmawiać, do spowiedzi się przygotowywać, a rozmawiało się u niej tylko po polsku. Dzieci w większości rozumiały po polsku. Bo mieszkali tam ludzie pobożni, nie pijanice. Jak to kiedyś mówili - gospodarze. To oni starali się, jak jeszcze nie była szkoła otwarta, to najmowano nauczycieli, przede wszystkim do polskiego. I rodzice w większości po polsku mówili. Nasi rodzice na przykład mówili po polsku, babcia mówiła po polsku. Ale jak już spotykali się z kimś, to mówili po ukraińsku. Tylko u babci, maminej mamy, Gongały, było surowo: tylko po polsku, dlatego że tam księża bywali. Tam się przychodziło i nikt po ukraińsku nie śmiał mówić, tam języka ukraińskiego nie było, wszystko po polsku. A już w szkole mówili po ukraińsku. Na targu mówili po ukraińsku. Potem nastała sowiecka władza. Przyjeżdżał naczelnik z powiatu i mówił po ukraińsku albo po rosyjsku. U nas pierwszy przewodniczący rady miejskiej to był Rosjanin, były żołnierz armii rosyjskiej, Blok się nazywał. To on zbierał ludzi i mówił po rosyjsku, a tu już wszyscy do niego po ukraińsku. I tak zaczęli uciskać język polski.
Narcyz Baszyński
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Ucieczki Polaków na terytorium II RP z Ukrainy sowieckiej po I wojnie światowej]Wtedy niestrzeżone było. Wtedy jak posłyszeli, że już będzie sowiecka armia na tym miejscu — bo jeszcze niepewność tam była — to ludzie przechodzili wolno na tę stronę polską. I moja babcia, tak mama mówiła i ojciec, wzięła — ich było pięcioro — tych czworo wzięła, a tę mamę ostatnią u cioci zostawiła. A u cioci nie było dzieci i mówi: — Zostaw póki co, a my następnym razem przejdziemy. I oni przeszli. Ludzi bardzo dużo przechodziło rzekę na polską stronę. Był słuch, że przyjdzie taka władza, że będzie niszczyć ludzi. I ludzie uciekali przez rzekę w nocy.
Jadwiga Bobrowa
Krasław, to takie ciche miasteczko było. Wierzących ludzi tam dużo, dużo było Polaków. Do kościoła nie miałam prawa tam chodzić, przyjeżdżałam do miasta, do Dyneburga. A tam, w kościele, tyle było ludzi! Ja zostawałam w niedzielę, to widziałam - tam ludzie szli, szli i szli.Nie mogłam chodzić do kościoła, bo nie pozwolono - taki ateizm straszny był. I w szkole było dużo takich ateistek nauczycielek. A to miasto nieduże. Co krok zrobisz, to wszyscy wiedzą. Mnie się zdaje, że tam dzieci stały przy kościele i nauczyciele rejestrowali, kto idzie, kto z uczniów idzie do kościoła. O tak! To były takie same straszna lata. Nauczycieli, to chyba z pracy zwalniali nawet. Nie pamiętam takiego wypadku, ale mówiono, że tak się robi. I tu też to samo było. Kiedy w szkole pracowałam, my z rodzinami, z rodzicami, z dziećmi wyjeżdżaliśmy. Tam, gdzieś na wieś. Później do Ławkies, a na początku, to na Litwę, do Zarasai, potem dalej (tam Utena, takie miasto). I jeszcze tam, na tej drodze, Swienczonis. Samochód mieliśmy i z dziećmi jeździli. Może nie każda niedziela, ale tak.
Gertruda Chrzanowicz
dotyczy także: Codzienność powojenna,
[Stara Krasnoszora, lata 30.]Na Boże Narodzenie, jak Pan Jezus się narodził, stajenka taka była, ja byłam aniołem, a chłopcy byli czortami, na czarno przebrani, różki, język czerwony. A moja siostra była mała, to ona była za Pana Jezusa. Była Maryja i Józef. Po rumuńsku też uczyliśmy się. Jak po polsku było "Jeszcze Polska nie zginęła", to było też po rumuńsku. Rano, jak do szkoły przyszliśmy, pomodliliśmy się "Ojcze nasz" i "Jeszcze Polska nie zginęła" jedną zwrotkę, i po rumuńsku też jedną zwrotkę. To każdy dzień. Ksiądz na religię przychodził w sobotę i w poniedziałek. Religia w sobotę była od 9.00 do 10.00, a w poniedziałek była od 11.00 do 12.00. Tak każdy tydzień.
Ewa Drozdek - Korablowa
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Stara Krasnoszora, lata 30., 40. i współcześnie]Niemców było więcej, Polaków mało. Do Polski, jak teraz odjechali, to nie jechało pięć familii: Drozdki, Lechockie, Zielińskie, Zielonki i Derczyki. Do kościoła chodzili. I Niemcy chodzili, i Polaki. Modlili się. Pół mszy było po polsku, pół po niemiecku. Potem, jak śpiewali na wejście do kościoła, to my zaśpiewali jedną zwrotkę, i Niemcy po niemiecku śpiewali. A bywało, że jak śpiewali, to my po niemiecku z nimi, a oni po polsku z nami się godzili. Księża byli dwaj, jeden po niemiecku mówił, a jeden po polsku. To był nasz ksiądz Jan, ksiądz Mościcki. On zmarł, a ja go zapamiętałam. Obok miejsca, gdzie nasz kościół, była plebania. Ale ona spaliła się, i wszystko spaliło się. Cała wioska leciała i bronili, i straż pożarna była, i wszystko zgorzało, rozbiło się. A teraz mówią, że coś mają robić, budować. Dom Polski mają budować, tak ksiądz nam mówił, ale to z Polski ma być.
Ewa Drozdek - Korablowa
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Stara Krasnoszora, lata 30.]To była rumuńska szkoła, to tam chodzili Niemcy i Rumunii. A polska szkoła była z drugiego boku, oni ją rozbili. Nie była duża. Jedna klasa była. Ławki były, dwie strony. Tu była tablica z przodku i stół, tam nauczycielka siedziała. Z dużych klas tutaj siedzieli, czwarta, piąta i szósta. A z drugiego boku trzecia. Cztery klasy razem się uczyły. Z tego boku dwie klasy i z tej strony dwie klasy. Deska na dwie podzielona. Ciężko było. Waleria Tuszyńska była nauczycielką i Olga Łopatyńska, Siejdak Józef był. A pierwsza klasa, jak my chodziliśmy, to nie było zeszytu i ołówka nie było. Tabliczka była i gwóźdź, taki ołówek. Jak chcieli go natoczyć, to na kamieniu. Pierwszy raz pisaliśmy linijki, kreski, krzyżyk, a potem "u", "a", i to na tabliczce. Z tej strony były linijki, a z drugiej kratki dla matematyki. To pierwsze klasy tak chodziliśmy, trzy, cztery miesiące. A potem dali zeszyt i ołówki. Czytaliśmy po polsku i historia była, o Adamie Mickiewiczu tam było. Dyktando było polskie. Jeszcze historia była, geografia była. Co było po rumuńsku, to i po polsku było. Po połowie.
Ewa Drozdek - Korablowa
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
IV. Represje stalinowskie w Związku Sowieckim w latach 30. [Kamionka, lata 30.]I taki czas przyszedł, jeszcze do wojny było, że zabierali wszystkich Polaków mężczyznów. Przyszli w nocy do nas: „Sobirajte sia”. A mama już wiedziała, bo to w drugich wsiach brali już mężczyzny, to mama bardzo zaczęła płakać. Mnie było siedem lat, a siostra starsza, brat starszy. A mama chorowała sercem. Mama bardzo płakała. Jak już oni poszli, mama mówi do nas: „Klękajmy dzieci, módlmy się Bogu... My już ojca na pewno nie zobaczymy”. My pomodlili się Bogu, zaczęło rozwidniać się. Taka była we wsi rada – sielsowiet. Mama poszła tam, tam już pełna maszyna tych mężczyznów, na maszynie już gdzieś ich odprawiać mieli. A tatko mój klęknął na kolana na tej maszynie i mówi: „Pilnuj dzieci, proszę cię. Wrócę się, ciebie nie zapomnę całe życie. Tylko pilnuj dzieci”. Jak już jego zabrali, powieźli, przeszło tydzień, powiedzieli, że ich w tiurmy pozabierali. To jak już powiedzieli, że można coś w domu szykować, zanieść, to zbierali się, po siedem, osiem, dziesięć kobiet – i szli piechotą tam. Po sześćdziesiąt kilometrów. To przyjdą tam, to oni przyjmą co mama przyniesie, chleb, słoninę, czy co tam... To trza poczekać, bo tam kolejka, bardzo dużo ludzi idzie, wszystkie chcą coś oddać, bo wiedzą, że głodne. To mama już wsiada, już zbierają się do domu. A czasem mówiła, że wyprowadzili ich, tatko taki zmęczony, głodny... I bili ich jeszcze. Jak przynieśli koszuli, to wszystka w krwi. I takie wszy, o – takie wszy. Brały się od tego głodu, brudu. Jak mama przyniosła te bielizny, to trzeba gotować w kuchni i parzyć. Kobiety cały rok chodziły, powiedzieli im później, że ich już odwieźli w drugie miasto. I tak my tego tatka nie doczekali się, nie doczekali się... Gospodarkę zabrali, zabrali krowy, zabrali świnie, konie, ziemię i wszystko. Jak żyć? Nie ma nic. Poduszki pozabierali, wszystko. Jak my biedowali... Jeść nie było co.
Feliksa Frankowska
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Kamionka, lata 30.; życie na granicy sowieckiej z II RP]Nam nie można było nawet obrócić się w tę stronę. My tam idziemy odgarnąć siano, Polaki machają do nas: „A czego wy nie mówicie? A czego wy nie chcecie?”. Oni wołają wszystko, my rozumiemy, nie to że nie rozumiemy. Oj, to było ciężkie życie. Później, już jak Niemcy zaszli, to już my poszli do nich. Już nie było tej granicy. To jeszcze tatka brat był jeden i jego troje dzieci było, i drugi brat był, dwoje dzieci miał. A jeden był, może piętnaście kilometrów od nas, u niego też było troje dzieci – trzy córki. Jak już tutaj my przeszli, to nam było lepiej. Nam już pomagali chlebem i my chodzili z bratem do tego wujaszka, żeby dali. Brat pomagał tam na snopach, kartofli wybierali, buraki wybierali i sadek był wielki. Jak my pokończyliśmy te roboty, tam my u nich spali.
Feliksa Frankowska
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
[Lipiny, Ukraina, lata 30.]Szkoła była zbudowana jeszcze do radzieckiej władzy, to stara szkoła była. Nauczyciel był Polak, nasz, katolik, nie z Polski, ale nasz. W 1936 roku chyba zakryli tę szkołę, została ukraińską szkołą. Dużo było dzieci, na 100 chat była ta szkoła. Siostra mojej żony też jest z 1927 roku, to razem chodziliśmy do szkoły. Ja pamiętam, książka była, napisane było... Taki chłopiec idzie do szkoły, z torebeczką przez plecy, i w dole napisane było: "Dzisiaj znów do szkoły przyszedł, spóźnił się i wcześniej wyszedł". Po polsku było napisane, i ja pamiętam do tego czasu. Teraz już nie ma tej szkoły, zawaliła się. Zresztą na wsi też już prawie nikogo nie ma, może 50 osób zostało na całą wieś. A nauczyciel wtedy zabrali, zabili.
Stanisław Gorodecki
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Wojciełowo k. Indry, lata 20.-30.]Rachują, że 1918 roku przyszła Łotwa, ale faktycznie to oni nie znali. Żyli, pracowali i co oni znali, że to już oddane Łotwie? Mamusia wyszła za mąż w 1920 roku, to jeszcze można było przez granicę przejść do Rosyji. Tam jeszcze nic nie było, więc tylko w dokumentach się rachuje. Mamusi siostra rodzona wyszła za mąż wtedy też, w 1920 roku, i ona żyła w Rosyji, a my żyli w Łotwie. I kiedy się odkryła granica, w 1940 roku, to ona przyszła piechotą do nas - to było osiem kilometrów tylko - i my przestraszyli się. Wujek wykopywał doły koło chlewa i mówi: - A co ty? A to jego rodzona siostra była. I on splunął, bo myślał, że z tamtego świata przyszła. Od tego 1920 roku do 1940 roku oni znać nie dali. Nie mogli nic, im tam tak strasznie było. To u nas tego nie było. Mówiła, że chodzili takie politruki i patrzali - jeżeli jest z listy, to tych ludzi wywozili. A jak zaczęła się u nich ta kolektywizacja, to cioci mąż z głodu umarł. Wszystko im odebrali i ludzie umierali z głodu. Strach, co tam było.
Weronika Grundane
[Wojciełowo k. Indry, lata 20.]Ziemię trzeba było rozdzielić. W gminie robili gdzie, w którym miejscu. A u ojca był znajomy, on był taki dobry. I trzeba było wybrać. Zrobiono takie bilety i tam napisane, jaki futor: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty i wszystko. Z początku było dalej od miasta i brali, gdzie dali. I ojciec już chciał brać ten numer, a tam jemu jedna pokazała, że siedź. A potem, jak już koło Indry dawali, dwa kilometry - a to wiele znaczy przecież, bo szkoła na miejscu, a wcześniej trzeba było dziesięć kilometrów chodzić - to wtedy ojciec wyciągnął ten piętnasty numer. I na ziemię patrzali, jaka. A tu bardzo dobra ziemia, bo to była majątkowa ziemia, majątek dzielili. A przy Łotwie majątków też nie było, takich bogatych nie było. I komu nie ma ziemi, dawali z tego. Ziemia bardzo dobra, rzeczka w dole.
Weronika Grundane
[Indra, lata 20.-30.]W Indrze balbinowska parafia była i tam ksiądz Gajlewicz był. To ja chodziłam tam, bo tam dwa kilometry. Nabożeństwa po polsku się odbywały. Tam po łotewsku ni słowa nie było. A potem przyszedł ksiądz, Łotysz, ale on po łotewsku nie mówił nawet kazania, bo tam nie ma komu. Tam Łotyszy wcale nie było. Pogranicznik był Łotysz, aptekarz był Łotysz, ale on luteranin był, i policyjski był, ale to prawosławny albo starowier. Tam Białorusy byli. I w szkole wszystkie dzieci to Białorusy. Oni rozmawiali po białorusku. Po mojemu, w całej parafii nie wiem, czy był jaki jeden Polak? A może było kilku Polaków, ale wszyscy modlili się w kościele po polsku. Książeczki byli tylko polskie - łotewskich nie było. No, msza święta była po latynie i ksiądz stał w tamtą stronę ołtarza. Ksiądz Gajlewicz uczył po polsku, czasem tylko piosenki śpiewał po białorusku.
Weronika Grundane
[Połonne, 1934]Ja urodziłam się w październiku 1934 roku. U nas w chmielnickim obwodzie jest miasto Połonne. Tam był kościół. Jego już wtedy zamknęli, ale mnie tam potajemnie ochrzczono. Kościół Sowieci już zamknęli, księdzu nie pozwalali nic robić. Ale moja babcia Stasia, mama mamy, wzięła mnie, gdy miałam miesiąc i pojechała do niego. Ksiądz otworzył kościół, mimo że już nie wolno było tego robić – i mnie tam ochrzcił. Moją matką chrzestną została babcia Stanisława, a ojcem chrzestnym miejscowy organista.
Maria Jaworska
Dziadunio Chorążewski miał siedem i pół hektara. Dobre gospodarstwo, taki mocny był gospodarz. Jego dzieci pracowały na fabryce, tak, że żyli nieźle. Ale to wszystko zabrali mu, jego wypędzili z chaty, na ulice wyrzucony był. Jedno, że nie zabrali go do Syberii, tylko dzięki temu, że kiedyś w czasach rewolucji to różne tutaj władze zmieniały się. Byli czerwoni, biali, byli zieloni, to petlurowcy. I przyszli petlurowcy. Zagnali do stodoły wszystkich Żydów, zebrali ludzi ze wsi i powiedzieli, żeby oni zabili ich pałkami. A dziadunio mój był sołtysem i wyszedł on naprzód. Już z pałkami ludzie zebrali się, ludzie swoje, i już oni będą zabijać, a ichnie wszystko zabierać sobie. I on powiedział: - Ludzie, co wy robicie? Opamiętajcie się! Dzisiaj petlurowcy, jutro przyjdą komunisty. I tak z wami to wszystko będzie. Mówił, żeby człowiek myślał głową, a nie emocjami. I taka cisza stała się. Później jeden rzucił tę pałkę, drugi, rozeszli się, otworzyli tę stodołę. Ci mężczyźni Żydzi wszyscy wyszli, poszli po domach. To jak Żydzi przyszli do władzy, jak dziadunio posadzony był na furę, żeby wywozić jego na stację do Sybiru z rodziną, to nie dali jego, powiedzieli: - Nie. On dobry człowiek. On nas i nasze dzieci od śmierci uratował.
Czesław Karpiński
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30., Żydzi i Zagłada,
[Panka koło Storożyńca, obecna Rumunia] Nie mówiła ja po polsku. Mama nie mówiła po polsku. Mama po niemiecku znała. U nas nikt nie rozmawiał po polsku. Z kim ona miała rozmawiać? I nas nie nauczyła. My już chodzili do szkoły i tam my się nauczyli. Siedem klas ja chodziła do klasy polskiej tutaj, w tym budynku. Byli nauczyciele: Wanda Andruchowycz, Władysław Sidak, Tuczyńska. Klasy pierwsze i klasy drugie razem nie byli, a te pozostałe razem wszystkie byli: trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy. Razem byli i jeden nauczyciel był. Z Polski byli nauczyciele. A potem jeszcze godzina była po rumuńsku.
Albina Kaziuk
[Rzeżyca (Rēzekne), lata 20. i 30.]W Rēzekne w Zielone Świątki w każdym domu pachniało brzózką. Stawiało się takie dzbany keramiczne, to jest gliniane, z wodą, i stawiało się brzózki aż do sufitu po obu stronach drzwi domu. Na podwórko, zależy co gdzie było u kogo. Jeśli w dużych miastach to było, to jeszcze inaczej. Ale wszędzie pachniało taką świeżą wiosną, świeżą brzozą, cudownie! Co roku były dożynki. To wprowadził, jak był, Ulmanis, to znaczy na Łotwie ten najlepszy, jak się dotąd liczy, gospodarz Łotwy. Wprowadzone były dożynki co roku. Po jesieni były naznaczone w którymś z miast Łotwy. Wszyscy zjeżdżają się, kto ma się czym pochwalić. To bardzo ważne było.
Waleria Korolowa
[Łatgalia, druga połowa lat 30.]Zaczęły się takie czasy, podobne trochę jak tutaj, że jeśli, powiedzmy, rzemieślnicy nie umieli rozmawiać po łotewsku, to klienci mogli odwrócić się i odejść. Powiedzmy, jeśli przyszedł zamawiać Łotysz. Ale to już 1937, 1938, 1939 rok. Chodziło o język łotewski, żeby zmusić wszystkich rozmawiać po łotewsku. A szczególnie w Łatgalii wschodniej nie rozmawiali —mówili po żydowsku, mówili po polsku, mówili i w innych językach i nie było w tym potrzeby. Mało tego, co jeszcze zrobili? W Dyneburgu zamknęli, zlikwidowali polskie gimnazjum. To jest w mieście, gdzie najwięcej Polaków! I wtedy z Dyneburga musieli przyjeżdżać do Rzeżycy uczyć się. Trzeba było bursę otwierać specjalną, bo dzieci musiały tu mieszkać, albo musieli rezygnować, jeśli nie stać było rodziców. I następny krok był —zlikwidowali gimnazjum w Liepāji. Tak, że tak słodko nie było nam, Polakom, ani tak dobrze.
Waleria Korolowa
[Grzywa k. Dyneburga, lata 30.]Na Grzywie kościół był i teraz jest. Ja chrzczona na Grzywie. Kościołowi więcej niż sto lat. W czasie Łotwy msza polska i litewska, łotewskiej nie było. A litewska za to, że tu Litwa blisko i dużo Litwinów. Tutaj nie było Łotyszów, na Grzywie nie było Łotyszów. Byli tylko starowiery. U nich jest swoja malenna. Prawosławnych było bardzo mało, ale też cerkiew była tutaj, jest ona i teraz.
Sabina Lielaus
dotyczy także: Żydzi i Zagłada,
[Żytomierz, lata 30. i obecne] Mama wiedziała język polski, wszystko, ale jak dookoła wszystko było ukraińskie, trzeba było i tak rozmawiać, i tak. Mama uczyła nas, my wiedzieli język, ale dogadywali się tak, jak inni ludzie. Nie powiem Ukraińcowi po polsku, bo co on będzie rozumiał? W naszym kościele po polsku co teraz rozumieją ludzie? Tylko po ukraińsku. A kiedyś po ukraińsku w kościele, to dla mnie było coś strasznego! A teraz wszystko po ukraińsku. Nawet dzieci uczą po ukraińsku Ojcze nasz! A toż ja nie wiem, jak to! Dla mnie to tragedia! Ja była chora, przyszedł ksiądz do domu: – Sława Isusu Chrystu. Ja mówię: – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. – A, to już polszczyzna. – Tak, tak proszę księdza, to już polszczyzna. Ja może nie posiadam tak swój język, jak by trzeba było posiadać, ale ja swoje dzieci tak uczę. Ale wstydzą się. Helena moja to jeszcze nie, a Aniela wszystko rozumie, ale jak będziesz ją pytać po polsku, ona będzie odpowiadać po rosyjsku. Poszłam w pierwszy piątek do spowiedzi – ksiądz Władysław Sławiński, nawet doktorat kończył na prawie – ja do niego mówię po polsku, on do mnie po ukraińsku, odpowiada mnie po ukraińsku. Mnie się zdaje tak, że jeżeli ktoś mówi po ukraińsku, to po ukraińsku. Jeżeli ktoś zwraca się po polsku, to po polsku.
Jadwiga Matwiejczuk
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
W tysiąc osiemset którymś tam roku zaczęły się migracje ludności z obwodu tomskiego w to miejsce. Rząd carski decydował o przesiedleniach. Tam, na Zachodzie, zabrakło ziemi, więc kazano przesiedlić wszystkich tutaj. W obwodzie tomskim mieszkało wielu Polaków. Mój dziadek pochodził z okolic Wilna czy Grodna, dokładnie nie wiem. Przywiózł z Tomska tutaj, na Ałtaj, swoją rodzinę. Babcia już nie żyła, dziadek przyjechał z piątką dzieci. Cała piątka się tu wychowała, założyli rodziny. Wraz z dziadkiem i dziećmi przyjechał tu ksiądz, by pomóc im się urządzić. Później przyjeżdżał co jakiś czas.Mnie ochrzczono w 1928 roku. Nie było kościoła, ale zebrano nas, dzieci, i ochrzczono. Ksiądz przyjechał, ochrzcił nas, pomieszkał kilka dni i odjechał. W 1934 lub 1935 roku pojechałem z ojcem na grób dziadka, znajdowała się tam niewielka kapliczka. Za życia ojciec pilnował tego, by obchodzić święta katolickie, później zajęła się tym siostra. Po 1937 roku religia była zwalczana, żadnej nie uznawano, nawet Tatarom zamknięto meczet. Tylko jedna cerkiew została, przed wojną była zamknięta, ale na czas wojny ją otworzono. Stały dwie cerkwie - z jednej po wojnie zrobiono przedszkole, a drugą zburzono.Moi rodzice rozmawiali bezbłędnie i po polsku, i po rosyjsku. Ja po polsku potrafię powiedzieć "Matka Boska" i "psiakrew" - więcej nic.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Tożsamość narodowa,
Tutaj na Żytomierszczyźnie było bardzo dużo Polaków. I tam, skąd pochodziła moja mama, we wsi Zarzecze, w rejonie korosteńskim, tam byli sami Polacy. I do dzisiaj tam mieszkają. Był tam kościół, do którego moja mama w dzieciństwie chodziła. Stoi tam nadal, ale kopułę zwalono i zrobiono tam jakiś dom dziecka. Nikt się o niego nie upomina, bo Polaków tam już nie ma. Zostały mamine siostry, mają po 90 lat, ponad 90, a tak - wszyscy się rozjechali. Młodzi porozjeżdżali się po miastach. Ale było tam bardzo dużo Polaków. Urodzili się tam wszyscy moi dziadkowie i pradziadkowie, bo przecież kiedyś to były polskie ziemie, a potem ci Polacy, co pojechali do Polski, to pojechali, a ci, którzy zostali, to zostali na dobre, i tak z pokolenia na pokolenie. Mamy ojca brat, wujek, był zesłany razem z babcią. Rodzony brat mamy, Adolf, też był skazany i wysłany aż nad Morze Ochockie, gdzieś tam, daleko, i tam ze statku zmyło do morza wszystkich więźniów, i zginął. Potem jeszcze jeden brat mamy, Józek, uciekł do Polski, zdążył. Walczył podczas wojny i w jakimś tam mieście rozstrzelali polskich oficerów - to on był między nimi, został rozstrzelany na Ukrainie jako polski oficer. Mamy siostrę, Teofilę, zesłali do Kazachstanu, i tam zmarła, żyje tam jeszcze jej córka. A syn wyjechał do Polski. Cała nasza rodzina, wszyscy byli represjonowani, wszyscy co do jednego. W czasie wojny nie było u nas ani jednego mężczyzny, którego można by wziąć na front. A z taty strony ta sama historia.
Jadwiga Sołowej
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Ukraińska SRR, rejon Malin, lata 30.]Mój dziadek, Feliks, i babcia też zostali zesłani. Babcia wróciła, a on już, biedny, nie. O dziadku mówili, że wcześniej służył u pana, u nas tak się mówiło, "pan", nie wiem, jak to było naprawdę, "pan", "hrabia" był w każdym razie. I dziadek był u niego rządcą. Mama opowiadała, że dziadek był do tego stopnia akuratny, porządny, że nigdzie nie było ani pyłka. Mówiła, że pracował tak, że nigdy go w domu nie widzieli, wychodził, gdy dzieci spały, i przychodził, gdy dzieci spały. Był bardzo porządny, uczciwy, i bardzo lubił go pan, u którego służył.
Jadwiga Sołowej
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Ukraińska SRR, rejon Malin, lata 40.]Mama piekła czasem babkę, a tak nie było świąt religijnych. Mama nauczyła nas co prawda modlić się po polsku, pamiętam to z dzieciństwa. Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga - o te modlitwy znam od samego dzieciństwa. Matka nauczyła mnie tego i sama czasem się modliła. Widziałam, że czasem wieczorem się modliła. Miała różaniec, leżał w szafie. I moje dzieci też nauczyła modlić się po polsku, też te trzy modlitwy. A tak - nie obchodziliśmy świąt katolickich, bo mieszkaliśmy w ukraińskiej wsi, gdzie nie było żadnego Polaka, absolutnie. Mama była jedna jedyna, samiusieńka.
Jadwiga Sołowej
dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Ryga, 1939–46]W wieku ośmiu lat, w roku 1939, zacząłem chodzić do szkoły polskiej, a dokładnie to była polska szkoła podstawowa nr 5 w Rydze. I po roku już zaszły zmiany, bo przyszły do nas Sowiety i Łotwa była dołączona do Związku Radzieckiego. Dali nam nowe pomieszczenie dla szkoły. Przemieścili nas. Tam się uczyłem rok, bo w roku 1941 zaczęła się dla nas wojna, bo Niemcy napadli na Związek Radziecki. W tym okresie Niemcy zamknęli naszą szkołę polską i edukacji polskiej nie było na Łotwie aż do roku 1943, kiedy to udało się otworzyć szkołę polską. Była otworzona, ale z takimi ograniczeniami, że uczniów przyjmowali do lat 14 i program był tylko do klasy czwartej. Oczywiście, nauczyciele sabotowali to zarządzenie, bo uczniowie mieli u nas po 16–18 lat... A program nauczania był wyższy niż na poziomie klasy czwartej. Kiedy fronty już podchodziły do Łotwy, to szkoła znów była zamknięta i do końca wojny szkoły polskiej w Rydze nie było. W 1946 roku znów była otworzona szkoła polska. To już była pełna szkoła średnia i nazywała się oficjalnie średnia szkoła ryska nr 12.
Leon Spałwis
dotyczy także: Tożsamość narodowa,
[Dobrohlany, lata 30.]Tam mieszkali w tej wsi Polaki, policja była, pan Kutula to był dziedzic. Nauczycielka z Rychcic przychodziła. Nauczyciel, pan Beremulek, dyrektor szkoły – też Polak był. Myśmy się normalnie uczyli, tak jak Polaki się uczą. Do kościółka na Wielkanoc ksiądz przyjeżdżał nam święcić. Do komunii świętej, do bierzmowania – to myśmy do Rychcic chodzili. Później jak myśmy podrośli trochę, to myśmy chodzili tak ze sześć kilometrów do kościoła. I pan komendant policji swoje dziewczynki brał, jedna była mniejsza, to ją brał na barana – i myśmy tak szli, szli i doszliśmy tam, gdzie był lasek sosnowy posadzony. Tam też folwark był, to myśmy tam też wypoczywali. A jak wyszliśmy z kościoła, to znowu my szli kawałek i znowu w tym lasku odpoczęli, coś przekąsili i do domu szliśmy.
Helena Sywak
[Prykordonna Ułaszanka, pow. Sławucki, lata 30.] W 1919 roku już zakryła się granica Polski. To my popadli tak, że mieszkanie nasze popadło do Ukrainy, a stodoła, chlewy, to wszystko do Polski. To zrobili tak, że gdyby nasze mieszkanie popadło do Polski, to byliby my u Polszczy, a tak - zrobili poza naszym wszystkim granicę i my żyli tam do 1933 roku. Zrobili u nas zastawy, gdzie ochraniali granicę. W naszym mieszkaniu - duże mieszkanie było - była zastawa. I żył u nas naczelnik zastawy, w naszym mieszkaniu, z żoną i dziećmi. U nas brat Marian był, pasł konie, i te konie poszły w szkodę w żyto. On zasnął i poszły konie, szkodę zrobiły. Ojciec mówi do niego: - Ja tobie dam! Ja tobie pokażę! A mamy rodzice i bracia - to wcześniej jedna ziemia była i gospodarstwo - oni popadli do Polski, a my popadli do Ukrainy. Marian myśli: - Pójdę do wujka i tam troszku pobędę, godzinę, dwie. Potem przyjdę, tatkowi złość przejdzie, nie będzie bić. Jak on tam poszedł, to nie wolno mu było tam zostać. NKWD zabrało mamę. Mama siedziała 6 miesięcy, zabrali do tiurmy, i mama 3 miesiące siedziała w tej tiurmie za to, że my szpiony. Jakby nie ten naczelnik zastawy u nas był, to ja nie wiem gdzie by nas wywieźli. Mamę on zabrał stamtąd, ten naczelnik, z turmy.
Czesława Tyska
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Prykordonna Ułaszanka, pow. Sławucki, lata 30.] Granica między Polską i Ukrainą wyglądała tak: metrów sześć, może i więcej, nie wiem. Tak zrobiono, że równo, równo wszystko - taka ziemia była wygładzona, że jak kot czy pies przejdzie, widać było skąd idzie, czy poszedł on do Polski, czy z Polski na Ukrainę. To wszystko było widać. Jak śnieg, to też tak równo - po śniegu widać było i po ziemi. Nie było ni chwastów, taka czysta ziemia. Im dawali takie miejsce, że oglądali, żeby było tak czysto, ładnie. Tam nikt nie mógł iść, tylko pograniczniki tam chodzili. Ponad granicą taka ścieżka była, i chodzili. Każdy raz chodzili po kilometrze, czy po wielu. Była ochrana. A od Polski nikogo nie było.
Czesława Tyska
A u ludzi jeszcze gorzej było tam w Białorusi, co przed wojną była sowiecka. Pamiętam, że maszynkę do szycia na plecach przyniosła kobieta aż z Witebska. I tutaj zamieniła ją na krowę, a tę krowę aż do Witebska prowadziła. Takie było jej życie. U nas to chociaż jeszcze mieli gospodarze jakieś krówki, po dwie i więcej mieli. Przed wojną nikt u nas nic nie wiedział, nic pojęcia nie mieli. Opowiadali ci, którzy żyli przy granicy, nad rzeką Dźwiną, jak to rodzina i krewni byli rozłączeni przez rzekę. To ci z Polski, po polskiej stronie, to mogli rozmawiać i prosili, przez rzekę krzyczeli, żeby cokolwiek tamci odpowiedzieli. Ale tamci, broń Boże, nawet słóweczka nie odpowiadali. Wszędzie pogranicznicy siedzieli po drugiej stronie rzeki.
Eugeniusz Wierzbicki
dotyczy także: Kresy przed 1939 rokiem, Codzienność powojenna,
[Kołybajiwka, lata 30]Ojciec był szewcem. Stryjowie ojca byli majstrami, robili w mieście fajertony [wozy]. Dali ojcu taki fajerton. Byli takie fajertony, że jedne były odkryte, inne zakryte. Ładna kolaska, para koni, do kościoła się jechało. A takie wozy do pracy były w domu. Zimą wozili, i latem też. Ojciec miał pola 6 hektarów. Kołchoz wszystko zabrał. Po śmierci ojca mama jeden rok potrzymała, a potem zabrali wszystko. Ziemię zabrali w 1932 roku, a w 1933 roku był głód, bo zabrali wszystko. I nam też dostało się, bo chleb też zabierali. Chodzili nawet po mieszkaniu, po pokojach. i szukali, co było. Z bronią przychodzili, przyjeżdżali z miasta po dwoje, po czworo. Chodzili, ludzie bali się. Wymiatali wszystko. Co zostawało do jedzenia? Nic, w ziemi zakopywaliśmy, co zakopaliśmy, to było. Była taka maszynka mięsna. Przekręcaliśmy i tam ziarno zmieliliśmy, i kaszę gotowaliśmy. Mama gotowała dla nas wszystkich.
Rafaela Wróblewska
dotyczy także: Wielki Głód na Ukrainie,
[Kołybajiwka, lata 30]Te Janczyki [dawniej Kołybajiwka] to małe były. To wszystko dokoła, to była nasza wieś. Ta droga nazywała się Drużecka, kiedyś była Lenina. Tam była kniazini Drużecka, tam było pole przy drodze, żadnej chatki. Tam gdzie teraz kościół stoi, szpital, kantor, to wszystko był plac, tam stało ziarno kniazini. Jak kniazini uciekała, to wszystko zostawiła i wszystko zabrał kołchoz. U nas w wiosce nie było Żydów, tylko Polacy i trochę Ukraińców. To oni kołchoz zrobili, pod ich władzą był. Oni naczelnikami byli. Z miasta do nich przyjeżdżali, a potem do wioski z drugiej przyprowadzili, pełno ludzi, Ukraińców. Jak wróciliśmy z Kazachstanu, to było pełno ludzi. Ale zabudowy nowej nie było. W naszych chatach oni mieszkali.
Rafaela Wróblewska
dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Kopyl — zabór rosyjski, okres przed 1918 rokiem] Dziadek mój był dworanin, miał herb i niewielki majątek, a ojciec był prosty, zwyczajny szlachcic. Dziadek był arendarzem, dzierżawił majątki, więc nie żył ze swojej ziemi. A gospodarzem był dobrym, ale dzierżawca zawsze zależy od właściciela, a charakter dziadkowy był taki, że zawsze mówił prawdę w oczy, co właścicielom nie bardzo się podobało i tak jemu często przychodziło zmieniać miejsce, gdzie pracował. Dziadek marzył, żeby kupić choć niedużo, ale swojej ziemi. On był katolik, Polak, a w carskiej Rosji nie miał prawa wziąć w banku kredyt — Polakom nie dawali. W końcu jego bardzo dobry znajomy, Bielorus, wziął na swoje imię kredyt i dziadek kupił 20 hektarów ładnej ziemi blisko miasteczka Kopyl. Bardzo ładny to był chutor, gdzie my nastali.
Helena Żyszkiewicz