Wojna sowiecko - niemiecka
[Żytomierz, 1944–45]W szpitalu frontowym było ciężko, to była wojna, a my – takie młode dziewczyny, sanitariusze też. Przywozili nam z frontu rannych, a my ich rozbierałyśmy, bandażowałyśmy, myłyśmy – to była praca straszna, nie można było na to patrzeć, serce pękało. Proszę sobie wyobrazić, ranny człowiek, jeszcze go rozebrać, bo to noga przestrzelona, to ręka, to odłamki gdzieś jeszcze siedzą. Przywozili ich prosto z frontu, a my ich przygotowywałyśmy do operacji. Ciężko było, trzeba było tego żołnierza podnieść, nie było siły. Ale jakoś wychodziło, życie nas zmuszało, trzeba było pracować.
Marcelina Baszyńska
[Żytomierz, 1943]Zaraz przed Nowym Rokiem było wyzwolenie. Mieszkaliśmy tu w centrum. Wyszłam akurat do swojej koleżanki. Zrobiło się w mieście cicho, nikogo, niczego, a wcześniej samochody jeździły, ci Niemcy wszędzie, bo to koło kościoła było, a tam były koszary niemieckie. I na podwórko zajechali do nas Niemcy na tankietkach, stanęli, zaszli do nas do domu, kazali sobie przynieść wody do mycia. Wracali skądś spod Kijowa. I też byli już tacy zmęczeni, nie tacy jak wtedy, gdy tu przyszli, z takim szykiem. A już teraz byli brudni i kazali sobie nosić wodę, że to oni myć się będą. Poszłam, dwa razy im tej wody przyniosłam i myślę sobie: – Ja będę im jeszcze wodę nosić, żeby się myli! Niech idą sobie pod kran. Rzuciłam te wiadra i uciekłam. I rano już tych ich tankietek nie było. Został tylko jeden pijany oficer, strasznie pijany, zaczął się do mnie czepiać, chciał do mnie strzelać. I drugi taki, młody Niemiaszek. Ja skoczyłam do domu, a on mówi: – Uciekaj, bo on ciebie i tak zastrzeli. Jeszcze pomógł mi przez okno z naszego domu uciec. A okno wychodziło na drugie podwórze, ja uciekłam i schowałam się. Przychodzę rano do domu, ich już nie ma. I widać, musieli oni zaspać, bo przyjechali na plac w Żytomierzu później i już ich zastrzelili, bo już nasi tam byli.
Marcelina Baszyńska
Jak szli Ruskie na Germanię, z Rosji szli, to jedni u nas dwa tygodnie stajali. Jeszcze ojciec żył, to było w czterdziestym czwartym, gdy tak szli i u nas stajali. I jeden oficer tak mnie spodobał, że prosił ojca mojego, żeby się rozpisać, żebym ja za mąż za niego wyszła. A ojciec kazał: - Ty idziesz na front i chcesz, żeby córka moja z tobą rozpisała się? A nie wiadomo, czy ty wierny jesteś, czy nie... Jak będziesz żył, zachcesz, tu przyjedziesz, wtedy będziem baczyć. Zobaczym. A on młody taki był, wysoki, krasiwy taki. Mnie jeszcze było siedemnaście lat tylko. Potem papo zmarł. A on pisma pisał z Germanii. I przysłał taką przesyłkę: przysłał pięć, siedem sukienek takich. I jedna taka pod ślub, piękna taka, i dwie serwety takie krasiwe, i płaszcz taki przysłał. I akurat to było na Boże Narodzenie - stuka raz ktoś w okno w nocy. Byłam ja i brat, i ciocia była u nas akurat. Mówię: - Kto to do nas stuka? A to Moskwicz wojenny przyjechał. No i pożył u nas tydzień. No, a mnie brat każe: - Wojna jest i pojedziesz z nim, i zawiezie cię do Moskwy. Gdyby może ojciec żył, może ja bym pojechała, a tak - pobajałam się.
Wanda Bielanowicz
Był tyfus u nas w czasie wojny, a lekarstw nijakich nie było, nic! Temperaturę zbijali tak: znaleźli taką wannę i zaczynali chłodnej wody lać, i tak temperatura spadała. Ale papo zmarł i mnie nic nie powiedzieli. Tylko przyszła sąsiadka i na brata każe: - Staś! A gdzie to twego ojca kościół? A babcia w domu zmarła, w ten sam dzień. Papa w szpitalu, a babcia w domu. Ot tak. No, ale ja też była chora, czterdzieści stopni temperatury, to mnie nic nie powiedzieli. Ja dwa tygodnie nic nie znała. Potem brat mniejszy - jemu było tylko dziesięć lat - zaczął pieśni nucić. A brat starszy każe: - Tadziu, Tadziu, co ty śpiewasz? U nas żałoba. On każe: - No i co, babcia zmarła. - Toż u nas podwójna żałoba. I wtedy do mnie doszło, że to i papy nie ma, ojca nie ma! I on zacichł. Ja mówię: - Co wy przede mną skrywacie? Ja już wiem. Potem każe brat: - Jakbym ja tobie wskazał zrazu, tak ty też może umarłabyś wtedy razem z papą.
Wanda Bielanowicz
[Słonim, 1943]My w tym mieszkaniu mieszkali, tam ludzie wyjechali do Polski i myśmy dwa pokoiki zajęli. A trzeci pokoik Niemcy jak odstępowali, to zajęli. I radiostacja była u nich. Tatuś siedział całą noc i słuchał, co przez radiostację przedają dla nich. I powiedział rano: — Wanda, rzucajmy wszystko i trzeba wychodzić, trzeba uciekać stąd. I nawet sąsiadowi Juszkiewiczowi mówił: — Staś, rzucaj dom, rzucaj wszystko. Tylko swoje życie ratuj, chodź, pójdziemy na wieś. I my chodziliśmy do siostry. Bo siostra wyszła za mąż, na wieś Radziwiłowicze. Tam katoliki mieszkały, Polacy. I my poszliśmy 10 kilometrów od Słonimia. Wszystko rzucili i poszliśmy tam. Juszkiewicz szkodował domu swego zostawić. Miał domek, miał chlewek, stodołę. Był urzędnikiem polskim. My przyszliśmy do domu. A jego Niemcy rozstrzelali. Na Pietralewickiej Górze. Jego brat wrócił, jak odkopywali, to znaleźli dzieci... Dwóch syneczków i ich dwoje leżało razem na tej Górze Pietralewickiej. To szczęście, że ojciec rozumiał. Żeby ojciec nie rozumiał niemieckiego języka, to i nas nie byłoby teraz.
Helena Bielska
[Żytomierz, 1941] U nas zamiar taki był – grupa nas już była, grupa bojowa taka, dzieciaki po 17 lat najwyżej. Już nawet plecaki sobie z worków poszyli – a worki brali z mąki, u mnie z piekarni, worków nabrali trochę i pofarbowali cebulą, worki to były na plecaki, na broń. Oberżniemy te karabiny niektóre, żeby nie byli takie długie, zrobimy te obrezy, naboje, granaty, i pójdziemy nie na wschód, a na zachód, do Polski pójdziemy – to takie nasze marzenie było. Szykowali się do tego, że pójdziemy tam – tam naród walczył. To takie dziecinne marzenia były. Przecież to nie była droga krótka i bardzo niebezpieczna, i dobrze, że nam taki wypadek trafił się. Zrzucono tutaj dwóch desantowców jesienią 1941 roku, i jeszcze takiego starszego, Kostia się nazywał. Ich było trzech: Czech Doleczek, Jurij Doleczek, starszy lejtnant, i Kostia. Tak się zdarzyło, że my z nimi się zwąchali, jak to mówią. Oni zauważyli, że my jakoś coś… My złączyli się, ale nie wszyscy. Ktoś z nas złączył się z nimi, a oni dla wywrotowej pracy zrzuceni byli. Ich głównym był Szełuszkow. A ja już związany byłem, bo u nas było bardzo dużo broni. Dla nas starczyło i dla takich czterech grup jak my by starczyło. Ci jak uciekali, to oni rzucali swoją broń, a my ją brali, smarowali, zawijali w szmatę. Była u nas kryjówka, i my w tej kryjówce porobili takie tajemne ukrycia i tam chowali broń, granaty, naboje. No dość było, my byli ubezpieczeni – oprócz jedzenia to wszystko my mieli.
Franciszek Brzeziecki
dotyczy także: Partyzanci sowieccy,
[Żytomierz, 1942] Jesienią 1942 ja był zaaresztowany. Zachorowałem na plamisty tyfus. Jeszcze ukrywałem się, a już w strasznej gorączce mnie przywieźli koledzy moi, ci, co mnie pomagali ukrywać się, z partyzantki, z podziemia. Przywieźli do domu, do matki. Tam była u mnie w domu kryjówka taka, i ta kryjówka przydała mi się już w czasie bolszewików. Nikt nie wiedział o tym, że ja kryję się, że ja choruję, leżę w domu. Sprowadzili mnie lekarza tego, któremu ja kiedyś z obozu niemieckiego pomagałem przeprawiać się do partyzantki. Tego lekarza sprowadzili mnie nocą i ten lekarz powiedział, że to plamisty tyfus, trzeba czekać, a żadnych leków nie było: – Pić dawać jemu. I matka ze mną w tej kryjówce siedziała. I był taki kryzys: albo, albo. I ja przeżyłem! Mama mówiła mnie, że jak ja był w gorączce, to do niej chodzili tajemnie koledzy z podziemia, przynieśli grochu, oleju trochę, chleba – przynosili jedzenie dla mnie. Potem musiałem wyjść rano, żeby nikt nie zauważył, z rana ciemno. Wyszedłem i mój pies mnie tak objął prawie za szyję, i ja zauważyłem, że u niego łzy na oczach, płacze mój pies. Ja tak jeszcze wziąłem jego łapy: – Co ty? I on tak liże mnie wszędzie, w ręce i coś chciał mnie niby powiedzieć. Wyszedłem, żeby nawiązać kontakty, że muszę teraz ukrywać się, bo nie będę siedział w domu, bo nie mogę. A wracałem do domu – i już mnie Gestapo… Ktoś zauważył, że ja wyszedłem z domu rano, zawiadomił, i szukało mnie po mieście Gestapo. Szedłem z powrotem do domu i czuję, że mój pies wyje: Uuuuu! On czuł, dawał mnie sygnał. Tylko doszedłem i zza rogu na mnie latarki: – Hände hoch! To Ukraińcy byli, dwóch cywilnych i dwóch w mundurach SD z bronią automatyczną. Wpadłem jak głupi. Jak mnie prowadzili, zrozumiałem, że to jest straszny koniec. Żywym zdać się w ręce Gestapo to bardzo niebezpieczne. Szedłem i modliłem się do Matki Boskiej: – Pomóż mi, Matko Najświętsza, pomóż mi, co mam im mówić, pomóż mi wytrwać. Ja znałem prawie całe podziemie, bardzo dużo ludzi: gdzie mieszkają, żyją, nachodzą się, gdzie ich kryjówki. Wszystko wiedziałem!
Franciszek Brzeziecki
dotyczy także: Okupacja niemiecka, Partyzanci sowieccy,
[Żytomierz, 1942] W tym czasie miałem badanie, straszne badanie! Nie będę opowiadać, ale ja byłem przyzwyczajony już do wszystkiego: do głodu, do pobicia, do wszystkiego. Byłem przecież sierotą i żyłem nie w rozkoszach. Dziecinne lata rozstrzelane moje, a teraz młodość zaczynała się rozstrzelana. I nie przyznałem się! Mówię, że ja byłem handlarzem, handlowałem – przecież Niemcy nie zabraniają handlować – zapalniczki, kamienie, sól, sacharyna. Kupowałem u żołnierzy i sprzedawałem na targu, ale potem mnie złapali. Tak mnie nauczył Bóg! Wiem, że ktoś im dokładnie mówił, że w takim czasie zachodzili do mieszkania ludzie i ja tam też byłem w tym czasie. Tłumaczyłem więc, że ja na targu brałem tych, co chcą kupić więcej zapałek: – Ja nie mogłem ze sobą dużo nosić, bo wasi policjanci nas łapią i rewidują, zabierają ten towar! Żeby oni tak nie robili, to ja jak takich kupców nachodziłem i prowadziłem ich, bo mieszkanko było niedaleko targu. Zaprowadzałem ich do mieszkania i tam im sprzedawałem, i byłem od policjantów kryty. Jam im to tłumaczył. Dwa miesiące mnie torturowano, nikt nie myślał, że ja będę żył, nikt. Kilka razy mnie bardzo storturowali i wrzucili potem już z jedynki do celi śmiertników, do celi skazańców. Ósma cela taka była. I tam mnie poznał jeden sąsiad mój, Hryszka. On potem mnie mówił: – Patrzę, jedna strona pohoża na Franka, druga nie pohoża. I on mnie poznał, brał z okna lód, bo to zimą, robili kompresy. I ja przyszedł do siebie.
Franciszek Brzeziecki
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
[Andriejewka, Kazachstan, 1941-45]Było głodno i chłodno, niczego nie było, biednie żyliśmy. Dzieci zbierali, żeby pieliły pszenicę. A trawa była taka, to dzieci po osiem, po dziesięć lat, pojadły i do pszenicy poszły. I one rwały tę trawę, która była miękka, wszystkie dzieci ją wtedy jadły. I tę trawę wypieliliśmy, a jak ziarno dojrzało, to po kłosku rwali ukradkiem, i jedli. I tak się uratowaliśmy.
Jekaterina Chlubnaja
Ślub braliśmy tak późno, wieczorem. To było domówiono. Ksiądz był Alojzy Wizul. I ślub był o godzinie dziewiątej wieczorem. Tylko dwóch świadków mieliśmy ze sobą. A w szkole, to byli wakacje wiosenne w marcu, i to było właśnie wtedy, w tym czasie miałam ślub - siedemnastego marca. To było w centrum Dyneburga, w kościele. Tam krewni męża mieli znakomostwo z księdzem, bo oni z parafii miastowej byli i dlatego tam, przy tamtym kościele. Tu, w Krasławiu, w tym kościele naszym, to bardzo niebezpieczne. Tam teraz dom parafialny, a wtedy była na parterze biblioteka, a na pierwszym i drugim piętrze mieszkania. I tam mieszkała jedna z nauczycielek, z którą pracowałam w trzeciej średniej szkole. I dlatego było bardzo niebezpiecznie, i w kościele w mieście był ślub. I tylko dwóch świadków było. A później, w domu, była taka kolacja z najbliższymi krewnymi.
Gertruda Chrzanowicz
Ogłoszenie niepodległości Łotwy. Tak, 4 maja - pamiętam dobrze. Telewizję oglądałam w ten dzień. Deputowani musieli przegłosować za albo przeciw niepodległości, i taka walka była - bardzo, bardzo. I pamiętam, jak oni wyszli, i jak ich witali z tego domu, z parlamentu w Rydze. Cieszyliśmy się. Cieszyliśmy się, że jednak przyjęta ta deklaracja o niepodległości. I że skończą się może te komunistyczne czasy.
Gertruda Chrzanowicz
[Siostra i brat na wojnie – lata 1944-1945] Siostra moja starsza, ona wojowała, jak na Polskę szli. Sowieci ich zabrali, Ruskie brali, jak oswobadzali Polskę. To wtedy była wzięta siostra moja. No, jak to powiedzieć po polsku – ona była doktorka. To wtenczas wzięli chłopców wszystkich, a potem już brali dziewcząt, dlatego że trzeba było, czy z listy, czy tak byli, i doktorki co byli, to pobrali, toż wojna. To ona na Warszawę poszła, w oswobadzaniu Warszawy, Polski, to u mnie brat i siostra starsza udział brali. No i siostra to zachorowała tam, i ona wróciła do domu, a brat wojował i tam ożenił się w Polsce, i do domu nie wrócił.
Maria Chudociopłowa
[Wojsko niemieckie w kontraście do wojska sowieckiego – okolice Łucka, 1941]Pierwsze sowiety jak przyszli – biedne chłopczyki, te szynelki, te budionówki, te automaty... A Niemcy jak wjechali do nas do Wyszkowa, tam gdzie ja żyła, wszystkie chłopcy na rowerach, chłopcy jak duby, jak to mówią, pierwsza linia. Tam ich Ukraińcy spotykali z kwiatami. Nie było tej bramy, jak to mówią, triumfalnej, tylko po prostu było tak, że Niemcy wyjechali z miasta i że wjechali do wsi, na wieś. Wot, i tam ich spotykali miestne ludzie. A jakie to chłopcy byli, Boże, jeden w jeden. Na rowerach, wszystkie ubrane, i te wojenne mundury.
Maria Chudociopłowa
A Rosjanie nie patrzyli: kim ty byłeś, jaki jesteś. Jaki, taki, trzeci czy czwarty, a dawaj! I wsio. I nawet dwoje z polskiej tej organizacji. Jeden jeść nie mógł, przeciekało mu przez brodę tutaj, drugi złą nogę w kostce miał. Wszystkich, wszystkich, wszystkich na fronta. I ich pchali, gdzie tylko mogli, na pierwszą linię. I tak postrzelali. I nas pędzili, byli w białoruskiej armii, nic nie zrobisz. I wot, kiedy my już pobyli w Dyneburgu, potem przyszedł taki czas, z muzyką nas wyprawili na front. Ja o tak, ot, z frontu przyjechał ja, żywy, zdrowy.
Stanisław Czaman
Potem stali strzelać i zaczęli Niemcy na tankach do nas iść. I tyle żołnierzy sowieckich tutaj leży i nikt nie pyta o nic, dlatego że domy już stoją... No, więc przyszli Niemcy... Pół wsi spalili. Dużo ludzi cywilnych pobili. I tak stali żyć u nas. Niemcy bardzo byli źli – gdzie co było, od zrazu zabierali. Dużo w niewoli było żołnierzy sowieckich. A potem i partyzany byli. Nocą partyzany, a dniem Niemcy. I, ot, brata schwytali, zabrali do Niemiec. I nie wiemy, co z nim, gdzie on zginął.
Wanda Denisowa
O wiadomościach z frontu dowiadywaliśmy się, kiedy komuś krewny list przysłał albo jak przewodniczący kołchozu jechał do miasta rejonowego, bo wtedy zawsze jakieś gazety przywoził i potem je czytaliśmy. W zasadzie, to tylko sami staruszkowie i maluchy zostały, bo reszta cały czas pracowała w polu – dzień i noc. Dawali nam tylko chleb, w myśl zasady, ile zapracujesz, tyle dostaniesz. Ci staruszkowie, którzy nie mogli pracować, nie dostawali zupełnie nic. A i ci, co pracowali, to mieli tylko chleb, bo całą resztę produkcji kołchoz oddawał na potrzeby frontu.
Józefa German
Potem był front, Niemiec znów zaszedł na Litwę w 1943 roku czy 1942, nie pamiętam. Przy Niemcach, 16 lutego, to jest w litewskie święto niepodległości, wszystkim Polakom wybili okna, żeby zemścić się. Bo Litwini przyjęli Niemców jak gości, w otwartych objęciach, o! I te wszystkie chłopaki z opaskami białymi latali. Żydów tam męczyli i Polaków.
Stefania Gibowicz
A jak już za drugim razem przyszli Sowieci, no nie bardzo strasznie było, póki ten front przeszedł. Bombardowali z samolotów. Całe miasteczko było rozbite. A Niemcy jak odstępowali, to koło granicy zrobili okopy i — kiedy jeszcze nie doszedł front — to wszystkim ludziom kazali kopać okopy i oni tam front zrobili. I tam, jak Ruskie przyszli, stanęli i tam byli jakie dwa miesiące na miejscu stali. I nas potem wygnali z domu, bo jak Niemcy miasto obstrzeliwali, to żeby ludzi nie było. Całe miasteczko wygnali i nas wygnali, dalej tam za miastem. A tu już Ruskie byli. Po dwóch miesiącach, bo tam długo stajał ten front, potem usłyszeli w nocy — kanonada: strzelali, strzelali, strzelali. I tylko tatuś mówi tak: — Już ciszej. No i już przerwali potem, bo Ruskie też już nie mieli dużo tej amunicji swojej. To oni przerwali i poszli dalej. I potem słyszelim już, że oni strzelają dalej i dalej, i wrócilim do domu. A w domu była taka zawierucha. Po dwie granaty: w domu, w jeden koniec, w drugi koniec, do chlewu. Ale nie było zapalone, tylko rozbite. Dziury załatalim i o tak było.
Stefania Gibowicz
[Wojciełowo k. Indry, 1944 rok]A kiedy Niemcy odstępowali, to wtedy był front, wtedy było u nas bardzo straszno. My dwa kilometry od Indry, a w Idrze strzelają. Moja siostra starsza, jak zaczęła płakać, że nas zabiją, krzyczeć: - Gwałtu! Pojedziem w bieżeńcy! I my zebrali się, chłopcy zaprzęgli konia - a chłopcy już byli tacy porządni, najmłodszy z 1930 roku - i pojechali naprzeciw frontu. Zamiast uciekać, my naprzeciw frontu pojechali. Ja nie wiem, jak nas nie wystrzelali. Dwa konie zaprzęgli, a maleńki źrebaczek został się tam, koło rzeki. Mama wzięła wiadro sadła roztopionego, chleba na drogę i polecieli w bieżeńcy. I tak jechali i ziiiiii, świszczą kule, ale Pan Bóg strzegł i nie ranili nikogo - ni koni, ni nas. I przeciw temu frontu podjechali dwa kilometry do lasu i zastanowili się. Ja ze starszym bratem myślę, bo powiedzieli tak: - Kto będzie uciekać, że Ruskie idą, to będą domy palić. I popalili dużo domów. I tak ja myślę, co będzie? Spalą dom, a zostały się i konik maleńki, i owce pod rzeką. Tak my z bratem poszli z powrotem. Ciemno, idziem, a żołnierze ruskie tak zmęczone, że śpią, cała grupa. A my idziem przy nich. I nagle mówią: - Kto idziot? Ja ręce do góry, a oni mnie tak strasznie zaczęli wyśmiewać: - Ujajaj, ona ręce do góry! A to tak strasznie było! A dom nasz już widać było i ja mówię: - O, to nasz dom, my tu sami żyjemy. I oni tak sennie - i puścili nas.
Weronika Grundane
Zaszedł Niemiec, to była wojskowa kultura. Żołnierze pięknie ubrane, czyste, konie piękne, czekolady żrą, koniak tylko piją, cygarety palą, cha, cha, cha i grają. W wozach malowane koła, uprząż skórzana piękna, konie takie piękne mieli. Była w studni woda, to wszystka woda wyczerpali, bo konie myją. To kulturalne ludzi! Przysyłali na front świniaki upieczone, kurczaki upieczone, takie piękne. Dobra była ta kuchnia. Jak oni wezmu wyrzuco, to nasze ludzi, te biedniejsze, chwytali. Ja wiadomo, nie umiałem po niemiecku rozmawiać, ale tak w swoim duchu myślałem: – Gdzie wy idziecie? Przecież to niewinny żołnierz, jak mówią, władza to klęska żywiołowa... A jak Ruski zaszedł, dziadostwo! Lejcy to kawał drutu i kawał sznura. Kocioł mieli. Ukradną gdzie owieczkę czy borsuka i do kotła go suną. Latem, to prędko psuje się, ale zjedzą, wiadomo.
Władysław Gruzdź
[Korostowa, 1941 r.]Pierwszego dnia wojny szłam do Wołoczyska, do rejonu, tam, gdzie się uczyłam. Szłam kupić książki do dziesiątej klasy. U nas była szkoła dziesięciolatka i ja szłam kupić książki do dziesiątej klasy. Z naszej wioski do rejonu, gdzie się uczyłam, były może ze dwa kilometry. Tutaj nagle samoloty, rzuciły gdzieś te bomby i zawróciły, a ja byłam już w domu, koło mamy i taty. Do tygodnia przyszli Niemcy, przyszli Niemcy i już wszystko po niemiecku było. Zabierali produkty, przeszukiwali i bombardowali.
Anna Hryciw
[Kijowszczyzna, 1941-1944] Niemcy toż paskudni bardzo ludzie, paskudni. Nasze jak odstupali, jak front był - a my dzieci byli - to do nich przychodzim, co jedli, to oni nam dają. I sachar dawali, choć mało było, bo trudno to szło, wojna naczała się. A jak Niemcy odstupali, ja była też jeszczeż mała, przyjdziem, co jedzą, nic nie dadzą! Skąpe bardzo. A nasze nie, nasze wszystko dawali. U Germaniu jak brali ludzi, to ludzie pozbierali się, bardzo płaczą, że już do Germanii ich biorą: to córki, a to syna u kogoś zabierają. To ludzie płaczą, prowadzą ich. My wyszli, a tu dwa komendanty jadą na koniach. Jak przyjechali, jak zobaczyli, że ludzie tak płaczą". Dobrze, że był las, i w las pouciekali ludzie. A my, dzieci, pouciekali daleko, żeby nikt nie widział. Biedowali, jak wojna była, bardzo, bardzo.
Jolanta Jakubowska
[Wołkowysk, 1944]W czterdziestym czwartym roku już mój starszy brat Tadeusz miał osiemnaście lat. I przyjechał z Polski taki oficer polski, rozmawiał po polsku i mówił, żeby Polacy zapisali się do wojska... No i ja pamiętam, że brat przyszedł do domu, a mama mówi: „Ty tak młodo wyglądasz, masz tylko osiemnaście lat, może ty napisz sobie mniej lat”. Ale on zapisał tak i jego zabrali. Wtedy dużo Polaków zabrali do wojska. Zabrali jakby do polskiego. Ale potem ich zabrali i chyba może jaki miesiąc trzymali w tym lesie. Umundurowali w rosyjskie ubrania i my tam nosili im jedzenie. I w pewnym czasie ich wywieźli do Rosji. I brat potem opowiadał, że ich zawieźli pod rzekę Okę. I tam ich przymusowo zapisywali do wojska takiego. Dużo bardzo ich tam trzymało. I potem ich wieźli przez Wołkowysk. I Paweł Karpowicz, kolega mojego brata starszego, jakoś tak zdążył, że przybiegł do mamy mojej... Powiedział jej i swoim rodzicom. I chodzili rodzice. No i potem brat został. Wojował i został w Warszawie.
Teresa Jarmołowicz
[W wojsku rumuńskim, 1942]Ja byłem saperem po temu, że jako Polak. Kiedy zaczęła się wojna, nie bardzo dowierzali, bo Polacy wojowali nie na tej stronie — i mnie tylko do saperów. W wojsku trzeba było udowodnić, że nikt z rodziny nie był Żydem, i to jest dokument, i tu to napisano. Tu była Rumunia, to napisano w języku rumuńskim. Tu pisze: „ksiądz Józef Krzyżanowski — paroch”. I napisano, że wszyscy wyznania rzymskokatolickiego. Ksiądz napisał tutaj. Trzeba było udowodnić, że nie ma Żydów w rodzinie.
Leopold Kałakajło
Pamiętam początek wojny. Pamiętam ten dzień, to chyba była niedziela. Mieszkaliśmy wtedy w Krechowcach, to wioska oddalona o trzy kilometry od Stanisławowa. Rodzice pobudowali tam domek niewielki. 22 czerwca 1941 roku byłem na podwórku. Przed południem nadleciały trzy samoloty, czarne samoloty, bardzo niziutko. Czarny krzyż na skrzydłach. Był okropny, przeraźliwy huk, przestraszyłem się strasznie. Leciały w kierunku lotniska sowieckiego, tam było bardzo dużo samolotów, myśliwców. Nadleciały bardzo nisko i zaczęła się straszna strzelanina. Najpierw z armatek, z pokładu samolotu bili, a następnie zaczęli zrzucać bomby. Widok był straszny, bo od razu zaczęły płonąć samoloty, które stały na lotnisku. Jak pochodnie. Ani jeden nie wzleciał w górę. Pamiętam, że olbrzymie beczki z benzyną wylatywały do góry, kłęby dymu były za nimi. Te trzy samoloty przeleciały nad lotniskiem i poleciały dalej. Ani jednego wystrzału nie było z artylerii przeciwlotniczej, Sowieci nie zdążyli się przyszykować. Chyba nie spodziewali się wojny. Samoloty odleciały kilka kilometrów za lotnisko, zawróciły i znów zaczęły strzelać po lotnisku. Ale wtedy już Sowieci się opamiętali i artyleria przeciwlotnicza zaczęła strzelać. Takie białe pióropusze wybuchały w powietrzu i za jednym, a potem za drugim samolotem zaczął lecieć czarny dym. To były samoloty dwumotorowe, bombowce. Jeden został zestrzelony nad Krechowcami, a następny w Czarnym Lesie wybuchł. Słychać było straszny huk. Jak później Niemcy już weszli, to msza była za poległych lotników, którzy byli w tym samolocie.Ja się wtedy tak strasznie nastraszyłem, że pobiegłem do domu, upadłem na łóżko i ze strachu spałem cały dzień i całą noc. Wówczas matka zlewała wosk i patrzyła, co wywołało taki strach we mnie. Mówiła, że tam było widać samoloty. A kurka nasza, która miała wtedy małe kurczęta, jak ten huk stał się, to zaszyła się w krzaki. Z kurczętami nocowała pod krzakiem, choć kurka idzie zawsze do komory i tam nocuje. Cały dzień i całą noc pod tymi krzakami, tak się kurka nastraszyła. A co mówić o mnie.
Władysław Karpiński
[Służba w armii radzieckiej za frontem - szlak bojowy do Berlina, 1944-1945]Gdzie ja służyła? Ja za frontem szła. My byli jako dorożnyj, tak jak milicjanery, my stajali na drogach i pokazywali drogi - tędy, siędy. Nas zabrali w Nowogród Wołyński, tam nas uczyli cały miesiąc, to dużo nas, to już mało nas było. Cała armia. Uczyli nas być regulerowszczikam. No i my tam gdzieś miesiąc czy dwa pobyli, jeszcze posle wojny my tam gruz wynieśli, tam w Nowogród Wołyński. A potem, jak już front podwinął się, to nas zabrali na front. My byli w Zakarpaciu, my byli i w Czechach, my byli i w Polsce, przechodzili, i my nie doszli sześćdziesiąt kilometrów do Berlina i nam wojna konczilas. Jak kierować pokazywaliśmy, na przykład nas stawią o tu, gdzie cztery drogi, z boku dają taką budkę, i dają nam taką schemiju i piszą, acha, tam taka wioska, tam taka wioska, tam taka wioska, tam taka wioska, tam takij gorad, nazwisko, tam te, tam te. Ot, jedzie maszyna czy wóz jakiś jedzie, pyta kierowca: – Gdzie to tutaj taki i taki? My pokazujemy, znaczy w tę stronę. „Dubne tam, w tę stronę, Lwów w tę stronę”. Tam jeszcze coś – w tę stronę. To nam taką schemiju piszą i my znajem, gdzie tam one powinny się rozpołożyć, i gdzie oni jadą.
Katarzyna Kisielewska-Zielińska
[Pińsk, 1941]To była niedziela. My zbierali się na wycieczkę i ojciec mówi: — Pójdę kupić jajek i śmietanę na ulicę Łahiszyńską, bo tam zawsze przyjeżdżali wieśniaki. Przybiegł i mówi: — Wojna! A tutaj były składy amunicji i jak Sowieci uciekali, ktoś je podpalił. Działo się to w nocy i kto mógł, to uciekał. My w koszulach nocnych coś na siebie narzucili i szli, biegli. Tutaj zboże było i wszystkie chowali się w tym zbożu i z psami, i z dziećmi. Coś okropnego...
Regina Kołb
[Wielinka, 1941 rok]Dwudziestego drugiego to już Niemiec, ja już wtedy poszedłem do trzeciej klasy. Niemiec to, jak się mówi, jak by to powiedzieć sprawiedliwie, taki straszny wróg nie był. U nas Sowieci gorzej… Myśmy patrzyli na Niemców… Nawet było tak, że ja poszedłem ze stryjecznym bratem, no — popatrzeć na Niemców. I tak zawołał nas, dał nam pieniędzy, żebyśmy kupili jemu jajka. A my w taki strach, że myśmy wrócili się na Jasiełło.
Jan Korsak
[Panka, Rumunia, 1944]Szli żołnierze z automatami. Zimą przyszli. To było 29 marca 1944 roku. I taki śnieg padał! Przyszli do chaty do nas, a my tak baliśmy się. Oni mówili: - Nie bójcie się, dajcie nam coś jeść. Matka coś tam przygotowała. - Spasiba. Nie bójcie się, my wam nic nie zaszkodzimy. Jedni poszli, drudzy zostali. Szkoła już nie pracowała w tym czasie. Drogi były zabite śniegiem. I po drodze kolejowej konie ciągnęły armaty. Jak zmęczeni byli, konie słabe, to szli do nas, albo do innego domu, gdzie ktoś miał konia, to zabierali konie. I na wojnę brali, Polaków i Ukraińców. Polaków brali do Wojska Polskiego, formowali je w Żytomierzu. Ojca mego nie wzięli, bo był już za stary, ale późniejszego mojego teścia wzięli. Był na froncie do końca.
Kazimierz Krasowski
[Kazachstan, Jużnoje, 1941-45]A jak przyszła wojna, mężczyzn zabrali na front, młodych też pozabierali. Ci, co starsi, trafili do trudarmii. Pozostawały kobiety z dziećmi. Tak to się męczyliśmy. Było i tak, że sześć dni nie miało się nic w ustach. Mój brat umarł z głodu. A jak? Sześć dni nic nie jadł, potem zjadł coś i wszystko, po dwóch godzinach go już nie było. Mojego ojca zabrali do trudarmii. Mama umarła. Starszego brata, z 1924 roku, od razu wzięli na front, zaraz, jak wojna się zaczęła. Potem zabrali jeszcze jednego brata, z 1926 roku. Trzeba było dawać żołnierzy, a ojciec w trudarmii. Zotałam ja i jeszcze młodszy brat. Miał sześć lat i nie chodził.
Maria Krynicka
[Postawy, 1941 rok]A później już, jak już Niemcy weszli, już wszystko obwieścili, ale Rosjanie jeszcze daleko nie odeszli. Za naszym domem było żyto posiane, pszenica taka posiana była, pole, i za polem, dalej, dalej las był. I, ot, wszystko to odchodzili rosyjskie żołnierze, oni byli tacy więcej Azerbejdżany, Kazachy byli tam, Tadżyki byli, różnych tam było dużo ludzi. A potem oni weszli, Niemcy, oni zmotoryzowane byli. Wjechali na motocyklach, jedna strona i druga. My, dzieci, wybiegali, patrzyli. Przyjechali i z automatów, czy pulomiotów tak: tuch, tuch, tuch. A te Rosjanie wychodzą z tego żyta, ręce tak podejmują, i ich wszystkich postrzelali. A wtenczas już wszystkim naszym ludziom, którzy tam mieszkali w okolicy, trzeba było ich zakpać, gnaliż Niemcy tam. I były takie pagórki, gdzie byli tam pochowanie ci ludzie. Było strasznie.
Janina Krywicka
Pamiętam, jak wybuchła wojna, to była niedziela, ładna wiosna. W miasteczku ludzie opowiadali, że wojna wybuchła. Przybiegłam do domu i mówię mamie: Wojna się zaczęła! I już do wieczora zaczęli rabować sklepy, ludzie wynosili co mogli. A potem Niemcy przyszli i zaprowadzili swoje porządki.
Walentyna Kuriata
[Fastów, 1944]Fastów już oswobadzali, Niemcy uchodzili i akurat wtenczas mama zmarła. W domu mojej siostry miała odbyć się stypa, a mieszkała ona koło cmentarza. Tylko wynieśli trumnę na cmentarz, a tu samoloty lecą, i rozbieżali się wszyscy, i wszyscy szybko pochowali się. Mąż siostry został się w domu. I wtenczas Niemcy pobieżali, a z lasu zaczęli przychodzić nasze sołdaty. Zachodzą do domu, i mówią do niego: - Co? Niemców przeprowadzasz? On mówi: - Nie. Matkę chowam. Na stole stało wszystko przygotowane. I tak do wieczora te sołdaty spożyli wszystko, co było przygotowane na pogrzeb mamy, wszystko.
Aloiza Kurowska
Do Kazachstanu wyjechałam w pierwsze dni wojny. Bałam się tu zostawać, a tam żyła męża siostra. Mąż poszedł do wojska, a my pojechali tam, ja z dwojgiem dzieci, i męża ojciec ze mną tam pojechał. Matka zostawała tutaj, z córką swą drugą. Tam w Kazachstanie nie było Niemców, wojny. Mnie tam było i nie bardzo dobrze, i nie bardzo źle. Ja nawet krowy tam trzymała, a ja nie umiała doić krowy. Męża ojciec uczył mnie. Jak u mnie już były owoce i mleko, to ja już nie była głodna z dziećmi. Pracowałam jako pielęgniarka w dziecięcej poliklinice. Nie tylko pielęgniarką tam byłam, ale doktorów nie było, to ja nawet dzieci przyjmowałam za doktora sama. A już kiedy Fastów był wolny, męża mama napisała list, że przyjeżdżaj, mieszkanie rozbite, przyjeżdżaj. A wyjechać z Kazachstanu niemożliwe było wtedy, nie dawali jeszcze. Był tam sąsiad, który pracował w partii, i on wyjechał do Kijowa. Matka jego tam została, a ona nie czytała i przynosiła mi listy, żeby je czytać. Ja mówię: - Ciocia Lena, a może ja poproszę waszego syna, żeby on mnie przysłał dokument, żebym ja wyjechała. I on mnie przysłał. Ja trzy tygodnie była z dziećmi w drodze, pokąd przyjechała do Fastowa. Przyjechała, a tu rozbite wszystko.
Aloiza Kurowska
[Wkroczenie Rosjan do wsi]Pamiętam, jak naszej mamy ciut nie zabili, jeszcze jak front odstępowali. Siedzimy na podwórku – przychodzą. Osiem Niemców, uzbrojone wszyscy. A za naszym domem było żyto. I oni mówią: daj im jeść. To mama może coś im dała, bo co miała zrobić? No i jedzie ciężarówka z lasu. Mama mówi: – O Jezus, nas zabiją tu, co zrobić. Niemcy zaczęli uciekać. Rosjanie z ciężarówki to zauważyli, zaczęli po tym życie strzelać, ale nikogo nie zabili. Jak przylecieli Rosjanie do mamy, to ją chcieli zabić, jakby to mama z Niemcami połączenie miała. My zrobili krzyk, mamę za szyję, płakali. Jeden mówi: – Zastrzelić! Drugi: – Nie, zostawimy tyle dzieci, szkoda. No i tak darowali.
Maria Kwiatkowska
[Baranowicze, czerwiec 1941]No i front idzie, front idzie bystro. To było już 26 czerwca, to było pod wieczór. Już tanki niemieckie stali podchodzić do Baranowicz. I my siedzieli takie, okop sobie zrobili - tam tato, brat siedział, mama i ja - siedzieli myśmy tam. No i bratu pod wieczór stało zimno i on mówi: - Tato, mnie zimno. A tato mówi: - Weź, tam futro moje leży, pociągnij i nakryjesz się. On pociągnął, stał żołnierz i pomyślał, że to niemiecki szpion. Przychodzi, strzela, tato - trup na miejscu. I tak tato został zastrzelony. A ten biedny żołnierz - no pewno, to było z gorączki wszystko: - Ten człowiek to karmiłby mnie i mleko dawał! - mówi. - A co teraz zrobić? A teraz zastrzelił. No on tutaj nie chciał tego zrobić.
Antonina Lickiewicz
[Baranowicze, czerwiec 1941]A wybuch był dwudziestego, jak dzisiaj pamiętam, jak dzisiaj jego widzę. To było 22 czerwca, niedziela. Dzień był bardzo pogodny i był bardzo słoneczny. Taki ciepły, pogodny był dzień. No i tutaj, jak pędzili krowy, pod lotnisko, tam pod lasek, i coś bardzo wojskowcy - tam ruskie wojskowcy byli - byli zajęci. A potem już objawili, że zaczęła się wojna, że o czwartej godzinie nocy już Kijów zbombili. A już do nas niemieckie samoloty przyleciały na pewno o godzinie trzeciej dnia. A tata z mamą poszli do ojca brata w Baranowiczach: - Może pożegnamy się, bo wojna. Bo wojna mało co była. I mama z tatą poszli tutaj. Ja już mówiła, że od trzeciej godziny już leciały niemieckie samoloty. Ale jak oni lecieli? Nisko bardzo lecieli nad ziemią. Nie wysoko lecieli tam, a nisko. I tutaj, za nami, lotnisko. I oni zbombili te samoloty. I tak dawali, że po samolotach dali - zbombili. Bo nikt po niech nie strzelał, ani jednego wystrzału nie było, po niemieckich tych samolotach. A oni sobie co chcieli, to zrobili, i ulecieli, polecieli. To było pierwszy dzień wojny. No potem Niemiec już bardzo szybko nastąpiwał. W naszym ogrodzie to wszystko wojskowce stali ruskie. No jeść chcieli, to my mleko dawali i chleb dawali im jeść. No a już - to było w niedzielę - a w piątek już Niemcy byli.
Antonina Lickiewicz
A jak na powrót Niemcy szli, to my oczywiście z komunikatów wiedzieliśmy, że Niemcy odstępują przed Sowietami. I potem usłyszeliśmy wystrzały armatnie. Drżeliśmy, ale co mieliśmy robić? Gdzie uciekać? Proponowano nam jechać razem z Niemcami, ale rzucić dom, ziemi kawałek? A co będzie, to będzie. Pan Bóg ustrzeże. Przyszli Sowieci, bitew nie było w naszym rejonie, ale wyszliśmy do lasu, bydło zabraliśmy, wykopaliśmy bunkier — schron raczej — i tam chowaliśmy się. I jednego razu, kiedy siedzieliśmy w krzakach, usłyszeliśmy z drugich krzaków gwałt jakiś. Ojciec powiedział: — A kto to taki? Niemcy być nie mogą. A potem posłyszeliśmy ruską łacinę: — Mać, mać... Wiadomo już było, kto to. Przyszli, znaleźli nas. Karabin od razu: — Kto taki?! Objaśniliśmy, że od frontu uciekliśmy, blisko mieszkamy. — No, siedzicie. I poszli sobie dalej.
Jan Masalski
[front w okolicach Zaleszczyk, 1944 roku]A jak front przechodził, to dziesięć razy Zaleszczyki były to u bolszewików, to u Niemców. Strzelali to z góry, to do góry strzelali. Z rąk do rąk miasto przechodziło. Szarpanina była. baliśmy się. Kiedyś niosłam w bańce trzylitrowej kapuśniak. Kapuśniak był gotowany na tuszonkach niemieckich. Pyta mnie Niemiec, co ja niosę. Mówię: — Mleko dzieciom. Myślę, że jak popatrzy, zobaczy, że to nie mleko, to zastrzeli mnie, ale nie podchodził. Jak ostrzał był, to chowaliśmy się w piwnicy, wykopana taka piwnica w ziemi jest. Czasem myśleliśmy, że jak upadnie jakaś bomba, to zasypie nas, ale nic nam się nie stało, pan Bóg nas ochronił. Zaleszczyki trochę był zburzone, a Tarnopol cały został zniszczony, to za karę musieli odbudowywać miasto Niemcy.
Barbara Medyńska-Michajłow
[Nowe Święciany, 1941-42]Jak już Niemcy Sowietów wzięli do niewoli, to oni biedni obszarpani strasznie przychodzili do nas. Niemiec ich prowadził w szynelach, żeby im coś dać, cokolwiek. W łapciach niektórzy, w takich owijaczach, a potem jak trafili do niewoli, to jeszcze bardziej straszni byli. Robili takie żmijki z drzewa, takie pudełeczka. I przychodzili, żeby im coś dać za to. Sam człowiek nie miał z czego żyć i co jeść, a jeszcze ci chodzili.
Izabela Moszko
W Kijowie poszedłem do szkoły zawodowej przy fabryce, gdzie zdobyłem zawód frezera. Od 1938 roku do rozpoczęcia wojny pracowałem w Kijowie w Fabryce Maszyn Lotniczych. My, młodzi ludzie, chcieliśmy brać udział w wojnie fińskiej, ale nie chciano nas wziąć na front.W czasach mojej nauki w zawodówce należałem do Komsomołu. Śpiewaliśmy piosenki, urządzaliśmy występy, przedstawienia, jeździliśmy na wycieczki. Teraz jest tak samo.Zaczęła się wojna i fabryka, w której pracowałem, została ewakuowana do Nowosibirska. Przeniesiono nas do Fabryki Maszyn Lotniczych imienia Czkałowa w Nowosibirsku. Tam niczego nie było, cały sprzęt musieliśmy przywieźć ze sobą, żeby móc zacząć pracować. Wtedy Kijów kapitulował. My, młodzi ludzie, postanowiliśmy walczyć. Ale byliśmy specjalistami w dziedzinie maszyn lotniczych, więc nikt nie zamierzał wysyłać nas na front. Z Nowosibirska uciekliśmy do Ałma-Aty w Kazachstanie, a z Kazachstanu wysłano nas do przedsiębiorstw, w których popracowaliśmy kilka miesięcy, po czym trafiliśmy do wojska.Dostałem skierowanie na Daleki Wschód. Trafiłem do oddziału zwiadowców w dywizji piechoty. Ukończyłem wojskową jednostkę szkoleniową. Zostałem młodszym sierżantem, dowódcą oddziału i przeniesiono mnie do innej jednostki. Nikt się nie spieszył z wysyłaniem nas na front, więc uciekliśmy z tej jednostki szkoleniowej. Dostaliśmy skierowanie na Daleki Wschód, do marynarki. Odmówiliśmy dalszej nauki i zostaliśmy za to ukarani. Skierowano mnie do miasta Dzierżyńsk w województwie gorkowskim, tam znajdowała się jednostka szkoleniowa. Przeszedłem kurs strzelecki, dowodziłem oddziałem piechoty. Szkoła wojskowa wysłała nas do pracy w fabryce w mieście Gorkij. Byłem najstarszy w grupie i zacząłem się domagać skierowania na front, ale nic z tego nie wyszło. W momencie zakończenia wojny mój oddział stacjonował w Puszkino pod Moskwą. Byliśmy w ochronie Komitetu Narodowego. Po zakończeniu wojny przeniesiono nas do Bijska.
Kazimierz Orestowicz - Rzestowicz
Mój ojciec nazywał się Orest Sewerynowicz Rzestowicz, a matka Odelia Stefanowna Wacholska.Ja nazywam się Kazimierz Orestowicz. Urodziłem się w 1921 roku w mieście Zwienigorodka w województwie kijowskim, obecnym czernigowskim. Tam mieszkałem do czasu rozpoczęcia nauki w szkole ukraińskiej.Mój ojciec miał wyższe wykształcenie, był agronomem i pracował dla ministerstwa. W 1928 roku wyjechał z Kijowa. Kiedyś na Ukrainie istniały nie kołchozy, a przedsiębiorstwa, które miały własną ziemię i uprawy. W tych przedsiębiorstwach uprawiano buraki cukrowe, przetwarzano je, a cukier sprzedawano państwu. W 1928 roku ojciec został oskarżony o złe zarządzanie. Przejął się tym do tego stopnia, że dostał udaru. Umarł jeszcze w tym samym roku.Mama wyszła za mąż po raz drugi. Przenieśliśmy się do miasta Bieriezań w województwie odesskim. Tam poszedłem do rosyjskiej szkoły. Ukończyłem siedem klas, zdałem do ósmej. Poziom nauczania w rosyjskiej szkole był wyższy niż w ukraińskiej. Potem wyjechałem do Kijowa.Po wojnie próbowałem odnaleźć mamę i siostrę. Dowiedziałem się, że mieszkali w lesie, ponieważ mój ojczym był leśniczym. Okazało się, że wszyscy zginęli w czasie wojny i nie wiadomo, gdzie są pochowani. Tam, gdzie mieszkali, znajdowała się jakaś baza niemiecka, a nasi przyszli i wszystko zniszczyli.
Kazimierz Orestowicz - Rzestowicz
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
Gdy tu przyjechałem, przewodniczący organizacji partyjnej zapytał, dlaczego nie należę do partii. Odpowiedziałem, że nie jestem godzien.Kiedyś, gdy byłem w wojsku, zostałem zdegradowany i wysłany do oddziału karnego. Przybył do naszej jednostki głównodowodzący okręgu wojskowego, żeby przyjąć egzaminy. Wtedy też przyjechali nowi żołnierze z Zachodniej Ukrainy. Jeden z nich powiedział mi, że nie będzie walczył z Niemcami, bo oni mu nic złego nie zrobili. Ja się odwróciłem i tak strzeliłem go w pysk, że kilka zębów poleciało. Wtedy zjawił się głównodowodzący. Ja zostałem zdegradowany, zerwano moje pagony i wysłano mnie do oddziału karnego za użycie siły fizycznej do wychowania radzieckiego żołnierza, ale zamiast karniaka musiałem palić w piecu. Moja sprawa została wyjaśniona, zajął się nią oddział specjalny SMERSZ. Wróciłem do swojej pracy w jednostce. Chłopak, który ode mnie dostał, trafił pod opiekę KGB, nie wiem nic o jego dalszych losach. On był jednym z tych Ukraińców, którzy lubili Niemców - dobrze im się żyło pod niemiecką okupacją.
Kazimierz Orestowicz - Rzestowicz
dotyczy także: Codzienność powojenna,
[Kalinowka, Kazachstan; lata 30.-40.]W 1936 roku przywieźli nas do Kazachstanu pociągiem towarowym, a ze stacji samochodami prosto tutaj, wyładowali 2 kilometry za wsią. To tyle zostało mi w pamięci. Goły step. Była tam wszystkiego jedna chata. Mieszali tam Kazachowie, koczownicy tacy. Tam nas wyładowali i wszystko, trawa taka wysoka, a my tacy mali, wydeptaliśmy dróżki w tej trawie i się bawiliśmy. Postawiliśmy namioty pośrodku stepu. Była jeszcze siostra, a dwaj bracia już tu się rodzili. I tak zaczęliśmy: kto miał siły do pracy, to do roboty, robić ziemianki, saman robić. Robiliśmy samany, takie maleńkie chatki z samanu. Takie mieszkanko było na trzy rodziny, aby przezimować. Trzy rodziny w takiej chatce, więcej nie zdążyliśmy do mrozu zrobić, a zima była nie taka, jak teraz - burzan jak zawieje, to ho ho! Kto wylezie z chaty pierwszy, jeden drugiego odkopuje, bo śniegiem zawiało. Surowe zimy były, a teraz to już jest dobrze. Wtedy - tak to było! Dobudowaliśmy przezimowaliśmy, na lato znów budujemy. Wioseczkę zbudowaliśmy, po cichu, rok, drugi, i już po jednej rodzinie w każdej chatce mieszka. Ojciec jeździł zaprzęgiem. Skądś przywieźli konie, i ojciec woził ten saman, chatki pomagał budować. Potem w 1944 roku jesienią wojna, ojca zabrali na front. A matka od razu umarła. Ojciec poszedł, i po trzech miesiącach matki nie było. Mamina matka, ona mieszkała do wojny z synem, a potem, jak ojca zabrali na front, przyszła do nas, z babcią, stareńka to była babcia. Poszedłem do szkoły, jak lata przyszły. A ojciec wrócił po zakończeniu wojny, w 1945 przyszedł, jesienią. Znalazł drugą matkę, i tak żyliśmy, I z babcią żyliśmy, z Ukrainy przyjechałem ja i siostra, a tu dwaj bracia się rodzili, jeszcze z naszej mamy. A potem, jak ojciec się ożenił, to znów się dzieci porodziły, już z drugiej żony, i tak my żyli.
Iwan Pawłowski
dotyczy także: Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia),
Zasimołka, 1941 W niedzielę przyszli Niemcy. A we wsi była nasza obrona, i pod wieczór zaczął się bój. Matka została w chacie, a siostra z maleńkim, czteroletnim bratem uciekli do sąsiada. Ja z krową uciekłem do lasu, na cmentarz, tam, gdzie tata leży pochowany. Pół wsi zostało zniszczone, nasza chata też. Mamie nic się nie stało. Gdy wróciłem z lasu, zobaczyłem, że mama, siostra i brat są żywi i że już nic nie mamy, wszystko spalone. Została tylko ta jedna krowa. Nie było gdzie żyć we wsi. Szkoła była na pół zniszczona i tam zamieszkaliśmy.
Stanisław Piątkowski
Nowogród Wołyński, 1941Niedługo po tym jak przyszli Niemcy, mocno się rozchorowałem. Miałem temperaturę 41 stopni i wszyscy mówili, że umrę. Jeden niemiecki lekarz wojskowy robił raz obchód po szpitalu. Ja leżałem, matka siedziała obok i moczyła mi czoło wodą, i on dał mamie taką paczkę niemieckich tabletek. Ten lekarz powiedział mamie: - Kinder dawaj tabletki. Eins, zwei, drei. Mama dawała tabletki, mnie temperatura zaczęła spadać i w niedzielę lekarz znowu przychodzi na obchód, patrzy, pogładził mnie po głowie i mówi: - Kinder gut.
Stanisław Piątkowski
dotyczy także: Okupacja niemiecka,
[Słonim, 1943]A jak było wygnanie Niemców, to było gdzieś przez tydzień siedzenie w piwnicy bardzo malutkiej — dwa na dwa metry. Ile nas było? Mój ojciec z żoną i z bratem małym, rok jemu było, ja, dwie babcie — Zofia i Maria i jeszcze rodzina Tołłoczyńskich, która naprzeciwko mieszkała. Oni wykopali gdzieś dalej schron, ale ktoś tam położył bombę czy minę. I oni nie mogli wejść do tego schronu, więc przyszli do nas. Trzynaście osób. Gorące lato. Pod daszek tej piwnicy naładowane było poduszek i różnych miękkich rzeczy. A w końcu naszej ulicy stały armaty i wszystko to waliło po Słonimiu. Słonim był zniszczony absolutnie. Ale nas nie ruszyło. U nas bardzo dużo było wszędzie takich pocisków, które nie wybuchły. Koło naszego schronu też leżał taki. Później już sowieckie żołnierze to wszystko zbierali i gdzieś wywozili. Zasypany był tym żelazem ogród i podwórko. Nic nie spalone było, nikogo nie zabiło i wszystkie te pociski leżały. Mój brat zachorował. U niego była biegunka. W tamtym czasie nie było dostępu do gotowania, ani w ogóle do jedzenia. Cały dzień nie można było wyjść z tego schronu, bo waliły z góry samoloty, z ziemi waliły pociski po Słonimiu. I chyba przez tydzień tak było. Tylko w nocy można było wyjść. Do domu zabiegała mama, rozpalała płytę i gotowała wodę. I jak to dziecko wyżyło, to też cud się stał... Bo wtedy o lekarstwach nie było mowy. Ale jednak wyżył ten mój brat. Później trochę ścichło wszystko i biegł po ogrodzie krasnoarmiejec. Zajrzał: — Samogonka jest? Samogonki nie ma. Pobiegł dalej. I my już zaczęli wszystkie wychodzić. Dla nas już wojna się skończyła.
Helena Pietrakowa
Przyszła wojna tutaj, strzelali i Rusy, i Niemcy, i jak zaczęły bić kule, to w jeden dzień ewakuowali cały Sołoniec i Plesze - wszystkich, nikogo tu nie było. My wyjechali niedaleko Suczawy. Wszyscy pozabierali krowy i poszli, bo tu wojna, Rusy strzelali, Niemcy byli wkoło Pleszy... Wszyscy uciekali ze swoim dobytkiem, bo każdy się bał. Poszli my na ewakuowanie i potem front przeszedł, wojna się urwała, my się wrócili nazad do domów, każdy na swoje, tylko nie bardzo było ku czemu wracać - wszystko zniszczone, pola zaminowane... Każdy jadł, co mógł, aby przeżyć. Potem były choroby, tyfus, ludzie zaczęli umierać, pogrzeby były po 3-6 razy w tygodniu. Moja mama umarła jak miała 35 lat, potem umarła babcia i dziadek. Zostałam się z tatem.
Maria Polaczek
Od 1940 roku do 1944 ja walczył w armii. Przez ten czas nie było mnie w domu. Jak ja powrócił, nie było już ojca, nie było matki. Była wojna, front tędy szedł, bombardowali i nikogo nie pytali czy można, czy nie. Ludzie byli już ewakuowani, musieli uciekać, bo Niemcy tak kazali. Cała wioska poszła w las, wszystko z domu powychodziło, wszystkie Polaki... A jak ja wrócił, to gospodarka cała spalona, człowiek chodził po lasach z końmi, aby tylko gdzieś głowę schować. Tak, wszystko było spalone. Rusy spalili, strzelali jak przechodził front, te ich katiusze... Dużo domów całkiem było spalonych. Ale ludzie po trochu odbudowywali i w końcu mieli gdzie mieszkać. Potem wojsko przydzielało ziemię - kto nie miał, to dostał, żeby pracować, tu, w Nowym Sołońcu, żeby nie jechać gdzie za ziemią.
Zygmunt Polaczek
W 1943 roku, gdy zrobiło się ciężko na froncie, zaczęto otwierać więzienia i wypuszczać "wrogów narodu", ale nie do domu - na front. Wypuszczali tych, którzy przeżyli. Wielu spośród tych, którzy pracowali przy wydobyciu rudy, nie przeżyło, a jeśli ktoś przeżył, zostawiano go w "rudnikach". Jeśli zabrano by wszystkich na front, nie byłoby wydobycia.
Nikołaj Romańczuk
Ojca nie wzięto do wojska ze względu na wiek, a i tu potrzebowano rąk do pracy. Dzieciństwo miałem trudne, przedwojenne, a potem wybuchła wojna. Pomagałem ojcu sadzić ziemniaki. W 1943 roku ojciec kupił konia, bo Stalin pozwolił trzymać bydło. Jeździliśmy na koniu kosić trawę, oraliśmy ziemię. Oprócz tego jeździliśmy płukać złoto - niewiele tego było, ale zawsze jakiś zarobek. Było też dużo ryb. Potem zbudowali elektrownię wodną w Nowosibirsku i zamknęli wszystko.W czasie wojny było ciężko, wszystko dostawało się na kartki. Ojciec sprzedał krowę i rowery - bał się, że je zarekwirują. Było ciężko, ale przeżyliśmy.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
Zaczęła się wojna i pobory do wojska. O wojnie polsko-sowieckiej, która zaczęła się w 1939 roku, nawet nie było mowy. Z Niemcami się dogadali, Mołotow z Ribbentropem. W 1939 roku Niemcy, według umowy, zajęli Polskę, a nasi - Estonię, Litwę i Łotwę.Kiedy zaczęła się wojna w 1941 roku, moi bracia jeździli na spływ lasu. Gdy wrócili, dostali wezwanie do wojska. Mój brat, Flor, przebywał wcześniej w obozach, a na wojnie był ranny. Mnie też powołano do wojska w 1944 roku. Składałem przysięgę 7 grudnia, w przeddzień moich siedemnastych urodzin.Tylko jeden mój brat był na froncie, resztę wcielono do "armii pracy" na Uralu. Pracowali tam w fabrykach zbrojeniowych.Na początku wojny do Bijska została przeniesiona fabryka Mechanlit, wytwarzająca rury żeliwne. Zaczęto w niej produkować miny. Fabryka Prombasz, produkująca beczki na mleko, w czasie wojny wytwarzała pociski. Pracowali w niej chłopcy w moim wieku, nawet nie brano ich do wojska.
Nikołaj Romańczuk
Dostałem wezwanie do wojska w listopadzie 1944 roku, gdy wojna zmierzała już ku końcowi. Ci z oddziału specjalnego pytali mnie, skąd ja, Polak, wziąłem się w Armii Sowieckiej. Skąd jestem? Z Ałtaju? Kim byli moi przodkowie, moja rodzina? Później nasz generał powiedział: "Chłopaki, tacy z was Polacy, jak ze mnie Francuz". W 1946 roku zastosowałem się do rady generała i w rubryce "narodowość" zacząłem pisać "Rosjanin". Od razu dano mi spokój.Na front nie wysyłano od razu. Pół roku spędziłem w Bijsku w jednostce szkoleniowej, później wysłano mnie z pewnym medykiem do Omska po lekarstwa. Kiedy wróciłem, mój oddział odszedł już na front, a ja zostałem tu. Skończyła się wojna, a mnie wysłano na służbę do Estonii. Tam spędziłem prawie siedem lat, uzyskałem stopień sierżanta i zostałem radiotelegrafistą.Po mojej demobilizacji dostałem list od Stalina - przyznano mi stopień podporucznika. Trzeba było odmłodzić wojsko, starych zwalniali. Wezwano mnie znowu do Bijska. Nikt nie pytał oficerów o to, czy chcą być ponownie wcieleni do wojska. Znowu znalazłem się w Estonii, a później wysłano mnie na Północ, pod granicę fińską.Wróciłem jesienią 1958 roku. Przeprowadzono redukcję wojska o 1200 osób, załapałem się na nią. Wróciłem do Bijska i poszedłem do pracy w firmie budowlanej. Przepracowałem w niej prawie trzydzieści lat.
Nikołaj Romańczuk
dotyczy także: Codzienność powojenna, Tożsamość narodowa,
Po lesie my się chowali, a później już mówią, no wsio, już Niemiec daleko, już trzeba wrócić się do chaty, bo jeszcze niespalona nasza Dubnicka była. Wrócić się, bo to zima, śnieg, zimno w tym lesie. A u siostry był taki maleńki jeszcze dzieciak, że na ręku jeszcze był, to mama na noc wzięła tego dzieciaka. Na noc my przyszli już z lasu w swoje mieszkanie. Już mama w piecu zapaliła, ja na piec wlazła i tam przenocowała. Raniutko Niemce przyszli. Przyszli Niemce… Miałam takie trzewiczki i pończoszki, ale po lesie tak nie będziesz chodzić — na wierzch takimi onucami owijaliśmy, szmatami i łapciki sznurkami, żeby już dobrze było chodzić. Niemiec do chaty wchodzi: — Alt, alt, zabieraj się! Boże, mama dzieciaka opatula, ona mi mówi: — Złaź, osuwaj się prędzej! A ja: — Jak osuwaj się? I ja tylko te pończoszki i tylko te trzewiczki, a już tych onuców, ani łapcików nie nałożyłam. Mama dziecko niosła, a mnie trzeba było tą jedną poduszkę, samotkaną. Zawiązali mnie na plecy. To mama już nie patrzyła, że ja bosa, zawiązała mi poduszkę na plecy i tak nas prowadzi do szkoły. Teraz jeszcze ona stoi, a może rozwalona, nie pamiętam. Szkoła była na naszej ulicy i zganiali wszystkich do szkoły palić. A druga ulica, tam gdzie moja siostra żyła, dwie tam siostry żyły z dziećmi, to tam kołchoznyj skład był, gdzie zboże. Tam byli ludzie zganiani. A już dochodzimy do szkoły, już słychać płacz, ludzie płaczą, zapalić nas mieli, zapalić tych ludzi ze szkołą. A jeszcze do drzwi nie doszliśmy i już na nas: — Alt! Ja tych Niemców na oczy widziała, ale nie doszliśmy do szkoły. A dlaczego nas nie popalili? Tam byli niemieckiej narodowości mieszkańcy w Dubnickiej, i oni mieli już mieszane rodziny, i ich rodziny też tutaj zagnali do tej szkoły i oni wtedy Niemców uprosili. Że ci ludzie nieszkodliwi, że oni szkody Niemcom nie czynią. I oni nie spalili, i wypuścili.
Wiesława Rymek
[okolice Hniezna, 1943]I pamiętam w czterdziestym trzecim roku przyjechał mamusi stryjeczny brat z płaczem. Stoi, płacze przed domem... Okazuje się, że w nocy przyszli... Te takie pod widem partyzantów. I powiedzieli: „Zawiesić okna”. A bratowa mamy jednego poznała. Mówi: „I ty przyszedł do nas grabić?!”. Dziadek od razu skoczył w okno, widział, że pozabijać przyszli całą rodzinę. One takie ogłuszone byli, zaczęli strzelać, jego przestrzelili wtedy... A u nich był chutor taki, trochę dalej od wsi. I dziadek zaczął krzyczeć: „Bandyci, bandyci!”. Tam już wszyscy stróżowali ludzie. I oni tylko z karabina maszynowego pociągnęli. Zastrzelili syna brata mamy i bratową na miejscu. Tam jeszcze była babcia i dzieci, rozproszyli się, pouciekali.
Anna Sadowska
[Ostateczna ofensywa, koniec wojny.] Przyszedł rozkaz - na front. My byliśmy w Siedlcach. Z Siedlec my pomaszerowali na Pragę, do Warszawy. Na Pradze my byli krótko. Do 1939 na Pradze był 36 Pułk, więc tam koszary były zniszczone. My tam tylko przenocowaliśmy. Następnego dnia zrobili defiladę na gruzach Warszawy. Po gruzach defilada szła. I te armaty nasze, te tanki, to znaczy czołgi nasze. I tak trąbili: "To wojsko, co dzisiaj przechodzi na front, co dzisiaj przechodzi defiladę, jutro odchodzi na front. Niech żyje!". I za serce człowieka wtedy bierze, i strasznie się czuje. A defiladę przyjmował Rola-Żymierski i rosyjski marszałek Żukow.
Edward Safron
[Prykordonna Ułaszanka, pow. Sławucki, 1943- 1946] Stali bandery prześladować, prześladować wszystkich, ot. Już tam gdzie mój brat był, Marian Sukulski, to jego zaczęli w nocy bić i palić. Zachodzą, mieszkania popalą i już. Raz w te strony, gdzie babcia żyła, przyszli. Poszli my do niej z siostrą: - Babciu, mama mówiła, żebyście szli do nas. A ona mówi: - Nie, jutro przyjdziecie, i ja już pójdę. Wyłażą kurczaki, to ja już zrobię wszystko, i jutro przyjdę. Ale jutro pali się w tę stronę! Już my mieli iść tam, żeby babcię zabrać, ale coś takiego stało się, że mama mówi: - Zjecie obiad i tam pójdziecie. Babci jeszcze tam nie ma, będziecie głodne. Gdyby my poszli, obiadu nie jedli, a poszli do babci, to byliby i nas tam pobili. Babcia moja była taka ładna pani. Wzięła już wązlik taki na śmierć dla siebie, ubranie. Schowała się w maliny, a w tych malinach wzięli nożem - 12 nożem ciosów w brzuch, i zakłuli ją. Wieczór już, spaliło się wszystko, wzięli konie, dwa braty i mama, pojechali. Jak pojechali - ot babcia leży w malinach. Już nie ma babci.
Czesława Tyska
dotyczy także: Stosunki polsko-ukraińskie,
[Słonim, 1941]Pierwszy dzień jak Niemiec do nas przyszedł, to my nawet i nie myśleli nic, bo wtedy tatusia zabrali. Tutaj koło Słonimia robili aerodrom, gdzie samoloty siadały. I wszystkich spędzali mężczyzn z końmi ten aerodrom stroić. A tutaj pod wieczór my jak raz tylko krowy wypędzili, a było to w niedzielę, gdzieś po obiedzie. I patrzymy — samoloty nad nami. I czarne krzyże na tych samolotach. Matko Boska! My popadali wszystkie, leżymy. No nie strzelali, nie bili nas, nic. Ale tak niziutko nad nami parę samolotów przeleciało. Przypędzili my już te krowy, a mama mówi: — Oj, dzieci, musić wojna naczałaś. Co robić? A tatusia nie ma w domu. A my zaczęli wszystkie płakać. O szóstej pod wieczór tatuś przyjechał i mówi: — W Słonimiu już Niemcy, oni na rowerkach tu przyjechali. U nas droga szła może sto pięćdziesiąt metrów od chaty. O dziewiątej patrzymy, maszyny zaczęły jechać i Niemcy po swojemu rozmawiać. Do rana nikt do nas nie zachodził. A rano przyszli Niemcy i zaczęli po swojemu do mamy: — Mleczko, jajka, mleko, jajka. Mama im dała co było.
Alina Wiszewska
[Opuszczenie Kamieńca Podolskiego przez władzę sowiecką i wkroczenie wojsk węgierskich - 1944]Dziś wieczorem Sowiety jeszcze, a rano już ich nie ma. Cichutko, cichutko zmykali jak te szczury z okrętu, który ma zatonąć. My nawet nie wiedzieliśmy, że oni już zniknęli. U nich wszystko było planowane. Jak oni tam dojechali - nie wiadomo. Rano cisza. Nigdzie samoloty nie latali. Nie wiadomo, co się dzieje. Okazuje się, że już władzy nie ma, przychodzi już nowe wojsko. Już Rumunii, Węgrzy, już idą, idą, idą. Idą u nas pod oknami tędy, wszędzie już tak idą zmęczeni, spotnieli. To czerwiec był, lipiec już. Wody proszą. A ktoś krzyczy: - Nie pijcie wody! Może być otruta! My tutaj do nich z wodą, ludzie z wiadrami wychodzą, z czerpakami, a ci zmęczeni. Patrzę, a u nich krzyżyki na piersiach. I już są u nas Węgrzy, jakiś naród ludzki, rzeczywiście nieagresywny, nie strzelają na nas, nie zabijają nas. Jest tak spokojnie, spokojnie, spokojnie. Władza się już uformowała. Ludzie zaczęli pracować, mieszkać, obrabiać ziemię i ogrody. I wesela i chrzciny, i popi się pojawili, już ksiądz jakiś z Polski przyjechał, ksiądz Jeleń. Niby już ustabilizowało się cichutko, ale front poszedł. Nie wiadomo, co dalej będzie.
Halina Wiśniewska
[Poliny k. Żytomierza, 1941–44]A nędza była, wojna. Ciężkie życie było bardzo. Ja sukieneczki szyłam, ukraszałam je. I ludzie tak kupowali, brali u mnie i my z tego żyli. A potem, jak już dziadunio poszedł pracować do fabryki papierosów, to tam – już przy końcu wojny – papierosy pakowali, takie pakiety i tam odchody byli od tego papieru, co pakowali te papierosy. Ojciec przynosił takich kawałeczków, tych co już mieli wyrzucać, to ja robiłam koperty. A pocztów wtedy nie było, ni kopertów, a pisma słać trzeba. I przepisywali się ludzie z wojskiem i z rodziną. To ja koperty sprzedawałam. Szyłam kapczyki na nogi takie. Ze starych szyneli wykrajałam takie kapczyki ładne. Wyszyłam kwietnymi nitkami – czerwonymi, zielonymi. A podeszwy dawałam z brezentu zwykłego. Takie kapczyki sprzedawałam. Jak mogłam, ratowałam się – i tak my żyli. Ciężko bardzo było. Nieraz głodni spać się kładliśmy. Było ciężko, ale przeżyli tak wojnę.
Zofia Zaleska-Galenius
[Kalinowka, Kazachstan, lata 40.]W czasie wojny chodziłem do szkoły. Tam o wojnie mówili nam. Gdy Niemcy atakowali Rosję, to nam mówili, na przykład, że Niemiec jest tam a tam, takie sowieckie miasto zajął, inne sowieckie miasto zajął, że już pod Moskwę podchodzi. A potem, kiedy już pogonili Niemca do tyłu, z powrotem, też o tym nam mówiono w szkole. Nauczyciele nam to wszystko mówili. Pierwsza lekcja zawsze zaczynała się od najnowszych opowiadań, wieści z frontu, na ile nasze wojska pogoniły Niemca do tyłu, jakie miasto zostało już oswobodzone. Przez cały czas wojny, każdego dnia, w szkole nam mówili, co się dzieje na froncie, wszystkie nowości. A dlaczego zaczęła się wojna, to za bardzo nie mówili. Mówili, że wiarołomny Niemiec napadł na Związek Radziecki. Ale dlaczego? Bóg jeden wie.
Jan Zalewski
[Wołkowszczyzna, powiat nieświeski, 1944] Już byli może pod Brześciem, czy dalsze, Sowieci. A spod Witebska, tam było okrążone tysiące Niemców, szli na piechotę przez nasz dwór, z jednego lasu do drugiego. Przez rzekę, przez nasz dwór, przez nasze mieszkanie. Wszystko jedzenie zabrali, do jednej okruszyny. A my byli nad rzeką, siano kosili z ojcem, mama z tymi małymi dzieciaki: jeden z 1941 roku, Jurek, a drugi z 1943 roku, Józek - to ten był na ręce. I ona przez żyto przyszła do nas nad rzekę i mówi: - Niemcy u nas w domu! To u nas było szaleństwo całe. Ja przez rzekę poleciałem do sąsiada na górkę, stamtąd było widać, co u nas się robi na podwórku. A ich szło może tysiąc. Co było z jedzenia, zjedli. Miskę postawili, dzbanek, i piwnica otwarta, wszystko przewrócone. I poszli do lasu. I potem trafili do niewoli gdzieś.
Anatol Żołnierkiewicz